Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death Metal. Pokaż wszystkie posty
sobota, 25 lutego 2023
DRAGON - Unde Malum (2023)
Od kiedy Katowicki Dragon reaktywował się w 2016r to pisze nowy rozdział swojej twórczości. Jasne, dalej gdzieś w tym jest thrash metal, czy death metal, ale band stara się grać troszkę bardziej współcześniej, nowocześniej. Dodają troszkę innych smaczków i powstaje nowa, odświeżona formuła. Śmiem twierdzić, że równie ciekawa co ta dobrze znana nam z przełomu lat 80 czy 90. Bardzo dobrze ten stan rzeczy potwierdził "Arcydzieło zagłady". W tym samym kierunku band poszedł na najnowszym albumie zatytułowany "Unde Malum". Tym samym band dorobił się 7 wydawnictwa w swojej dyskografii.
Słychać od pierwszych dźwięków, że band rozwija pomysły z poprzedniego albumu. Nie brakuje mrocznego klimatu, nie brakuje agresywnych riffów, czy charakterystycznych wokali Adriana Frelicha. Nie brakuje tej brutalności, ale w sumie chyba nikt nie liczył że z tego aspektu band zrezygnuje. Sporo dobrej roboty zostawił Jarosław Gronowski, który dostarczył nam wiele ciekawych i intrygujących partii gitarowych. Cały czas się coś dzieje i nawet próbuje zaskoczyć słuchacza. Pojawiają się zwolnienia i chwile, gdzie Jarosław stawia na klimat. Dobrze to odzwierciedla druga część kultowego "Upadłego Anioła". Równie ciekawie band zaczyna ten album, bo od nastrojowego "Powrócą kiedy mniej", który dopiero z czasem nabiera mocy. Od pierwszych sekund słychać mocny i dobrze przygotowany sound, który podkreśla brutalność zawartych tutaj dźwięków. Szybko wpada w ucho ciężki i zadziorny "Fanatyczne Dogmaty", gdzie band znakomicie miesza thrash i death metal. Z kolei ponury i bardziej stonowany "Piewcy Chorych kłamstw" ma więcej cech heavy metalowego grania. Troszkę za bardzo przekombinowano w niektórych momentach, przez co utwór troszkę traci na swojej atrakcyjności. Utwór tytułowy rozbito na 3 części, ale jakoś "Unde Malum" troszkę średnio wypada i brakuje troszkę dopracowania. Jest gdzieś tam próba zaskoczenia słuchacza, ale nie przemawia do mnie główny motyw i forma podania tego. Warto na pewno wspomnieć o bardziej melodyjnym "Nie zabijaj ze strachu" czy przebojowym "Nie mieszaj w to diabła". Obie kompozycje bardziej energiczne i bardziej dojrzałe w swojej stylizacji.
Nie powstał nowy klasyk Dragon. Płyta z pewnością nie robi takiego efektu "wow" jak "Arcydzieło Zagłady", ale to wciąż solidna porcja thrash metalu i death metalu. Cieszy, że Dragon się rozwija i nagrywa nowe płyty, bo jakby nie patrzeć to jeden z najważniejszych zespołów polskiej sceny metalowej. Płyta na pewno zasługuje na uwagę i fani raczej nie będą kręcić nosem.
Ocena: 7.5/10
niedziela, 7 marca 2021
DRAGON - Arcydzieło zagłady (2021)
Polska scena heavy metalowa na nowo się odradza i powracają wielkie zespoły, które w latach 80 i 90 stanowiły podstawę naszego metalu. Skoro wrócił Destroyers, skoro Wolf Spider wrócił, to nic dziwnego że wrócił inny wielki zespół, a mianowicie Katowicki Dragon. W tym roku ukazał się długo oczekiwany "Arcydzieło zagłady". Tak w dalszym ciągu jest to mieszanka thrash metalu i death metalu. Zespół nie robi tutaj sentymentalnej podróży do lat 80 i stawia na współczesny wydźwięk. Jest to ważna premiera dla Dragon, jak i naszej sceny metalowej.
By poznać genezę tej płyty i poznać jak do tego wszystkiego doszło, to trzeba cofnąć się w czasie, aż do roku 2016. Wtedy właśnie na nowo odrodził się Dragon, który początkowo miał zagrać krótki set na "Metalmanii 30 lat później". Z tego koncertu nic nie wyszło, a zespół w międzyczasie opuścił basista Grzegorz "Demon" Mroczek. Do zespołu zaproszono Krzysztofa "Fazi" Oseta, który przecież grywał w Kat, więc stylistyka bardzo podobna. Dragon rozpoczął koncertowanie w na przełomie 2016 i 2017r, co w końcu przedłożyło się na to, że panowie chcieli czegoś więcej. Postanowili rozpocząć pracę nad nowym materiałem. Potem kapelę opuścił kolejny ważny członek zespołu, czyli Krystian "Bomba" Bytom, a jego miejsce zajął Ireneusz Loth, z Kat. Jednak w czasie dalszych praca nad płytą doszło do rozbieżności co do stylu Dragon i tak w 2020r jego miejsce zajął Mikołaj Tyczko. Były trudności, różnego rodzaju zawirowania i w dodatku cały ten Covid, ale w końcu album ukazał światło dzienne 19 lutego nakładem Matal Mind Productions.
Styl jakoś zbytnio nie uległ zmianie, bo dalej jest to brutalny thrash metal z domieszką death metalu i wszystko opiera się na mocnym i mrocznym głosie Adrianie Frelicha, bez którego nie byłoby Dragona. Sekcja rytmiczna daje czadu i cały album jest mega dynamiczny pod tym względem. No i jest jeszcze niezniszczalny gitarzysta Jacek Gronowski, który zaskakuje technicznymi zagrywkami. Jest z jednej stronie klasycznie, a z drugiej nowocześnie. Band zadbał o to, żeby było nie tylko brutalnie, ale z klimatem i ciekawymi melodiami. "Arcydzieło zagłady" to nie metalowa papka, z której nic nie wynika. Stylistycznie przypominają mi się czasy "Fallen Angel" czy "Scream of Death". Brzmienie autorstwa Tomasza Zalewskiego jest ostre niczym brzytwa i muszę przyznać, że idealnie pasuje do całości. Nie przekonuje mnie okładka, która wygląda jak okładka gry komputerowej. Mało w tym klimatu starych płyt Dragon,
Płyta zawiera 8 kompozycji dających 46 minut muzyki. Pierwsze dźwięki otwierającego "Przemoc" nie wiem czemu przypomina mi "Jugulator" Judas Priest. Słychać ryk gitary Jacka, słychać mrok, ale po chwili dostajemy niezłą dawkę melodyjności. Niezwykle przebojowy kawałek, no i ten główny riff. Tak dostajemy na dzień dobry rasowy killer, który szokuje swoją techniką i aranżacjami. Tak to jest na pewno Dragon i to w znakomitej formie. Drugi na płycie to stonowane i nieco bardziej techniczny "R.T,H" z nutką progresywnego metalu. Mamy tu połamane i bardziej złożone melodie. To tylko pokazuje jak band urozmaicił swój nowy krążek. Płytę promował dynamiczny i niezwykle agresywny "Nie zginaj Kolan" i to się nazywa rasowy thrash-death metal na wysokim poziomie. Czysta perfekcja! Ciekawie zaczyna się "Czas Umiera", bowiem od pierwszych sekund utwór zaskakuje balladowym klimatem. Nastrojowa kompozycja o wyraźnych cechach klasycznego heavy metalu. Marszowe tempo przyprawia o dreszcze i budzi niepokój. Jednym z dłuższych utworów na płycie jest tytułowy "Arcydzieło zagłady", który również zaczyna się klimatycznie i niezwykle mrocznie. Jednak to kolejna petarda na płycie, choć tutaj dominuje thrash metal, który przypomina twórczość Sodom czy Kreator. Brzmi to znakomicie i Dragon pokazuje po raz kolejny że ten ich powrót to nie był jakiś tam skok na kasę i panowie naprawdę mają coś do powodzenia w kategorii thrash/death metalu. "Skaza" troszkę mniej porywa, ale to pewnie przez to że jest ponury i utrzymany w średnim tempie. Cała warstwa gitarowa jest po prostu urocza. Najdłuższy na płycie jest "Kłamca" i tutaj znów band pokazuje pazur i stawia na death metalową brutalność. Aranżacje i wykonanie budzą respekt i podziw, że band tak brzmi. Brawo Panowie. Ostatni utwór na tej płycie to dawka melodyjnego thrash metalu w postaci "Klatka przeznaczenia". Mocny cios na sam koniec!
Długo czekaliśmy na coś nowego od naszego Dragon, ale ten czas został nam wynagrodzony. Dostajemy tak naprawdę klasyczny Dragon gdzie dochodzi do skrzyżowania thrash metalu i technicznego death metalu, tylko że wszystko jest podane w nowocześniej oprawie. Tak album "Arcydzieło Zagłady" prezentuje nam Dragon naszych czasów. Dobrze, że panowie wrócili i przezwyciężyli wszystkie przeciwności.
Ocena: 9/10
By poznać genezę tej płyty i poznać jak do tego wszystkiego doszło, to trzeba cofnąć się w czasie, aż do roku 2016. Wtedy właśnie na nowo odrodził się Dragon, który początkowo miał zagrać krótki set na "Metalmanii 30 lat później". Z tego koncertu nic nie wyszło, a zespół w międzyczasie opuścił basista Grzegorz "Demon" Mroczek. Do zespołu zaproszono Krzysztofa "Fazi" Oseta, który przecież grywał w Kat, więc stylistyka bardzo podobna. Dragon rozpoczął koncertowanie w na przełomie 2016 i 2017r, co w końcu przedłożyło się na to, że panowie chcieli czegoś więcej. Postanowili rozpocząć pracę nad nowym materiałem. Potem kapelę opuścił kolejny ważny członek zespołu, czyli Krystian "Bomba" Bytom, a jego miejsce zajął Ireneusz Loth, z Kat. Jednak w czasie dalszych praca nad płytą doszło do rozbieżności co do stylu Dragon i tak w 2020r jego miejsce zajął Mikołaj Tyczko. Były trudności, różnego rodzaju zawirowania i w dodatku cały ten Covid, ale w końcu album ukazał światło dzienne 19 lutego nakładem Matal Mind Productions.
Styl jakoś zbytnio nie uległ zmianie, bo dalej jest to brutalny thrash metal z domieszką death metalu i wszystko opiera się na mocnym i mrocznym głosie Adrianie Frelicha, bez którego nie byłoby Dragona. Sekcja rytmiczna daje czadu i cały album jest mega dynamiczny pod tym względem. No i jest jeszcze niezniszczalny gitarzysta Jacek Gronowski, który zaskakuje technicznymi zagrywkami. Jest z jednej stronie klasycznie, a z drugiej nowocześnie. Band zadbał o to, żeby było nie tylko brutalnie, ale z klimatem i ciekawymi melodiami. "Arcydzieło zagłady" to nie metalowa papka, z której nic nie wynika. Stylistycznie przypominają mi się czasy "Fallen Angel" czy "Scream of Death". Brzmienie autorstwa Tomasza Zalewskiego jest ostre niczym brzytwa i muszę przyznać, że idealnie pasuje do całości. Nie przekonuje mnie okładka, która wygląda jak okładka gry komputerowej. Mało w tym klimatu starych płyt Dragon,
Płyta zawiera 8 kompozycji dających 46 minut muzyki. Pierwsze dźwięki otwierającego "Przemoc" nie wiem czemu przypomina mi "Jugulator" Judas Priest. Słychać ryk gitary Jacka, słychać mrok, ale po chwili dostajemy niezłą dawkę melodyjności. Niezwykle przebojowy kawałek, no i ten główny riff. Tak dostajemy na dzień dobry rasowy killer, który szokuje swoją techniką i aranżacjami. Tak to jest na pewno Dragon i to w znakomitej formie. Drugi na płycie to stonowane i nieco bardziej techniczny "R.T,H" z nutką progresywnego metalu. Mamy tu połamane i bardziej złożone melodie. To tylko pokazuje jak band urozmaicił swój nowy krążek. Płytę promował dynamiczny i niezwykle agresywny "Nie zginaj Kolan" i to się nazywa rasowy thrash-death metal na wysokim poziomie. Czysta perfekcja! Ciekawie zaczyna się "Czas Umiera", bowiem od pierwszych sekund utwór zaskakuje balladowym klimatem. Nastrojowa kompozycja o wyraźnych cechach klasycznego heavy metalu. Marszowe tempo przyprawia o dreszcze i budzi niepokój. Jednym z dłuższych utworów na płycie jest tytułowy "Arcydzieło zagłady", który również zaczyna się klimatycznie i niezwykle mrocznie. Jednak to kolejna petarda na płycie, choć tutaj dominuje thrash metal, który przypomina twórczość Sodom czy Kreator. Brzmi to znakomicie i Dragon pokazuje po raz kolejny że ten ich powrót to nie był jakiś tam skok na kasę i panowie naprawdę mają coś do powodzenia w kategorii thrash/death metalu. "Skaza" troszkę mniej porywa, ale to pewnie przez to że jest ponury i utrzymany w średnim tempie. Cała warstwa gitarowa jest po prostu urocza. Najdłuższy na płycie jest "Kłamca" i tutaj znów band pokazuje pazur i stawia na death metalową brutalność. Aranżacje i wykonanie budzą respekt i podziw, że band tak brzmi. Brawo Panowie. Ostatni utwór na tej płycie to dawka melodyjnego thrash metalu w postaci "Klatka przeznaczenia". Mocny cios na sam koniec!
Długo czekaliśmy na coś nowego od naszego Dragon, ale ten czas został nam wynagrodzony. Dostajemy tak naprawdę klasyczny Dragon gdzie dochodzi do skrzyżowania thrash metalu i technicznego death metalu, tylko że wszystko jest podane w nowocześniej oprawie. Tak album "Arcydzieło Zagłady" prezentuje nam Dragon naszych czasów. Dobrze, że panowie wrócili i przezwyciężyli wszystkie przeciwności.
Ocena: 9/10
poniedziałek, 25 stycznia 2021
DRAGON - Fallen Angel (1990)
Na drugi album katowickiego Dragon nie trzeba było długo czekać, bo już w 1990r ukazał się drugi krążek zatytułowany "Fallen Angel". Warto wspomnieć, że ten album został zarejestrowany w innym składzie. Do zespołu dołączył wokalista Adrian Frelich i basista Grzegorz Mroczek. Po wydaniu albumu band odbywał wschodnioeuropejską trasę z Death i Kreator, co idealnie podkreśla co band grywał w tamtym okresie, bo idealnie pasował do tego zestawienia. To już kolejny ważny album, choć tutaj band w pełni dał upust death metalowym pomysłom.
Nie ma już takiej melodyjności jak na debiucie, nie ma tej przebojowości i charyzmy z debiutu, nie ma już takiej dawki heavy metalowych rozwiązań, teraz jest brudny, brutalny death/thrash metal. Zostały te złożone i połamane melodie, które nie od razu wpadają w ucho. Na pewno jest to solidne granie, ale już mnie tak nie porwało jak debiut. Głos Adriana Frelicha podkreśla że mamy do czynienia z death metalem. Jego wokal wnosi sporo brutalności i mroku. Na pewno pasuje do całej stylistyki. Jakość jest na wysokim poziomie, ale szkoda że więcej tutaj death metalu, a mniej thrash metalu.
Bardzo dobrze prezentuje się otwieracz "Fallen Angel", który ma motorykę thrash metalową i w tym kawałku sporo się dzieje. Jest szybkość, agresja i dynamika. Dużo technicznego grania dostajemy w brutalnym "I split in Your face' i to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Mamy też rozpędzony i pełen agresji "Deceived" i słychać, że to już inny band, który zupełnie innymi wartościami się kieruje. Dobrze wypada też bardziej melodyjny "Destructor" czy energiczny "Into the dark".
"Fallen angel"to płyta death metalowa i bardzo dopieszczona pod względem technicznym. Imponuje agresywnością i brudnym klimatem. Niby jest wszystko tak jak powinno, a jednak nie czuję już takiej magii jak na debiucie i jak dla mnie za dużo tutaj death metalu, a za mało thrash metalu.
Ocena: 6.5/10
Nie ma już takiej melodyjności jak na debiucie, nie ma tej przebojowości i charyzmy z debiutu, nie ma już takiej dawki heavy metalowych rozwiązań, teraz jest brudny, brutalny death/thrash metal. Zostały te złożone i połamane melodie, które nie od razu wpadają w ucho. Na pewno jest to solidne granie, ale już mnie tak nie porwało jak debiut. Głos Adriana Frelicha podkreśla że mamy do czynienia z death metalem. Jego wokal wnosi sporo brutalności i mroku. Na pewno pasuje do całej stylistyki. Jakość jest na wysokim poziomie, ale szkoda że więcej tutaj death metalu, a mniej thrash metalu.
Bardzo dobrze prezentuje się otwieracz "Fallen Angel", który ma motorykę thrash metalową i w tym kawałku sporo się dzieje. Jest szybkość, agresja i dynamika. Dużo technicznego grania dostajemy w brutalnym "I split in Your face' i to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Mamy też rozpędzony i pełen agresji "Deceived" i słychać, że to już inny band, który zupełnie innymi wartościami się kieruje. Dobrze wypada też bardziej melodyjny "Destructor" czy energiczny "Into the dark".
"Fallen angel"to płyta death metalowa i bardzo dopieszczona pod względem technicznym. Imponuje agresywnością i brudnym klimatem. Niby jest wszystko tak jak powinno, a jednak nie czuję już takiej magii jak na debiucie i jak dla mnie za dużo tutaj death metalu, a za mało thrash metalu.
Ocena: 6.5/10
niedziela, 10 stycznia 2021
HEKTOR - The inner Dementia (1989)
W1989r na polskiej scenie metalowej ukazał się debiut Gdańskiej formacji Hektor. "The inner dementia" to jedyny album tej formacji. Sama kapela powstała w 1986r z inicjatywy perkusisty Wolina i basisty Gabrysia. Później do nich dołączył wokalista Criss i gitarzysta Judas. Można rzec to kapela, która brzmiała jak wiele kapel w naszym kraju w okresie lat 80. Tak więc mamy tutaj mieszankę thrash metalu i death metalu. Kapela czerpała z wczesnego Kreator, Sepultura, czy Voivod.
Surowe, garażowe brzmienie, brutalność i agresywny wokal Crissa to cechy charakterystyczne tego wydawnictwa. Troszkę może to i chaotyczne, troszkę nie przemyślane, ale ma swój urok. Sporo dobrego wnosi do zespołu duet gitarowy tworzony przez Paziu i Judasa. Na płycie nie brakuje agresywnych riffów i wciągających melodii. To przedkłada się na charakter tej płyty.
"All the ways people lie" to energiczny i pełen agresji otwieracz. Bardzo udana mieszanka thrash metalu i death metalu. Dobrze wypada zadziorny i melodyjny "Back to primitive" i to jeden z mocniejszych kawałków na płycie. Jest jeszcze toporny i mroczny "War monger",a dla fanów szybkiego i melodyjnego thrash metalu atrakcyjny będzie "Blind Eyes". Reszta utworów dość szybko zlewa się w jedną papkę, z której nie wiele wynika.
Jest moc, agresja i sporo dobrego thrash i death metalu, ale brakuje tutaj dopracowanego brzmienia, czy większego urozmaicenia. Płyta jakich wiele było w tamtym czasie na polskiej scenie metalowej. Płyta do posłuchania, ale nie sieje takiego zniszczenia jakie powinna. Warto obczaić z ciekawości.
Ocena: 6/10
środa, 13 marca 2019
Týr - Hel (2019)
Na dworze jakoś tak ponuro, chłodno i mroczno, to najlepszy czas by zagłębić się w świat wikingów. Pochodzący z Wysp Owczych Týr to najlepsza pozycja, by dać się porwać w ten wyjątkowy świat. Okazja ku temu jest bardzo dobra, bo Tyr właśnie wydali nowy krążek zatytułowany"Hel". Bez owijania w bawełnę można śmiało uznać nowe dzieło tej kapeli jednym z najlepszych, a z pewnością najlepszy od czasów bardzo udanego "By the light of the nothern star".
Týr działa sukcesywnie od 1998 r i już dawno wypracował swój własny styl, w którym dochodzi do zacierania granic między taki stylami jak heavy/power metal oraz folk/death metalem. W ich muzyce słychać inspirację Amon Amarth, Falconer, Ensiferum, Turisas czy Wintersun. W zespole pojawiło się dwóch nowych muzyków. Mamy nowego perkusistę Tadeus Rieckmann i gitarzysta Attila Voros. Wnieśli powiew świeżości, spory ładunek mocy i agresywność. Najlepsze jest to, że styl się nie zmienił i mamy tutaj Týr taki jaki znamy. Skandynawski klimat, ten chłód i świat zakręcony wokół wikingów jest tutaj gęsty i wciąga słuchacza od samego początku. Nie uświadczymy tutaj słabych utworów bo każdy tutaj jest wartościowy.
Trzeba mocno uderzyć na starcie, pokazać swoją moc i zaskoczyć fanów po 6 latach przerwy. "Gates of Hell" w którym jest dużo heavy/power metal sprawdza się idealnie. Niezwykle przebojowa kompozycja , która imponuje pozytywną energią. W podobnej konwencji utrzymany jest niezwykle melodyjny "All heroes fall". Więcej epickości i świata wikingów mamy w zadziornym "Gymr". Folkowe patenty pojawiają się w "Downhill drunk", z kolei "Empire of the north" przemyca troszkę elementów death metalu. Kolejny killer na płycie to rozpędzony "King of Time" i jest to jeden z moich faworytów. W "Againts the gods" pojawia się troszkę black metalowych inspiracji, ale wciąż dominuje heavy/power metal. Duży plus za dużo ciekawych melodii w "songs of War". Cały czas się coś dzieje i tempo nie opada.
Jest ogień, jest mrok, jest dużo klimaty skandynawskiego, nie brakuje otoczki wokół Wikingów . Poziom wysoki i tutaj zespół się spiął i nagrał perełkę. Znakomicie band wymieszał różne gatunki i efektem jest "Hel", czyli jeden z ich najlepszych wydawnictw.
Ocena: 9/10
niedziela, 3 września 2017
DEATH - Leprosy (1988)
Śmierć
czeka każdego z nas i przed tym nie da się uciec. Czasami zdarzy
się, że anioł śmierci przyjdzie po nas za szybko, a my nie
zdołamy przekazać bliskim i światu wszystkiego tego co chcieliśmy
przekazać. Śmierć jest nieubłagana i przychodzi nawet po wielkie
gwiazdy. Chuck Schuldiner zmarł 2001 r a Scott Clendenin w 2015r.
Choć nie ma ich już z nami, a świat poszedł do przodu, to ich
twórczość na zawsze wpisała się kanon muzyki metalowej, a
dokładniej mówiąc death metalu. To byli dwaj wielcy muzycy,
którzy grali w amerykańskim zespole o nazwie „death”. Tak
więc śmierć zatoczyło koło.
Chuck przyczynił się do narodzin Death metalu i jego nowej interpretacji. Tak jak oni nie grał nikt wcześniej, a później powstało kilka kopii, ale żadna nie była tak dobra jak oryginał. Nic dziwnego, że Chuck został okrzyknięty ojcem chrzestnym tego gatunku. Jego wokal był bardzo specyficzny. Z jednej strony ostry niczym brzytwy, brutalny, ale potrafił budować mroczną,pełną grozy atmosferę i nadawać kompozycjom melodyjności. Kapela Death powstała w 1984 r na gruzach kapeli Mantas i działała do 2001r. Jest kilka klasyków, które wpisały się na zawsze do grona kultowych i przełomowych wydawnictw w historii heavy metalu. Nie, nie jest to na pewno debiut „Scfream Bloody Gore” który był typową i nieco chaotyczną nawalanką death metalową. Mam tutaj na myśli drugi album tej grupy czyli kultowy „Leprosy”.
Ed repka stworzył jedną z bardziej rozpoznawalnych okładek heavy metalowych. Ukazanie w roli głównej trędowatego budzi już dreszcze i zapada ten obraz na długo w głowie. Zresztą zespół dokonał kilku innych istotnych zmian w porównaniu do debiutu. Teksty są poważniejsze, bardziej problematyczny, co już wyróżniało Death. Sprawa życia i śmierci przewija się w tekstach i rzucają się choćby te ludziach chorych na trąd, czy chorych, których przy życiu utrzymuje aparatura. Każdy z utworów ma jakąś głębię i niesie jakieś przesłanie. Tak więc nie jest to typowa death metalowa nawalanka, która nic z sobą nie niesie. Stylistycznie death też brzmi inaczej na „Leprosy”. Kawałki są bardziej złożone, bardziej pokręcone i gdzieś tam przemycono elementy progresywne, thrash metalowe, czy nawet heavy/speed metalowe. To jest właśnie piękne w tej płycie, że nie zależnie od tego czego lubi słuchać, nawet jeśli nie jesteśmy fanem death metalu, to ten album nie da się pokochać. Każdy znajdzie coś dla siebie. Death tutaj urozmaica swoją muzykę i nie chce grać na jedno kopyto. „Leprosy” to również ostre i soczyste brzmienie, które uwydatnia atuty Death i podkreśla choćby zadziorny wokal Chucka.
Płytę otwiera tytułowy „Leprosy” i zaczyna się dość mrocznie i tak stonowanie. Stopniowo wprowadzane są kolejne dźwięki i elementy układanki. Słychać wysoki poziom techniczny i partie gitarowe są bardzo dobrze wyważone. Co od razu się rzuca to zabawa tempem i dopasowywanie różnych motywów. Dzięki temu utwór nie jest banalny i sporo się w nim dzieje. Jeszcze szybszy i agresywniejszy jest „Born Dead”, który pokazuje jak zespół znakomicie potrafi wtrącić elementy stricte thrash metalowe. Chuck tutaj powala na kolana wokalem, który nie da się pomylić z innym. Echa heavy/speed metalu mamy w rozpędzonym „Forgotten Past” czy melodyjnym „Left To Die”, który imponuje marszowym tempem i taką zadziornością. Kolejnym kultowym kawałkiem z tej płyty jest złożony i urozmaicony „Pull The plug”. Kwintesencja stylu Death i idealny przykład jak połączyć agresję, brutalność i melodyjność. „Open Casket” wyróżnia się szalonymi i energicznymi solówkami, które potrafią oczarować nawet przeciwnika death metalu. Thrash metalowa motoryka pojawia się w złowieszczym i brutalnym „Primitive Ways”. Całość zamyka rozbudowany i bardziej złożony „Choke on it”.
Płyta perfekcyjna i nie ma tutaj słabych punktów. Jest to klasyka gatunku i jedna z najlepszych płyt Death. O tej płycie właściwie wszystko zostało powiedziane i każdy pewnie ją zna na pamięć. Nie ma pewnie też osoby, która by nie spotkała się z zespołem death czy właśnie „Leprosy”. Jeśli czytasz tą recenzję i nie znasz tej płyty to czas to zmienić. Arcydzieło!
Ocena: 10/10
Chuck przyczynił się do narodzin Death metalu i jego nowej interpretacji. Tak jak oni nie grał nikt wcześniej, a później powstało kilka kopii, ale żadna nie była tak dobra jak oryginał. Nic dziwnego, że Chuck został okrzyknięty ojcem chrzestnym tego gatunku. Jego wokal był bardzo specyficzny. Z jednej strony ostry niczym brzytwy, brutalny, ale potrafił budować mroczną,pełną grozy atmosferę i nadawać kompozycjom melodyjności. Kapela Death powstała w 1984 r na gruzach kapeli Mantas i działała do 2001r. Jest kilka klasyków, które wpisały się na zawsze do grona kultowych i przełomowych wydawnictw w historii heavy metalu. Nie, nie jest to na pewno debiut „Scfream Bloody Gore” który był typową i nieco chaotyczną nawalanką death metalową. Mam tutaj na myśli drugi album tej grupy czyli kultowy „Leprosy”.
Ed repka stworzył jedną z bardziej rozpoznawalnych okładek heavy metalowych. Ukazanie w roli głównej trędowatego budzi już dreszcze i zapada ten obraz na długo w głowie. Zresztą zespół dokonał kilku innych istotnych zmian w porównaniu do debiutu. Teksty są poważniejsze, bardziej problematyczny, co już wyróżniało Death. Sprawa życia i śmierci przewija się w tekstach i rzucają się choćby te ludziach chorych na trąd, czy chorych, których przy życiu utrzymuje aparatura. Każdy z utworów ma jakąś głębię i niesie jakieś przesłanie. Tak więc nie jest to typowa death metalowa nawalanka, która nic z sobą nie niesie. Stylistycznie death też brzmi inaczej na „Leprosy”. Kawałki są bardziej złożone, bardziej pokręcone i gdzieś tam przemycono elementy progresywne, thrash metalowe, czy nawet heavy/speed metalowe. To jest właśnie piękne w tej płycie, że nie zależnie od tego czego lubi słuchać, nawet jeśli nie jesteśmy fanem death metalu, to ten album nie da się pokochać. Każdy znajdzie coś dla siebie. Death tutaj urozmaica swoją muzykę i nie chce grać na jedno kopyto. „Leprosy” to również ostre i soczyste brzmienie, które uwydatnia atuty Death i podkreśla choćby zadziorny wokal Chucka.
Płytę otwiera tytułowy „Leprosy” i zaczyna się dość mrocznie i tak stonowanie. Stopniowo wprowadzane są kolejne dźwięki i elementy układanki. Słychać wysoki poziom techniczny i partie gitarowe są bardzo dobrze wyważone. Co od razu się rzuca to zabawa tempem i dopasowywanie różnych motywów. Dzięki temu utwór nie jest banalny i sporo się w nim dzieje. Jeszcze szybszy i agresywniejszy jest „Born Dead”, który pokazuje jak zespół znakomicie potrafi wtrącić elementy stricte thrash metalowe. Chuck tutaj powala na kolana wokalem, który nie da się pomylić z innym. Echa heavy/speed metalu mamy w rozpędzonym „Forgotten Past” czy melodyjnym „Left To Die”, który imponuje marszowym tempem i taką zadziornością. Kolejnym kultowym kawałkiem z tej płyty jest złożony i urozmaicony „Pull The plug”. Kwintesencja stylu Death i idealny przykład jak połączyć agresję, brutalność i melodyjność. „Open Casket” wyróżnia się szalonymi i energicznymi solówkami, które potrafią oczarować nawet przeciwnika death metalu. Thrash metalowa motoryka pojawia się w złowieszczym i brutalnym „Primitive Ways”. Całość zamyka rozbudowany i bardziej złożony „Choke on it”.
Płyta perfekcyjna i nie ma tutaj słabych punktów. Jest to klasyka gatunku i jedna z najlepszych płyt Death. O tej płycie właściwie wszystko zostało powiedziane i każdy pewnie ją zna na pamięć. Nie ma pewnie też osoby, która by nie spotkała się z zespołem death czy właśnie „Leprosy”. Jeśli czytasz tą recenzję i nie znasz tej płyty to czas to zmienić. Arcydzieło!
Ocena: 10/10
piątek, 29 lipca 2016
ORACLES - Miserycorde (2016)
Każdy kto siedzi w świecie
ekstremalnego heavy metalu, czy też death metalu będzie kojarzył
ekipę z Aborted. Założony w 2008 roku belgijski band Oracles ma
wiele wspólnego z Aborted, w końcu założyli go muzycy,
którzy na co dzień grają w tej formacji. Co warto wiedzieć
o Oracles to, że też specjalizują w ekstremalnym metalu, choć w
ich muzyce nie brakuje elementów wyjętych z groove metalu,
gothic metalu czy death metalu. Ta różnorodność jest atutem
i to jest coś co zachwyca w debiutanckim dziele zatytułowanym
„Miserycorde”. Zespół stara się wykroczyć poza pewne
ramy i zaskoczyć nas różnymi smaczkami. Pojawianie się
motywów progresywnych czy echa symfonicznego metalu są miłym
zaskoczenie. Zwłaszcza, że zostają bardzo dobrze wykorzystane na
poczet danej kompozycji. Dobrze to obrazuje agresywny „The
Tribulation of man” czy podniosłym „Remnants
of Echo”. Uwagę przyciąga występ gościnny Jeffa Loomisa
w „Body of inepitude”. Bardzo dobrze wypada
wokalista Sanna, która nadaje całości lekkości i nieco
bardziej komercyjnego wymiaru muzyce jaką gra zespół. Dobrym
przykładem jest rozbudowany „Skin” czy rockowy
„Scorn”. Choć pomysł na granie jest, to słychać
że gitarzyści Mendel i steve zbytnio nie przykładają się do tego
co grają. Jest technika czy agresja, ale brakuje polotu, jakiegoś
zaskoczenia. Momentami można poczuć zmęczenie. Do grona ciekawych
kompozycji warto zaliczyć „Canvas of Me” czy rytmiczny „The
beutiful People”, który ma w sobie najwięcej z
przeboju. Płyta jest w miarę równo, choć nie brakuje potknięć. Niezbyt dobrze świadczy o tej płycie świadczy fakt, że soczyste brzmienie i ciekawa, mroczna okładka wypadają lepiej niż sam materiał. Często Oracles porównuje się do Opeth, Dimmu
borgir, arch Enemy czy Slipknot i są to skojarzenia jak najbardziej
na miejscu. Ten stan rzeczy potwierdzi debiutancki krążek
belgijskiej formacji. Pozycja skierowana wyłącznie do miłośników
tego gatunku. Inni nie mają czego tutaj szukać.
Ocena: 5/10
sobota, 9 kwietnia 2016
DARK SADNESS / A NAKED SOULS - Twirl of Shadows (2015)
Ostatnio trafiłem na komplikację Dark Sadness / A naked Souls
zatytułowaną „twirl of shadows”.W okresie 1993 -1998 działa
właśnie formacja o nazwie Dark Sadness. Była to jedna z tych
meksykańskich formacji, która stawia na mroczny death metal z
domieszką doom metalu. Formacja ta nie zagościła na długo w
świecie muzyki, ale został po nich mały ślad w postaci „Art &
Solitude”. To właśnie ten album znajdziemy na składance. Nie ma
się co oszukiwać jest to podziemny heavy metal, a sam band już
dawno nie istnieje, a owy materiał pochodzi z połowy lat 90.
Specyficzny głos Williama sprawia, że faktycznie słychać ten doom
metal w muzyce Dark Sadness. Trzeba pamiętać, że na styl Dark
Sadness składa się wiele czynników. Stonowane tempo, mroczny
klimat, wyszukane partie gitarowe, pomysłowe melodie i dobrze
wpasowane klawisze. Pierwsze sześć utworów należy do Dark
Sadness. Na uwagę zasługuje klimatyczny „Evil Inside”
z chwytliwym riffem w roli głównej. Całkiem dobrze wypada
też mroczny i ponury „dark Sadness” który
jest przykładem, że da się dobrze połączyć death metal z doom
metalem. Najlepszym kawałkiem na płycie wydaje się tytułowy „Art
& solitude” z dobrze wtrąconymi klawiszami. Jest to
nieco progresywne i chaotyczne, ale ma swój urok. Druga część
płyty to już inny meksykański band z połowy lat 90, który
już nie istnieje, a mianowicie A naked Soul. Też dochodzi tutaj do
skrzyżowania death metalu i doom metalu. Też nie brakuje tutaj
brutalności i mrocznego klimatu, a całość bardziej naturalne
brzmienie i specyficzny wokalista Jose luis Lopez. Z tych ciekawszych
utworów to na pewno jest „Celebration of the lost”,
który przyciąga uwagę ciekawymi solówkami i
pomysłowym głównym riffem. Dobrze też się prezentuje
stonowany i ponury „In the Vastness”, który
oddaje piękno doom metalu. „Sometimes” czy „I
still remember” . Całość przypomina wczesne dokonania
Amorphis i w sumie nie jest to nic nadzwyczajnego. Ot co średniej
klasy death metal/ doom metal, który nastawiony jest przede
wszystkim mroczny klimat i brutalność. Nie wiele jednak z tego
wynika. Nic dziwnego, że kapele szybko przestały istnieć.
Ocena: 6/10
czwartek, 26 listopada 2015
RAPHEUMETS WELL- Dimensions (2014)
A gdyby tak połączyć
muzykę graną przez takie zespoły jak Behemoth, Dimmu Borgir,
Septic Flesh z muzyką poważną a także z progresywną odmianą
heavy metalu? Na pewno dla wielu taka mieszanka mogłaby być ciężko
strawna, ale są wśród nas tacy co lubią mieszanki gatunkowe
i różnego rodzaju eksperymentu. To właśnie do nich
skierowany jest amerykański band Rapheumets Well. Działają od 2006
roku i choć działali dość aktywnie to dopiero w 2014 r ukazał
się ich debiutancki album zatytułowany „Dimensions”. Sam album
nie jest tak łatwo zaszufladkować tak jak mogłoby się wydawać.
Jasne głównym gatunkiem muzycznym jest tutaj death/black
metal, ale zespół nie boi się wykorzystać elementy
symfonicznego metalu czy też progresywnego. Czasami brzmi to
chaotycznie, czasami ciężko przetrawić to co zespół gra,
ale w sumie jak się skupimy na całości a nie na detalach to album
zyskuje. Ciekawa klimatyczna okładka w stylu s-f, mroczne brzmienie
i sporo ciekawych smaczków sprawia, że „Dimensions” to
naprawdę solidny i zarazem intrygujący album. Zespół dość
ciekawie rozbudowuje kawałki i już otwieracz „Dimensions”
jest tego niezłym przykładem. Wiele motywów umieszczono w
jednym utworze i dzieje się tam sporo. Tripp King to wokalista,
który jakoś nie zapada w pamięci, ale pasuje do tego co
wygrywają gitarzyści. To właśnie Ralph i Daniel odwalili
najwięcej roboty i to oni zasługują na uznanie. To dzięki nim
całość nie jest nudna i naprawdę jest sporo fajnych i
klimatycznych motywów. Płyta jest urozmaicona i pełna
różnych wtrąceń i wzbogaceń, przez co aranżacje nie są
tak banalne jak mogłoby się wydawać. Podniosłość i symfoniczny
charakter to cechy pokręconego”At the Mantle of the Gods”,
który jest jednym z mocniejszych kawałków na płycie.
„The Arrival” ma już bardziej filmowy klimat, w
dodatku cechuje się niezwykłą melodyjnością. Zespół
potrafi też stworzyć utwory, które są łatwiejsze w
odbiorze i tego przykładem jest taki „Netherworld exile”.
Na uwagę zasługuje również melodyjny „Lair of
Eishtar”, a całość zamyka brutalny i już bardziej black
metalowy „Fleeing into Darkness”. Każdy z utworów
ma coś w sobie i razem tworzą znakomitą całość. Amerykański
band Rapheumets Well tworzy bardzo ciekawie brzmiący death/black
metal w którym jest sporej ilości progresywnego heavy metalu
jak i symfonicznego metalu. Jak ktoś lubi takie ciekawie brzmiące
eksperymenty ten z pewnością powinien zapoznać się z tym
wydawnictwem.
Ocena: 7.5/10
sobota, 21 listopada 2015
EMBERS OF LIFE - Dark Conspiracy (2005)
Fani mocniejszego grania
powinni zapoznać się z dość ciekawym zespołem jakim bez
wątpienia jest Embers of Life. Jest to kapela, która istnieje
od 1997 roku i ma na swoim koncie sporo koncertów, natomiast
debiutancki album ukazał się stosunkowo późno bo w 2014r.
W ich muzyce można doszukać się wpływów Deathstars,
Suidakra czy Children of Bodom, czy wiele innych kapel z pogranicza
melodyjnego death metalu. Zespół ma dość ciekawe podejście
do tego gatunku, ponieważ nie boi się wykorzystać elektronikę czy
elementy symfoniczne. Starają się brzmieć świeżo i nowocześnie
i to z pewnością im wychodzi. Nie dajmy się zwieść słabej
szacie graficznej „Dark Conspiracy”, która raczej
odstrasza niż przyciąga potencjalnego słuchacza. Rosyjska
formacja zna się bez wątpienia na brzmieniu i tworzeniu ciekawej
muzyki, która intryguje. To właśnie w tym tkwi ich urok. To
jest właśnie ich zaleta. Na pewno Embers of Life wyróżnia
się ciekawym black metalowym imagem i samym stylem. To wszystko
przedkłada się na to, że ich debiutancki album nie jest taki zły
jak mogło się wydawać. Najciekawszą postacią w zespole jest
wokalista Maniak, który stawia na agresję i brutalność.
Więcej tutaj death metalowej maniery, ale wszystko idealnie współgra
z tym co słyszymy. Czasami za mało w tym wszystkim techniki, ale
już chyba taki urok tego gatunku, tej muzyki. Dmitry i Igor to
również utalentowani muzycy, bo to właśnie oni napędzają
całość i są odpowiedzialni za aspekt instrumentalny. Ich popisy
gitarowe są intrygujące i zagrane z pasją, więc nie można
narzekać pod tym względem. Na płycie znajdziemy złowieszczy
„Dark Waters of Lakes”, który jest kompozycją
nastawioną bardziej na techniczne granie, aniżeli proste i łatwe w
odbiorze. Pod względem klimatu i lekkości wyróżnia się
„Burnwind of Satan”, który już jest o wiele
ciekawszym kawałkiem pod względem stylistycznym. Mieszanka
elektroniki i symfonicznego metalu wybrzmiewa znakomicie w melodyjnym
„Master of dreams”. Spore ilości folku i
melodyjnego death metalu jest ukryte w przebojowym „Crystals
of cold dream”. Dobry przykład, że zespół radzi
sobie z tworzeniem chwytliwych i zapadających w głowie utworów.
Z kolei najwięcej black metalu pojawia się w nieco szybszym „More
of those tears”, który również należy
zaliczyć do tych ciekawszych kawałków na płycie. Jeśli
ktoś szuka ciekawych i dość oryginalnych dźwięków, a
przede wszystkim siedzi w klimatach death metalu ten powinien
zapoznać się z Embers of Life.
Ocena: 6.5/10
środa, 9 września 2015
SOUNDS OF FURY - Mediocracy (2015)
Jesteś fanem
technicznego death metalu? Cenisz sobie agresywność, która
przejawia się w w warstwie instrumentalnej jak i w wokalu? A może
preferujesz nutkę nowoczesności? Jeśli tak, to szwajcarski Sounds
of Fury będzie strzałem w dziesiątkę. Zespół łączy
elementy technicznego death metalu i nowoczesnego metalu, stawiając
na brutalność i agresję. Na scenie są od 2011 i w tym roku udało
im się wydać drugi album „Mediocracy”, który zabiera nas
do mrocznego i ponurego świata, który może przytłoczyć
swoją formułą.
Już sama okładka jest daleka od radosnej i pozytywnej jeśli tak to można ująć. Z pewnością w pełni współgra z tym co zespół gra. Największy udział w tworzeniu miał Axel, który zajmuje się śpiewaniem i graniem na gitarze. Radzi sobie z tymi funkcjami, choć jego wokal nie do końca przekonuje. Jest troszkę mało charakterystyczny i ginie w gąszczu warstwy gitarowej. Kiedy skupimy się na stylistyce to można dojść do wniosku, że zespół właściwie nie potrafi urozmaicić swój materiał, bo wszystko zlewa się w jedną całość. Kolejnym minusem jest z pewnością brak melodii, które wyróżniały by się na tle całości, które pozwoliły by łatwiej odebrać to co zespół gra i tym samym pamiętać ową zawartość nieco dłużej niż tylko parę minut. Na pewno plusem jest tutaj brzmienie, które jest nad wyraz soczyste i dobrze wyważone. Jeśli chodzi o kompozycje to warto wyróżnić energiczny „Disregard” , melodyjny „The Art of Avoidance”. Te dwa kawałki dobrze pokazują, że zespół potrafi stworzyć ciekawą melodię, która sprawdza się w roli głównego motywu. Czasami jednak Sounds of Fury za bardzo podkręca tempo tak jak to jest w „Siudewalk Buisness” czego efektem jest totalny chaos. Tytułowy utwór to z kolei nie potrzebne wydłużanie kawałka. Do dobrych kompozycji można za to zaliczyć mroczny „Learning Process” czy niezwykle melodyjny „Pain Through Procrastination”. Szkoda tylko, że każdy utwór brzmi identycznie i brakuje w tym wszystkim jakiejś ikry i zaskoczenia. Tak jakby zespół gdzieś zatracił zapał i chęć urozmaicenia swojego materiału.
Z jednej strony mamy album niezwykle agresywny i brutalny, a z drugiej materiał, który tak naprawdę niczym nie porywa. Za mało utworów godnych zapamiętania, za mało atrakcyjnych melodii i w końcu za mało w tym wszystkim urozmaicenia. Album nieco monotonny na dłuższą metę i to jest jego przekleństwo. „Mediocracy” to dzieło, które można polecić zagorzałym fanom zespołu jak i technicznego death metalu.
Ocena: 4/10
Już sama okładka jest daleka od radosnej i pozytywnej jeśli tak to można ująć. Z pewnością w pełni współgra z tym co zespół gra. Największy udział w tworzeniu miał Axel, który zajmuje się śpiewaniem i graniem na gitarze. Radzi sobie z tymi funkcjami, choć jego wokal nie do końca przekonuje. Jest troszkę mało charakterystyczny i ginie w gąszczu warstwy gitarowej. Kiedy skupimy się na stylistyce to można dojść do wniosku, że zespół właściwie nie potrafi urozmaicić swój materiał, bo wszystko zlewa się w jedną całość. Kolejnym minusem jest z pewnością brak melodii, które wyróżniały by się na tle całości, które pozwoliły by łatwiej odebrać to co zespół gra i tym samym pamiętać ową zawartość nieco dłużej niż tylko parę minut. Na pewno plusem jest tutaj brzmienie, które jest nad wyraz soczyste i dobrze wyważone. Jeśli chodzi o kompozycje to warto wyróżnić energiczny „Disregard” , melodyjny „The Art of Avoidance”. Te dwa kawałki dobrze pokazują, że zespół potrafi stworzyć ciekawą melodię, która sprawdza się w roli głównego motywu. Czasami jednak Sounds of Fury za bardzo podkręca tempo tak jak to jest w „Siudewalk Buisness” czego efektem jest totalny chaos. Tytułowy utwór to z kolei nie potrzebne wydłużanie kawałka. Do dobrych kompozycji można za to zaliczyć mroczny „Learning Process” czy niezwykle melodyjny „Pain Through Procrastination”. Szkoda tylko, że każdy utwór brzmi identycznie i brakuje w tym wszystkim jakiejś ikry i zaskoczenia. Tak jakby zespół gdzieś zatracił zapał i chęć urozmaicenia swojego materiału.
Z jednej strony mamy album niezwykle agresywny i brutalny, a z drugiej materiał, który tak naprawdę niczym nie porywa. Za mało utworów godnych zapamiętania, za mało atrakcyjnych melodii i w końcu za mało w tym wszystkim urozmaicenia. Album nieco monotonny na dłuższą metę i to jest jego przekleństwo. „Mediocracy” to dzieło, które można polecić zagorzałym fanom zespołu jak i technicznego death metalu.
Ocena: 4/10
niedziela, 30 sierpnia 2015
HATE - Crusade : Zero (2015)
15 lat działalności,
9 studyjnych albumów, jedna koncertowy album i dwie komplikacje, do tego
status jednego z najważniejszych polskich zespołów heavy metalowych czynią
formację Hate naprawdę silną. Obok Vader, Trauma czy Behemoth to właśnie Warszawski Hate odgrywa znaczącą rolę w
polskim deah metalu, który odnosi sukces również zagranicą. Hate sporo
przeszedł i obecnie ze starego składu został Adam The First Sinner, który pełni
rolę wokalisty i gitarzysty. To dzięki niemu Hate wciąż trzyma poziom i wciąż
nagrywa dobre albumy. Może już nie powalą i nie zaskoczą, ale miło jest
widzieć, że wydany nie dawno „Crusade: Zero” zbiera pozytywne opinie. Nic
dziwnego w końcu nowy krążek brzmi soczyście i potrafi rozerwać na strzępy.
Wszystko dzięki ostrym riffom, rozpędzonym solówkom, brutalnemu wokalu Adama i
mrocznej otoczce. To jest właściwie
pewien standard jeśli chodzi o Hate i nigdy nie schodzili poniżej pewnego
poziomu. Zawsze zapewniali mocne kawałki, solidny poziom aranżacji i wysokiej
jakości brzmienie, które za każdym razem podkreśla jakiej klasy jest ten
zespół. „Vox Dei” to ciekawe
intro, które buduje klimat i ma taki nieco filmowy wydźwięk. Rozbudowany i
stonowany „Death Librator” to kompozycja nastawiona na technikę i
zaskakiwanie słuchacza ciekawymi motywami.
Warto w słuchać się w „Leviathan”, który zostaje napędzony
przez ciekawy i energiczne partie gitarowe. Tutaj Destroyer i Adam dają niezły
popis swoich umiejętności. To już lata grania i ogromne doświadczenie, które
słychać w tych zagrywkach. Mimo, że mamy do czynienia z brutalnym death metalem
to nie brakuje ciekawych melodii co tylko potwierdza „Doomsday Celibrities” czy
„Valley
of Darkness”. Najlepszym kawałkiem na płycie jest bezwątpienia tytułowy
„Crusade
Zero” , w którym zespół nie kryje zamiłowań do Black metalu. W efekcie dostaliśmy album, który niczego nie
wnosi do twórczości Hate, ale potwierdza z pewnością że ta kapela wciąż trzyma
wysoki poziom i wciąż potrafi zadowolić fanów death metalu. Słychać, że jest to
dzieło profesjonalistów, którzy kochają właśnie
ten rodzaj heavy metalu.
Ocena: 7.5/10
sobota, 22 sierpnia 2015
UNSAFE - Enter Dark Places (2015)
Choć francuski band
Unsafe istnieje od 1998 r to jakoś nie miałem okazji poznać ich
twórczości bliżej. W końcu nadarzyła się okazja ku temu,
by to zmienić. „Enter Dark Places” to najnowsze dzieło zespołu,
które w rzeczy samej zabiera nas do krainy ciemności. Do
świata w którym liczy się brud, mrok, pesymistyczne
nastawienie, brutalność i bezkompromisowość. Jeśli nie jest Ci
obca twórczość takich kapel jak Pantera, Lamb of God czy
Machine Head to z pewnością Unsafe będzie strzałem w dziesiątkę.
Z czym tak naprawdę mamy
do czynienia? O to jest pytanie. Pierwsza myśl to stary poczciwy
death metal, ale nie do końca tak jest. Pojawiają się też wpływy
groove metalu czy thrash metalu. Styl jest prosty i niczym się nie
wyróżnia, bowiem standardowo w takim graniu dominuje
agresja, brud i brutalność. Jednak trzeba odnotować to, że jak na
takie granie jest sporo miłych dla ucha melodii, który nadają
całości odpowiedniego charakteru. Ten aspekt zadecydował o tym, że
płyta nie nudzi i potrafi być czymś więcej niż tylko rasową
łupaniną. Utwory są skomponowane tak, że mamy mieszankę
toporności, brudu i melodyjności. Mimo tych zalet i tak wszystko
skupia się wokół wokalu Stephanie, która imponuje
techniką i ekspresją. Już w otwierającym „Watach out”
daje niezły popis. Jeden z najciekawszych utworów na płycie,
które pokazują że zespół stać na wiele. Thrash
metalowy „The Final Stage” zaskakuje dynamiką i
agresją. Można nieco ponarzekać, że zespół nieco za
bardzo ogranicza się do jednej tonacji i właściwie zlewają się
owe kompozycje. Lionel i Niko może nie mają jak się popisać, to
jednak trzeba przyznać, że wiedzą jak zagrać mocniejszy riff i
jak zabrać słuchacza do krainy cieni. Można to poczuć w
żywiołowym „Virtual Jail” w którym zespół
pokazuje pazur. Niby prosta łupanina, ale zapada w pamięci. Sporo
spokoju wnosi do albumu instrumentalny „Shores of infinity”.
Nieco elektroniki i progresywności można wyłapać w zakręconym
„On The Edge of Preceipe”. To właśnie takie
momenty, pokazują że w zespole drzemie potencjał. W sumie reguła
jest prosta. Im szybciej tym lepiej i sprawdziło to się w przypadku
„Dark Side”. Na koniec mamy dwa kawałki
wyróżniające się pod względem melodyjności i mówię
tutaj o „Half-Wit” czy „Wasted Years”.
Jednym słowem Unsafe to
kawał porządnego i mrocznego death metalu z domieszką groove i
thrash metalu. Mało oryginalne, ale zagrane prosto z serca z myślą
o fanach takich kapel jak Machine head czy Pantera. „Enter dark
Places” zasługuje na uwagę, zwłaszcza jeśli lubi posłuchać
czegoś mocniejszego niż heavy czy power metal.
Ocena: 6/10
Ocena: 6/10
wtorek, 23 czerwca 2015
ATRA MUSTUM - Khaos (2012)
Atra Mustum to przykład, że w Rosji też wiedzą co
to melodyjny death metal z mieszany z symfonicznym Black metalem. Choć ten gatunek muzyki nie cieszy się tam
wielką popularnością, to jednak mimo tego można grać tam melodyjny death metal
na wysokim poziomie. Atra Mustum działa od 2000 roku i dorobił się dwóch
albumów. Tym najbardziej docenianym
przez fanów jest „Khaos”. Jest to dzieło
bardziej kompletne niż debiut. Przede wszystkim zespół włożył tutaj więcej
serca i słychać, że jest już bardziej dojrzałym bandem. Nie ma już takiego
chaosu i nie dociągnięć jak na debiucie. Co nas czeka na nowym wydawnictwie? Z
pewnością więcej atrakcyjnych melodii, więcej zadziornych riffów i pomysłowych
rozwiązań. Muzyka rosyjskiej formacji jest o tyle ciekawa, bowiem zespół miesza
takie gatunki jak symfoniczny Black metal czy melodyjny death metal. Ważnym
składnikiem jest mroczny klimat, dobrze wpasowane klawisze i wokal Wsegarda.
Akurat partie wokalne mogłyby być bardziej dopracowane pod względem technicznym
i można było tutaj bardziej urozmaicić tą sferę. O wiele lepsze wrażenie
pozostawiają po sobie gitarzyści. Dennis
i Nikolay dają czadu i naprawdę każdy kto lubi agresję i szybkość, ten doceni
to co wyprawia ten duet. Może kuleje nieco technika i brakuje jakiegoś elementu
zaskoczenia. Od tego w sumie jest klawiszowiec, który tworzy mroczny, majestatyczny klimat, który
przeszywa do szpiku kości. Właśnie
klimat to jest atut tej płyty i już okładka daje nam przedsmak tej niesamowitej
atmosfery jaka panuje na płycie. Do najciekawszych kompozycji należy zaliczyć
rozpędzony "Be Yourself” w którym zespół wplótł atrakcyjną folkową melodię. Z kolei „The Harald” to znakomity przykład,
że zespół wie jak zmieszać Black metal z światem melodyjnego death metalu. Płyty bardzo dobrze się słucha od początku do
końca mimo jasno nakreślonej stylistyki
i grania nieco na jedno kopyto. Najbardziej do gustu przypadły mi dwa
instrumentalne kawałki, zwłaszcza „The Living end”. „Khaos” to płyta która jest żywym dowodem na
to że Rosjanie też potrafią grać na poziomie symfoniczny metal wymieszany z
melodyjnym death metalem. Płyta może nieco jednowymiarowa, nieco przewidywalna
i czasami rosyjski potrafi zadziałać na nerwy, ale mimo tego jest to solidna
pozycja dla fanów takiej muzyki.
Ocena: 6.5/10
środa, 17 czerwca 2015
ENSLAVED - In Times (2015)
Ewolucja to idealne słowo by
określić to co spotkało norweski band o nazwie Enslaved. Zespół zaczynał karierę w 1991 r i wtedy
zaczynali jako band grający Black metal. Z tego słynął ten zespół wielu właśnie ten okres zespołu najbardziej
sobie ceni. Z czasem Enslaved zaczął
odchodzić od stricte brutalnego i niszowego Black metalu, na rzecz bardziej
progresywnego grania, w którym dochodzi do skrzyżowania death metalu, Black metalu
i psychodelicznego rocka. Najnowszy album
zatytułowany „In Times” to już 13 album tej formacji, który potwierdza że
zespół jest w świetnej formie i nie zamierza rzucać broni. Co ciekawe szukają
innowacyjnych rozwiązań, tylko po to
żeby ich muzyka była świeża i pomysłowa.
Enslaved na przestrzeni lat dojrzał i teraz stawia na zróżnicowane
motywy, na bardziej złożoną konstrukcję, na bardziej wyszukane melodie . Taki
styl Enslaved sprawia, że zostajemy wciągnięci w magiczny świat i chcemy w nim
dłużej pozostać. Jak przystało na zespół
tej klasy mamy świetne, ostre, ale zarazem nowoczesne brzmienie. Jest ciekawa i dająca do myślenia okładka,
która również jest zrobiona na styl różnych płyt z kręgu core czy death metalu.
Na płycie mamy właściwie 6 kolosów
dających ponad 50 minut muzyki. „Thurisaz Dreaming” to idealny
kawałek na sam start, bowiem jest szybki i niezwykle energiczny. Nie brakuje
też w nim momentów wolniejszych, bardziej melancholijnych. Najbardziej podoba mi się brutalność, energia
i konstrukcję melodyjnego death metalu. Zespół odważył się wtrącić rocka i
elementy nowoczesnego metalu i efektem tego jest „Building with Fire” . Ten
utwór ukazuje też wokal Grutle i przede wszystko to jak uzdolniony jest i jak
wiele potrafi nim zdziałać. To jest nie tylko agresja, ale jest też nutka
spokoju i psychodelicznego klimatu. Fani
szybkiego tempa i ciekawych melodii powinni zwrócić uwagę na „One
Thousand Years of Rain” czy 10 minutowy „In Times”. Z kolei „Nauthir Bleeding” czy zamykający
album „Daylight” to kawałki skierowane do fanów klimatycznego grania,
gdzie liczy się ciekawy pomysł, nietypowa aranżacja i element zaskoczenia. Właściwie materiał jest równy i przemyślany,
tak więc nie ma się do czego przyczepić. Enslaved podąża w ciekawym kierunku i
pokazują że death/Black metal nie musi być do bólu schematyczny. To już nieco
inny styl, ale udało się wnieść powiew świeżości do muzyki norweskiej formacji,
jednocześnie nie zrywając z z dotychczasową twórczością. Brawo.
Ocena: 8/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)


:format(jpeg):mode_rgb():quality(90)/discogs-images/R-3873633-1522537059-2581.jpeg.jpg)

