Włoski Ancillotti nie poddaje się i dalej dostarcza swoim fanom solidny heavy metal w klimatach Sinner, Judas Priest, czy Accept. W maju przewidziana jest premiera trzeciego albumu tej włoskiej formacji, która działa od 2009r. "Hell on earth" to swoista kontynuacja "strikes back" i to wciąż solidne granie, które może znaleźć swoich fanów.
Co lubię w tej kapeli to wokal Daniela Ancillottiego, który swoją charyzmą czyni muzykę tej kapeli niezwykle zadziorną. To on sprawia, że można poczuć tu klimat lat 80. Dobrze spisuje się gitarzysta Luciano Toscani, który stawia na proste rozwiązania. Znajdziemy tutaj przede wszystkim zadziorne riffy, który mają nas oczarować swoją melodyjnością i klimatem lat 80. Album jest bardzo gitarowy i to sprawia, że odbiór jest bardzo łatwy.
Band dobrze otwiera ten album, bo od rozpędzonego "Fighting Man", który nawiązuje do Primal Fear. Sam riff i wokale Daniela o tym nas przekonują. W podobnych klimatach mamy ostry i agresywny "revolution" czy melodyjny "Firewind". Band potrafi wykorzystać patenty hard rockowe, co potwierdza "We are coming". Stonowany i również hard rockowy "Broken arrow" też pokazuje, że band potrafi odnaleźć się w takich klimatach. Dobry kawałek, który szybko zapada w pamięci. Najlepiej zespół sprawdza się w szybkich utworach i to słychać w zamykającym "Till the end", który imponuje mocnym riffem i przebojowością. Prawdziwa perełka i właśnie takich hitów mi tutaj brakuje.
"Hell on earth" to kawał solidnego heavy metalu, ale nic ponadto. Band dalej gra swoje i nie ma tutaj niespodzianek. Dla fanów Accept czy Primal Fear jest to pozycja obowiązkowa.
Ocena : 7/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ancillotti. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ancillotti. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 9 kwietnia 2020
wtorek, 24 stycznia 2017
ANCILLOTTI - Strike Back (2016)
Było tylko kwestią
czasu kiedy włoski band Ancillotti powróci z nowym
materiałem. W końcu debiutancki „The Chain Goes on” był bardzo
udanym wydawnictwem. Przede wszystkim był to szczery, agresywny i
pełen dynamiki heavy metal mocno osadzony w latach 80. W ich muzyce
nie brakuje nawiązań do twórczości Judas Priest, Motorhead,
Saxon czy Iron Maiden. Stawiają na przybrudzone brzmienie, na
charyzmę, na przebojowość i to przyniosło im sukces. Skoro
wypaliło to na pierwszym krążku, to nic dziwnego że zespół
podążył tą samą ścieżką. Tylko tym razem zespół nieco
poszerzył horyzonty i jeszcze bardziej dopieścił swój styl.
Jest chemia między muzykami, w końcu Bud i Bid są braćmi, a Brian
to syn Bida. Taka machina nie ma prawa działać wadliwie.
Charyzmatyczny i nieco chropowaty wokal Buda odgrywa kluczową rolę.
Dwa lata przyszło czekać na „strike Back”, ale warto było.
Jest to przemyślany i zwarty materiał, który potrafi porwać.
„To hell with You” to energiczny otwieracz,
który pokazuje formę zespołu. Jest szybko, agresywnie i z
duchem lat 80. Najwięcej tutaj mamy z NWOBHM. Dobrze wypada też
bardziej hard rockowy „Immortal Idol”, który
pokazuje jak zespół dobrze radzi sobie z tworzeniem hitów.
Dalej mamy jeszcze bardziej żywiołowy „Fight”,
który ma coś z Judas Priest. Nieco blado wypada rockowy
„Firestarter”, który jak dla mnie jest zbyt
komercyjny. Plusem tutaj jest wykorzystanie klawiszy. Tempo troszkę
potem nieco opada i dopiero przy „Burn Witch Burn”.
Ostry riff, dynamiczna sekcja rytmiczna, ciekawe przejścia jak i sam
główny motyw. Przydałoby się więcej takich killerów.
Całkiem dobry jest też hard rockowy „Live is for livin” o
bardzo prostej strukturze. Na sam koniec mamy jeszcze ciekawszy i
zadziorny „The Hunter”, który w pełni okazuje potencjał
grupy. Szkoda, że cały album nie jest właśnie taki jak ten
kawałek. Mimo pewnych wad album jest miły w odsłuchu i pozostawia
naprawdę dobre wrażenie. Jeśli cenicie sobie proste granie,
przesiąknięte klimatem lat 80 to nowy album włoskiej formacji
będzie idealny dla Was.
Ocena: 7/10
poniedziałek, 5 maja 2014
ANCILLOTTI - The Chain Goes On (2014)
A co powiecie na włoski
heavy metal zakorzeniony w latach 80 i NWOBHM? Nie macie dość
kolejnych zespołów, które starają być jak ich idole
pokroju Iron Maiden, Krokus, czy Judas Priest? A może po prostu
ostatnie wypieki White Wizzard czy Skull Fist nie do końca was
przekonały? Co by was nie motywowało i tak rozwiązaniem jest
debiutancki album Ancillotti zatytułowany „The Chain goes on”.
Już patrząc na tą
klimatyczną i kolorystyczną okładkę tak naprawdę wiemy z czym
mamy do czynienia. Choć na początku pojawia się zwątpienie czy to
faktycznie płyta wydana w tym roku. Wszystko wskazywałoby na lata
80, jednak Ancillotti to stosunkowa młoda formacja założona w 2009
roku z inicjatywy braci Ancillottich i syna Bida Ancillottiego czyli
Briana. Skład uzupełnia gitarzysta Luciano Toscani. Muzyka jest
prosta i przejrzysta. Jest to czysty heavy metal z domieszką hard
rocka i NWOBHM, a wszystko utrzymane w klimatach heavy metalu lat 80.
Słychać wpływy Judas Priest, Iron Maiden czy Krokus i choć jest
to wtórne i przewidywalne granie, to jednak miło się tego
słucha. Solidność, melodyjność widać robi swoje. Bud jako
wokalista brzmi przyzwoicie, choć nie jest to ani techniczne ani
charyzmatyczne śpiewanie. Do tego brakuje mi tutaj porządnego
pazura i agresji. Troszkę lepiej wypada gitarzysta Luciano,
aczkolwiek nie jest on drugim Kk Downingiem czy Glenem Tiptonem.
Słychać pewne nie dociągnięcia i słabsze momenty. Jednym z nich
jest „I dont Wanna Know”. Również
otwierający „Bang Your head” jak na współczesne
czasy brzmi nieco komicznie i tandetnie, ale gdzieś to ma swój
urok. Uwagę przykuwają takie kompozycje jak „Cyberland”
czy „Monkey” gdzie zespół przyspiesza tempo
i stara się nam przypomnieć stare czasy Judas Priest. Ale klasa i
poziom nie ten. Nie brakuje hard rockowych kompozycji i tutaj
znakomicie się sprawdza „Legacy of Rock” czy
„Liar”. Zespół nie radzi sobie w
wolniejszych kompozycjach i tutaj pokazuje wszelkie wady „Sunrise”,
zaś „Warrior” to jeden z tych ciekawszych utworów,
który z kolei przedstawia przebojowe oblicze włoskiej
formacji.
Solidny album i tak
właściwie można podsumować to wydawnictwo włoskiej formacji.
Jest sporo niedociągnięć i zbędnych momentów, ale płyta
jest nawet miła w odsłuchu. To że nie pozostaje za wiele w głowie
i że brakuje godnych za pamiętania killerów to już inna
sprawa. Płyta na jeden raz.
Ocena: 5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)
