Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 stycznia 2021

SACRIFER - Valhalla is for me (2012)

Kolejny wartościowy band na naszej polskiej scenie metalowej to formacja Sacrifer. Mają na swoim koncie póki co jeden album zatytułowany "Valhalla is for me", który ukazał się w 2012r. Minęło sporo czasu od premiery, a krążek brzmi świeżo i zachwyca swoją konwencją. Bardzo udany album w kategoriach heavy i power metalu.

Kapela powstała w 2012 r w Przemyślu i postanowiła grać soczysty i taki rasowy heavy metal z elementami power metalu, brzmiąc przy tym epicko. Panowie potrafią czerpać z twórczości choćby Wizard czy Running wild. Tak więc nie ma problemu aby nawiązać do światowych kapel.  Styl kapeli jest prosty i nie ma tutaj większego kombinowania. Całość opiera się na mocnym i wyrazistym wokalu Piotra Bałajana, który nadaje kompozycjom epickiego wydźwięku. Maciej Gawlik i Piotr Winiarski zadbali o energiczne i dynamiczne partie gitarowe. Panowie postawili na klasyczne rozwiązania i nie brakuje w tym pomysłowości i przebojowości. Naprawdę dobrze się tego słucha.

"Deviluation" to miła niespodzianka, bo dostajemy już na dzień dobry pełen energii kawałek, który utrzymany jest w tonacji power metalowej. Przypomina mi to stary dobry Wizard i to dobry znak. Dalej mamy bardziej stonowany i utrzymany w heavy metalowej stylistyce "Millenial Brootherhood". Dużo energii i klimatów Wizard dostajemy w przebojowym "Valhalla is for me". Niby band stawia na proste i sprawdzone patenty, ale  nie przeszkadza to w odbiorze, a i płyta jest łatwiejsza w odbiorze. Taki "Machine man" pokazuje, że band potrafi brzmieć bardziej nowocześnie i to kolejny mocny punkt tej płyty. Na krążku nie brakuje szybkich kawałków i taki właśnie jest "This is the war", który imponuje nie  tylko dynamiką, ale ciekawymi, złożonymi solówkami.

Band przez cały czas pokazuje na płycie, że dobrze czuje się w klimatach heavy/power metalu. Sacrifer potrafi grać i to na dobrym poziomie. Dostajemy 7 przemyślanych kawałków i każdy z nich jest ciekawy i oddaje styl tej grupy z Przemyśla. Mam nadzieje, że w najbliższej przyszłości kapela powróci z nowym materiałem. Warto ich znać.

Ocena: 7.5/10
 

poniedziałek, 11 stycznia 2021

VICTORIANS - Aristocrats Symphony- Revival (2012)


 Znów coś z kręgu polskiego power metalu, tym razem pod lupę wziąłem pochodzący z Bielsko- Białej victorians - Aristocrats symphony.  To niestety kolejny band jednej płyty i troszkę szkoda, bo drzemał w nich potencjał. Kapela powstała w 2010r i postanowiła grać mieszankę symfonicznego power metalu i gotyckiego metalu. Band mocno czerpał z takich kapel jak Nightwish, czy After Forever. Tej kapeli już nie ma, ale został po niej ślad w postaci debiutu "Revival".

Może nie wszystko tutaj jest idealnie i sporo jeszcze wypadałoby poprawić, to jednak szczerość przekazu i miłość do symfonicznego metalu jest słyszalna i sprawia że płyta jest miła w odsłuchu. Band napędza bez wątpienia wokalistka Eydis, która potrafi śpiewać emocjonalnie, ale też kiedy trzeba nieco popowo. Na pewno wyróżnia się i zapada w pamięci.  Warto też pochwalić Utisa za solidne i dobrze wyważone. Choć brakuje tutaj może nieco świeżości czy agresywności, to jednak jest kilka hitów, które umilają nam czas podczas odsłuchu. "Servants of Beauty" to naprawdę udany kawałek i oddaje w pełni klimat symfonicznego metalu. Power metalową stylistykę uświadczymy w dynamicznym "Sirens" i to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Agresywniejszy "Who never loved" przypomina pod wieloma względami działalność Epica i to spory atut. Mamy też melodyjny i podniosły "Prince of the Night".


"
Revival" to naprawdę solidna porcja symfonicznego metalu w polskim wydaniu. Jest podniośle i nie brakuje chwytliwych melodii. Band poszedł w klimaty After Forever czy Nightwish i trzeba przyznać, że sobie poradzili. Szkoda, tylko że kapela się rozpadła, bo miała potencjał. W końcu na naszej scenie nie ma aż tylu kapel grających symfoniczny metal.

Ocena: 6.5/10

czwartek, 7 stycznia 2021

GOMOR - Apocalyptic Rise (2012)


 Gomor to kolejny ciekawy przypadek na polskiej scenie metalowej.Ta poznańska formacja rozpoczęła swoją działalność w latach 80. Kapela zaliczyła również występ na festiwalu Metalmania, ale z powodu różnych przeciwności losu Gomor się rozpadł. Odrodzili się w 2010r i tym razem udało się pokazać światu swój własny materiał. "Apocalyptic Rise" ukazał się w 2012r i do dzisiaj ten album wzbudza sporo pozytywnych emocji.

Album nagrał w dość mocnym składzie, który w owym czasie tworzyli Compass z Syndicate na wokalu, gitarzyści Popcorn z acid Drinkers i Frydrych z Psychodancing, a także basista Dziara z Babajaga Ojo oraz perkusista Ślepy z Candida. Doświadczeni muzycy, którzy postanowili grać w stylu Motorhead. No i to się udało. Mając w składzie utalentowanego Compassa, który swoim zadziornym i z specyficzną chrypą wokalem mocno przypomina Lemmiego. No jest ta sama pasja i styl śpiewania, a to już połowa sukcesu. Sami gitarzyści też dają czadu i w efekcie dostajemy kawał solidnego heavy metalu i rock'n rolla w stylu starego dobrego Motorhead.

Okładka może i kiczowata, ale nie to jest przecież ważne. Tak samo nieco kuleje nieco garażowe brzmienie, ale zawartość to w zupełności wynagradza. Czy można wybrać lepszego otwieracza od rozpędzonego "Crazy Train"? Oczywiście, że nie! Motorhead w polskim wydaniu i ja to kupuje. Lekki i stonowany "Rambler" potrafi oczarować swoim prostym i hard rockowym feelingiem. Dobrze to brzmi! Płyta kryje też petardy takie jak "Alcohol Forever" i tutaj band po prostu szaleje. Oczywiście zaraża tą pozytywną energią. Gitarzyści dają niezły popis umiejętności w energicznym "Crew from a frozen Hell". Podobne emocje wywołuje killery w postaci "Ride now" czy "Medicine man". Całość wieńczy "Like a wolf", który ma też coś z Ac/Dc.

Gomor dalej ma status jako aktywny, więc pozostaje czekać na kolejne wydawnictwa. Skład już jest nieco inny, ale wciąż jest to formacja z ogromnym potencjałem. Na debiucie dostaliśmy kawał solidnego heavy metalu i hard rocka w stylu Motorhead. Nie ma wstydu, a wręcz przeciwnie. Polski band podołał zadaniu! Brawo!

Ocena: 7.5/10

środa, 6 stycznia 2021

STOS - Jeźdźcy nocy (2012)


 Polski Warlock to w sumie nie takie złe określenie dla polskiej formacji o nazwie Stos. Kapela powstała w 1981r i tak funkcjonowała do 1989r. Dopiero ponownie kapela się reaktywowała. Mimo pewnych trudności ze znalezieniem wytwórni i mimo pewnych roszad personalnych udało się przetrwać i wydać dwa wydawnictwo w ramach owej działalności. Ostatnie dzieło to "Jeźdźcy nocy", który jest skierowany do fanów starego Turbo, Ceti, czy właśnie Warlock. Nie brakuje też odesłań do NWOBHM. To wszystko sprawia, że "Jeźdźcy nocy" to prawdziwa perełka polskiego heavy metalu.

Skojarzenia z Warlock nie wynikają tylko z tego, że na wokalu jest równie charyzmatyczna Irena Bol, ale również na samą stylistykę w jakiej obraca się band. Na płycie znajdują się utwory, które powstały w różnych etapach funkcjonowania Stos, ale mimo tego płyta jest bardzo spójna. Troszkę przeszkadza w odbiorze garażowe brzmienie. Dobra muzyka nie potrzebuje ozdobników i sama się będzie bronić. Tak też jest tutaj. Oprócz Ireny warto też pochwalić zgrany duet gitarowy tworzony przez Łukasza i Marcina. Panowie dobrze czują klasyczny heavy metal i tą miłość słychać niemal w każdym utworze.

Fanów Ceti czy Turbo powinien na pewno zainteresować "Ognisty Ptak", w którym gościnnie pojawia się Grzegorz Kupczyk. Klimatyczny utwór z ciekawymi przejściami i naprawdę dobrze się tego słucha. Wróćmy jednak do samego otwieracza, bo to też kolejna perełka o której warto wspomnieć. "Schizofremia" zaskakuje spokojnym i tajemniczym początkiem, jednak utwór nabiera potem mocy i mrocznego klimatu. Można znaleźć coś z twórczości Warlock, ale też Black Sabbath.  Imponuje też pomysłowy riff w "Heavy metal" i to kolejny utwór na który warto zwrócić uwagę słuchając "Jeźdźcy nocy". Marszowy "Hej ty" imponuje true metalowym feelingiem i tutaj można znaleźć coś z twórczości Manowar. Stos ma smykałkę do tworzenia chwytliwych melodii i dobrze to obrazuje "Ludzie Ciemności" czy rozpędzony "Za Horyzont".

Mało znana formacja Stos ma na swoim koncie 2 albumy i póki co nic więcej nie wydali. Ostatnie dzieło "Jeźdźcy nocy" to kawał wartościowego heavy metalu w polskim wydaniu. Materiał jest urozmaicony i ma w sobie to coś. Produkcja może nieco niszowa, ale nie przeszkadza to aż tak w odbiorze. Warto znać tą formację i mam nadzieję, że jeszcze o nich usłyszymy w przyszłości.

Ocena: 8/10

niedziela, 18 października 2015

SACRED BLOOD - Aleksandros (2012)

Aleksander Wielki to postać, które zapisała się w historii na długie lata i po dzień dzisiejszy historia o jego dokonaniach i podbojach inspiruje wiele muzyków. Najlepiej to widać i słychać na drugim albumie greckiej formacji Sacred Blood. Grecka formacja postanowiła na podstawie bogatej historii Aleksandra Wielkiego zbudować koncepcyjny materiał. Tak o to powstał „Aleksandros”, który ukazał się w 2012 r. Dla wielu jest to jeden z mocniejszych albumów Sacred Blood. Czy faktycznie tak jest?

Nie da się ukryć, że Sacred Blood znalazł swoje miejsce na rynku heavy metalowym. Od samego początku obrali sobie za cel granie epickiego heavy metalu w rycerskiej oprawie. Szybko udało im się wykreować własny styl, w którym nie brakuje pewnych elementów progresji. W ich muzyce słychać nawiązania do Battleroar, Manowar czy Elwing. Tak jak w tamtych kapelach tak i tutaj wszystko buduje podniosły i bojowy głos wokalisty. Epeios Phoceus odnajduje się w tym co gra zespół i faktycznie można poczuć ten rycerski klimat,który zagrzewa do walki. Jeśli chodzi o sferę instrumentalną to tutaj bardziej musiał się wykazać Polydeykis. Może nie wygrywa nic nowego, może gdzieś tam inspiruje się dokonaniami Manowar czy Elwing i wcale nie kryje się z tym. Plusem jest to, że nie trzyma się jednego motywu i stara się nam pokazać różne strony Sacred Blood. Mamy motywy ostre, dynamiczne, ale też takie które łapią za serce swoim klimatem, podniosłością czy złożonością. Z pewnością nie jest to tez muzyka, która jest łatwa i szybko wpadająca w ucho. Jak przystało na koncept mamy wiele instrumentalnych przerywników, mamy spory nacisk położony na epickość, na klimat. Słychać bogate aranżacje i urozmaicenie, a czasami tego wszystkiego jest jakby za dużo. Na szczęście jest jest kilka mocnych kompozycji, które czynią ten album atrakcyjny. Mamy rozbudowany „The Bold Prince of Macedonia”, które znakomicie interpretuje styl grupy i pokazuje jednocześnie co to znaczy wysokich lotów epicki heavy/power metal. Jest też niezwykle melodyjny i bardziej klasyczny „The Battle of the Granicus (Persian in Throes)”, w którym można podziwiać zgrabnie zagrane melodyjne solówki. Nie brakuje marszowego tempa, toporności i pełno tego mamy w „Marching to war” czy „Macedonian Force”. Jeśli chodzi o bardziej energiczne i ocierające się o power metal granie to z pewnością warto tutaj wyróżnić „Death behind The walls” czy ostrzejszy „Ride Through the Achaemenid Empire”. Nie można narzekać na rutynę jeśli chodzi o materiał, szkoda tylko że nie wszystkie utwory trzymają równy wysoki poziom.

„Aleksandros” to kawał solidnego epickiego heavy metalu, który zadowoli fanów gatunku. Mamy sporo ciekawych, melodyjnych solówek, jest rycerski klimat i dbałość o urozmaicenie. Zabrakło tylko większej liczby przebojów i bardziej równego poziomu, bez wdawania się w niepotrzebne wstawki. A to już coś.

Ocena: 6/10


sobota, 17 października 2015

BLYND - Punishment Unfolds (2012)

Cypryjska scena metalowa to nie tylko epicki heavy/power metal, to nie tylko progresywność na wysokim poziomie. Jak się okazuje ta scena metalowa kryje też ciekawe kapele grającą melodyjną odmianę thrash metalu. Jednym z takich bandów, który zaskakuje swoim stylem, pomysłowością jest bez wątpienia Blynd. Kapela działa od 2003 roku i ich celem jest połączenie starej szkoły thrash metalu z heavy metalową melodyjnością i nowoczesnym brzmieniem. Można w ich muzyce doszukać się elementów power metalu, czy też death metalu a nawet metalcoru. Kapela inna niż te na które można trafić i może dlatego też tak zapada w pamięci. Mają na swoim koncie już 3 albumy. Najlepiej na start nadaje się „Punishment Unfolds” z 2012 r.

Patrząc na okładkę już wiadomo że nie jest to tradycyjny thrash metal. Nasuwają się różne formacje grające death metal czy metalcore. Fakt są pewne elementy wyjęte z takiego grania. Słychać to choćby w brutalnym brzmieniu, w rozpędzonej sekcji rytmicznej czy w agresywnym wokalu Andreasa. Każdy z tych elementów pasowałby właśnie do tamtych gatunków. To przyczynia się do tego, że album brzmi nowocześnie i świeżo. Najciekawsze jest to, że Blynd cały czas dba o to żeby muzyka była przystępna i melodyjna. Tak więc mamy mocne riffy, chwytliwe i pełne energii solówki, które są główną atrakcją tego wydawnictwa. Płyta robi wrażenie od samego początku i szczerze można powiedzieć, że brakuje takich płyt w sferze thrash metalowej. Na wstępie mamy klimatyczny i nieco symfoniczny „Divine Gathering”, które jest tylko krótkim intrem. Prawdziwa jazda zaczyna się wraz z agresywnym „Arrival of The Gods” i słychać podobieństwa z takim Bullet for My Vallentine. Zespół stawia na proste motywy, na agresję, dynamikę i melodyjność. Nie kombinują i trzymają się tego schematu. Dzięki temu na płycie jest pełno killerów. Jednym z nich jest „As punishment Unfolds” który ma w swojej strukturze pewne cechy death metalu. Płytę tą promował z dość sporym sukcesem „The Chosen Few”. Jest to kompozycja pełna energii i agresji, ale najlepiej oddaje to co gra zespół i jaki poziom prezentują. Nie brakuje mroku, nie brakuje jeszcze ostrzejszego grania co Blynd potwierdza wraz z złowieszczym „Sins to the Cross”. Warto też wspomnieć o przebojowym „The Final Resistance „, który ma w sobie więcej z klasycznego thrash metalu. Na koniec mamy równie dwa udane killery czyli szybki „Divine Conspiracy” i ocierający się o death/black metal „Infinity Race”.

Blynd pokazał tym albumem, że można grać thrash metal i zachowując przy tym melodyjność. To jest dobry przykład, że można grać nowoczesny i agresywny thrash metal, który nie nudzi i pokazuje na każdym kroku pazur słuchaczowi. Od premiery minęło trochę czasu, ale mimo to płyta wciąż zachwyca i wciąż brzmi świeżo. Gorąco polecam fanom mocnego brzmienia.

Ocena: 8/10

wtorek, 23 czerwca 2015

ATRA MUSTUM - Khaos (2012)



Atra  Mustum to przykład, że w Rosji też wiedzą co to melodyjny death metal z mieszany z symfonicznym Black metalem.  Choć ten gatunek muzyki nie cieszy się tam wielką popularnością, to jednak mimo tego można grać tam melodyjny death metal na wysokim poziomie. Atra Mustum działa od 2000 roku i dorobił się dwóch albumów.  Tym najbardziej docenianym przez fanów jest „Khaos”.  Jest to dzieło bardziej kompletne niż debiut. Przede wszystkim zespół włożył tutaj więcej serca i słychać, że jest już bardziej dojrzałym bandem. Nie ma już takiego chaosu i nie dociągnięć jak na debiucie. Co nas czeka na nowym wydawnictwie? Z pewnością więcej atrakcyjnych melodii, więcej zadziornych riffów i pomysłowych rozwiązań. Muzyka rosyjskiej formacji jest o tyle ciekawa, bowiem zespół miesza takie gatunki jak symfoniczny Black metal czy melodyjny death metal. Ważnym składnikiem jest mroczny klimat, dobrze wpasowane klawisze i wokal Wsegarda. Akurat partie wokalne mogłyby być bardziej dopracowane pod względem technicznym i można było tutaj bardziej urozmaicić tą sferę. O wiele lepsze wrażenie pozostawiają po sobie gitarzyści.  Dennis i Nikolay dają czadu i naprawdę każdy kto lubi agresję i szybkość, ten doceni to co wyprawia ten duet. Może kuleje nieco technika i brakuje jakiegoś elementu zaskoczenia. Od tego w sumie jest klawiszowiec, który  tworzy mroczny, majestatyczny klimat, który przeszywa do szpiku kości.  Właśnie klimat to jest atut tej płyty i już okładka daje nam przedsmak tej niesamowitej atmosfery jaka panuje na płycie. Do najciekawszych kompozycji należy zaliczyć rozpędzony "Be Yourself” w którym zespół wplótł atrakcyjną folkową melodię.  Z kolei „The Harald” to znakomity przykład, że zespół wie jak zmieszać Black metal z światem melodyjnego death metalu.  Płyty bardzo dobrze się słucha od początku do końca mimo  jasno nakreślonej stylistyki i grania nieco na jedno kopyto. Najbardziej do gustu przypadły mi dwa instrumentalne kawałki, zwłaszcza „The Living end”.  „Khaos” to płyta która jest żywym dowodem na to że Rosjanie też potrafią grać na poziomie symfoniczny metal wymieszany z melodyjnym death metalem. Płyta może nieco jednowymiarowa, nieco przewidywalna i czasami rosyjski potrafi zadziałać na nerwy, ale mimo tego jest to solidna pozycja dla fanów takiej muzyki.

Ocena: 6.5/10

środa, 8 kwietnia 2015

JETTBLACK - Raining Rock (2012)

A co powiecie na energiczny hard rock w stylu Sinner, Airbourne czy Ac/Dc? Jednym z takich moich odkryć, którym się jeszcze nie chwaliłem tutaj jest brytyjski Jettblack. Działają od 2007 roku i wyróżnia ich zapał, a także umiejętność wymieszania hard rocka, heavy metalu, jest coś z lat 80, coś z 90, jest nowoczesne, soczyste brzmienie, a wszystko znakomicie zmiksowane w spójną całość. Wyróżnia ich charyzmatyczny frontman, który ma prawdziwy hard rockowy wokal. Jest chrypa, jest pazur i miłość do hard rocka. To przedkłada się na jakość granej muzyki. Zespół potrafi się dobrze bawić, a szaleństwo której pojawia się w partiach gitarowych to klucz do sukcesu. Właśnie dzięki takiemu podejściu ich album „Raining Rock” spodobał się fanom i zgarnął pozytywne recenzje. Mnie to wcale nie dziwi, bo faktycznie jest to bardzo przemyślany i dopracowany album, w którym przeszłość spotyka teraźniejszość. Po krótkim itrze zabawę rozpoczyna „Raining Rain” i to bardzo udany hołd dla starego Def leppard. Kawałek jest prosty, chwytliwy i zakorzeniony w latach 80. Mocny riff i współpraca gitarzystów, to cechy, które nie raz się pojawią na tym wydawnictwie. Jest też i komercja, bo bez tego ciężko sobie wyobrazić solidny i urozmaicony hard rockowy album. „Prison of Love” to przykład takiej kompozycji, choć i tutaj doszukać się można starego Deep Purple czy Def Leppard. Szybszy, bardziej metalowy „System” to jeszcze inna para kaloszy. Tutaj zespół pokazuje pazur i to że potrafią grać ostrzej. Płytę promował z dość dobrym skutkiem spokojniejszy „Black Gold”.Płyta jest naszpikowana ciekawymi, chwytliwymi melodiami co potwierdza taki „Something about this Girl” czy rock'n rollowy „Temptation”, w którym można wyłapać patenty Ac/Dc. Stonowany, marszowy „In Between Lovers” też ma swój urok i jest niezbitym dowodem na elastyczność muzyków z Jettblack. Coś z Zz Top można wyłapać w energicznym „Side of Road”. Jako bonus można spotkać „Raining Rock” z Udo Dirkschneiderem i to dopiero jest ciekawa wersja. Nie ma słabych momentów, nie ma wad, za które można by skarcić ten album. Solidny hard rock z domieszką heavy metalu. Nic tylko słuchać i słuchać.

Ocena: 8/10

czwartek, 19 marca 2015

SEPTIC CHRIST - Guilty as We Were Born (2012)

Toxic – jeden z najbardziej kultowych thrash metalowych zespołów powrócił do świata żywych, jednak nowy materiał nie jest tym co kiedyś ten zespół prezentował. Lepiej zabrać się za jakiś klon tamtej formacji. Jednym z takich jest niemiecki Septic Christ. Na dzień dzisiejszy zakończyli działalność, ale mają na swoim koncie dwa albumy. Najciekawszym dziełem jest „Guilty As We Were Born” i nie chodzi tylko o to, że sporo tutaj nawiązań do Toxik, Kreator czy Destruction. Przede wszystkim jest to bardziej dopracowany album i z pewnością ma do zaoferowania więcej niż debiutancki krążek. Jest energia, agresja, dzikie riffy, rozpędzona sekcja rytmiczna i ostry wokal Bobbiego Shortlega. Tak więc pewien standard jest. A co jeszcze czeka nas na tym wydawnictwie? Thrash metalowa młócka na najwyższym poziomie z zachowaniem pewnego smaku i aspektu technicznego. Złożony „Starstruck” w pełni ukazuje jak udanym gitarzystą Jxnothing. Nie tylko porywa agresywnymi zagrywkami, ale pomysłowością i klimatem rodem z płyt Toxik. To mnie akurat bardzo cieszy, bo nowe kawałki Toxik są bez tego czegoś. Mocnym punktem tej płyty jest chwytliwy „Be a man” i takich utworów jest znacznie więcej. Kto ceni sobie melodyjność i przebojowość ten powinien docenić rozpędzony „The Legacy”. Agresywny „Bomb Monte Carlo” to taki mały hołd dla Sodom i niemieckiego thrash metalu. Może brzmi to znajomo, ale sprawdza się i robi niezłe spustoszenie. Warty odnotowania jest też bardziej urozmaicony „G.D.L.B” czy brutalny „Herd Instict”. Płyta jest utrzymana w jednej tonacji i na próżno szukać tutaj elementu zaskoczenia czy też czegoś oryginalnego. Oni mają niszczyć i zostawiać spustoszenie poprzez swoje agresywne, bez kompromisowe łojenie. To też się udaje. Fani thrash metalu powinni znać ten album.

Ocena: 7.5/10

wtorek, 17 marca 2015

SCANDAL CIRCUS - In The Name of Rock'n Roll (2012)

Dobrego hard rocka nigdy za wiele. Szwedzi zawsze dostarczają solidnego hard rocka i to taka sprawdzona scena muzyczna, która pod tym względem nie zawodzi. Z tych młodszych formacji warty polecenia jest Scendal Circus. Działają już od 4 lat i już mogą się pochwalić całkiem udanym debiutem w postaci „In the Name of Rock'n Roll”. Znakomity przykład, że można połączyć nowoczesne brzmienie, melodyjny heavy metal i zadziorny hard rock zakorzeniony w latach 80. Można ich porównać do takiego Devil's Train i również cenią sobie energię, dobrą zabawę i dużą dawkę melodyjności. Atutem ich jest to, że potrafią zniszczyć swoimi ostrymi riffami, a jak to nie pomoże to zawsze zostaje zauroczenie przebojowością. Ta młoda kapela sypie hitami niczym asami z rękawa. Może i okładka jest odstraszająca i pokazuje nie dopracowanie. Nie dajcie się jednak zastraszyć i lepiej odpalić płytę. To co nas czeka to ciekawe popisy gitarowe Pelle Eliasson, który gra zadziornie, ale zarazem lekko i przyjemnie. Tak się gra hard rock na wysokim poziomie. Całość nabiera też innego wymiaru dzięki wokaliście. Johan Joven potrafi śpiewać klimatycznie i wręcz uroczo jak to robi w balladzie „Dreams”, ale kiedy trzeba to potrafi agresywnie co pokazuje w „Fat and Evil”. Płyta nas zaskakuje o dziwo zróżnicowanie i nie skończonym pokładem energii. „In The Name of Rock'n Roll” promował ten album i w sumie nie ma się czemu dziwić. W pełni odzwierciedla styl zespołu i jest to też jeden z cięższych utworów na płycie. Sporo heavy metalu uświadczmy w „In Your Mind” , ale i tak najbardziej zapadają w pamięci takie petardy jak „Loosing all control” , czy „The race”. Jest też mroczny klimat rodem z Black Sabbath, które daje o sobie znać w „Society of Evil”. Zamykający „Freakshow” dobrze odzwierciedla cały album i przebojowość, która charakteryzuje się „In the Name of Rock'n Roll”. Dobra robota i czekamy na kolejną dawkę hard rocka w wykonaniu szwedów.

Ocena: 7/10

niedziela, 8 lutego 2015

FORCES AT WORK - Straight (2012)

Ciężko jest zmieszać różne gatunki muzyczne, bo w efekcie można dostać chaotyczną papkę, która nie nadaję się do słuchania. Początkowo niemiecki band Forcest At Work też nie odniósł sukces w dokonywaniu fuzji takich gatunków muzycznych jak thrash metal, modern metal, hardcore, death metal czy jazz. Właściwie w pełni ta sztuka im się udała na debiutanckim albumie zatytułowanym „Straight”.

Dema nie były w pełni zadowalające, ponieważ brzmiało to nieco chaotycznie i brakowało jakiś motywów, które by utkwiły w pamięci. Zespołowi udało się wyeliminować poniekąd, a materiał brzmi bardziej dojrzale. Chaos tutaj nie wdziera się do kompozycji, a mieszanka różnych gatunków jest bardziej przemyślana i nadająca się do słuchania. Płyta jest bardziej wymagająca i trzeba się z nią nieco osłuchać zanim zaczniemy odkrywać w pełni jej atuty. Materiał z debiutanckiego albumu bardziej do mnie przemawia i słychać, że nowy skład zespołu zrobił swoje. Ze starego składu został Adrian Weiss i znakomicie dogaduje się z Mischą. Oboje wygrywają przeróżne partie gitarowe, te bardziej thrash/death metalowe, przez progresywne alternatywne,aż po te bardziej jazzowe. Rozrzut jest spory i czasem można się zgubić w tym zwariowanym świecie Forces At Work. Znakomicie się odnalazł w tej muzyce wokalista Sebastian Wischermann, który śpiewa growlem, kiedy trzeba to wykorzysta swój krzyk czy niskie sfery, które są bardziej mroczne. Nawet spokojne, czyste śpiewanie mu wychodzi, tak więc mamy tutaj wszystko czego dusza zapragnie. Najlepiej prezentują się kawałki agresywne, które są utrzymane w thrash/death metalowej konwencji. Taki właśnie „The Mind Slavery”, melodyjny „Be Machine” czy rozpędzony „Colours” to znakomity tego przykłady. Podobać się mogą takie eksperymenty jak „Logic Dead” gdzie zespół gra mieszankę jazzu, metalu i progresywnego rocka. Brzmi to dość ciekawie. Z takich mocniejszych kawałków na płycie jest bez wątpienia „Virtual Fuhrer”, który potrafi zapaść w pamięci. Z takich prostszych i bardziej przebojowych kawałków mamy „Dharma” czy thrash metalowy „Sickness”. Najciekawszym utworem pod względem konwencji jest bez wątpienia „Straigh into The Odd”, gdzie zespół pokazuje swoje instrumentalne umiejętności. Może się podobać ten kawałek ze względu na ciekawą mieszankę progresywnego metalu i jazzu. Brzmi to dość świeżo i zaskakująco.

Debiut Forces At Work to muzyka dla bardziej wymagających, muzyka skierowana do tych co lubią różne eksperymenty i coś zupełnie innego niż to co oferuje rynek muzyczny. Płyta robi wrażenie, choć na kolana jeszcze nie rzuca. Jednak to jest dobry krok w kierunku udanej kariery. Zobaczymy co przyszłość przyniesie.

Ocena: 7/10

czwartek, 30 października 2014

VINDICATOR - United We Fall (2012)

Thrash metal z Bay Area i niemiecki, teutoński thrash metal to inspiracje, po które często sięgają młode kapele. Nie inaczej jest z amerykańskim bandem o nazwie Vindicator, który został założony w 2005 roku. Dzisiaj skład wygląda nieco inaczej niż na początku, ale muzyka nic na tym nie straciła, a na ostatnim wydawnictwie zatytułowanym „United We Fall” tylko to potwierdzają,

Nie często zdarza się tak, że zmiany personalne nie szkodzą zespołowi, ani muzyce jaką gra. W przypadku Vindicator, można nawet poczuć pewien powiew świeżości. Nie jest jednak to dalej nic oryginalnego, a zespół wciąż wykorzystuje spore ilości patentów wypracowanych przez znane zespoły reprezentujące thrash metal Bay Area czy też niemieckiego thrash metalu. Można ich nazwać drugim Sodom, Exodus czy Heathen, ale to od nas zależy czy godzimy się z tym stanem rzeczy, czy od razu przechodzimy do karcenia tego zespołu za wtórność i brak własnej inicjatywy. Może jest niesmak, może niedosyt, ale Vindicator ma coś w zamian dla nas. Chłopaki nadrabiają energią, agresją i szybkością, które pozwalają zapomnieć choć na chwilę o wtórności. W swojej wtórności Vindicator wypada całkiem dobrze i jedyne co irytuje to wokal Vica Stowna. Bycie drugim Hettfieldem nie jest jednak takie proste. Jego niedoskonałości słychać choćby w „Mac Undone”. To co grają amerykanie jest przewidywalne i mało skomplikowane, bo nie ma ani rozbudowanej warstwy instrumentalnej, nie ma pomysłowych melodii, a przebojowość schodzi tutaj na dalszy plan. Gdy pojawia się coś ciekawego jak choćby „Fatal Infection” to jednak też można ponarzekać, że za mało w tym agresji. Ten utwór to jeden z moich ulubionych, a powodem tego jest rozpędzona sekcja rytmiczna i ciekawa mieszanka stylu Exodus, Agent Steel czy Destruction. Do tego jest to jeden z nie wielu kawałków, które wybija się pod względem melodyjności. Kapela próbuje też sił w bardziej heavy metalowych kompozycjach i „Hail to The thief” to znakomity przykład. Od strony aranżacyjnej nie jest tak źle, bo słychać w tym wszystkim wpływy Dio czy Anthrax, ale znów czegoś brakuje. Można odnieść wrażenie, że jedyną nadzieją Vindicator są gitarzyści Stown i Larue, którzy radzą sobie naprawdę dobrze. Wiedzą jak rozgrzać słuchacza dynamiczną solówką, jak zaskoczyć mocnym riffem, w którym jest nutka agresji i melodyjności. Jedynym problem jest wtórność i bardziej rzemieślniczy styl grania. Więcej emocji wzbudza na pewno energiczny „Fire Escape”. Reszta utworów bardzo szybko zmywa się w jedną całość i nie zapada w pamięci.

To jest może i negatywna recenzja, bo słyszałem ciekawsze płyty z gatunku thrash metalu, ale wiedzcie że Vindicator nie jest takim złym zespołem. Grają thrash metal i to nawet na dobrym poziomie. Tylko za mało tutaj dają od siebie, za mało pomysłowości. Nawet mierząc ich potencjał w kategorii wtórności to też jest niski. „United We Fall” to solidny album solidnej kapeli i nic ponadto.

Ocena: 5.5/10

niedziela, 26 października 2014

OCEANS OF TIME - Faces (2012)

Nie jest łatwo znaleźć taki zespół metalowy, który gra w ciekawy sposób progresywny power metal, który ma zamiar zaskoczyć słuchacza, stara się stworzyć bardziej własny styl, aniżeli być klonem. Brakuje kapel, które nie tyle stawiają na dziwne motywy i wydłużanie danych kompozycji, co po prostu stawiają na złożone konstrukcję i pomysłowość. Ja mam zawsze z tym problem. Zazwyczaj takie wycieczki w rejony progresywne kończą się w moim przypadku nie powiedzeniem. A co powiecie na norweski zespół, który dysponuje wokalistą podobnym manierą do Grahama Bonneta, czy Jeffa Scotto Sotto? Młody zespół, który powstał w 2005 roku i w 2012 nagrał znakomity debiut „Faces”, który był ciekawą krzyżówką power metalu, melodyjnego metalu, progresywnego i symfonicznego metalu. Nie ma zimnej kalkulacji, nie ma próby grania czegoś wbrew sobie, nie ma też próbowania bycia modnym. Postawiono wszystko na jedną kartę. Dzięki czemu debiutancki album nie brzmi jak dzieło młodych, przestraszonych chłopaków, lecz jak dzieło dojrzałych i doświadczonych muzyków, którzy wiedzą czego chcą i jak to osiągnąć. Jestem wybredny jeśli chodzi o progresywny metal, ale Oceans of Time ukradł moje serce i przekonał mnie, że można zaskoczyć w tym gatunku, że można nagrać ciekawy album z muzyką progresywną. Zaskoczenie, urozmaicenie, przebojowość, dbałość o szczegóły to wszystko znajduje się w muzyce norwegów. Nie brakuje power metalowej mocy, szybkości, agresji, ale też i bogatych aranżacji czy podniosłego klimatu. Wokalista Ken Lyngfoss to mało komu znany muzyk, jednak to powinno się zmienić. Został on obdarzony mocnym, wyrazistym, ostrym głosem, który spełnia się w takim graniu, zwłaszcza że technika śpiewania jest z górnej półki. Gitarzysta Jensen czy klawiszowiec Henriksen to też kluczowi muzycy decydujący o ostatecznym brzmieniu Oceans of Time. Ten układ sprawdza się i przypomina momentami Stratovatius, czy Symphony X. Brzmi to znakomicie, bo wszystko zagrane z pomysłem i z dbałością o atrakcyjność. Początek może i zaskakuje, bowiem „Walls of Silence” bardziej pokazuje nowoczesność, agresję, ale też tutaj można poczuć potencjał owej formacji. Ze świecą szukać tak zagranego progresywnego power metalu w dzisiejszych czasach. W „The Beast” można doszukać się powiązań z najlepszym okresem Masterplan. Kolejny pomysłowy riff, kolejna dawka mocnego grania i już wszystko wiadomo. To płyta zgranego zespołu, który gra prosto z serca i sprawia im to radość. To wszystko słychać, muzyka w tym przypadku nie kłamie. „Faces” ukazuje atuty Jensena i to że dysponuje niezwykłymi umiejętności, a jego riffy i solówki są niezwykle pomysłowe i pełne różnych smaczków. Jak grać melodyjny power metal nawiązując do lat 90, jednocześnie zagrać z polotem i bez kompleksów? Oceans of Time znakomicie to pokazuje w rozpędzonym „Kingdom Falls”. Ciekawa mieszanka w stylu Silent Forces, czy Stratovarius, zaś rycerski refren potwierdza obecność epickości. Czystą progresję i piękno tego gatunku uświadczyć można w nieco dziwnym, ale i intrygującym w pozytywny sposób „A Touch of Insanity”. Dzieje się tutaj sporo i jest to dość wymagająca kompozycja. O „Uncertainty” można się wypowiedzieć jak o klimatycznej i romantycznej balladzie. Całość zamyka rozbudowany „You're so Cold” i to najlepsza wizytówka z jakim zespołem mamy do czynienia i na jakim poziomie został zagrany ten album. Więcej nie trzeba udowadniać. Niech muzyka przemówi do was i niech pokaże co to prawdziwe piękno progresywnego power metalu.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 14 września 2014

CRUSHER - Endless Torment (2012)

31 minut muzyki. Tyle mają nam do zaoferowania muzycy z ukraińskiego Crusher, który został założony w 2007 roku. Debiutancki album „Endless Torment” nie szykuje nam rewolucji w dziedzinie thrash metalu, ale z pewnością przykuje uwagę zagorzałych fanów tejże muzyki. Pierwszy album zazwyczaj wiąże się z niepewnymi pomysłami, nie do końca przekonującym stylu, a czasami nie zadowala słuchaczy pod względem poziomu muzyki. Tym razem jest zupełnie inaczej. Crusher nawiązuje do klasyki gatunku i nie jest mu obca twórczość Exodus, Slayer czy Overkill. Może nie grzeszą oryginalnością, ale mają inne atuty. Mam tutaj na myśli przede wszystkim komponowanie i bez problemowe tworzenie agresywnych kawałków. Nie ma zaskoczenia i tego nawet się nie spodziewałem. Jest znana z innych płyt nieco przybrudzone brzmienie, jest typowy thrash metalowy wokalista Dyatel, który potrafi śpiewać i na pewno płyta nabrała dzięki niemu mocy. Nieco gorzej wypada jako gitarzysta, ale nie ma powodów do narzekania. Materiał jest krótki, ale i treściwy. Dostajemy dynamiczny i energiczny materiał, który od samego początku jest zdominowany przez typowe thrash metalowe kompozycje. „On The Needle” czy „Den of Iniquity” to właśnie tego najlepszy przykład. Jakby więcej heavy metalu udaje się przemycić w „Politishit”, co zapewnia nam chwilę wytchnienia. W takim „Skatanic Ride” można posłuchać, jak zespół znakomicie odtwarza styl Slayera, co akurat brzmi bardzo dobrze, podobnie zresztą jak ich cover postaci „Jesus Saves”. Prosty i do bólu przewidywalny album, ale ma swój urok, zwłaszcza jeśli lubi się szybki speed/thrash metal w starym stylu. Właśnie do tych fanów skierowany jest krążek.

Ocena: 6/10

piątek, 29 sierpnia 2014

JOE STUMP - Revenge of shredlord (2012)



Joe Stump to jeden z tych uzdolnionych gitarzystów, którego właściwie nie trzeba przedstawiać. Spec od grania shredowych partii od tworzenia neoklasycznego power metalu. On przemawia do słuchacza przez swoją gitarę i nagrał w sumie 9 albumów pod szyldem Joe Stump oddając się swojej pasji i miłości do neoklasycznego power metalu. Joe stump znany jest głównie za sprawą Holy Hell, Obsession, czy The Reign of Terror, ale tam nie usłyszycie takich wyczynów i popisów gitarowych jak na solowych albumach. Kto nie miał okazji posłuchać jego gry, ten może nadrobić stratę z ostatnim albumem „Revenge of Shredlord”, który jest jednym z jego najlepszych dzieł.

Udało tutaj się wykreować mroczny klimat i zbudować prawdziwe królestwo atrakcyjnych melodii. Dzieje się tutaj sporo i Joe Stump na każdym kroku prezentuje swój kunszt i technikę. Yngwie Malmsteen może być z niego dumny, bowiem nie wiele ustępuje mistrzowi. Joe na tej płycie podobnie jak na poprzednich wydawnictwach gra z pasją, z wyczuciem i nie powstrzymuje się od złożonych i rozbudowanych solówek. Płyta jest skierowana do tych co kochają dźwięk gitary i lubią godzinami w słuchiwać się w pięknie i klimatyczne partie. Ten album to przede wszystkim zbiór znakomitych melodii, które od samego początku zachwycają. Brakuje tylko w tym wszystkim wsparcia wokalnego, ale cóż taki jest charakter muzyki Joe’a. Jest wiele ciekawych kawałków, ale na wyróżnienie zasługuje zwłaszcza podniosły i mroczny „In The Master’s House” który brzmi jak mieszanka Black Sabbath, Rainbow i Iron Mask. „Shredlords Sonata” pokazuje to co najlepsze w power metalu, zwłaszcza w tym neoklasycznym. Prawie 9 minutowy „Enter The Coven” to mroczna przygoda, która pokazuje, że można oddać uczucie poprzez partie gitarowe, że można stworzyć długi kolos i to wszystko tylko przy użyciu gitary. „Pisteleros” to przykład jak nagrać energiczny power metal w najlepszym wydaniu. Znakomita melodia zagrana z pasją i nutką lekkości. Pozwolę sobie jeszcze wyróżnić szybki „The Black Knights Castle”, który przypomina mi najlepsze lata Ritchiego Blackomore’a i Rainbow.

Joe Stump to mistrz gitary, który jest dla mnie takim samym bohaterem co Yngwie i obaj panowie obdarzeni są niezwykłym talentem. Wiedzą jak sprawić, by gitara oczarowała swoją grą, by przemówiła po przez solówki i motywy. Dzieje się tutaj sporo i każdy utwór to prawdziwa jazda bez trzymanki i brakuje tutaj tylko jakiegoś udanego wokalisty pokroju Joe Lynn Turner czy Doggie White, ale cóż taki urok płyt z kręgu neoklasycznego power metalu. Jeden z najlepszych instrumentalnych albumów, jakie słyszałem. Polecam.

Ocena: 9/10