Pokazywanie postów oznaczonych etykietą King Diamond. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą King Diamond. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 stycznia 2019

KING DIAMOND - Songs For the dead Live (2019)

To już 12 lat mija od czasu wydania ostatniego albumu Kinga Diamonda. Każdy z fanów nie może doczekać się nowego pełnometrażowego wydawnictwa. Problemy zdrowotne pokrzyżowały nieco plany króla horror metalu. Jednak na dzień dzisiejszy trwają pracę nad nowym materiałem, a w międzyczasie King Diamond raczy nas kompilacjami, czy właśnie albumem koncertowym. Ten najnowszy koncertowy album zatytułowany "Songs for Dead live" został zarejestrowany w Filadelfii w 2015 roku. Była to trasa podczas, której King zagrał w całości jeden ze swoich kultowych albumów, czyli "Abigail".  Kawałki z tej płyty brzmi znakomicie. Mimo upływu czasu jest to wciąż heavy metal wysokich lotów. Kiedy na scenie mamy ciekawą oprawę i Kinga tworzącego oprawę niczym z horrorów, to trzeba przyznać że są to doznanie o wiele lepsze niż przy słuchaniu studyjnego albumu. Co ciekawe King mimo swoich lat brzmi wybornie, co słychać choćby w klimatycznym "Arrival". Górne rejestry są po prostu imponujące. Jeszcze lepiej wypada "The Family Ghost", który w pełni oddaje styl w jakim obraca się King Diamond.  Miło jest popatrzeć jak King znakomicie bawi się na scenie podczas tego kawałka. No jest moc, a wykonanie po prostu perfekcyjne. Popis formy wokalnej King daje w "Abigail", który wymiata mimo tylu lat. Oprócz "Abigail" mamy tutaj też kawałki które można zaliczyć do tych najlepszych i najbardziej znanych. Mamy rozpędzony "Welcome Home", który na żywo zawsze robi ogromne wrażenie.  Miło jest też usłyszeć przebojowy "Eye of the witch" , który przyprawia o ciarki za sprawą klimatycznych partii klawiszowych.  Nie mogło też zabraknąć kawałków z okresu Mercyful Fate i miło jest usłyszeć "mellisa" czy właśnie "Come to the sabbath".  Andy Larocque i Mike Wead dają czadu przez cały koncert i można doznać szoku, że są w tak znakomitej formie. Setlista jak najbardziej udana, forma muzyków imponuje i całościowo "Song for the dead Live" to zgrabnie przyrządzony album koncertowy. Jednak to nie jest jeszcze to na co czekam. To już najwyższa pora na nowy materiał. Pozycja obowiązkowa dla fanów Kinga, ale i też fanów dobrych albumów na żywo. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

środa, 14 grudnia 2011

KING DIAMOND - The Puppet Master (2003)


Ileż to recenzji, ileż to opinii na temat jedenastego albumu KINGA DIAMONDA się pojawiło w sieci to głowa mała. A powodem tak licznego komentowania owego albumu jest owe powrót samego mistrza do wysokiego poziomu. „The Puppet Master” to dla mnie jeden z tych albumów, który do końca nigdy mnie nie przekonał. Ale za nimi opiszę moje wrażenia na temat owego albumu, warto wspomnieć kilka jakże ważnych kwestii. Przede wszystkim po wydaniu „Abigail 2” nie odbyło się żadne tournee i wszystkie pieniądze które miałby być przeznaczone na ten cel, zostały wykorzystane przy produkcji „The Puppet Master”. Wytwórnia była wobec zespołu oszczędna, to też Andy La Rocque sam zajął się produkcja albumu, co mu wyszło naprawdę bardzo dobrze. Sam album ukazał się w roku 2003 i miał być one kontr atakiem na te wszystkie spekulacje związane z muzyką zespołu, że uległa procesowi starzeniu i że Kinga nie stać na żadną ciekawą i przerażającą historię. „The Puppet Master” na pewno zachwyca pod tym względem, bo jest zarówno zarówno przerażająca historia opowiadająca o władcy marionetek, który robi je z fragmentów ludzkiego ciała. Oprócz tego mamy upiorny klimat, a także urozmaicenie partii wokalnych, przez odstąpienie niektórych kwestii na rzecz wokalistki Livi Zity. Co przedkłada się na urozmaicenie całej opowieści. Do tego wszystkiego mamy klika sprawdzonych chwytów takich jak: przerażający, charyzmatyczny, teatralny wokal Kinga, klimat grozy, wciągająca historia, a także dopracowanie pod względem instrumentalnym, za które odpowiadają dwaj gitarzyści, a mianowicie Mike Wead/ Andy La Rocque, którzy zachwycają niezwykła techniką i energicznością. Jednak tym razem muszą przyznać, że album jest zbyt monotonny, zbyt melancholijny, przez co czasami nieco przynudza. Niektóre melodie, riffy są mało wyraziste, na pewno mniej niż na takim „Abigail 2” i w tej kwestii odczuwam słabszą formę muzyków. Największa bolączką albumu są same kompozycje, w których słychać że proces komponowania został zaniedbany, co przedkłada się na fakt, że mamy mocne momenty jak i słabsze. Intro w postaci „Midnight” ma ciekawy motyw, ale klimat gdzieś został zatracony i nie wywołuje to takich dreszczy jak to z „Abigail 2”. „The Puppet Master” to taki do bólu typowy kawałek Kinga. Dynamiczny, chwytliwy, pełen różnych wstawek, motywów i bez wątpienia jest to jeden z ciekawszych utworów na płycie. Również nie wiele gorszy jest dynamiczny, melodyjny „Magic” z dużą ilości partii klawiszowych co poniekąd przypomina album „The Eye”. No i refren śpiewany wspólnie z Livią stanowi jeden z atrakcyjniejszych fragmentów tego albumu. Inny wydźwięk ma „Emergencia”, który stawia na mrok i klimat, a jedynie co mi w tym utworze się nie podoba to nieco toporny główny motyw gitarowy. Jeśli chodzi o podobny nastrój i klimat grozy to zapewne świetnie się też prezentuje „Blue Eyes” z chwytliwym głównym motywem i kontrastem między ostrością i lekkością. Choć „Ritual” ma ciekawe, porywające tempo, choć ma ostry riff, to jednak brzmi jak większość utworów na tym albumie i to jest też poniekąd ujma dla tego materiału. Brak charakteru i jakiś bardziej wyróżniających się motywów. I to jest dziwne, bo przecież utwór sam w sobie nie jest taki zły, jak ja to widzę. Jeśli chodzi o najlepsze kompozycję, które najbardziej utkwiły mi w pamięci to oprócz „Magic” czy tytułowego to wymienię tutaj jeszcze najbardziej energiczny utwór z tego krążka, a mianowicie „Blood To Walk”.Słuchając rozpędzonej sekcji rytmicznej, ostrego riffu, a także łatwo wpadającego w ucho refrenu można śmiało stwierdzić że to jeden z najlepszych utworów autorstwa Kinga Diamonda. Również dobrze się prezentuje nieco posępny „Darkness” czy też zadziorny „Christmas”. Zamknięcie albumu w postaci „Living Dead”, który pomimo 7 minut potrafi porwać swoją energią, klimatem i ostrymi riffami, co jest tylko przykładem, że album mógłby być o wiele ciekawszy gdyby od początku by tak brzmiał. Cóż wszystkie mieć nie można. Jest sporo mocnych utworów, ale jest tez kilka strasznie przynudzających utworów i właściwie album jest rozbity i nie trzyma równego poziomu. Co z tego, że wszystkie elementy muzyki Kinga Diamonda zostały zachowane, co z tego że odświeżono formułę wprowadzając kobiecy wokal, co z tego że jest ciekawa historia i nie przeciętna forma muzyków, jak proces komponowania został położony i pomysłów wystarczyło na kilka kompozycji. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest w mniejszości, ale mnie ten album nie zachwycił na tyle, żeby mówić o jednym z najlepszych albumów KINGA DIAMONDA, ale też nie rozczarował tak jak choćby „Voodoo”. Szkoda tylko, że postawiono taki nacisk na melancholijność i na teatralność kosztem ciekawych melodii czy motywów gitarowych. Solidna pozycja w dyskografii KINGA DIAMONDA, która zajmuje dolną część rankingu. Ocena: 7/10

środa, 28 września 2011

KING DIAMOND - The graveyard (1996)

Każdy album Kinga Diamonda to uczta dla fanów geniuszu Kinga i katorga dla malkontentów, którzy oczekują czegoś nowego. Jasne Diamond stara się nieco urozmaicać swoją muzykę, ale styl i koncepcja jest dalej ta sama. Grać metal i straszyć przy tym słuchaczy. Nie inaczej jest z „The Graveyard” z roku 1996. W jeden rok powstał ten album. Cóż trasa była krótka, to można było szybko wydać siódmy album. Ten sam skład pracował przy tym materiale, ale jakoś ciężko to przetrawić. Bo uważam, że album jest o wiele słabszy od poprzednich albumów i słychać, że King jest już zmęczony i historia jakaś draga nieco słaba zresztą jak i sama muzyka. I do dziś ów album uważam za najsłabszy w historii Kinga. Nie ma killerów, jest za to brudne brzmienie i nie dopracowane kompozycje, a jednak są tacy co uważają album za udany. Hmm są gusta i guściki i każdy ma prawo do własnej opinii. Jak dla mnie nie ma ani strasznego klimatu, nie porywających melodie i całościowo album strasznie przynudza. Okładka uboga i tego nie da się ukryć, logo i krzyż i to wszystko. Motywem przewodnim jest wykorzystanie seksualne dzieci i 14 kompozycji trwających łącznie ponad godzinę staje się wiezieniem naszego umysłu i jego salą tortur, no bo jak inaczej ująć to co się dzieje na albumie?

Szkoda, że inne rzeczy nie są tak pewne jak ten album Diamonda. Już przed włożeniem dysku do odtwarzacza ma się przeczucie, że album otworzy złowieszcze intro i „The Graveyard” tym właśnie jest. Ale w tym przypadku muszę przyznać, że jest strasznie,a przede wszystkim da się wyczuć szaleństwo w głosie Diamonda, od razu nasuwa się postać jokera z Batmana. No brawo, bo Diamond to urodzony aktor jak na mnie. No i dalej musi być nieco szybsze i bardziej dynamiczniejsze granie, ale początek „Black Hill Sanitarium” nieco inną przyszłość wróży. Jest Black Sabbath, metal Church i jest to nieco inne granie niż na poprzednim albumie. Hmm bardziej stonowane, prostsze i mniej dopracowane. Słucham, słucham i strasznie się nudzę. Melodie nie są atrakcyjne dla ucha i w leczą się niczym pociąg towarowy. Dopracowanie słychać nie tylko po stronie muzyków, ale sam Diamond jakby zaliczył spadek formy nie tylko kompozytorskiej, ale i wokalnej. Gdzie te teatralne i mocarne popisy, które uświadczyłem na „The Spider's Lullabye”? No nie ma. Nieco ciekawszy jest „Waiting” a to wszystko przez ciekawsze partie gitarowe, lepszą dynamikę i słucha się tego nieco lepiej. Ale dalej czegoś brakuje, brakuje chwytliwego refrenu i klimatu. Ot co dobry kawałek, jednak poniżej oczekiwań. Wolny, wręcz balladowy „Heads on The wall” to nic innego jak 6 minut smęcenia i słyszałem wiele wolnych kompozycji Kinga Diamonda, ale ta jest jedną z najgorszych. Sam motyw nie zapada w pamięci i nie ma czym zbytnio zaimponować. Melodia jakich wiele i tempo jakich wiele. 30 sekundowy „Whispers” ma do zaoferowania więcej niż wcześniejsze kompozycje. Dobry przerywnik, z ciekawym motywem. Początek „I'am not a stranger” nieco w stylu thrash metalowych kapel i to zresztą słychać nie tylko tutaj. Tempo skoczne i tylko to jest atrakcyjne. Ani refren,a ni melodie nie potrafią trafić do słuchacza, a powinni. Nawet King nie porywa wokalem. Utwór słaby, a i tak jest jednym z ciekawszych na albumie i to źle tylko świadczy o krążku. Niczego pozytywnego nie potrafię napisać o „Digging Graves”. Wypełniacz i to tego strasznie długi. Do przebłysków na tym albumie należy bez wątpienia zaliczyć „Meet Me at midnight” gdzie jest nieco żwawsze tempo jest kilka skoczniejszych melodii, ale to wciąż 2-3 liga. Tak jak klimatyczny jest „Sleep tight Little Baby” tak samo jest nudny i jest to jeden z tych gorszych przerywników czy też klimatycznych utworów jakie stworzył King Diamond. W podobnej tonacji jest utrzymany „Daddy” ale kawałek sam w sobie już tak nie nudzi. Może ciekawszy motyw, może lepszy wokal? Cokolwiek to jest, jest lepiej. Chaotyczny jest też „Trick or treat” i nie pomaga tutaj nawet ostry riff. Zaś „Up to the Grave” to kolejny przerywnik, może i klimatyczny, przerażający, choć z drugiej strony nieco za długi i przez to nieco przynudzający. I co ciekawe dalej utrzymujemy dwa wypełniacze w postaci „I am” i „Lucy forever” i to już dla osób, które dały rady przebrnąć.

Do dziś nie pojmuję, jak można było tak nisko upaść po tak dobrej pasji jaką cieszył się Diamond od jego założenia. Same genialne krążki i kilka z nich przeszło do historii metalu. Poprzedni album był ciężki, melodyjny i do tego straszny, tam były killery i niezwykły teatralny wokal Diamonda, tutaj jest nuda i chaotyczne granie. Przeciętniactwo to w tym przypadku duże nadużycie. Ja tej płyty nie potrafię słuchać, bo zarówno brzmienie, klimat, historia, jak i same kompozycji nie potrafią przykuć mojej uwagi, nie potrafią mnie zauroczyć i do dziś co pamiętam z tego albumu to szalone itnro. Jeden z najgorszych albumów Kinga jeśli nie najgorszy. Nota: 2.5/10

KING DIAMOND - The spider's lullabye (1995)

Początek lat 90 na duńskiej scenie heavy metalowej działają Mercyful Fate i King Diamond i maestro Diamond musiał pogodzić podwójną rolę frontmana w obu zespołach. W roku 1993 pojawił się „In the Shadows” Mercyful Fate i na kolejny album Kinga przyszło czekać kolejna 2 lata, a licząc to w kategorii albumów pode szyldem Kinga Diamonda to aż 5 lat. Jedno trzeba przyznać, że „The Eye” ustanowił poprzeczkę bardzo wysoko i tak na dobrą jest to jak dla mnie ostatni album, któremu daję 10/10. Następca, czyli „Spiders lullabye” nie jest już tak genialny. Ze wcześniejszego składu zostali King, Andy. Do składu dołączyli gitarzysta Herb Simson, basista Chris Estes, a także Darrin Anthony jako perkusista. Wszyscy muzycy przyszli z miejskiego zespołu Mindstorm. Większość utworów właściwie była gotowa w roku 1990 wystarczyło tylko dopracować resztę i nagrać. Produkcją albumu zajął się po raz kolejny Diamond i Kimsey. W porównaniu do poprzednich albumów nie ma historii rozpisanej na cały album i jest rozrzut historyczny, a jedynie koncepcyjną historia została połączona w 4 utworach. I ta historia opowiada o Harrym który cierpi na arachnofobię, a także o doktorze który leczy w Devil Lake Sanatorium. A tak mamy do czynienie z różnymi historiami. Nie ma takiej melodyjności jak na „The Eye” jest nieco nowocześniejsze granie, klawisze już nie są tak wyeksponowane i słychać sporo przestrzeni co pozwala rozwinąć skrzydła gitarzystom.

Grunt to dobra muzyka, mocne otwarcie albumu, a „From the other side” to bez wątpienie jedno z mocniejszych otwieraczy w historii zespołu. Jest dynamiczny, chwytliwy, mroczny, ale nie przeraża już tak jak te poprzednie. Nie ma też już takiej teatralności, nie ma już tyle grozy co na poprzednich albumach i słychać po prostu większe skierowanie na same heavy metalowe granie, zwrócenie uwagi na riffy i solówki. Jasne jest klimat i styl do jakiego przyzwyczaił nas King Diamond, ale już nie ma tyle horror metalu co zawsze. A więc jest w pewnym stopniu coś nowego i antyfanom zapewne utwór powinien przypaść do gustu bo fanom to na pewno. Podoba mi się dialog między partiami klawiszowymi a gitarowymi i do tego te pojedynki na solówki i muszę przyznać, że nowy nabytek zespół spisał się na tym albumie wyśmienicie. O czym opowiada utwór? Opuszczeniu ciała przez duszę, coś w stylu podążania ku światłu po śmierci. Kolejnym killerem na albumie jest „Killer” i tutaj sam tytuł za siebie mówi. Trzeba przyznać, że partie gitarowe są naprawdę ciężkie i odegrane dość nowocześnie. Oprócz ciężaru słychać melodyjność, rytmiczność i do tego mroczny klimat. Historia o zabójcy i jego odczuciach związanych z karą śmierci której oczekuje przeszywa do szpiku kostnego. Staram sięgnąć pamięcią wstecz, ale nie pamiętam, żeby King Diamond grał tak wcześniej. Jest to bez wątpienia jeden z cięższych utworów w historii Diamonda. I pod tym względem album może się podobać, bo nie ma takiego dużego nacisku na klimat, na teatralność, a raczej na samą muzykę. No i muszę przyznać, że solówka Andiego tutaj jest wręcz perfekcyjna. Już bardziej w stylu do jakiego przyzwyczaił nas Diamond jest „The Poltergeist” jego autorstwa. Jest nacisk na klimat, jest tajemniczość, jest teatralność i jest horror metal. Tym razem mamy bardziej wyeksponowane klawisze, bardziej stonowane tempo i już nie ma takiej dynamiki. Jednak utwór wolny nie jest ani nudny tym bardziej. Podobają mi się zwolnienia w tym utworze,a także wszelkie inne zmiany motywów. Tym razem utwór porusza tematykę nadprzyrodzoną i tyczy się ona przeżyć Kinga z Kopenhagi. Jak dla mnie kolejny killer na tym albumie. Nieco mieszane uczucia mam co do „Dreams” bo jest to niezła jadka heavy metalowa,jest ostry riff i mroczny klimat, ale jakoś motyw i refren nieco poniżej moich oczekiwań. Więc tak jest dobrze, ale bywało lepiej. Wokalnie utwór bardzo atrakcyjny. Na albumie nie mogło zabraknąć też nieco szybszego kawałka jak choćby „Moonlight” i jest to ciekawa mieszanka różnych motywów i temp i utwór też warty swojej uwagi. Jednak moim ulubieńcem jest „Six Feet under” zachwyca nie tylko dynamiczną grą gitarzystów i sekcji rytmicznej, ale też zapadającym w głowie tekście o tym że rodzinka zakopała głównego bohatera sześć stóp pod ziemią. Jeden z najlepszych killerów Kinga Diamonda w latach 90 . I końcówka albumu to koncepcyjna historia o której pisałem na początku i tutaj już mamy typowy styl Kinga. Horror pełną gębą. „The Spider's Lullabye” to przede wszystkim klimat grozy i mroczny riff, taki nieco w stylu Black Sabbath. Mamy łatwo zapadający refren a także teatralny popis Kinga. Utwór prosty i może nie taki ostry, ale zapada w pamięci przez swoją melodyjność. „Eastman Cure” to kolejna petarda i posłuchajcie tego dwa razy bo takich petard King nie miał zbyt wiele w swojej historii. Tutaj już nie chodzi tylko o dynamikę czy szybkie tempo, ale gitary i solówki są bardzo energiczne i zagrane z polotem. „Room 17” to esencja muzyki Kinga Diamonda, stonowane tempo, klawisze schowane za mrocznym riffem, teatralny wokal Kinga, sporo ciekawych motywów i ten klimat grozy. A to wszystko otoczone niezwykła praca gitarową Andiego i Herba. Kolejny killer na albumie. Całość zamyka ciężki mroczny „To the Morgue”. Utwór dobry, ale czy genialny to już kwestia gustu. Nie pewno warto posłuchać partii gitarowych bo nie każdy tak potrafi grac i przy tworzyć klimat grozy.


Chciałoby się rzec „kolejny album Kinga Diamonda” jednak trzeba się opamiętać i napisać, że podobnie jak na poprzednim albumie tak i teraz Diamond nieco wlał w swoją muzykę świeżości. Dalej jest ten sam styl, dalej jest horror metal,a le tym razem większy nacisk został położony na muzykę na drugi plan zszedł klimat. Nie ma koncepcyjnego albumu i mamy w sumie osobne historię, mamy nieco cięższe granie i pod tym względem jest to jeden z cięższych i ostrzejszych albumów Kinga i natężenie killerów jest tutaj duże. 1Lub 2 utwory nieco odstają, ale całościowo album jest cholernie równy i nawet nie słychać, że starego zespołu zostały tylko 2 osoby. Może nie jest to drugie „The Eye” czy „Abigail”, ale hej daleko nie pada jabłko od jabłoni i mamy kolejny genialny album Diamonda. Nota: 9.5/10

sobota, 3 września 2011

KING DIAMOND - The eye (1990)

Patrząc i słuchając solowe dokonania Kinga Diamonda, ciężko właściwie dostrzec różnice w stylu. Choć trzeba przyznać, że nie tylko warstwa liryczna się zmieniała. King Diamond właściwie od Fatal Portrait grał tak samo, ale drobne zmiany zaszły wraz z 5 studyjnym albumem „The Eye”. King wplótł do swojej muzyki klawisze i wszystko stało się bardziej przebojowe, bardziej melodyjne. Pomimo, ze wciąż mamy heavy metal z elementami progresywnymi i tzw horror metal, to jednak gdzieś w muzyce Kinga przejawia się hard rock. Prace nad następcą „Conspiracy” trwały woku 1990.Producenci i muzycy ci sami,a muzyka jednak bardziej urozmaicona. Jest łagodniejsza, bardziej melodyjna, przebojowa, w której to klawisze odgrywają znaczącą rolę. Klawisze w przypadku Kinga są czymś nowym. Tak słychać styl do którego przyzwyczaił nas King, tylko bardziej wzbogacone i bardziej przebojowe. Dla jednych krok na przód i rozwinięcie skrzydeł, dla drugich zdrada heavy metalu na rzecz komercji. Nie będę się spierał, że nie jest to komercyjny album, bo w rzeczywistości jest. Materiał na tym albumie jest lżejszy, bardziej melodyjny i nie jest to komercja w stylu Bon Jovi i innych zespołów. Opowieść znów straszna i tym razem rozbita jest na trzy opowieści, które łączy motyw naszyjnika z tytułowym okiem, które widziało zło wyrządzone przez Kościół w erze inkwizycji i palenia wiedźm. Wracając do brzmienia, niektórzy zarzucają, że mamy na albumie automat perkusyjny, czy to prawda nie mnie to jest osądzać. Choć wytwórnia Roadrunner okroiła budżet na ten album, co zresztą widać po skromnej okładce, czy brakiem politowania albumu teledyskiem, to i tak King Diamond stworzył jeden z najlepszych albumów i nie będę ukrywał, że to mój ulubiony album byłego wokalisty Mercyful fate.

Album promował tylko singiel „Eye of the Witch”, który otwiera ten album. Historia opowiada o tym jak King pewnej nocy odkrył naszyjnik z okiem i przekonał się o jego mocy i o złu, które tkwi w nim. Muzycznie King przeszedł sam siebie. Jest niesamowity klimat, który jest budowany tempem, melodiami i klawiszami. Ba powiedziałbym że panuje taka nieco gotycka atmosfera. Klasyk, który trwa nie całe 4 minuty. Słychać tez od pierwszych minut, że styl Kinga został wzbogacony, bardziej dopieszczony i urozmaicony i ta drobna zmiana wyszła zespołowi i jego muzyce na dobre. Co mi się podoba w tym utworze, to prosta i łatwo wpadająca w ucho melodia wygrywana przez klawisze, która przypomina ścieżkę dźwiękową Koszmaru z ulicy wiązów. Do tego mamy chwytliwy refren, który na koncercie śpiewa publiczność. Geniusz także słychać w „The trail” gdzie mamy tajemniczy klimat, posępne tempo. Ale muzycznie kawałek ma dwa oblicze, bo jest mrocznie i posępnie, ale jest też dynamicznie i melodyjnie i w obu przypadkach jest genialnie. Tematycznie kawałek opowiada o inkwizytorze Nicholasie De La Reymie, który nie tylko osądzał, ale też torturował młodą dziewczynę,którą podejrzano o kontakty z szatanem. Co ciekawie teatralność i klimat grozy tutaj osiąga wysoki poziom. Tym razem King zagrał dwie postaci, zarówno dręczyciela jak i dziewczynkę i muszę przyznać, że wyszło mu to genialnie. Ale takie rzeczy ze swoim wokalem potrafi robić tylko King Diamond. Kolejnym klasykiem z tego albumu jest „Burn” gdzie znów słychać dużą rolę klawiszy. Sam kawałek jest bardzo dynamiczny, melodyjny i chwytliwy, co jest dość rzadko spotykane w muzyce Kinga. Jest szczypta szaleństwa, jest sporo energii i ciekawych motywów jak choćby „Higher, burning higher”. Utwór oczywiście opowiada o paleniu czarownicy na sztosie przez lud. Najbardziej mnie na tym albumie przeraził „Two little Girls”, który z metalem za wiele do czynienia nie ma. Jest tu tylko melodia wygrywana przez klawisze, jest mrok nie tylko w melodii, ale też w wokalu Kinga. Tym razem utwór opowiada o tym jak dwie małe dziewczynki odnajdują owy naszyjnik w popiołach wiedźmy. „Into the Convent” też jest mroczny i też jakby bardziej stonowany, niż szybki i pędzący do przodu. Oczywiście mamy znakomity riff, który przyprawia o dreszcze, mamy też sporo atrakcyjnych melodii. Inaczej też brzmi „Fater Picard” gdzie coś z hard rocka da się wyłapać. Sam kawałek taki dość pokręcony, ma taki dość oryginalny riff, który nieco inaczej brzmi niż pozostałe. Nie ma takiej przebojowości, nie ma takiej dynamiki, a mimo to utwór ma w sobie ciężar i ostrość. Kawałek opowiada o ojcu który w 1625r w Louviers zmusza zakonnice, aby przeprowadziły okultystyczne praktyki. Coś na miarę otwieracza jest „Behind The walls” gdzie jest bardziej na stawione na przebojowość, na melodyjność, dlatego znów mamy wyeksponowane klawisze. Kolejny killer i jedna z moich ulubionych kompozycji maestro Diamonda. Dalej mamy poruszaną tematykę, że za murami pewnego opactwa odprawiana jest czarna magia. Zaskoczenia nie ma w „The Meetings” bo i po co? Mamy dalej mrok, dalej mamy melodyjne partie gitarowe i styl do jakiego nas przyzwyczaił King Diamond. Tematycznie kawałek tyczy się zabijania dzieci. Na albumie znalazło się miejsce na balladę instrumentalną w postaci „Insanity” gdzie Andy Laroque pokazuje nie pierwszy raz jaki znakomity z niego gitarzysta. Bardzo mocnym kawałkiem na albumie jest również"1642 Imprisonment" który skomponował Andy i znów dominuje przebojowość, melodyjność i takie łatwo wpadające w ucho granie. Całość zamyka kolejna znakomita kompozycja, która zaliczam do moich ulubionych z tego albumu, mowa o „the Curse” gdzie mamy skoczne tempo i prosty i szczery motyw, który łatwo zapada w pamięci. Jest to najdłuższa kompozycja na albumie, bo liczy sobie prawie 6 minut, a przez ten czas dzieje się bardzo dużo, ale tego trzeba posłuchać.

„The Eye” to jeden z najlepszych albumów Kinga Diamonda. Bardziej komercyjny, bardziej przebojowy, gdzie mamy wyeksponowane melodie, mamy po raz pierwsze w muzyce Kinga klawisze. Dla jednych będzie to powód do narzekania dla innych do zachwalenia. Ja uważam, że ta drobna zmiana wyszła muzyce Kinga na dobre, o czym świadczy ten album. Poziom jest wysoki tak jak na „Them” i „Abigail”. Kompozycji słabej nie wykryto. Duży plus za historię i klimat. Rok 1990 to nie tylko Judas priest, to także Kind Diamond, który tym albumem zamyka swój najlepszy okres, lata 80, w których to powstały jego legendarne albumy. Arcydzieło. Nota: 10/10

niedziela, 21 sierpnia 2011

KING DIAMOND - Abigail 2 : The revenge (2002)

Przyznam się że o ile taki „Them” czy też słynny „Abigail” opanowały mój umysł od razu o tyle jednym z nie wielu albumów KD z którymi miałem problem był „Abigail 2” .
Hmm wtedy był on dla mnie z byt długi i zbyt taki średni co było głupotą . Teraz o wiele bardziej doświadczony jako słuchacz oraz fan Kinga Diamonda postanowiłem napisać o jednym z najciekawszych koncept albumów KD, który jest kontynuacją słynnego i uważanego za najlepszy album KD - Abigail.

Po wyczerpującej trasie, która promowała House of God , zespół odpoczywał nie zbyt długo bo lider grupy zapędził muzyków do pracy nad kolejnym albumem . Tym razem presja fanów jak i zarazem producentów była ogromna ! Dlaczego? Bo po kilkunastu latach miała powstać kontynuacja znakomitego Abigail! Choć sam King miał obawy co do tego, no bo jakby nie było jest to kolejny powód do oskarżania artysty przez malkontentów o brak pomysłów i lecenie na kasę.
Ale w końcu nadszedł ten dzień, kiedy ten pomysł został zrealizowany ,a Abigail II ; Revenge ujrzał światło dzienne w 2002 roku i choć to był to rok pełen znakomitych albumów, ale na takie albumy jak Kinga czeka się z utęsknieniem .Pewnie się zastanawiacie dlaczego? Już śpieszę z wyjaśnieniem, ile pamiętacie konceptów, ile było utrzymane w klimacie grozy? Nie wiele prawda,a tutaj jednak mamy do czynienia z profesjonalistą, z mistrzem w tym co robi . Tak więc czy to się będzie zwać Abigail czy nie zbytnio nie robi różnicy, bo będziemy mieć do czynienia z tym samym co zawsze. Jednak tym razem nasi kochani tzw " Znawcy" obwiesili psy na albumie zanim wyszedł, dlatego ze ma w tytule abigail. Co wg mnie jest chore, no bo żeby oceniać płytę po tytule i nie dać jej szansy? Chyba nikt z was nie liczył na podobny sukces? Ale i tak płyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie, oczywiście nie od razu bo potrzebowałem czasu, żeby w pełni pojąć magię tego krążka. Teraz Abigail 2 stoi u mnie wysoko i powiem więcej, nie wiele brakuje mu do pierwowzoru.
Może zaoszczędzimy sobie czasu na dalszym owijaniu w bawełnę i od razu przejdźmy do świata Abigail i do tego co kryje ta wspaniała okładka.

Szczerze wątpię czy sensowne jest tutaj porównanie oby dwóch części, inny skład, inne czasy i do tego do rzucę to że nowe albumy są robione z większym rozmachem. Uważam, że skupmy się tylko na Abigail 2 ,bo mogłyby wejść kołomyje. Podstawą dobrego konceptu, jest wprowadzenie w opowieść, w klimat albumu, zrobienie odpowiedniego klimatu. Tym razem King rzucił na kolana, bo dał fanom najlepsze intro od czasu...Abigail!!!”Spare This Life” - mocne wejście nie ma co. Mroczna melodia z rodem dreszczowca i ten wokal Diamonda , co za kunszt, gość potrafi się wczuć w klimat. I po tym mocnym wejściu słychać burzę i deszcze, wszystko utrzymane w niesamowitym klimacie i po chwili wkracza naprawdę mocny i chwytliwy riff i zaczyna się „The storm”,który jest naprawdę znakomitą kompozycją w której mamy to co najlepsze w KD. Znakomity riff, świetne wokale Kinga oraz zapadający refren. Nie zabrakło ciekawych popisów gitarowych Andiego oraz Mikiego. No i od razu widać że zespół nie próżnował. Dalej mamy kolejny dobry utwór -
Mansion in Sorrow” ,hmm na pierwszej części był utwór o podobnym tytule i podobnej stylistyce. Jest to jeden z bardziej energicznych i szybkich utworów na płycie. Szybki i bardzo melodyjny. Wszyscy muzycy naprawdę zrobili kawał dobrej roboty, ale kto mi utkwił w pamięci to Matt Thompson ,perkusista który fantastycznie wali w gary tutaj i nie tylko, bo w każdym utworze daje z siebie 200 % i to jest słyszalne. No nie można wszystko przepisać tylko jemu bo reszta też stanęło na wysokości zadania. Mocnym punktem tego utworu są naprawdę genialne zmiany temp.
Hmm 1 perełką na tym albumie jest „Miriam” w którym można się delektować pierwszej klasy riffem, który brzmi może i znajomo ale genialności nie można od mówić.
Oczywiście największą rolę w tym utworze odgrywa King, który bardzo umiejętnie zmienia style śpiewania. I trzeba przyznać że każda kompozycja ma w sobie to coś, każda prezentuje wysoki poziom, a co ciekawe żaden utwór nie zasługuje na miano gniota. Już kolejny utwór - „Little One” oczarowuje swoją pomysłowością ciekawe partie gitarowe oraz po raz kolejny Matt zachwyca waląc w gary. Pod względem aranżacji brzmi to naprawdę znakomicie, a dodatki w postaci dziecka wołającego "Mommy" idealnie się spisują w tym utworze . Powiem więcej są one mocną stroną albumu bo czegoś takiego brakowało na jedynce.
Gdybym miał wskazać kolejną perłę na Abigail 2 to wybór by padł na kolejny utwór na płycie- „Slippery Stairs” i tutaj mamy znów znakomity riff, który nieco mi przypomina Megadeth Ale skupmy się na reszcie ciekawszych cechach tego utworu. Choćby popisy wokalne Kinga czy też nie banalne popisy solowe gitarzystów. A najciekawsze jest to, że choć utwór trwa 5 minut to ma więcej zmian temp i zróżnicowanych partii gitarowych niż nie jeden 8 minutowy utwór.
I tak dotarliśmy do „the Crypt” który może troszeczkę odstaję od reszty, ale to już kwestia gustu, bo jest to utwór utrzymany na wysokim poziomie, w którym można się doszukać sporo plusów na czele z riffem czy też partiami Andiego czy mikiego ,ale jednak nieco słabiej wypada na tle poprzednich kompozycji. Kolejną perłą na płycie jest „Broken Glass”- utwór bardzo melodyjny i bardzo przypomina mi styl jaki panował na The Eye! Ciekawa melodia dominuje w tym utworze ,a reszta elementów utworu znakomicie uzupełnia ją. Nawet w tym utworze nie obeszło się bez zróżnicowania kompozycji po przez kombinowanie Kinga wokalnie, czy też zmiany temp.
Powiem wam że najciekawiej się prezentuje końcówka albumu - już „More The Pain”- choć bardziej postawiono tutaj na klimat, to jednak nie tylko to można usłyszeć . Mocne partie gitarzystów oraz wokale Kinga to znakomity tego przykład. Utwór trwa tylko 2 minutki tak więc wraz z biciem zegara która kończy ten utwór, wkracza kolejna perła - „The Wheelchair” i znów mamy tutaj chwytliwą melodię, która zapada w pamięci, bez względu czy się lubi muzykę Kinga czy też nie. I wciąż mamy wysoki poziom pod względem aranżacji a utwór naprawdę wyróżnia się na tle takich utworów jak Little One czy The Storm. Dobrze też się prezentuje „Spirits” który zaczyna się melancholijnie i choć utwór nie należy do najweselszych to jednak niszczy niezwykłymi partiami gitarowymi ,które wg mnie zdominowały kawałek, są po prostu wyznacznikiem potęgi ,wystarczy posłuchać bardzo przyjemnych solówek czy też riffu.
No w końcu dotarliśmy moim zdaniem do najlepszego utworu na płycie, jednego z najlepszych ever- „Mommy” -tym razem tytuł prosty i zarazem przemawiający do mnie,. Tym razem King przeszedł samego siebie i to pod każdym względem. Zacznijmy od tego że jest to najdłuższy utwór na płycie, najbardziej klimatyczny, bardzo mroczny i bardzo efektowny. Znakomicie wypada ten wolniejszy moment . Ale brawa nie tylko Kingowi się należą bo i Matt, Andi czy też Mike ,nawet Hal zachwycają swoją grą. Mądrym posunięciem było wstawienie płaczu, który tylko podwaja nastrój kawałka. Oj gdyby album miał więcej tego typu kompozycji to nie wahałbym się dać oceny maksymalnej. A album zamyka jedno z najlepszych outro ever - „Sorry dear” co tutaj dużo pisać horror metal najwyższych lotów, a ten utwór jest tego najlepszym przykładem.

Tyle jeśli chodzi o to co mamy na albumie, postarałem się wam mniej więcej przybliżyć kompozycje na tym albumie. Więc teraz czas na konkluzje.
Abigail 2 : revenge to naprawdę kawał dobrego horror metalu podanego w formie koncept albumu, gdzie historia jest kontynuacją to jednak wzbudza strach i niepewność co może być dalej. King po raz kolejny nagrał bardzo dobry który choć ma słynny tytuł to się broni nawet w zestawieniu ze swoim poprzednikiem. Album jest równy, sporo interesujących kompozycji i do tego ten klimat który jest tak naprawdę największą bronią tego albumu, bo kompozycje choć dobre ,to czy jednak przebijają te z pierwszych albumów raczej nie. Ale powodów do narzekań nie ma, bo na albumie nie ma gniotów , wszystko się trzyma kupy, nie ma jakiś kombinowań .
Muzycy stanęli na wysokości zadania i to jest słyszalne bo zarówno aranżacje jak i teksty robią wrażenie, a taką przysłowiową wisienką na torcie są różne smaczki w postaci płaczącej dziewczynki, burzy czy też tłukącego się szkła, a to wszytko ciągnie albumu do góry. Czy King Diamond zawiódł ? Jasne że Nie , uważam że nagrał jeden ze swoich najlepszych albumów który można postawić spokojnie tuż za Abigail, them czy tez The Eye Nie wierzycie? Posłuchajcie sami i przekonajcie się na własne uszy że choć najczęściej kontynuacje wielkich hitów są nie udane, to jednak kingowi udało się wybrnąć z honorem i płyta może się podobać a to już wielki sukces. Ode mnie 9/10

środa, 17 sierpnia 2011

KING DIAMOND - Abigail (1987)


Zgromadziliśmy się tu dzisiejszej nocy, żeby pogrzebać Abigail la Fey o której wiemy iż pierwszy raz urodziła się martwa siódmego dnia miesiąca lipca roku 1777. Mamy rok 2011 a historia ta wciąż trwa, wciąż gdzieś Abigail żyje i mieszka wśród nas słuchaczy. Abigail to dziewczynka która urodziła się martwa. Tym imieniem sygnowany jest następca „Fatal Portrait” tak dość prosto ale i upiornie:Abigail” czy tego chcecie czy nie, to imię będzie za wami chodziło. Po dość pozytywnym przyjęciu debiutu, zespół jak i wytwórnia mogła patrzeć w przyszłość z optymizmem. Po kilku miesiącach od debiutu zespół zaczął pracę nad kolejnym albumem. Już w grudniu roku 1986 zespół wszedł do studia Sound Track. Ponownie produkcją zajął się King Diamond, choć reszta zespołu tez miał w tym swój udział. Po kilku miesiącach od pracy w studio, światło dzienne teledysk oraz sam singiel „The Family Ghost” potem ukazał się już pełny album. Czy tylko mnie przeraża ta genialna okładka, którą zaliczam do tych najlepszych wśród okładek heavy metalowych? Pędząca kareta z trumną , las, oraz jeźdźcy. To wszystko jest wręcz niesamowite i za każdym razem nie można oderwać wzroku od tej niesamowitej okładki Thomasa Holma. „Abigail” to dla wielu fanów zespołu jak i dla mnie jeden z najlepszych albumów Kinga. Pierwszy koncept album w historii Kinga, pierwszy który zawiesił poprzeczkę najwyżej jak mógł. Historia opowiedziana na albumie nadała by się do horroru, historia dziewczynki Abigail, która narodziła się martwa. Świetnie została połączona warstwa liryczna, taka mroczna, mistyczna, pełna grozy, z warstwą instrumentalną, a więc progresywnym heavy metalem. Debiut w porównaniu do Abigail jest wręcz przeciętny, a wiele późniejszych albumów Kinga nie raz będzie musiało ustąpić miejsca Abigail. To jest właśnie fenomen tej płyt. Tutaj został określony styl zespoły w sposób idealny i do maksymalnych granic. Wszystko zostało tak zdefiniowane, że późniejsze albumy Kinga najczęściej określone są często „ marna kopia Abigail”, ale powód należy szukać w tym, że na drugim albumie zespół zawiesił tak wysoko poprzeczkę, do tego styl w jaki obraca się King nie pozwala na jakieś eksperymenty. To też malkontenci zarzucali mu później brak oryginalności. Skład, w którym został nagrany krążek jest taki na debiucie. Jednak po tournne odeszli zarówno Timi Hansen, po tym jak żona postawiła mu ultimatum: ona albo King, i tak chłop wybrał ją, a także  inny kolega z Meryful Fate – Micheal Denner, który chciał się skupić na rodzinie. „Abigail” sprzedawała się jak świeże bułeczki i zbierała i nadal zbiera znakomite recenzje. To nie przypadek, to nie telepatyczna zgodność, czy siły nadprzyrodzone, to geniusz tego albumu.

Początek albumu jest przerażający i to dosłownie. „Funeral” zaliczam do jednych z najlepszych intr heavy metalowych jakie kiedykolwiek powstały. Jest klimat pogrzebowy, jest dreszczyk emocji, jest mistycyzm, jest upiorny wokal Kinga no i sam tekst sprawia, że włosy stają dęba. Wystarczy posłuchać „Abigail musi zostać przybita do trumny siedmioma srebrnymi kołkami
Po jednym na każde ramię, rękę, kolano,a ostatni z siedmiu niech przechodzi przez jej usta, aby nigdy nie mogła powstać ponownie i czynić zła.
” Mija minuta i zaczyna się prawdziwa uczta dla ucha, ale też dla duszy. King Diamond dba nie tylko o warstwę instrumentalną w „Arrival”, ale też o warstwę liryczną. Od razu słychać wyższy poziom muzyczny niż na poprzedniku. Nie ma smęcenia i zadawania się z przeciętnymi melodiami. Tutaj mamy genialną partię gitarową, utrzymaną w średnim tempie, później przeplata się to z nieco szybszymi partiami. Mamy więcej popisów wioślarzy Kinga Diamonda, o wiele więcej niż na poprzednim albumie. Ale sam poziom ich gry na gitarze jest o klasę wyższy, ba nawet o kilka. King wyciągnął tez wnioski, jego wokal tez jest upiorny i jeszcze bardziej teatralny. Ale nie tylko jako wokalista rozwinął skrzydła. Również słychać postęp jako kompozytor. Nie ma jakiś takich średnich kompozycji, tutaj mamy pełną kulturę. Jest koncept album to i kawałki muszą być powiązane jedną historią. Tutaj mamy karawan z okładki, gdzie siedmiu jeźdźców zawozi trumnę do dworu w górach gdzie mieszka Miriam i Jonathan Lafey. Kawałek ma sporo ciekawych i zróżnicowanych motywów, do tego jest chwytliwy i zaliczam go do najlepszych utworów Kinga. Podobne zdanie mam o „Mansion in Darkness”, który jest jedną z najszybszych i najenergiczniejszych kawałków na albumie, a także w historii Kinga. Mamy tutaj niezwykły popis gitarowy Andiego, który wygrywa naprawdę imponujące solówki. Kawałek nie tylko niszczy szybkością i energią, ale też skocznością choćby w sekcji rytmicznej. Zaś jeśli chodzi o tekst, to tym razem mamy opis dworu, w który mieszkają państwo Lafey. Znów wysoki poziom liryczny który skomponował King budzi zachwyt i strach. No bo jak można być opanowanym przy takim tekście jak: „Oboje śpią przed świtu, śnią... śnią...I nie wiedzą o cieniu...Tak, cień na ścianie, zaczyna naprawdę żyć.”. Bardzo udanie wypada przyspieszenie w końcowej fazie utworu. Kultowym utworem podobnie jak te 2 poprzednie jest również singlowy „The Family Ghost”. Idealnie promował album nie tylko jako singiel, ale jako klip który często wyświetlany był na kanale MTV. Jest to mój ulubiony kawałek bo charakteryzuje się ciekawym średnim tempem i porywającymi partiami gitarowymi i takim wydźwiękiem do jako przyzwyczaił nas maestro Diamond.  Muszę przyznać, że Andy to pan partii gitarowych, to co znów wygrywa na początku budzi podziw. Oczywiście jest upiornie, teatralnie i nawet grobowo choćby poprzez chórki. Rodzinny upiór to Abigail, która poprzez to że jest duchem, opanowuje ciało swojej mamy Miriam. No tekst imponuje mi za każdym razem i to jest jeden z moich ulubionych utworów Kinga. Kolejny utwór na albumie to „the 7th  day Of July 1777”.  Tutaj utwór zaczyna się dość nie typowo, bo spokojnie, jest nawet akustyczna gitara. Sam riff i główny motyw tutaj znów oczarowują, ale najbardziej tutaj zapada w pamięci popis Andiego zarówno w początkowej fazie jak i podczas solówek. Utwór utrzymany w średnim tempie, ale wokale Kinga i tekst przykuwają uwagę, nawet wciągają na dłuższa metę. O czym tym razem mamy utwór? Dość ciekawa historia zostaje tutaj zawarta w tekście. Hrabia Lafey nakrył swoją żonę na zdradzie, i na fakcie że była w ciąży ale nie z nim. Hrabia nie chciał dopuścić, że by to owe dziecko które nazwał Abigail, odziedziczyła cały jego majątek. No i problem postanowił rozwiązać, spychając żonę ze schodów, by umarła. Właśnie w oku 1777 skręciła kark, wtedy to płód wyszedł martwy, a on swoją żonę spalił. Bardziej toporny i mniej taki przebojowy jest z kolei „Omens”. Tutaj dominuje ponure tempo, gitary i sam riff też nieco bardziej toporne, ale wciąż brzmi to genialnie. A to wokal Kinga niszczy obiekty, a to solówki imponują swoją finezją. Sam tekst porusza różne zjawiska ponad naturalne, które towarzyszą Lafey. W podobnej stylizacji utrzymany jest „Possesion” gdzie przyjazne melodie i chwytliwość są zdominowane przez toporność i posępność. Wciąż jednak jest klimat, teatralność i niezwykła aranżacja, tak grają tylko zespoły pierwszo ligowe. Tekst tym razem opisuje opętanie Miriam i o tym jak to jest pożerana od wewnątrz. Bez wątpienia do najlepszych kompozycji Kinga Diamonda zaliczyć należy tytułowy „Abigail” to jest 100 % Kinga i jego stylu. Mamy charakterystyczne riff, taki nieco bujający, nieco posępny i taki nieco skoczny. Klimat grozy dominuje każdą partię wokalną. Są piski Kinga, są jego teatralne popisy. Kawałek jest chwytliwy i to pod każdym względem. Tekst opowiada o tym jak Abigail jako dusza nie czysta przemawia przez ciało Miriam i o tym jak przemawia ona do Jonathana. Znów upiorny tekst, który poruszy nie jednego fanatyka filmów grozy. Tak więc muzycznie i lirycznie geniusz. Całość zamyka najbardziej rozbudowana kompozycja na albumie tj „Black Horsemen” w którym mamy sporo urozmaiconych partii gitarowych motywów, mamy wolne tempo i akustyczne gitary w początkowej fazie, nieco o cięższe granie w dalszej fazie, gdzie znów jest przerażający klimat, ale jest też ciężar, agresja i wszystko brzmi fantastycznie. Znów sporo dawka intrygujących motywów. Jednakże całość zdominowana jest przez nieco wolniejsze granie. Tekst porusza temat wywiezienia trumny Abigail przez czarnych jeźdźców.
Płyta miała swoja premierę w 1987 r i dziś mija 24 lata, a krążek wciąż oczarowuje, wciąż opętuje  nowe dusze słuchaczy. Wciąż przyciąga rzeszę słuchaczy, wciąż imponuje klimatem grozy, wciąż zachwyca świeżością i oryginalnością. W stylu jaki zaprezentował King Diamond nie grał wcześniej nikt, a ni później też nie było zbytnio konkurencji. Fakt, zespół postawił sobie poprzeczkę wysoko, ale to że później już nic dobrego nie nagrali to bzdura. Na dowód nie trzeba było czekać...”Them” to jest album, który poziomem nie odbiega od Abigail. Motorem napędzający muzykę Kinga jak i ten album jest nie tylko świetny wokal Kinga, nie tylko chemia między gitarzystami, ale przede wszystkim klimat i nie banalna historią, której nie powstydziłby się sam Stephen King, czy Lovecraft. ...To koniec innej kołysanki...Przyszedł czas powiedzieć dobranoc...a „Abigail” niech żyje w każdym z nas. Nota: 10/10

KING DIAMOND - Fatal Portrait (1986)

Tam gdzie kończy się jedna legenda tam rodzi się następna. Podobnie było z Kingiem Diamondem i jego zespołem sygnowanym jego ksywą. Otóż legenda Mercyful Fate chyliła się ku rozsypce. Zmęczenie trasami, do tego różnice muzyczne dotyczące dalszej działalności zespołu. Po zagraniu koncertu w Kopenhadze King w 1985 r ogłasza reszcie że odchodzi. Jednak King miał pomysł na nowy zespół i do współpracy na mówił dwóch kolegów z MF, Denner i Hansen zgodzili się na udział w nowym bandzie Kinga. Kim Ruzz nie był zainteresowany owym projektem bo wolał się poświęcić żonie i ciepłu rodzinnemu. Hank Shermann miał zespół Fate, z którym nagrał 4 albumy. King dobrał sobie do zespołu Mikkeya Dee, Floyda Konstantina z zespołu Geisha. Jednak Floyd długo nie zagościł w zespole, gdyż King uznał, że potrzebny mu jest muzyk żyjący zgodnie z zasadą seks, narkotyki i rock'n roll, gdyż więcej szkodził niż pomagał zespołowi. Wyleciał z zespołu,a jego miejsce zajął Andy la Rocque, którego polecił perkusista Mikkey Dee. Pracę nad debiutanckim albumem odbywały się w Sound Track studio w 1985r. Najwięcej utworów zarejestrowanych było autorstwa Kinga, które miały pokazać się na nowym albumie MF. Produkcją nowego albumu zajął się sam King wraz z Rune Hoyerem. 3 kawałki są autorstwa Kinga/Dennera. Wytwórnia Roadrunner records początkowo zbytnio nie było chętne do współpracy, jednak gdy usłyszeli materiał to się zgodzili na solową działalność Kinga. Kontrakt zawarli na pięć albumów i oczywiście pierwsza fala sprzedaży debiutanckiego albumu „Fatal Portrait” sygnowane było napisem „Ex mercyful Fate”, żeby zwiększyć sprzedać albumu. Zanim album się pojawił, światło dzienne ujrzała epka w postaci „No presents For Christmas” w 1985 roku. Dopiero w 1986 roku zostaje wydany debiutancki album. Mamy tutaj kontrowersyjną okładkę, gdyż nie ma ani szatana ani nic z tych rzeczy, mamy twarz kobiety w ogniu. Autorem okładki jest Thomas Holm, znany z okładek Mercyful Fate. Zespół graje swoje i zarejestrowali to co im grało w duszy, gdyż kto mógł przewidzieć co zaprezentuje King na debiucie? Chyba Nikt. Powtórki z Mercyful fate chyba wielu oczekiwało, ale trzeba podkreślić że choć są podobieństwa do poprzedniego zespołu, to jednak muzyka na tym albumie jest bardziej dojrzała jest zrobiona z większym rozmachem i polotem, no i jest ta teatralność, gdzie Mercyful jest bardziej klasyczny, bardziej prostszy. W sumie płytę można nazwać kultową, bo w swoim czasie zrobiła zamieszanie, po tych kilkunastu latach wciąż dobrze się prezentuje „Fatal portrait”. Album wciąż zaliczany jest do tych najlepszych. Co ciekawe King w porównaniu do Mercyful fate przeszedł na wyższy poziom artystyczny jeśli chodzi o warstwę liryczną. Jest odejście od satanizmu na rzecz jakby mistycyzmu, klimatu grozy. Po raz pierwszy King stworzył nawet koncept, gdyż część utworów jest ze sobą powiązana. Tyle tytułem wstępu

Jaki byłby kolejny album MF, czy tak samo dobry jak debiut KD, a może cięższy? Wiem jedno na pewno, „The Candle” jako otwieracz sprawdził się genialnie. Ten mrok, klimat grozy i maestro Diamond, tutaj wyprawia sporo ze swoim wokalem, przed wszystkim budzi klimat, co słychać na wstępie. Oprócz teatralnego wydźwięku, mamy tutaj też heavy metal nieco zagrany w progresywnym stylu. Najdłuższa kompozycja na albumie i zarazem najlepsza. Sporo ciekawych motywów, średnie tempo i popisy gitarowe. Mamy tutaj naprawdę prawdziwą ucztą dla ucha, słychać że jest to nieco inne granie niż w przypadku Mercyful Fate, ale cała ta otoczka, brzmienie i nastrój momentami brzmi jak MF. Najlepiej wypadają tutaj oczywiście wokale, takie „łoo” czy „aah” w wykonaniu Kinga to zawsze klasa i styl nie do podrobienia. Groza i przerażenie towarzyszą kawałkowi „The Jonah” i kawałek też zaliczam do tych bardzo dobrych. Nieco wolniejsze tempo i tutaj nie ma już takiej agresji, nie ma takich porywających partii. Nastawiono wszystko na klimat oraz na wokale Kinga. Można jednak było się pokusić o nieco ciekawy główny motyw. No lekki nie dosyt pozostaje. Bardziej podoba mi się „Portrait”, który jest bardziej dopieszczony pod względem instrumentalnym, są mocniejsze partie gitarowe, nieco drapieżniejsze, jest mrok, skoczne tempo i takie wręcz już rozpoznawalne dla tego zespołu. Spore zmian temp, motywów i teatralny wokal to już wręcz znak rozpoznawalny Kinga i jego zespołu. Nieco krótszy i zarazem bardziej nastawiony na melodie i porywające partie, które mają bujać, a nie siać zniszczenie jest „Dressed in white”, który zaliczam do tych najlepszych na płycie. Mamy więcej solówek, więcej polotu i mniej tego stonowanego grania. Z kolei jakby wyjętym z ery Mercyful fate jest „Charon”, gdzie jest cięższa partia gitarowa, gdzie jest mrok i jest podobny wydźwięk. Co mnie porwało w tym utworze? Refren oraz same partie wokalne Kinga, bo partie gitarowe momentami zbyt toporne jak dla mnie. „Lurking in The Dark” to znów żywszy kawałek, znów bardziej melodyjny i takie utwory zawsze miło się słucha, gdyż nie ma jakiegoś silenia się. Choć muszę przyznać, że mimo dobrego poziomu, ja wciąż siedzę, wciąż nie ma totalnego zniszczenia i tutaj wadę widzę w samych utworach, gdzie są one tylko dobre, albo bardzo dobre. Bardzo dobrze się prezentuje „Halloween”, gdzie znów mamy nieco cięższe partie gitarowe, ale czegoś mi w tym wszystkim brakuje. Ciekawie za to brzmi „Voices From The Past” pomimo że to najkrótszy utwór na płycie i do tego na gitarze gra tutaj sam king,to jednak kawałek kosi większość kompozycji na albumie, sam klimat roznosi słuchacza na strzępy. Na koniec mamy nieco nijaki „The Haunted” gdzie ani riff, ani refren nie przekonują mnie do końca i mogę opisać ten utwór jako najsłabszy na albumie. Nieco lepiej wypada „The Lake” ale znów tylko dobra kompozycja, a szkoda bo ma zadatki na coś więcej.

Kiedyś „Fatal Portrait” cenił sobie bardzo wysoko, ceniłem sobie klimat oraz kompozycje, jednak jak widać, nie wytrzymała ona u mnie próby czasu. Czar i zamiłowanie do tego krążka przeminął, słyszę teraz wyłącznie dobrą muzykę, słyszę mało atrakcyjne melodie, mniej porywające refreny, jednak klimat i wokal wciąż mnie zachwyca na tym albumie. Nie równy materiał to jest co wcześniej nie potrafiłem dostrzec. Najlepiej prezentuje się z tego wszystkiego otwieracz oraz dwa następne utwory, z którymi jest powiązany. Do tego doliczę „Dressed in white”, to jest chyba dowód że tylko pełne koncepty są znakomite jeśli chodzi o Kinga. Słychać jakieś nawiązania do MF,, lecz poziom nie ten, jeszcze nie ten. Nota: 6/10 Spadek po kilku latach.

środa, 29 czerwca 2011

KING DIAMOND - Conspiracy (1989)

Po sukcesie „Them” przyszedł czas na kilka zgrzytów w zespole Kinga Diamonda. To członek Kiss oskarżył Kinga o kopiowanie makijażu i groził sądem, to z drugiej strony zgrzyty między samymi muzykami. Zwłaszcza należy wspomnieć tutaj o samozachwytach perkusisty Kinga – Mikkey'a Dee, który uważał że jest tak samo ważny jak sam King i chciał podwyżki i skończyło się to jego wyrzuceniem z zespołu. Choć King znalazł zastępstwo w postaci Chrisa Whitremeiera, to jednak nie był zadowolony z jego poziomu gry. To też zwrócił się do Mikkey'a. Zgodził się, ale za godne wynagrodzenie. To też na następcy „Them” czyli na „Conspiracy” można zauważyć, że skład zespołu to king Diamond, La Rocque, Blakk, Patino, a niżej można doczytać się że perkusja została zagrana przez Mikkey'a Dee. Jednak perkusista nie zabawił długo u Kinga, bo przeniósł się do Dona Dokkena, potem przeszedł do Motorhead. Po raz pierwszy album został zarejestrowany poza terenami Danii, w skrócie w USA. Album nic nowego nie wnosi do stylu Kinga, to też fanom spodobał się bez dwóch zdań, gorzej z malkontentami. Dla mnie jest to bardzo dobry album, w którym jednak słychać już nieco brak pomysłów, nawet historia jest tego dowodem, gdzie King postawił na kontynuację poprzedniej historii. Sama szata graficzna też budzi nie smak, nawet powiedziałbym rozczarowanie. No cóż pierwotny projekt okładki nie przypadł do gustu wytwórni Roadrunner i w końcu postawioną no prostą, wręcz kiczowatą okładkę z Kingiem Diamondem.
Płyta właściwie często jest pomijana przez fanów jeśli chodzi o wymienianie tych najlepszych albumów, może to wynikać z tego że poprzednie 2 albumy były arcydziełami. Ciężko jest nagrać trzeci podrząd taki album. Jednakże zespół nie zszedł poniżej określonego poziomu, tutaj słychać jakby bardziej rozbudowane utwory, nastawienie na klimat, jednakże troszkę mniej atrakcyjna jest warstwa instrumentalna niż u poprzedniczek. Ba momentami album brzmi nieco lżej, nie ma takiego ognia co dwa poprzednie albumy, choć pomimo tych wad, wciąż mamy bardzo dobre heavy metalowe granie utrzymane w klimacie horroru. Dobrym rozwiązaniem okazał się ustawienie „At the Graves” jako otwieracza, pomimo tego że trwa...9minut. Jest to kompozycja rozbudowana, przepełniona różnymi ciekawymi motywami i nasycona klimatem grozy. Początek utworu robi za intro. Jest melodyjka która tworzy nastrój i jest to chwytliwa melodia. Jest mrok, nie pewność, tajemniczość, a to wciąga. Po upływie 2 minut zaczyna się już ta właściwa część. Jest to energiczne granie, które jest przemyślane, a przede wszystkim zawiera sporo ciekawych motywów, zwolnień tempa, a to porywa w całości. Bałem się, że kawałek będzie przynudzał, a tak nie jest, bo partie gitarowe potrafią zapewnić rozrywkę i prawdziwą ucztę dla uszu. Utworem, który posłużył do promocji tego albumu był „Slepless Nights”, który jest dobry, ale nie ma tej klasy co poprzednie utwory Kinga Diamonda. Bo i refren mało porywczy, a sam riff też nie wiele ma do zaoferowania. Niezbyt udane są też zwolnienia. Dobrze się tego słucha, ale to nie jest to na co się czeka. O taki choćby „Lies” jest lepszy kawałkiem, bo ma bujający riff, taki pomysłowy, nawet ma w sobie troszkę oryginalności. Jest żwawo, jest w miarę energicznie, a co za tym idzie, miło się tego słucha. Początek „A visit From the dead” przeraził mnie, bo usłyszałem akustyczną gitarę i w sumie zanosiło się na ...balladę co jest mało spotykane u Kinga. Szybko spojrzałem jaki jest czas trwania, no i tak ponad 6 minut to też liczyłem, że utwór się rozkręci i tak też się stało około w 2 minucie. Dobrze się tego słucha, jest ciekawy riff, jest popis wokalny Kinga, choć perfekcji i tak nie ma. Najlepiej wypada tutaj jednak refren, taki dość przeszywający. Nie wiele krótszy jest „The wedding dream”, który może pochwalić się fajny klimatem i pomysłem. Jest to kolejny mocny punkt albumu, konkretny kawałek z mocnym kopem. Jednym z moich ulubionych utworów z tego albumu jest „Amon Belongs to them”, który posiada niezwykłą melodyjność, a to akurat dla mnie istotna rzecz. Riff dobrze wypada, zresztą jak reszta część utworu. No i jest to też w miarę krótki utwór, który nie jest przesadzony z rozbudowanymi motywami. „Something Weird” ot taki krótki instrumental, który ma budować nastrój. Hmm jakoś mnie nie przeraził. Końcówka albumu to już nieco lepsze kąski. Choćby taki „Victimized” zagrany z pasją, z życiem, a nie brakuje tutaj zróżnicowania utwory przez różnego rodzaju motywy. Jest to jeden z tych lepszych utworów na albumie. Jeśli mowa o krótkich instrumentalach, które mają nas straszyć to taki „Let it be Done” spełnia tutaj swoją rolę. Jest to jeden z tych najlepszych takich utworów wypracowanych przez Kinga, jak się słucha tego na maksa i jeszcze w nocy, to można podskoczyć. Album zamyka również bardzo udany „Cremation”, który tym razem prezentuje bardzo melodyjny, ale jakże wpadający w ucho riff. Jest to kolejny instrumentalny utwór, który zaliczam również do tych bardzo udanych.
Arcydzieło na miarę dwóch poprzednich albumów? W żadnym wypadku, otrzymaliśmy tym razem bardzo dobry album, z typową muzyką dla Kinga. Choć tym razem mamy więcej rozbudowanych kompozycji, co jest czymś nowym dla Kinga. Jest niezła dawka melodyjności, nawet większa niż na poprzednich albumach, słychać to choćby w otwieraczu, czy w zamykającym „Cremation”. Znów mamy naprawdę niezły klimat grozy, choć historia nie daje tego poczuć po sobie. Sam album jest bardzo dobry i warty znania, jednak King nagrał lepsze od tego albumu. Krążek zamyka pewien okres Kinga, zamyka udane dla niego lata 80. Dla fanów pozycja obowiązkowa, dla reszty raczej nie. Ode mnie mocne 8/10

poniedziałek, 27 czerwca 2011

KING DIAMOND - Voodoo (1998)

Ostatnio tak spojrzałem na swoją kolekcję Kinga Diamonda i tak jedna myśl nie dawała mi spokoju, tyle fajnych krążków nagrał ten artysta, tyle znakomitych albumów w solowej karierze, a ja mam wciąż wytypować ten najsłabszy album. Jednakże nie mam problemu wskazać, jednego z kandydatów do tego miana, a jest nim album „Voodoo”. Ten album poprzedził nieszczęśliwy wypadek samochodowy, który został zmuszony przez siły wyższe, w tym przypadku ze względu na długą rehabilitację Darrin Anthony musiał opuścić zespół. Jego miejsce zajął John Herbert. Zaczęto w nieco zmienionym składzie sesje nagraniową nowego albumu w Norman recording Studio, które należało do Andiego. Po raz kolejny nie zmienił się skład zajmujący się produkcją: King, La Rocque i Windfield. Sam King zajął się masteringiem. Tym razem pomysł na koncept i całą historyjkę Kingowi podsunął Chris Estes, dzięki to któremu King zaczął pogłębiać swoją wiedzę na temat praktyk voodoo. I ten motyw stał się głównym motywem albumu, który posłużył na tytuł albumu oraz historię całego koncept albumu. Historia znów wciągająca, a główną rolę odgrywa Salema oraz rodzina mieszkająca w pewnej miejscowości gdzie praktykowane są owe rytuały. Niestety owa rodzina nieustannie walczy z owymi praktykantami tej religii. Fabuła nasuwa mi pewien horror, który właśnie może zaciekawić tych, którzy wolą oglądać niż słuchać. Film nosi tytuł „Klucz do koszmaru” i jest warty obejrzenia. Rok 1998 i można powiedzieć, jedno troszkę czasu minęło od czasu pierwszego albumu pod szyldem KD, troszkę albumów już było to też można na tym albumie doświadczyć tak zwanego „zmęczenia materiału”. Jest klimat i jest groza, niby wszystko zostało tak jak było. Jednakże tym razem same kompozycje nieco zawodzą, nawet bardziej niż tylko trochę. O ile początek w ogóle stara się nam przekazać że jest inaczej, o tyle już po 5 kompozycje wszystko zaczyna wychodzić na jaw. Nie na korzyść jest długie rozciągnięcie albumu na 14 kompozycji i całość też nieco się dłuży. Brak jest też atrakcyjnych melodii, czy tez popisów. Jasne znajdą się kultowe kawałki, które należy odnotować i pochwalić, ale sporo kawałków pozostawia wiele do życzenia. Może zacznijmy od początku....
Lousiana Darkness” no i znów bardzo dobre intro z klimatem, z mrokiem i przede wszystkim można wyczuć tą tematykę Voodoo. Sam tam w tle nawet takie bambusowe bębny i jest to dobry start, ale na pewno nie najlepszy w historii króla. „Loa House” pierwszy raz jak usłyszałem ten kawałek, zwłaszcza ten riff to nasunęło mi się dziwne skojarzenie – THRASH METAL. Ale to jest dość odpowiednie skojarzenie, jest podobne wyrafinowanie, podobna drapieżność i styl rozegrania jak w wyżej wymienionym pod gatunku heavy metalu. Nieźle wymieszano to bo pomimo thrashowego riffu jest stary King. Jest zmiana temp, motywów, są melodie i wszystko rzuca na kolana. Ha jakby taki cały album by był to byśmy mogli się rozchwytywać i dawać maksymalne oceny, ale czar z upływem czasu i wraz z kolejnymi utworami pryska. Podoba mi się też refren w tym utworze, bardzo fajnie buja i nieźle też nastraja. „Life after death” też jest jakaś pomysłowość, jest chwytliwe wyśpiewanie przez Kinga, zwłaszcza owe „aah,aaaah”. Nieco zbyt ponury jak dla mnie riff, ale jest to wciąż dobre granie, choć pozbawione ciekawych melodii i nieco toporne. Dziwny, aczkolwiek bardzo atrakcyjny jest tytułowy „Voodoo”. Słychać, że mamy do czynienia z rytuałem voodoo. Słychać bambusowe bębny, są melodie i bardzo prosty, ale jakże chwytliwy refren. Takich pomysłów dziwnych, ale zapadających w głowie jest niestety mało, a sama płyta z czasem będzie przynudzać. „A Secret” tutaj sprawę stara się ratować szybkość. Jest to nieco żywszy kawałek, jest atrakcyjnie i nawet melodyjnie. Niestety forma wokalna Kinga pozostawia wiele do życzenia, a refren jest nijaki. Jedynie solówki są najbardziej wybijające się z tego nieładu i z tych przeciętnych dźwięków co zresztą słychać przez cały album. „Salem” ponad 5 minutowy kawałek, która bardzo mnie przynudza za każdym razem. Gitary brzmią fantastycznie, ale co z tego skoro wszystko szlak trafił z powodu braku pomysłu na jakieś melodie na jakieś ciekawe, wciągające motywy. Ot co dobre, nic nie warte granie. Starania słychać „One down two to go” jest mieszanina temp, jest jakaś wariacja, są jakieś ciekawe motywy wyśpiewywane przez Kinga, no i jest energia. Ten utwór można w liczyć do tych dobrych. Nic do wartości tego albumu nie wnosi taki „Sending of Dead”, pomimo że klawisze zostały rozegrane z pasją. Znów nieciekawy riff, który zamiast wciągać, to wnerwia i przynudza. Zabrakło pomysłu również na jakiś chwytliwy refren, jedynie solówki warte są odsłuchania, resztę należy przemilczeć. Jednym również z najlepszych utworów na płycie jest „Sarah's Night”. Rozegrane na wstępie partie klawiszowe przypomina nam o albumie „The Eye”. Jest nastrój, jest pomysłowość i jest luz. Nie spinki, nie ma udawania, że jest dobrze. Tutaj jest wylew emocji zarówno wokalisty, jak i wioślarzy. Taki fajny tytuł ma „The Exorcist” , a taki przeciętny jest. Znów słychać granie na siłę, gdzie nuda góruje nad resztą. To już lepiej się słucha takiego „Unclean Spirits”, który nic nie wnosi i raczej ma budzić grozę, ale przynajmniej nie przynudza, a ma w sobie więcej luzu niż cały album. „Cross of Baron Samedi” to znów tortury dla uszu i nie pomaga nawet zmiany stylu śpiewania przez Kinga. Ten utwór brzmi cały album, co świadczy o nijakości tego albumu, o jego słabym poziomie. Album kończą dwa krótkie kawałki, które mają napełnić album nastrojem, mowa o „If i only knew,” oraz „Aftermath”. Wrażenie po całości nie należy do pozytywnych. Nie smak, rozczarowanie, żal że w taki sposób została zmarnowana godzina czasu. 3-4 utwory są warte uwagi, zwłaszcza „loa House”, który jest przykładem jak miał brzmieć cały album. Tutaj jest pomysł, jest drapieżność i jest energia, gdzie jest to taki jakby wyjątek w przeciwieństwie do całego albumu, gdzie panuje nijakość, powtarzające się riffy i smętne refreny. Nie ratuje album ani dobra gra gitarzystów, wokal Kinga, klimat i historia. Fanem jestem i kocham Kinga, ale jak widać aż tak ślepo nie jestem zapatrzony i więcej niż 4.5/10 nie mogę dać, bo nie wypada. King na szczęście potem najwyraźniej zrozumiał swój błąd i wydał kolejne bardzo dobre albumu i znów wrócił na swój tron. Kto nie słyszał, niech sobie odpuści, kto słyszał już ten album, pewnie żałuje....

sobota, 25 czerwca 2011

KING DIAMOND - Them (1988)

Najgorsze dla muzyka jest moment, kiedy wraz z wydaniem drugiego albumu jest osiągnięty bardzo wysoki poziom, nie raz tak wysoki, że wraz z kolejnymi albumami, często jest się oskarżanym o brak pomysłów, że to poprzedni album był genialny, a następca jest tylko popłuczynami. Cóż taka historia przytrafiła się Kingowi Diamondowi, który wraz z nagraniem swojego drugiego albumu przeszedł samego siebie, bo „Abigail” okrzyknięto jego najlepszym dziełem, a kolejne były komentowane jako marne kopie. Ach ci wszystko wiedzący recenzenci. Kolejny album w karierze solowej Kinga to album „Them” który został wydany w lipcu 1988 roku i trzeba przyznać, miał nie lada zadanie, bo miał dorównać genialnemu „Abigail”. Produkcją albumu zajął Diamond i Falcao. Udział w produkcji mieli także La Rocque i Dee. Autorem okładki znów jest Thomas Holm, który potrafi narysować klimatyczną okładkę, która budzi przerażenie. Tym razem okładka przedstawia stary dom, stojący na wzgórzu i oświetlony blaskiem księżyca, no i do tego to zapalone światło na wieży nom niesamowicie straszne to jest, zwłaszcza gdy się to połączy z historią, która jest tu tak ważna jak cała warstwa instrumentalna. Czego dotyczy historia? Jest to fikcyjna historia, który dotyczy dzieciństwa Kinga, w której udział biorą jego siostra Missy, jego mama oraz... upiorna babcia, która daje się każdemu we znaki, ale to nie wszystko. Owa babcia tak naprawdę przyjeżdża do domu Kinga, po tym jak została wypuszczona z zakładu psychiatrycznego. I najlepsza część tej historii, że ów babcia zamiast piec babeczki, za pomocą niewidzialnych przyjaciół robi herbatę...z krwi. Historia upiorna i nieco może przypominać dzieła Stephena Kinga, czy Lovecrafta. Nie tylko historia imponuje, bo także pod względem technicznym i zawartości tez jest imponująco. Mamy tutaj bardzo przestrzenne brzmienie, no i bardzo wyraziste są partie wokalne i gitarowe. Tutaj wokal Kinga znów jest genialny, który piszczy, śpiewa falsetem, a także potrafi także mrocznie śpiewać.
Jeśli chodzi właśnie o skład, to ten album został zarejestrowany w nieco zmienionym składzie. Po odejściu basisty Timmiego Hansen znanego z Mercyful fate i gitarzysty Michael Denner ich miejsce zajęli Hal Patino i Pete Blakk. Słcyhać ten powiew świeżości i dynamiczność, jego wnieśli ze sobą owi muzycy, przez co płyta zadowoli zarówno fanów Kinga Diamonda jak i Mercyful Fate.
Intro to coś co King potrafi robić, a „Out From The asylum” bije nie jeden horror. Niesamowity klimat, przerażający tekst, niesamowite aktorstwo, zwłaszcza Kinga, tutaj powala swoim wokalem, wskażcie mi innego takiego wszechstronnego wokalistę. Niezła melodia, taka w stylu Koszmaru z ulicy wiązów. No i rozpoczyna się mocnym wejściem w postaci „Welcome home” pierwszy singiel z tego albumu, do którego tez nakręcono znakomity klip, którego oczywiście polecam, bo takich klipów już dzisiaj nikt nie robi. Nie dziwię się że King wybrał ten klip, żeby promował ten album. To jest jeden z jego najlepszych utworów ever. Niesamowita atmosfera, wciągający tekst, porywające partie gitarowe no i sam King. Utwór jest naprawdę porywający i trzeba także pochwalić, że zmiany personalne nie pogorszyły stylu grania i poziomu. Tutaj jest bardzo dynamicznie, i bardzo energicznie. Również ważnym utworem jest „Invisible Guests” , który często jest grany na koncercie. Też charakteryzuje się dużą dawką dynamiki i melodyjności. Ten utwór zaliczyć należy do petard tego albumu. Znów tutaj gitarzyści dają się poznać z jak najlepszej strony. Wygrywają dźwięki nie gorszy od duetu z Iron Maiden. Drugim singlem z tego albumu jest „Tea” też utwór bardzo oryginalny. Zaczyna się od spokojnej i bardzo chwytliwej melodii, potem jest ciężko i bardzo porywczo. Natomiast główny motyw wraca wraz z refrenem, który zachwyca prostotą i chwytliwością, znów King daje upust swojemu niesamowitemu głosowi. Mocnym punktem albumu jest „Mother's Getting Weaker” znów bardzo dobrze zagrany utwór. Gdzie jest sporo ciekawych melodyjnych partii gitarowych. Nieco może słabszy refren, ale to co wyprawia King, jest warte wybaczenia mu tego refrenu. Tak i znów niesamowita partia solowa, ten element na tym albumie nie zawodzi. Nie mogło też zabraknąć utworu ciężkiego i utrzymanego w wolnym tempie, a taki właśnie jest „Bey,bey miss” ale trzeba tutaj przede wszystkim zwrócić uwagę na wyczyny gitarzystów, zwłaszcza te podczas zwrotek. I trzeba przyznać, ze druga połowa albumu może wydawać się nieco słabsza od pierwszej części. Aczkolwiek o słabych kompozycjach nie ma mowy. Taki właśnie nieco mało wyrazisty jest „Broken Spell” niby jest ciężko, niby są melodie, niby wszystko jest ok, ale brak wybijającego się refrenu czy tez charakterystycznego riffu. Ot co dobry kawałek. Lepiej wypada taki „The accusation chair” gdzie jest przeplatanie motywów, jest pomysłowe śpiewanie zwrotek. No i jest łatwo w padający w ucho riff. Klimat tutaj też w połowie utworu rozwala, gdzie znów wygrywana jest melodyjka z dreszczem. No i żeby był 100% zachwyt, to też zadbano o znakomite pojedynki gitarzystów na solówki. Tytułowy 'Them” zbyt wiele nie wnosi, tylko tyle, ze dodaje tego dreszczyku i niesamowitego klimatu. „Twilight Symphony” jest to kolejna bardzo dobra kompozycja, która ma do zaoferowania nie banalne partie gitarowe no i ciężar. Najbardziej podoba mi się refren i wyśpiewanie przez Kinga „aaah,ahhhh” a w tym jest akurat mistrzem. No to na koniec mamy „Coming Home” i jest to takie zakończenie historii, utwór jest zrobiony na wzór intra, i trzeba przyznać, da się podskoczyć przy nim. W taki sposób kończy się album w wersji podstawowej sporządzanej z myślą o wersji winylowej. Jednakże wraz wejściem płyt kompaktowych i ich rozpowszechnieniem też w momencie kiedy wchodziła owa technologia, muzycy żeby zachęcić fanów do zakupienia cd i odtwarzacza, często wrzucali coś dla zachęty, to ,coś jak bonusy dla Japończyków. Również i Kinga to nie ominęło. Wrzucił on bowiem na cd jeden może mało znaczący utwór, ale do historii i klimatu idealnie pasuje, mowa o utworze zwanym „Phone Call”. Jak wskazuje owa nazwa utworu, jest to rozmowa telefoniczna Kinga z nieżyjącą babcią i przyznaję, że efekt końcowy jest przerażający. Jeden chyba z tych bardziej przerażających kawałków zrobionych przez Kinga. I dla mnie jest to utwór który należy do tego albumu i stanowi zresztą integralną całość.
„Them” to naprawdę znakomity album, pomimo presji i poziomu jaki postawił „Abigail”. Jest tutaj niesamowity klimat, może nawet lepszy niż na poprzednim albumie. Same kompozycje się też bronią, a nie które z nich przeszły do kanonu Kinga Diamonda. Album sprzedał się w ponad dwu tysięcznym nakładzie w USA, w Europie też było nie najgorzej, jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost popularności muzyki popowej czy też dancowej. Przeze mnie i przez większość ten oto album jest jednym z najlepszych dzieł Kinga, który ustawiam zaraz za „The Eye” i „Abigail”. Nota: 9,5/10 w sumie można by dać 10, ale parę momentów zmusza mnie, żeby nieco obniżyć, aczkolwiek i tak jest to mistrzowski krążek. Polecam.

piątek, 24 czerwca 2011

KING DIAMOND - Give me Your Soul...Please (2007)

King Diamond, jeden z z najbardziej rozpoznawalnych osobistości sceny metalowej ostatnio przeszedł ostatnio ciężką operację wszczepienia bajpasów. Najważniejsze, że wraca do zdrowia. Jednakże ze względu na zdrowie zawiesił na jakiś czas działalność, smutne ale prawdziwe. To też jego ostatnim dziełem jest „Give Me your Soul...Please” wydany pod szyldem King Diamond w 2007roku. Jest to kolejny bardzo udany album duńczyka. Tylko, że on taki poziom trzymał już od dawna, zawsze poniżej dobrego nie schodził. Album rewolucji jakiejś nie wszczyna. Jest to typowy krążek Kinga, styl ten sam i pomysł ten sam. Tym razem za temat na album posłużyła historyjka o dziewczynce czy też dzieciach, które wracają z zaświatów i zjadają ludzi aby pozyskać ich dusze. Historyjka całkiem fajna, przynajmniej wraz z poszczególnymi utworami zaczyna to nabierać rumieńców. Produkcja też została dobrze przyrządzona jak zawsze przez samego Kinga i Andiego, którzy odegrali też znaczącą rolę przy pisaniu utworów. A jakie są utwory?
Tradycyjnie wszystko zaczyna intro bo jakże inaczej. „The Dead” należy zaliczyć do mocnych wejść, w którym znów są szepty i jest chwytliwa melodia. Kinga to jak dla mnie specjalista od tworzenia klimatu grozy i przy okazji tworzy znakomite krążki. Wokale Kinga zarówno tutaj jak i na całym albumie są wspierane przez węgierkę Liva Zitę, która brała udział już choćby na Puppet Master. Wszystko dalej ciągnie szybki i bardzo energiczny „ Never Ending Hill” i słychać starego dobrego Kinga. Kto jak kto, ale Diamond potrafi stworzyć petardę. Zwrotki tak są śpiewane, że wszystko ładnie wchodzi. Jest melodyjnie, a duet LaRocque/Wead jak zwykle niszczy i udowadniają że bez nich King też by daleko nie zaszedł. Nie brakuje zmian temp, motywów i właśnie kilka krotnych popisów gitarzystów. Należy podkreślić, że King dostał nominację do prestiżowej nagrody Grammy w kategorii „Best metal perfomence” właśnie za ten utwór. Kolejny utwór „Is anybody here?” też trzyma wysoki poziom. Tutaj nieco wolniejsze tempo, ale wszystko napędza riff oraz solówki. Utwór naprawdę fajnie buja i to nie tylko za sprawą chwytliwego refrenu. Szybszego tempa też nie brakuje, tak więc Kinga nieźle sobie radzi ze zmianami tempa, ale to już wiemy nie od dziś. 3 mocne kompozycje za nami a „Black Of Night” przypomina nam najlepsze kompozycje Kinga. Lata 80 się kłaniają. Ze względu na tą diabelną melodyjność i chwytliwy refren, nieco mi to wszystko kojarzy się z albumem „The Eye” ale uważam że każdy dopatrzy się swojej interpretacji. Mamy tutaj wszystko co niezbędne jest killerowi, drapieżny i łatwo wpadający w ucho refren oraz niezwykła pomysłowość przy wyśpiewywaniu zwrotek. Taki już jest Kinga, na każdym kroku imponuje swoim geniuszem. Również genialnie wypada prosty „Mirror, Mirror” i tutaj słychać przede wszystkim popis wokalny Kinga, ale nie zabrakło też oryginalnego riffu, choć gdzieś kiedyś ktoś nagrał podobny. Bardzo fajny posępny klimat i do tego jest bardzo gitarowo. Prosty refren, do bólu powtarzany bardzo szybko wpada w ucho. Znakiem rozpoznawczym Kinga było zawsze wyśpiewanie kwestii „aah ahh”. Wow, połowa za nami, a Kinga trzyma poziom i gdyby dalej byłoby tak samo to nie wahałbym się wystawić maksymalnej oceny. „The Celler” trzyma poziom pierwszej połowy, choć wstęp jest nieco zbyt długi. Fajna melodia, ale nie potrzebnie wydłużona. Początek jest posępny i mało porywający, na szczęście Kinga jakby wyczuł moje narzekania i szybko podkręca tempo. Dalsze cześć utworu jest szybka, melodyjna i przede wszystka wywołuje dreszcze. „Pictures in red” hmm no krótkie intra wypełnione klimatem były zawsze wizytówką Kinga i jego albumów. Tutaj jednak poziom już nie ten, choć jakiś klimat jest utrzymany. Choć dla mnie to nieco słabszy utwór, na szczęście trawa nieco ponad minutę. No i tym sposobem dotarliśmy do kolejnego mocnego punktu albumu, jak dla mnie najlepszego utworu na tym krążku, a mianowicie tytułowego „Give me your Soul”. Do tego kawałka został nakręcony klip. Sam utwór jest perfekcyjny. Wszystko świetnie wyważone, ciężar, melodie, czy też szybkość, a do tego jeszcze ten porywający refren, w sam raz na każdy koncert. To jest kolejny dowód na to, że King ostatniego słowa nie powiedział. Warto też podkreślić, że tutaj słychać w pełnej okazałości talent obu gitarzystów tego zespołu. „The floathing head” tutaj słychać już nieco zmęczenie kompozytorskie. Niby jest mocny riff, który może skopać kilka tyłków. Niby jest jakieś prze tasowania temp. Ale jakoś zabrakło pomysłu na lepsze melodie. Najlepiej wypada tutaj chwytliwy refren. Lepiej prezentuje się taki „Cold As Ice”, gdzie można delektować znów żywszym graniem no i pomysłowością Kinga. Wszystko brzmi nieźle, zwłaszcza refren. Ta kompozycja nie jednemu przypadnie do gustu. Jednym z najbardziej klimatycznych utworów na tym albumie jest z kolei „Shapes of Black”. Utwór może ubogi w gitary, ale melodyjności nie można mu odmówić. No i te tempo to wszystko musi robić wrażenie. Utwór też mógłbym się znaleźć na takim „The Eye”. Niestety dwa ostatnie utwory to jest „ The Girl In the Bloody Dress” i „Moving On” tylko dobre, przy czym pierwszy wymieniony jest bardziej energiczny i ma więcej do zaoferowania.
Give Me your Soul wypada bardzo dobrze i przebija nie jeden ostatni album Kinga, ale nieco brakuje do klasyków. Fani Kinga nie będą zawiedzeni, bo przyzwyczaili się że co płyta to King prezentuje to samo. Zaś ci co go nie lubią, na pewno ten album nie przekona zresztą jak inne. Jest to granie, które się kocha albo nie nienawidzi. Tylko jednego anty fani nie zmienią. Faktu, że King jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i najbardziej wpływowych muzyków heavy metalowych.
Nota: 9/10