Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Freedom Call. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Freedom Call. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 11 kwietnia 2024
FREEDOM CALL - Silver Romance (2024)
To jeden z tych zespołów, do których mam gdzieś słabość. Bez względu co będą nagrywać zawsze sięga po nowy album niemieckiej formacji Freedom Call. Przychodzi nie raz taki dzień, że mam ochotę na taki słodki, happy metal i w tej sytuacji Freedom call sprawdza się najlepiej. Czasy kiedy był jeszcze Dan Zimmermann w zespole to był świetny okres i w sumie wtedy band nagrał swoje najlepsze płyty. Jednak i bez Dana udało się nagrać ciekawe płyty, zwłaszcza taki "Beyond" wywarł na mnie ogromne wrażenie i jak dla mnie to jeden z ich najlepszych albumów. W 2023r wrócił do zespołu perkusista Ramy Ali i z nim nagrano "Silver Romance", który ukaże się 10 maja nakładem Steamhammer. 5 lat czekania i to długi czas jak na ten zespół, który często gęsto wydawał nowy materiał. Pierwszy raz od dłuższego czasu pojawiła się nadzieja, że Freedom Call wróci w wielkim stylu. Piękna i kolorystyczna okładka, która przypomina szatę graficzną pierwszych płyt, do tego naprawdę udany singiel. Czy faktycznie wielki powrót?
Na pewno ucieszy fakt, że Freedom Call gra dalej swoje i dalej w swoim słodkim stylu. Jakieś zmiany? Klawisze brzmią troszkę inaczej. Odnoszę wrażenie, że miały być chyba bardziej klimatyczne i bardziej melodyjnie. Brzmi to trochę inaczej, a czy lepiej? To już chyba kwestia gustu. Sam materiał ma dobre strony, jak i złe. Nie brakuje hitów, nie brakuje typowych dla Freedom Call zagrywek i wszystko było ok, gdyby nie to że same pomysły na utwory niczym specjalnym się nie wyróżniają. Dobrze się tego słucha, ale nic ponadto. Nie następuje trzęsienie ziemi, czas się nie zatrzymuje, a ja wciąż stoję i jakoś nie zostałem powalony na kolana. To solidna dawka power metalu, który pokazuje że Freedom Call wciąż gra i wciąż ma się całkiem dobrze. Jest niezmordowany Chris bay, który nieustannie jest motorem napędowym zespołu. Jego głos i styl grania nie zmienia się i przesądza o charakterze zespołu.
13 utworów, to też trochę za dużo jak na taki słodki power metal i pewnie dałoby się to skrócić do 10 kawałków. Na pewno pozytywnie nastraja "Silver Romance", bo to taki Freedom Call jaki znamy i kochamy. Jest przebojowo, szybko i melodyjnie. Udany start. W podobnych klimatach jest energiczny "Symphony of Avalon". Nie wiem czemu, ale przypomniał mi się krążek "Legend of the Shadowking". Lekki, melodyjny i przebojowy "Supernova" taki trochę na pograniczu kiczu, czy komercyjności, ale to dobry i łatwo wpadający w ucho utwór, który nasuwa troszkę czasy "Dimensions". Popowy "Out of Space" nie pasuje mi do całości i nawet nie potrafi zapaść w pamięci. Kiepski żart. Dobrze prezentuje się power metalowy hicior "Distant Horizon". Ciekawy motyw przewodni, chwytliwy refren i godne uwagi solówki. Power metal pełną gębą. Jest singlowy "In quest of Love" i od pierwszych sekund wiadomo, że to ten stary, dobry radosny Freedom Call. Kolejny hicior do kolekcji. Na pewno będzie to murowany hicior na koncertach. Druga część płyty nie robi takiego wrażenia jak pierwsza część, ale jest pozytywnie zakręcony "Meteorite". Reszta jakaś taka nijaka i nie wybijająca się ponad przeciętność.
Znów mieszane uczucie podczas słuchania płyty Freedom Call. Niby jest to wszystko co składa się na styl Freedom Call. Niby jest słodko, wesoło, niby jest power metal i hity, ale całość jest nie równa i często ociera się o kicz. Nie udało się tym razem stworzyć perełkę na miarę starych płyt czy świetnego "Beyond", ale to wciąż solidna porcja muzyki Freedom Call. Najbardziej będą zadowoleni zagorzali fani Freedom Call.
Ocena: 7/10
środa, 21 sierpnia 2019
FREEDOM CALL - M.E.T.A.L (2019)
O to jest nowy album Freedom Call. Nie trzeba znać zawartości by wiedzieć co znajdziemy na "M.E.T.A.L". Warto wspomnieć, że to już 10 album studyjny tej zasłużonej power metalowej kapeli, która działa od 1998r. Na przestrzeni lat skład się zmieniał, ale muzyka tej kapeli ani trochę. Freedom call to specjalista od grania słodkiego, nieco komercyjnego power metalu. Tytuł nowej płyty sugeruje prawdziwą metalową jazdę, niestety tak nie jest. Płyta niby dobra, ale jakaś taka nieco popowa nieco za słodka. Band chyba jeszcze bardziej oddala się od metalu.
Jest to też pierwszy album z nową sekcją rytmiczną. Co z tego że mamy basistę Francesco Ferraro z Vexillium i perkusistę Tima Breidebanda, którego znamy z Bonfire czy At Vance, skoro nie przedkłada się to na powiew świeżości w zespole. Brzmienie jak zwykle z górnej półki i to jest mocny atut nowego wydawnictwa.
Jednak wciąż szokuje, że band potrafi tworzyć przebojowe kawałki, ale brakuje jakoś tutaj mocy i pazura. Bliżej tu do popu czy jakiegoś komercyjnego melodyjnego metalu, a szkoda bo niegdyś ten band grał z polotem i finezją. To był prawdziwy power metal.
A co mamy na "M.E.T.A.L"? Ano melodyjny metal, który emanuje z energicznego otwieracza "111- The number of the angels". Niby to Freedom Call jaki znam i lubię, ale komercja jest tutaj ponad metal i to mi się średnio podoba. Przełom następuje w dynamicznym "Spirit of Deadalus" i tutaj mamy power metal. Pomysłowa melodia i dobrze rozegrane partie gitarowe Larsa sprawiają, że to jeden z najlepszych utworów na płycie. Marszowy i bardziej true metalowy "M.E.T.A.L" to jakby parodia Manowar, czy Majesty. Słodkość zdominowała cukierkowaty "The Ace of the unicorn". No to nie jest to czego bym się spodziewał po tak doświadczonej kapeli. Nie wiele wnosi też nijaki i taki bez energii "Sail Away". Drugi utwór, który zasługuje na uwagę to energiczny i bardziej żywiołowy "Fly With us", ale też przeważa tutaj komercja. Band przyspiesza też w "Days of Glory", ale i tutaj czuje spory niedosyt. Do grona ciekawych kawałków zaliczyć należy przebojowy "Wheel of time" i mój faworyt w postaci "Sole Survivor".
Czekałem na ten album, ale tylko chyba już ze wzgląd na stare dobre czasy i fakt, że Freedom Call zaliczam do moich ulubionych zespołów. "M.E.T.A.L" to płyta może i melodyjna, może i jest tu gdzieś w tym wszystkim power metal, ale płyta jest bardzo komercyjna. Brakuje pazura, jakiś mocnych riffów i wszystko jest przesłodzone. Czyżby to już koniec Freedom Call? Oby nie.
Ocena: 5/10
Jest to też pierwszy album z nową sekcją rytmiczną. Co z tego że mamy basistę Francesco Ferraro z Vexillium i perkusistę Tima Breidebanda, którego znamy z Bonfire czy At Vance, skoro nie przedkłada się to na powiew świeżości w zespole. Brzmienie jak zwykle z górnej półki i to jest mocny atut nowego wydawnictwa.
Jednak wciąż szokuje, że band potrafi tworzyć przebojowe kawałki, ale brakuje jakoś tutaj mocy i pazura. Bliżej tu do popu czy jakiegoś komercyjnego melodyjnego metalu, a szkoda bo niegdyś ten band grał z polotem i finezją. To był prawdziwy power metal.
A co mamy na "M.E.T.A.L"? Ano melodyjny metal, który emanuje z energicznego otwieracza "111- The number of the angels". Niby to Freedom Call jaki znam i lubię, ale komercja jest tutaj ponad metal i to mi się średnio podoba. Przełom następuje w dynamicznym "Spirit of Deadalus" i tutaj mamy power metal. Pomysłowa melodia i dobrze rozegrane partie gitarowe Larsa sprawiają, że to jeden z najlepszych utworów na płycie. Marszowy i bardziej true metalowy "M.E.T.A.L" to jakby parodia Manowar, czy Majesty. Słodkość zdominowała cukierkowaty "The Ace of the unicorn". No to nie jest to czego bym się spodziewał po tak doświadczonej kapeli. Nie wiele wnosi też nijaki i taki bez energii "Sail Away". Drugi utwór, który zasługuje na uwagę to energiczny i bardziej żywiołowy "Fly With us", ale też przeważa tutaj komercja. Band przyspiesza też w "Days of Glory", ale i tutaj czuje spory niedosyt. Do grona ciekawych kawałków zaliczyć należy przebojowy "Wheel of time" i mój faworyt w postaci "Sole Survivor".
Czekałem na ten album, ale tylko chyba już ze wzgląd na stare dobre czasy i fakt, że Freedom Call zaliczam do moich ulubionych zespołów. "M.E.T.A.L" to płyta może i melodyjna, może i jest tu gdzieś w tym wszystkim power metal, ale płyta jest bardzo komercyjna. Brakuje pazura, jakiś mocnych riffów i wszystko jest przesłodzone. Czyżby to już koniec Freedom Call? Oby nie.
Ocena: 5/10
środa, 19 października 2016
FREEDOM CALL - Masters of Light (2016)
Dla wielu Freedom Call to obiekt drwin, a wszystko przez ich słodkie
melodie i wyjątkowo czysty wokal Chrisa Baya. Swoje robi też
tematyka, która ociera się o fantasy czyli smoki i rycerze, a
to nie zawsze każdego bawi. Fani tego zespołu uwielbiają pierwsze
płyty w tym przede wszystkim „eternity” i te stare dobre czasy
przypomniał ostatnio „Beyond”. To był zaskakująco dobry album.
Freedom call tym albumem wrócił jakby do swoich korzeni i
nagrał album na poziomie. Z tym ostatnio było różnie u
nich. Zespół nabrał w sobie tyle pozytywnej energii, że
wydał wznowioną wersję „Eternity”, a teraz chce potwierdzić
swoją formę nowym albumem zatytułowanym „Masters of
Light”.
Najsłabszym ogniwem tej płyty to oczywiście sama okładka, która jest kiczowata i jakaś taka bez pomysłu. Szkoda, bo tytuł krążka jest naprawdę chwytliwy. Lepiej jest z brzmieniem i formą muzyków. Brzmienie jest takie jak na ostatnich płytach, czyli czyste i takie dość power metalowe. Co do muzyków to trzeba pochwalić Chrisa, który śpiewa co raz lepiej. Na tym albumie momentami śpiewa nieco nawet agresywniej. Tak jego głos jest wizytówką Freedom Call. Na płycie znajdziemy 12 kawałków, które są zróżnicowane i dobrze oddają to co najlepsze w tym zespole. Zaczyna się od „Metal is Everyone” z nieco cięższym riffem i z nieco nowocześniejszym charakterem. Kompozycja jest na pewno udana i zapada w pamięci. Słychać kontynuacje „Beyond”, a także echa klasycznych albumów tego bandu. Najlepszym utworem na płycie pozostał jednak singlowy „Hammer of Gods”, który zabiera nas w rejony Gamma Ray. Chwytliwy refren i melodyjny riff napędzają ten kawałek, czyniąc go jednym z najlepszych utworów w historii Freedom Call. Dalej mamy klimatyczny, bardziej przesiąknięty fantasy „A World Beyond”, który swoją lekkością, nieco słodszym charakterem przypomina czasy „crystal Empire” czy „Eternity”. Power metal pełną gębą w najlepszym wydaniu. Pomysłowy motyw i aranżacje mamy w tytułowym „Masters of Light”. Zaczyna się klimatycznie, dość spokojnie, potem nabiera epickiego i bardziej power metalowego charakteru. Zróżnicowana i bardziej złożona kompozycja, która pokazuje nieco inne oblicze zespołu. Zespół idzie za ciosem i dalej daje nam znów power metalową petardę w postaci „King rise and fall”. Znów można śmiało mówić o jednej z najlepszej kompozycji jakie stworzył Freedom calll. Słychać wpływy Stratovarius czy Gamma Ray. Fani starych płyt Freedom Call na pewno łezka w oku się zakręci. W połowie płyty przychodzi czas na balladę i „Cradle of Angels” wypada naprawdę dobrze. Ta ballada potrafi ująć formą, wykonaniem i jakoś tak nie odstrasza. „Emerald Skies” to znów żywszy kawałek z bardziej wysuniętymi klawiszami. Bardzo dobrze wyważone melodyjne klawisze i nieco cięższe gitary. Wyszedł dzięki temu kolejny przebój, który na długo zapada w pamięci. Tempo i power metalowe rejony zostają utrzymane w dynamicznym „Hail The Legend” i znów kłania się nam twórczość Gamma Ray. Nie da się oszukać, że końcówka płyty już jest nieco słabsza. Przyczyną tego na pewno jest nieco dyskotekowy i kiczowaty „Ghost Ballet”. Z kolei „Rock the Nation” jakoś taki zbyt radiowy i rockowy w swojej konwencji. Zamykający „High Up” troszkę zbyt radosny jak dla mnie. Z końcowej części płyty najbardziej wartościowy jest energiczny i dynamiczny „Riders in the Sky”. Znów przychodzi na myśl kilka klasycznych kawałków grupy.
Nie obyło się i tym razem bez kilku wpadek w postaci zbyt radiowych czy kiczowatych kawałków. Całościowo album wypada jednak bardzo dobrze. Jest sporo power metalu, nie brakuje przebojów, a sam zespół jest w bardzo dobrej formie. Największym plusem jednak okazuje się sięganie po znane patenty i do korzeni. Freedom Call stara się tworzyć muzykę jak za dawnych czasów i wychodzi im to naprawdę dobrze. Warto mieć ten krążek w swojej kolekcji.
Ocena: 8.5/10
Najsłabszym ogniwem tej płyty to oczywiście sama okładka, która jest kiczowata i jakaś taka bez pomysłu. Szkoda, bo tytuł krążka jest naprawdę chwytliwy. Lepiej jest z brzmieniem i formą muzyków. Brzmienie jest takie jak na ostatnich płytach, czyli czyste i takie dość power metalowe. Co do muzyków to trzeba pochwalić Chrisa, który śpiewa co raz lepiej. Na tym albumie momentami śpiewa nieco nawet agresywniej. Tak jego głos jest wizytówką Freedom Call. Na płycie znajdziemy 12 kawałków, które są zróżnicowane i dobrze oddają to co najlepsze w tym zespole. Zaczyna się od „Metal is Everyone” z nieco cięższym riffem i z nieco nowocześniejszym charakterem. Kompozycja jest na pewno udana i zapada w pamięci. Słychać kontynuacje „Beyond”, a także echa klasycznych albumów tego bandu. Najlepszym utworem na płycie pozostał jednak singlowy „Hammer of Gods”, który zabiera nas w rejony Gamma Ray. Chwytliwy refren i melodyjny riff napędzają ten kawałek, czyniąc go jednym z najlepszych utworów w historii Freedom Call. Dalej mamy klimatyczny, bardziej przesiąknięty fantasy „A World Beyond”, który swoją lekkością, nieco słodszym charakterem przypomina czasy „crystal Empire” czy „Eternity”. Power metal pełną gębą w najlepszym wydaniu. Pomysłowy motyw i aranżacje mamy w tytułowym „Masters of Light”. Zaczyna się klimatycznie, dość spokojnie, potem nabiera epickiego i bardziej power metalowego charakteru. Zróżnicowana i bardziej złożona kompozycja, która pokazuje nieco inne oblicze zespołu. Zespół idzie za ciosem i dalej daje nam znów power metalową petardę w postaci „King rise and fall”. Znów można śmiało mówić o jednej z najlepszej kompozycji jakie stworzył Freedom calll. Słychać wpływy Stratovarius czy Gamma Ray. Fani starych płyt Freedom Call na pewno łezka w oku się zakręci. W połowie płyty przychodzi czas na balladę i „Cradle of Angels” wypada naprawdę dobrze. Ta ballada potrafi ująć formą, wykonaniem i jakoś tak nie odstrasza. „Emerald Skies” to znów żywszy kawałek z bardziej wysuniętymi klawiszami. Bardzo dobrze wyważone melodyjne klawisze i nieco cięższe gitary. Wyszedł dzięki temu kolejny przebój, który na długo zapada w pamięci. Tempo i power metalowe rejony zostają utrzymane w dynamicznym „Hail The Legend” i znów kłania się nam twórczość Gamma Ray. Nie da się oszukać, że końcówka płyty już jest nieco słabsza. Przyczyną tego na pewno jest nieco dyskotekowy i kiczowaty „Ghost Ballet”. Z kolei „Rock the Nation” jakoś taki zbyt radiowy i rockowy w swojej konwencji. Zamykający „High Up” troszkę zbyt radosny jak dla mnie. Z końcowej części płyty najbardziej wartościowy jest energiczny i dynamiczny „Riders in the Sky”. Znów przychodzi na myśl kilka klasycznych kawałków grupy.
Nie obyło się i tym razem bez kilku wpadek w postaci zbyt radiowych czy kiczowatych kawałków. Całościowo album wypada jednak bardzo dobrze. Jest sporo power metalu, nie brakuje przebojów, a sam zespół jest w bardzo dobrej formie. Największym plusem jednak okazuje się sięganie po znane patenty i do korzeni. Freedom Call stara się tworzyć muzykę jak za dawnych czasów i wychodzi im to naprawdę dobrze. Warto mieć ten krążek w swojej kolekcji.
Ocena: 8.5/10
niedziela, 19 kwietnia 2015
FREEDOM CALL - 666 weeks beyond Eternity (2015)
Wiele zespołów
co raz częściej bawi się w ponowne wydawanie swoich najlepszych wydawnictw.
Moda ma na celu oczywiście zarobieniu dodatkowych pieniędzy na fanach i
jednocześnie dać możliwość nabycia albumu,
którego kopie dawno się wyczerpały. Taki
zabieg jest często spotykany w dzisiejszych czasach. Freedom Call też
postanowił ponownie wydać swój najlepszy krążek czyli „Eternity”. Na szczęście tym razem obeszło się bez
nagrywania od nowa tego wydawnictwa i psucia czegoś co nie wymaga
poprawki. Postawiono na bogatszą wersję
tego albumu. Dodano kilka bonusów w
postaci wersji koncertowych utworów z
tej płyty, bonusów z albumu „Land of the Crimson Dawn z 2012r no i zupełnie
nowy kawałek. Całość zatytułowano „666 weeks Beyond Eternity”. To okazało się całkiem udanym pomysłem, bo
album sam w sobie jest perfekcyjny i nie wymaga poprawek, a wzbogacenie go
różnymi takimi bonusami jest tylko miłym dodatkiem.
13 lat ma już
„Eterity” a mimo tego czasu jest to wciąż dzieło kompletne i jeden z
najbardziej cenionych albumów Power metalowych. Jest energia, radosny wydźwięk,
ciekawe przejścia, dopracowane aranżacje, jednak największym atutem tej płyty
to jej przebojowość. Fani Gamma Ray czy starego Helloween powinni znać ten
album i docenić jego wartość. Płyta bardzo przypomina stylistycznie te zespoły
i słychać że Daniel Zimmermann sporo
wyniósł z Gamma Ray. Sprawił, że Freedom Call na tym albumie brzmi
dojrzale, jest agresywniejszy i co
ważniejsze rozwinął skrzydła względem dwóch poprzednich albumów. Udało się to
zrobić bez porzucania swoich wartości, tożsamości, pozostając wciąż zespołem
grającym radosny Power metal. Mimo tego, że odszedł Sasha Gerstner, który potem
zasilił Helloween, to jednak Cedric Dupont . Szybko odnalazł się w Freedom Call
i co ciekawe jego popisy z Chrisem są tutaj. Pełne lekkości, finezji i potrafią
porwać słuchacza w prawdziwy wir Power metalu. Podniosłe chórki to też kolejny
atut tej płyty i tutaj za ten aspekt odpowiadał choćby Tobias Sammet czy Oliver
Hartmann. Soczyste brzmienie, takie
nieco w stylu Gamma Ray to kolejna mocna rzecz, która sprawia że album jest
perfekcyjny i najlepszy w dorobku Niemców.
Nowa wersja składa się z dwóch płyt. Pierwsza to ten znany nam wszystkim
album z nieco zmienioną tracklistą pod względem kolejności. Druga to owe bonusy
i ten zupełnie nowy utwór. Skupmy się najpierw na pierwszej płycie, bo to jest
w końcu prawdziwe arcydzieło. Tym razem
całość otwiera instrumentalny „The Spell” co jest słusznym wyborem.
Potem
szybko atakuje nas pierwsza petarda na tej płycie czyli „The eyes
of the World”. To utwór, który
oddaje w pełni styl grupy. Te charakterystyczne melodie, które nie da się
pomylić z żadnym innym zespołem i radosne podejście. Sam ostrzejszy riff już na myśl przywołuje
oczywiście Gamma Ray, co jest największą zaletą nie tylko zaletą tego kawałka,
ale i całej płyty. „Flying High” brzmi jak
nieco mieszanka Gaia Epicus, Hammerfall i Gamma Ray. To kolejny hit i Power metalowa
petarda. Tutaj znakomicie prezentuje
swój talent Daniel Zimmermann, który urozmaica kawałek swoimi partiami i nadaje
odpowiedniej dynamiki. „Island
of Dreams” to kolejny szybki utwór na płycie i znów wyróżnia go
niezwykle chwytliwa melodia. Ten aspekt
został dopracowany i właściwie każda melodia jest zapadająca w pamięci i ukazująca piękno Power
metalu. Marszowy, nieco bardziej epicki „Bleeding
Heart” ukazuje to że zespół potrafi zaskoczyć i urozmaicić
materiał. Nieco słabszy może się wydawać
„Flame
In the night”, który jest nieco
progresywny i bardziej pokręcony. Jednak
jest to też ciekawa kompozycja, która całkiem sporo wnosi do tego
wydawnictwa. Wielkim hitem z tej płyty
jest utrzymany w stylu Gamma Ray czy Edguy „Metal Invasion”, który
jest tym co fani Power metalu kochają.
Również pozytywne emocje wywołuje energiczny „Ages of Power”, który
zaskakuje pomysłowym riffem i Helloweenowym klimatem. Jest jeszcze klimatyczna ballada „Turn back The Time”, mocno
zakorzeniony w stylu Kaia Hansena „Warriors” i największy hit zespołu
czyli „Land of The Light”. Druga płyta to w sumie nic tylko bonusy,
gdzie głównym daniem jest nowy kawałek zatytułowany „666 weeks Beyond eternity”,
który pasuje do tego wydawnictwa i to bardzo. Dalej mamy koncertowe wersje
kawałków z Eternity i utwory Freedom
Call zagrane przez Neonfly czy Powerworld.
Tak więc jest to bogata wersja „Eternity”.
Nie ma cie w
swojej kolekcji jeszcze najlepszego albumu Freedom Call? Cóż zespół wychodzi naprzeciw
waszym potrzebom i wydaje ponownie ten album, tylko że w bogatszej wersji z
bonusami. Bardzo udane wznowieniem tego klasyka, który jest kultowym dziełem w
kategorii Power metalu i szczytowe osiągnięcie Freedom Call. Polecam
Ocena: 10/10
niedziela, 16 lutego 2014
FREEDOM CALL - Beyond (2014)
Jestem pełen podziwu dla
Freedom Call. Mimo odejścia Dana Zimmermanna, mimo negatywnych
opinii na temat „Land Of The Crimson Dawn” i krytyki słuchaczy
wyzywających ich od tych grających pedalski metal dla dzieci,
Freedom Call ma się wciąż dobrze i wciąż wydaje kolejne płyty.
Najnowszym ich dziełem jest „Beyond”. Czy tym razem udało się
zadowolić fanów Freedom Call, którzy od lat wyczekują
powrotu do starego stylu?
Powiem tak, płyta może
nie jest aż tak szybka jak „Eternity”, który uważam za
ich największe osiągnięcie, ale na pewno „Beyond” to najlepszy
album od czasów właśnie „Eternity”. Tak bardzo mocne
słowa, które mogą co nie których przerazić i zwątpić
czy autor recenzji wie co pisze. Od lat Freedom Call walczy z
problemem stworzenia nie tyle albumu utrzymanego w ich stylu co
stworzenia równego, energicznego i przebojowego materiału,
który zapchany jest przebojami. W takim radosnym power metalu
bez dobrych melodii i chwytliwych refrenów ciężko zrobić
cokolwiek. Dlatego ostatnie wydawnictwa nie zadowalały w pełni. Na
pewno powiew świeżości w zespole wniósł perkusista Ramy
Ali znany choćby z Iron Mask. Jest on pewny siebie, gra dynamicznie
i z werwą. Dlaczego akurat na „Beyond” udało się osiągnąć
tak wysoki poziom, nie zmieniając zbytnio stylu? Przede wszystkim
płyta jest równa, urozmaicona, zaskakująca, energiczna i
przede wszystkim przebojowa. Nie bez powodu wybrano na otwieracza
„Union Of The strong”. To rasowy otwieracz w stylu
Freedom Call. Szybki, melodyjny i oddające to co najlepsze w tym
gatunku. Jedni usłyszą coś z Helloween,a inni coś z Gamma Ray.
Jednak nie to jest najważniejsze. Liczy się mocne uderzenia na
starcie i dobra promocja albumu. Z takim utworem można wielu
słuchaczy zachęcić do sięgnięcia po „Beyond”. Co ciekawe tym
razem Freedom Call nagrał album który zawiera 14 utworów
dających godzinę materiału. Nie martwcie się, niemiecki band nie
wdał się w zbędne wydłużanie motywów, czy też powielanie
tych samych patentów. Ci co lubią „Land Of the Light” z
pewnością przekonają się do takiego hitu jak „Knights Of
taragon”. Trzeba przyznać, że Freedom call od lat nie
stworzył tak znakomitego kawałka, który tak zachwyca
pozytywną energią. Fani power metalu i Gamma Ray ucieszą takie
dźwięki jak „Heart Of Warrior” czy „Edge Of The
Ocean”. Stworzyć lekki, nieco hard rockowy utwór,
przypominający „Land Of The Light” nie tak łatwo. „Come
on Home” wpisuje się w ten standard. Właśnie to jest
Freedom Call taki jaki znam i lubię. Radosny, zaskakujący,
chwytliwy, przebojowy. Idealny utwór na koncert. Najdłuższym
utworem jest „Beyond” i tutaj Chris Bay pokazuje że
nie jest takim złym wokalistą. Wie jak nadać kompozycji emocji,
klimatu i urozmaicenia. Sam kawałek opatrzony został w ciekawy
motyw i melodię. Czyli jeszcze można stworzyć kawałki power
metalowe w starym stylu. Na płycie nie brakuje też elementów
wyjętych z „Dimensions” i właśnie taki nieco mroczniejszy
„Among The Shadows” brzmi jak zagubiony kawałek z
tamtego albumu. Miło usłyszeć, że zespół urozmaica swój
materiał i to w takim stylu. Kolejny przebój, który
zachęca do wspólnej zabawy z Freedom Call. „Journey
Into Wonderland” jest dobrą kompozycją, aczkolwiek zespół
nieco przedobrzył z radosnym klimatem. Ciekawie brzmi „Rhytm
Of Life”, w którym przejawiają się motywy Manowar
i nieco muzyki disco lat 80. Mieszanka intrygująca, ale oczywiście
na plus. Najsłabszym utworem na płycie jest „Dance Off The
Devil” i sam motyw potrafi nieco zaburzyć stan psychiczny
i nerwowy słuchacza. Końcówka płyty jest również
godna uwagi. Pojawia się energiczny „Paladin”,
przebojowy „Follow Your Heart” czy chwytliwy i
nieco hard rockowy „Beyond Eternity”. Oczywiście
wszystkie 3 utwory to rasowe kawałki Freedom Call, tak więc fani na
pewno się ucieszą.
Nie tak łatwo zaciekawić
słuchacza przez godzinę materiału, gdzie mamy 14 utworów, a
jednak Freedom Call wybrnął z tego zadania i pokazał że można
nagrać urozmaicony i przebojowy materiał, który wciąga w
wir radosnego świata Freedom Call. Co ciekawe udowodnił fanom, że
stać ich na płytę, która nasuwa na myśl pierwsze płyty,
że Freedom Call to kapela power metalowa, a nie tylko obiekt kpin
słuchaczy, czy też fanów power metalu. Dobra robota! Czekam
na więcej.
Ocena: 8.5/10
wtorek, 21 lutego 2012
FREEDOM CALL - Land Of The Crimson Dawn (2012)
Ile kroć z zespołu odchodzi ktoś ważny dla teamu tyle razy można to odczuć na różny sposób. Bo zmiany personalne zawsze niosą ze sobą jakieś zmiany, a owe deformacje są większe im ważniejszy jest to członek zespołu. Świetnie to obrazował taki BLIND GUARDIAN, gdzie ino odszedł Thomen Stacuh to od razu styl grupy nieco się zmienił, tak samo jest w sumie z niemieckim power metalowym FREEDOM CALL, w który znaczącą rolę odgrywał również perkusista Dan Zimmermann, który również występuje w GAMMA RAY. Perkusista był jednym z założycieli zespołu i wraz z wokalistą/gitarzystą Chrisem Bayem współtworzył repertuar, to on tez był odpowiedzialny za sukces zespołu i jego dynamikę. Poza tym jak wiadomo np. GAMMA RAY jest on też znakomitym kompozytorem. Jednak dzielić funkcji w dwóch zespołach nie było akceptowane przez Chrisa Baya i tak pożegnano jednego z ważniejszych członków zespołu. Jest to wg mnie cios dla zespołu i to niestety słychać, że zespół stracił sporo i to chyba bezpowrotnie. W roku 2010 wydany został „Legend Of the Shadow King” i dla mnie jest to jeden z ich najlepszych wydawnictw, który śmiało można postawić obok takiego „Eternity”. Klaus Sperling to znany i dobry perkusista, jednak nie w tym rzecz, lecz w samym komponowaniu. Mimo że dalej jest power metal do jakiego nas przyzwyczaili, mimo że jest słodko i melodyjnie, to jednak mam wrażenie, że zespół momentami stara się eksperymentować, momentami grają zbyt komercyjnie i siódmy album „Land Of The Crimson Dawn” przypomina mi pod wieloma względami „Dimensions”. Produkcja, forma wokalna Chrisa, oraz niektóre kompozycje też brzmią jak zaginione kawałki z tamtego albumu.
Zespół nie próżnował przez 2 lata bo tak o to na krążek trafiło 14 kompozycji i trzeba mimo wszystko przyznać, że materiał jest zróżnicowany, szkoda że momentami nieco nie dopracowany i nieco taki nijaki i mało atrakcyjny dla ucha. Najlepiej prezentują się te kompozycje, które oddają charakter dotychczasowego stylu zespołu, a więc taki melodyjny power metal oparty na słodkiej, chwytliwej melodii i przebojowym refrenie. Świetnie te cechy oddaje szybki „Age of the Pheonix”, dynamiczny „Rockstars” które oddają styl FREEDOM CALL. W podobnej power metalowej formule jest utrzymany przebojowy „Valley Of Kingdom” i melodyjny „Space legends”, które stanowią trzon owego albumu i to właśnie te utwory najlepiej się prezentują, bo są takie typowe dla tego zespołu. Reszta to już odskocznia od tej formuły i próba mierzenia się z innymi gatunkami. Weźmy taki „Crimson Dawn”, który jest na albumie najdłuższą kompozycją. Próba zagrania czegoś bardziej epickiego, bardziej rycerskiego, bardziej walecznego i próba podanie tego w nieco innej formie. Nie ma pędzenia do przodu, jest średnie tempo i nie można tego nie połączyć z takim choćby HAMMERFALL. Coś innego, ale muszę przyznać, że brzmi to naprawdę znakomicie. Ową waleczność i podniosłość można wyłapać w takim „66 warriors”, ale instrumentalnie czuje się nie dosyt i niektóre momenty tutaj śmieszą. Próba zwrócenia uwagi słuchacza w postaci „Back Into The Land Of Light” nie udana, bo choć melodyjnie jest to podobne do pierwowzoru, to jednak nie jest już tak chwytliwe, tak przebojowe, jest to cień wielkiego utworu z albumu „Eternity”. Oprócz mierzenia się z epickim metalem są też próby grania takiego groove metalu z mieszanką power metalu spod znaku SYMPHORCE co słychać w takim „Sun In the dark”, czy też „Terra liberty”który jest właściwie tylko imitacją ciężkiego metalu i jakoś nie pasują do reszty kompozycji. FREEDOM CALL na tym albumie nie potrzebnie miesza sobie elementami rockowymi, które raz już zawiodły. W takiej formule jest utrzymany singlowy „Hereos On Video” czy też „Rockin Radio”. Są to utwory przesadzone w komercji i stanowią najsłabszą część albumu. No i takim kawałkiem będącym na pograniczu rocka i power metalu jest zamykający „Power And Glory”.
Brak Dana Zimmermanna słyszalny jest, mimo tego że zespół jakoś nie zaczął grać drastycznie winnym stylu. Taka mieszanina stylów już była na „Dimension”. Tamten album nie zbyt miło wspominam i nie wracam do niego praktycznie w ogóle bo nie ma do czego. Ten album czeka taki sam los. Album w moim odczuciu jest za długi, za bardzo „zróżnicowany”, momentami zbyt komercyjny i najlepiej wypadają kompozycje utrzymane w formie power metalowej i wszelkie wycieczki w kierunku rocka, czy groove metalu kończą się nie powodzeniem. Najbardziej zagorzali fani zespołu, będą zachwyceni, reszta wygłodniałych słuchaczy power metalu nie bardzo. No w ostatecznym rankingu wychodzi że to jeden z ich najgorszych albumów. Ocena: 5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)


