Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Majesty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Majesty. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 kwietnia 2023

MAJESTY - Back To Attack (2023)

 

Ostatnio jest jakaś dziwna moda, że jakaś kapela powraca z nowym albumem po dłuższej przerwie i wydaje nowy album. Tym samym żegnając się z swoimi fanami i kończąc działalność. Falconer, Holy Mosses, czy teraz choćby niemiecki Majesty. Już raz miał być koniec Majesty, a powstał w jego miejsce Metalforce. Zobaczymy co przyniesie przyszłość. Co do "Back To Attack" to oczekiwania miałem spore. Wszystko przez marketing, dobre kawałki zapowiadające album czy wreszcie sama okładka, która sugeruje nam powrót do starych płyt. Stare dobre logo  i wojownik w roli głównej, czego chcieć więcej? Czy to mogło się nie udać?

Poprzedni album zatytułowany "Legends" był mało atrakcyjny i to był jeden z najsłabszych albumów Majesty. Sporo rozczarowanie po genialnym "Rebels". A jak wygląda "Back to attack" na tle tamtych płyt? Na pewno jest to płyta bliższa "Rebels". Jest bardziej dopracowana i energiczna niż "Legends", ale nie ma też klasy i jakości co "Rebels". To porządna porcja heavy/power metalu i co ciekawe znów bardzo mało elementów Manowar tu uświadczymy, co przecież było poniekąd wyznacznikiem stylu Majesty. Skład nie uległ zmianie od roku 2018, tak więc nie ma większych niespodzianek. Daje dzieli i rządzi wokalista Tarek Maghary i robi to wciąż na wysokim poziomie. Jego wokal idealnie pasuje do takiego bojowego heavy/power metalu. Soczyste brzmienie to kolejny mocny punkt "Back To Attack", ale to również standard ostatnich płyt.

Od strony wizualnej i technicznej album z górnej półki. Jednak zapał ostudza zawartość, która dostarcza frajdy, ale nie rzuca na kolana. Zaczynamy od podniosłego intra "The oath of truth" i czuć, że to album Majesty. Jest dobrze. Pierwsze mocne uderzenie to tytułowy "Back To Attack" i to faktycznie taki rasowy przebój Majesty. Słychać tutaj sporo klasycznych rozwiązań, a duet gitarowy tworzony przez Knorr i Hadamovsky'ego naprawdę potrafi zauroczyć swoją grą. Dominują proste i takie true metalowe motywy i jest ten bojowy charakter. Brzmi to o wiele lepiej niż na ostatnim krążku. Stonowany "Demon War" to dobry utwór, ale już czuć lekką zadyszkę i band już tak nie błyszczy. Dalej znajdziemy "Glorious Warriors" to utwór też taki bardziej heavy metalowy i z nutką twórczości Manowar. Dobry utwór, ale tez brakuje mi pazura i takiego konkretnego uderzenia. Potem w sumie seria takich średnich kawałków, które niczym specjalnym się nie wyróżniają. Taki "Age of Glory" nie wiele wnosi do twórczości Majesty. Niby coś tam się dzieje, ale nie porusza mnie i nie zapada w pamięci. Ożywienie następuje za sprawą "Saviors in the Dark", ale to też utwór taki jakiś przewidywalny i bez ikry. Ballada "In the Silence" to też jakiś taki zbędny wypełniacz. Serce szybciej zabiło przy epickim i pełnym nawiązań do Manowar utworze o nazwie "Our Time Has Come". To jest Majesty jaki kocham!

Majesty wraca, wraca do swoich heavy metalowych korzeni. Nie kombinuje i gra swoje. Bardzo dobry kierunek, ale za brakło pomysłów by zaciekawić słuchacza przez te 45 minut. Dobrze się tego słucha, ale nic ponadto. Nie czuje takiej euforii jak w przypadku starych płyt czy "Rebels". To po prostu kolejny album "Majesty". Mimo wszystko, że ten band kończy działalność. Mam nadzieje, że kiedyś powrócą.

Ocena: 7/10

środa, 29 maja 2019

MAJESTY - Legends (2019)

Zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. To jest czego możemy się spodziewać po nowym albumie niemieckiego Majesty. "Legends" to dziewiąty album tej zasłużonej formacji grającej heavy/power metal w duchu Manowar.  Tarek Maghary, który odpowiada za komponowanie materiału i partie wokalne zmienił swój wygląd i jakoś dziwnie przyzwyczaić się do jego nowej fryzury. Mamy też nowego basistę i nowe logo zespołu. Tematycznie zespół też jakby nieco odszedł od rycerskich klimatów na rzecz post apokaliptycznego świata, w którym ludzkość walczy o lepszą przyszłość.  Troszkę mi to przypomina zabieg Hammerfall w przypadku "Infected".  Problem tkwi nie tyle w kosmetycznych zmianach, ale zwłaszcza tych związanych z stylem. Band poszedł w kierunku słodszego heavy/power metalu i wyparł się grania pod Manowar. Teraz biorą pod lupę twórczość takich formacji jak Sabaton, Beast in Black, czy Battle Beast. Tarek pokusił się o dodanie partii klawiszowych i postawienie na troszkę kiczowaty klimat. Niby dalej słychać, że to płyta Majesty, a jednak "Legends" to już coś nowego w dyskografii Majesty.

Tarek wciąż dobrze radzi sobie z partiami wokalnymi i wciąż potrafi komponować przeboje, tylko że to już nie ta liga co na "Rebels". Brzmienie jest tutaj mocnym atutem i nie ma się do czego przyczepić. Inaczej wygląda sprawa jeśli chodzi o zawartość. Spore kontrowersje wzbudził, słodki i melodyjny "Burning Bridges", który jest pełen nawiązań do Sabaton czy Battle Beast . Początkowo byłem sceptyczny do tego co usłyszałem. Jednak w zestawieniu z innymi kawałkami z tej płyty to właśnie ten singiel na długo zapada w pamięci. Sporo w tym zasługa refrenu, który jest prosty i skoczny.  Dużo klawiszy i podobnej stylistyki usłyszymy w stonowanym "Wasteland outlaw", który jest bardzo komercyjnym, wręcz popowym kawałkiem. Tutaj Tarek przesadził i zdradził swój styl, który był odzwierciedleniem najlepszych lat Manowar. Tego tutaj nie ma.  Kolejnym słodkim kawałkiem jest przebojowy "Church of Glory". Mamy klawisze i power metal, ale tutaj wiemy że to nasz kochany Majesty. Jest rycerski klimat, jest też podniosły refren i pozytywna energia. Jeden z moich ulubionych utworów na płycie. Echa starego Majesty mamy w rozpędzonym "Rizing Home"  i to uroczy kawałek, który imponuje przebojowością. "We are the legends" to marszowy, wręcz bojowy utwór, ale czegoś mi tutaj brakuje. Na płycie pojawia się piękna i klimatyczna ballada w postaci "World of Silence". Najciekawsza jest końcówka płyty, bo usłyszymy tutaj bardziej klasyczny i dobrze znany nam Majesty. "Last bridge" to szybki i przebojowy killer, czyli to co mieliśmy na "Rebels". Epicki, podniosły i rycerski "Blood of Titans" to kolejny hit na płycie. Całość zamyka, lekki i również chwytliwy "Stands as One".

Jedno było do przewidzenia w przypadku "Legends". Fakt, że będzie to płyta poniżej oczekiwań. Jest to jeden z najsłabszych albumów Majesty, jeśli nie najsłabszy. Nie chodzi nawet o te klawisze i zmiany stylistyczne. Materiał jest po prostu na niższym poziomie. Brakuje tutaj energii, pazura, a przede wszystkim mocnego uderzenia. Przebojowość i duża dawka melodii ratuje ten album.

Ocena: 6.5/10

piątek, 3 marca 2017

MAJESTY - Rebels (2017)

W tym roku niemiecki Majesty może się pochwalić 20 leciem istnienia kapeli. Zespół dość szybko zyskał sławę i nie małe grono wiernych fanów, a wszystko za sprawą stylu, który był bardzo podobny do Manowar. Majesty i Wizzard to zespoły, które często właśnie określa się jako „niemiecki Manowar”. W sumie nic dziwnego, bo zespoły czerpią garściami z twórczości tej wielkiej kapeli. Pierwsze dzieła Majesty to klasyki gatunku heavy/power metalu. Zespół szedł za ciosem i kuł żelazo póki było gorące. W 2008 r zmieniano nazwę na Metalforce i pod tym szyldem wydano jeden album. Powrót na stare śmieci nie był łatwy. Wielkie oczekiwania co do marki Majesty sprawiły, że zespół nie powrócił w wielkiej chwale. Na plus zaliczę na pewno „Banners High”, ale wciąż brakowało mi tego czegoś. „Generation Steel” z 2015r też nie był najwyższych lotów. Jednak wiara w zespół nigdy nie wygasła i czekałem na ich kolejny album. „Rebels” to już 8 album Majesty i jest to jeden z ich najlepszych krążków, który nawiązuje do pierwszych wydawnictw.

Najlepsze jest to, że płyta zaskakuje różnymi ciekawymi rozwiązaniami aranżacyjnymi. Niby dalej Majesty gra swoje, czyli heavy/power metal. Jednak tym razem nie słychać aż takiego nachalnego kopiowania Manowar. Jest bojowo, epicko i true heavy metalowo. Nie brakuje w tym wszystkim luzu, swobody i pomysłowości. Momentami nowe kompozycje przypominają dokonania Hammerfall, Sabaton czy Bloodbound. To jest dobry kierunek, co by nie grać jednostajnie i zjadając swój własny ogon. Nie brakuje hitów, mocnych riffów, czy podniosłych i bojowych refrenów. Jest Majesty pełną gębą, tylko taki z nieco odświeżoną formułą. Tarek jako wokalista wciąż zaskakuje wysoką formą. Śpiewa zadziornie i z niebywałą lekkością, co sprawia że słucha się płyty przyjemnie. Z kolei Tristian i Robin zadbali, aby zaplecze instrumentalne było bojowe, rycerskie i przebojowe. Sporo dzieje się przez te 53 minuty.

Zaczyna się od bojowego i klimatycznego intra w postaci „Path to freedom”. Jest budowanie atmosfery i przygotowanie słuchacza do mocnego uderzenia. To następuje wraz z „Die like Kings”, który jest rasowym hitem na miarę innych wielkich przebojów Majesty. Jest prosto, zadziornie i z przytupem. Co mnie tutaj zaskoczyło to na pewno wyrazisty i soczysty riff jak przystało na heavy/power metal. Sam refren jest po prostu idealny i taki na miarę hymnów Manowar. Co na pewno zaskakuje to aranżacje i wykonanie „Rebels of our Time”. Gdzieś tutaj dochodzi do skrzyżowania Hammerfall, Judas Priest z „Turbo” i Sabaton z ostatnich płyt. Nutka nowoczesności, prosty riff i podniosły refren, który zagrzewa do walki. Stary Majest powrócił w odświeżonej formie i podoba mi się takie wydanie niemieckiego Manowar. Śmieszny tytuł „Yolo Hm” nie zwiastował niczego dobrego, a o dziwo jest to jeden z największych przebojów na płycie. Znów słychać zacięcie Hammerfall co słychać w pracach gitarzystów. Z kolei prosty i chwytliwy refren przywołuje stare dobre hity Majesty. Początek płyty jest równy i bardzo dynamiczny, a każdy utwór to kawał solidnego heavy/power metalu na wysokich obrotach. Dalej mamy power metalową petardą z podniosłym i rycerskim refrenem czyli „The Final War”. Majesty nie kryje nawiązań do twórczości Sabaton, ale trzeba przyznać że wypadają bardziej autentycznie niż szwedzki band. „Across the lightning” to najbardziej klimatyczny kawałek, który jednocześnie pełni rolę ballady. Kupuję tą szczerość i miłość do metalu, którą słychać. Coś pięknego. Znalazło się miejsce dla prawdziwej power metalowej petardy w rycerskim wydaniu i „Fireheart” idealnie wpasowuje się w ten styl. Energiczny kawałek z mocnym riffem i niezwykle nośnym refrenem. Epitet „Epicki” dość często jest stosowany w opisywaniu utworów Majesty, ale świetnie pasuje do złożonego i melodyjnego „Iron Hill”. Utwór potrafi zauroczyć motoryką Manowar, a także niezwykłą lekkością. Szybko przemija te 6 minut i trzeba pochwalić zespół za pomysłowość. Niby ocieramy się o Manowar, ale nie ma mowy o kalce. Kiedy słucham marszowego i nieco słodszego „Hereos of the night” to od razu przypominają się najlepsze dzieła Sabaton, czy Accept. Niby taki typowy kawałek, a niesie sporo pozytywnej energii i takiego epickiego wydźwięku. Na plus trzeba zaliczyć złożone zagrywki gitarowe i kolejny hymnowy refren. „Running for Salvation” to ukłon w stronę największych tuzów niemieckiego heavy/power metalu. Jest tutaj gdzieś ta niemiecka toporność i Majesty tak jakoś inaczej brzmi. Słychać w końcu, że to niemiecka kapela, która gra to w czym najlepszy jest ten kraj. Na sam koniec perełka w postaci „Fighting till the End”. Motorem napędowym jest tutaj prosta i chwytliwa melodia, a także zadziorny riff rodem z najlepszych płyt Manowar. Najlepsze jest jednak to, że kawałek jest podniosły i bardzo power metalowy. Gdzieś można doszukać się wpływów Hammerfall, Freedom Call czy nawet Gamma Ray. Takie wydanie Majesty to ja rozumiem.

Różnie to było z Majesty, ale trzymają poziom przez ten cały czas. Może „Generation Steel” nie powalał, a „Banners High” był banalny to jednak Majesty pozostał sobą. Dalej w sumie jest tym zespołem, który nie kryje zamiłowań do Manowar. Na „Rebels” mamy kilka nowych rozwiązań, kilka nowych pomysłów i kilka ciekawych smaczków. Wyszła z tego płyta utrzymana w standardach niemieckiego heavy/power metalu, który mocno nawiązuje do niemieckiej sceny metalowej. Majesty brzmi autentycznie, mocarnie i pokazuje, że można grać w swoim stylu, a przy tym nawiązując do Bloodbound, Gamma Ray, czy Hammerfall. Swoje najlepsze albumy nagrali lata temu, ale „Rebels” to jedno z najlepszych dzieł, które można śmiało postawić obok „Reign in glory”.

Ocena: 9.5/10

środa, 25 marca 2015

MAJESTY - Generation Steel (2015)

Jestem tego zdania, że niemiecki klon Manowar działający pod nazwą Majesty ma swoje najlepsza lata już dawno za sobą. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to wciąż jeden z tych zespołów, który trzyma się swojego stylu i nie schodzi poniżej pewnego poziomu. W 2011 roku zespół znów powrócił do nazwy Majesty i jedyne co się nie zmienia od lat to muzyka. Wciąż zespół gra prosty, melodyjny true heavy metal mocno inspirowany na twórczości Manowar. Tak było na „Reign in Glory” choćby czy na „Sword and sorcery” i tak jest na nowym „Generation Steel”. Toż to typowy album tego zespołu i albo się akceptuje ich styl albo jest się wrogiem Majesty i true metalu.

Może nowy album to nie jest ich największe osiągnięcie i z pewnością nie ma startu do klasyków jak „Reign in Glory” czy nawet bardzo udanego poprzednika „Banners High”. Może za mało tutaj takich momentów rzucających na kolana czy utworów, które zrobiły by takie wrażenie jak te sprzed lat. W końcu ciężko zaskoczyć jak któryś raz z rzędu podaje się tą samą formułę To może niektórych nudzić i wręcz odstraszać. Majesty nawet nie kusi się o jakiś eksperyment i idzie po najmniejszej sile oporu. Dostajemy prosty i łatwy w odbiorze materiał, który może nie zabija ostrym brzmieniem, czy potężnym wokalem Maghary. Atuty tego albumu tkwią w czymś zupełnie innym. Tym czymś jest to, że zespół stara nas zauroczyć prawdziwym ture metal, stylem ala Manowar, no i atrakcyjnymi melodiami, które wychwalają metal i stal. Banalne jest to do bólu, ale taki jest Majesty. Niczego nie udają nawet w promującym płytę „Hawks will Fly”, który jest jednym z mocniejszych punktów tej płyty. To jest prawdziwy hit i to jest właśnie cały Majesty. Kolejny heavy metalowy hymn do kolekcji. Tytułowy „Generation Steel” to spokojniejszy kawałek, który ma w sobie nawet nieco hard rockowej maniery. Ja tam w tej kapeli zawsze ceniłem sobie szybkie petardy i tutaj w tej roli „Circle of Rage”, marszowy „Damnation Hero” czy ocierający się o power metal „Knights of the Empire”. Dobrze też potrafi rozbawić radosny „Rulers of The World”, który jest hymnem równie świetnym co te tworzone na przestrzeni wieków przez Manowar. Znakomicie tutaj prezentują się chórki. Na koniec pozwolę sobie wyróżnić dwa epickie kawałki czyli „War for metal” czy „children of The Dark”, które porywają swoim średnim tempem i mocną sekcją rytmiczną. To jest przykład, że stać ich jeszcze na świetne kompozycje.


Majesty nie ma zamiaru zmieniać stylu i rezygnować z metalowych hymnów ku czci Manowar i true metalu. Nagrywają kolejny album i niczego on może nie wnosi do twórczości, może już nie ma tego wysokiego poziomu co kiedyś, ale jest to wciąż muzyka pełna szczerości, miłości do heavy metalu i zagrana prosto z serca. Są hymny, są i petardy, a nawet i wolniejsze kawałki, tak więc dla każdego się coś znajdzie. .

Ocena: 7/10

niedziela, 22 grudnia 2013

MAJESTY - Banners High (2013)

Dożyliśmy czasów, w których zespoły oszczędzają się pod względem kompozytorskim i rzadko kiedy pojawia się nowy album w przeciągu roku, a co dopiero miesięcy. Jednak niemiecki zespół Majesty grający heavy metal w stylu Manowar zaskoczył wszystkich i wydał w tym roku drugi album. Tak nie jest to żaden żart, ani tym bardziej pomyłka recenzenta. Lider grupy Tarek Maghary wraz z „Thunder Rider” przywrócił do życia Majesty. Jednak nie udało się powrócić do tego bardzo dobrego poziomu grania znanego z „Reign In Glory” czy „ Sword and Sorcery”. Płyta stała się chwilową rozrywką i przestała zabawiać po dłuższym czasie. Minęło kilka miesięcy i Majesty daje nam drugi album zatytułowany „Banners High”. Jak wyszło drugie podejście?

Na pierwszy rzut oka można dostrzec, że Majesty jest wierny swojemu stylowi. Kolorystyczna i robiona jakby pod styl „Sword And Sorcery” okładka już dobitnie nas o tym przekonuje. Brakuje w tym nieco powagi i mocy. To właśnie jest jeden z głównych zarzutów jaki wytaczam przeciwko tej płycie. Tutaj nie chodzi o to, że Majesty gra w kółko to samo, bo tego właśnie fani i słuchacze oczekują od nich. Nie mam im też za złe, że wciąż ich stylistyka bazuje na twórczości Manowar, że nie ma w tym oryginalności czy też pomysłowości. Jednak mimo tego, że nowy materiał jest pełen nawiązań do przeszłości to i tak nie jest to jeszcze to. Problem nie tkwi na pewno w braku dobrych melodii, czy motywów. Te są i to w dużych ilościach i wystarczy odpalić „We Want His Head” , przebojowy „Time For Revolution” czy rytmiczny „All We Want, All We need”. Każdy z tych utworów sprawdzi się na koncertach. Wszystko niby gra, jest odpowiednie tempo, chwytliwy refren, melodyjne i dobrze zgrane solówki. Jednak mimo tych standardów czegoś brakuje. Czego? Ano właśnie dynamitu, mocy, przekonania, błogosławieństwa bogów wojny, nieco pazura i agresji. Brakuje mi też lekkości i elementu zaskoczenia, które uświadczyłem ostatnio na płycie Metalforce. Słychać, że pojawianie się basisty i gitarzysty podziałało odświeżająco na zespół. Zwłaszcza Robin Hadamovsky dobrze sobie radzi w roli gitarzysty. Jasne nie ma tutaj niczego nadzwyczajnego, ale płyta wypada znacznie barwniej niż „Thunder Rider”. Owy brak mocy, który zarzucam tej płycie najlepiej można odczuć w takim „Banners High”. Czuje też niedosyt jeśli chodzi o klimat i epickość, a przecież to niezbędne składniki takiego grania. Jasne próbowali wykreować to w „United By Freedom” czy „Pray For Thunder”, ale nie poszło całkiem po ich myśli, przez co czuje niedosyt. Kiedyś długie kompozycje były atutem tej kapeli. Kluczem do wszelkich problemów Majesty jest szybkość, agresja i rozpędzona sekcja rytmiczna. Właśnie taki „Bloodshed and Steel” moim skromnym zdaniem jest jednym z najlepszych utworów na płycie. Z koeli najsłabszy jest „Take Me Home”. Smętna ballada to nie miejsce dla prawdziwych wojowników.


Są lepsze momenty i gorsze na tej płycie, ale ogólnie nowy album Majesty nadaje się do słuchania. Pod względem kompozycyjnym jest ciekawe niż na „Thunder Rider”. Zwłaszcza dobrze wypadają szybsze utwory, ale zostały położone bardziej rozbudowane kawałki, a szkoda bo Majesty potrafił stworzyć fajne kolosy. Brak mocnego uderzenia, brak soczystego, agresywnego brzmienia, a także epickiego klimatu strasznie zaniżają ocenę, ale nie do poziomu nowego Crystal Viper. Tak mniej więcej powinien brzmieć nowy Crystal Viper. No cóż nie ma drugiego „Reign In Glory”, ale album jak najbardziej można posłuchać, a kto wie może też jakiś pojedynczy kawałek zostanie w pamięci, tak jak u mnie?


Ocena: 6.5/10

sobota, 5 stycznia 2013

MAJESTY - Thunder Rider (2013)

Niemiecki MANOWAR znany jako MAJESTY powraca właśnie z nowym albumem, który się zwie „Thunder Rider”. Oczekiwania względem tego zespołu i ich nowego albumu były dość ogromne z mojej strony. Ze względu na udane granie pod MANOWAR, dwa świetne albumy w przeszłości czyli „Sword & Sorcery” i „Reign In Glory”, czy też świetnie skonstruowany album wydany pod nazwą METALFORCE. Poczynienia i logika Tareka Maghary jest tutaj dziwna, bo było MAJESTY i zmienił w 2008 roku nazwę, nagrał nowy album pod tą nazwą, a wszystko tłumaczył, ze pod nazwą MAJESTY wszystko osiągnął, a teraz nowy album pod starą nazwą i zrozum tu artystę. Czy nowy album o podniosłym tytule „Thunder Rider” jest równie dobry jak wcześniejsze albumy? Czy jest godzien marki MAJESTY?

Jeśli ktoś myśli, że Tarek lider MAJESTY obierzy inny kierunek na nowym albumie MAJESTY niż granie pod MANOWAR to jest w błędzie i tego raczej się nie doczeka. Bo MAJESTY słynie właśnie z tego true metalowego grania pod MANOWAR stawiając na podobną strukturę utworów, na stonowaną sekcję rytmiczną przeplataną z nieco szybszą, na mocne, zadziorne gitary, podniosły, metalowy wokal i teksty o wojnie, wojownikach i tym podobnych. To jest właśnie cały MAJESTY, który nie stroni od dobrych melodii, z zapadających prostych refrenów, z których wydobywa się epickość. To wszystko jest i na nowym albumie, z tym że ile razy można zapodać to samo? Nie ma zaskoczenia, nie ma świeżości, ale nie to jest problemem tego wydawnictwa, tylko słabe kompozycje, które są najzwyczajniej w świecie średniej klasy. Brak wyrazistych przebojów, killerów, które porwą ostrą pracą gitar. Wokal Tareka nic się nie zmienił, choć odnoszę wrażenie, że stracił nieco na zadziorności. Nie tylko kompozytorstwo jest średnich lotów, ale też praca gitar, riffy, motywy czy też solówki. Duet Digger/Visser większy popis i lepsze show zrobił na albumie METALFORCE, który był pełen ciekawych zagrywek, podniosłych melodii, czy też energicznych solówek, tutaj jakoś tego mi brakuje i słychać średniej klasy grą, która zaspokoi mniej wymagających słuchaczy. Brzmienie i okładka, które są godne poprzednich albumów, to nieco za mało, żeby mnie przekonać do siebie.

Album był promowany za sprawą klipu do „Thunder Rider” i tą kompozycja zostaje otwarty album. Kompozycja solidna i trzymająca poziom największych przebojów tej formacji. Prosta linia melodyjna, niezbyt skomplikowane partie gitarowe, zadziorność, tekst o wojowniku, podniosły, true metalowy refren i lekkość, sprawiają że kawałek zapada w pamięci. Jednak takich utworów nie ma tym albumie zbyt dużo. Dobrze wypada z pewnością dynamiczny, energiczny, rozpędzony i chwytliwy „Warlord Of the sea” , który jest bardziej rozbudowaną kompozycją. Melodyjny, szybki, nieco ostrzejszy „Metaliator” czy też przebojowy „Rebellion Of steel” to kompozycje, które gdzieś tam też potrafią zapaść w pamięci, ale daleko im do tych kawałków z wczesnej działalności zespołu. „Anthem of Glory” ma tempo i konwencję godną MANOWAR, jednak refren, melodie już nie są tak świetne i tutaj słychać nie wykorzystany potencjał. Nieco bardziej hard rockowy „Make Some Noise” piętnuje wszelkie niedoskonałości i niezbyt ciekawe pomysły w sferze partii gitarowych i jest to kolejny wyraźny przykład niezbyt precyzyjnych i udanych aranżacji. Epickość i rozbudowana forma „Raise The Beast” też mnie nie zaspokoiła w pełni i tutaj też czuje niedosyt i w swojej działalności mieli znacznie ciekawsze kolosy.

„Thunder Rider” to album, który oddaje w pełni styl MAJESTY. Nie ma tutaj niczego nowego, w dalszym ciągu niemiecki zespół gra true metal przesiąknięty MANOWAR. Okładka mogła sugerować powrót do najlepszych lat tego zespołu, jednak to sygnał że wracają do właściwej tematyki dla tego zespołu i to byłoby na tyle. Został połozony sam poziom kompozycji, ich pomysłowość czy też w końcu wykonanie. Niby jest to do czego nas przyzwyczaił zespół, jednak znacznie niższych lotów. Niestety, ale dla mnie to jest przeciętny album, który szybko zostanie zapomniany i jest to pierwsze rozczarowanie roku 2013. Oby było ich jak najmniej.

Ocena: 6/10