"Origins" to tytuł, który sugerowałby powrót Dark Moor do swoich korzeni. Od razu trzeba to sprostować, że jednak tak nie jest. Hiszpański band raczej sięga do korzeni, ale muzyki regionalnej tamtych rejonów. To było do przewidzenia, bo od kiedy w zespole jest wokalista Alfred Romero to band wydaje w zasadzie różne albumy. Nie boją się eksperymentów i raz wychodzi im to na plus, a raz kończy się porażką. W "Ancestral Romance" czy "Autumnal" to próbowanie nowych rzeczy potrafiło zauroczyć słuchacza i w sumie z "Origins" jest tak samo. Tutaj band sięga po patenty z "Ancestral Romance" czy "Ars musica". Nie brakuje elementów progresywnych, folkowych, rockowych, czy właśnie patentów charakterystycznych dla melodyjnego metalu. Podobnie jak w "Ancestral Romance" tak i tutaj band sięga do swojego regionalnego folku i to się sprawdza. W efekcie powstał znów album świeży, zaskakujący i bardzo klimatyczny. Nie jest to jednak Dark Moor z czasów "Tarot" czy "The gates of oblivion", gdzie dominował power metal i neoklasyczne zapędy. Brakuje tego mi tutaj, bo to był najlepszy okres zespołu. "Origins" w kategorii rockowych wydawnictw, ciekawostki, czy w ramach samej dyskografii Dark moor jest wydarzeń i nie można tego pominąć. Z resztą już sama okładka zwiastuje nam zupełni inny album od poprzednich i rzeczywiście tak jest. "Birth of the Sun" to kawałek, który otwiera krążek i zarazem go promował. Skoczny, folkowy kawałek, który nawiązuje choćby do Blackmores night. Nieco inne granie, ale bardzo mi przypadło do gustu. Refren to nieco ukłon w stronę wcześniejszych płyt i to się nazywa dobre otwarcie płyty. Energiczny "The spectres of dance" to już więcej z power metalu i melodic metalu. Enrik Garcia ma znacznie więcej do roboty w sferze gitarowej. Bardzo fajnie wypadł folkowy, może nawet nieco piracki "Raggle Taggle Gypsy". Spokojny, romantyczny "And for ever" łapie za serce i potrafi oczarować swoją prostotą. Echa power metalu można wyłapać w szybszym "Mazy" i jeszcze na sam koniec mamy klimatyczną balladę w postaci "Green lullaby", który zachwyci fanów Queen, czy Blind Guardian. Dark moor po tylu latach wciąż ma się dobrze i cały czas eksperymentuje i pokazuje swoje inne oblicze. Tym razem owe oblicze zespołu i bardzo korzystne i warto poznać Dark Moor roku 2018.
Ocena: 7.5/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dark Moor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dark Moor. Pokaż wszystkie posty
sobota, 15 grudnia 2018
poniedziałek, 28 września 2015
DARK MOOR - Project X (2015)
Większość zespołów
stara się trzymać jasno określonego stylu i zachować swój
własny charakter na przestrzeni lat. Rzadko kiedy można trafić na
zespół, który dość często kombinuje z własnym
stylem stojąc u progu ryzyka i zatracenia swojego stylu. Hiszpański
Dark Moor to żywy przykład, że można ewoluować, zmieniać swój
styl, trzymając się pewnych już sprawdzonych patentów. Dark
Moor kojarzony był początkowo jako band power metalowy, potem
otarli się o neoklasyczne granie, co było słychać na „Beyond
the Sea” czy „Tarot”, które uchodzą za najlepsze
dokonania zespołu. Potem zespół otarł się o symfoniczny
metal na „Autumnal”, zaś „Ancestral Romance” ukazał
romantyczny klimat i nawiązań do tradycji i hiszpańskiej muzyki.
Ostatni album „Ars musica” ukazała nieco inne oblicze bo
bardziej progresywne. To czego można oczekiwać po nowym „Project
x”?
Już patrząc na okładkę
można odnieść wrażenie, że szykują się spore zmiany i
faktycznie jest to znów nieco inny album. Bardziej
progresywny, czy też w myśl okładki futurystyczny. Tak zespół
zabiera nas w świat s-f i wychodzi im to nadzwyczaj dobrze. Można
poczuć się jak w nieco innej przestrzeni i pełno tutaj smaczków,
które mają podkreślić ten klimat. Muzycznie zespół
też jakby ewoluował i szukał na nowo swojego stylu. Tym razem
zespół zabiera nas w rejony progresywnego rocka i melodyjnego
metalu, odsuwając power metal na daleki plan. Właściwie power
metalu nie uświadczymy tu już w takiej ilości co byśmy chcieli.
Właściwie to tych elementów nie ma za wiele. Ma być nacisk
na rock i progresję i to jest właśnie znakiem rozpoznawczym nowego
krążka. Produkcja nasuwa nam takie zespoły jak Rhapsody czy
Stratovarius i to zasługa Luigi Stefaniniego. Pod tym względem
album błyszczy, tylko gorzej już z samą zawartością. Zaczyna się
od futurystycznego intra „November 3023” i słychać, że to
będzie inny album. Klawisze nasuwają nowoczesny progresywny heavy
metal z domieszką orkiestry. Na pewno może się spodobać filmowy
klimat, jednak czy na taki Dark Moor czekaliśmy? „Abduction”
to jeden z mocniejszych kawałków na płycie, ale daleko mu do
petard z „Tarot” czy „Beyond The Sea”. Ma spore ilości
symfonicznego metalu i tutaj kłania się „Autumnal”. Choć
zespół starał się brzmieć tutaj bardziej progresywnie i
momentami ciężko stwierdzić że to ten sam band co nagrał taki
„Tarot”. „beyond the Stars” jest bardziej
rockowy, bardziej podniosły i na plus można zaliczyć wpływy
Queen. Właśnie Dark Moor sporo czerpie z twórczości Queen i
stara się to upchać niemal w każdym utworze. „Conspiracy
Revealed” miał być pewnie bardziej power metalowy, a
wyszedł z tego nieco dziwny utwór, ale z pewnością jego
zaletą jest to że zapada w pamięci przez chwytliwy refren.
Kolejnym smętnym i bardziej rockowym kawałkiem na płycie jest „I
want to believe” i nie wiem czemu płytę wypełniają
takie kawałki, które stawiają zespół w mniej
korzystnym świetle. No chyba, że ktoś ceni sobie komercyjny rock i
Queen pod każdą postacią. Echa dawnego Dark Moor można uświadczyć
w bardziej melodyjnym „Bon Voyage”. Zespół
wziął sobie do serca klimat s-f i tworzenie progresywnego grania i
nie boi się nawiązać do Eletric Light Orchestra w takim „The
existance”. Powiew agresji i neoklasycznego grania można
doszukać się w chwytliwym „Gabriel”, z kolei
zamykający „There's Something in the Skies” to
dobre podsumowanie albumu, które pokazuje nawiązania do
Queen, nacisk na progresywność i klimat s-f.
Dobrze widzieć, że Dark
Moor lubi eksperymentować i kombinować z stylem. Miło widzieć, że
się rozwijają i wciąż nie boją się odgrywać nowych rejonów.
Jednak nie każdy musi to akceptować i doceniać. Dark Moor zbyt
często kombinuje i było lepiej dla nich gdyby dłużej zostali przy
jednym stylu. Najlepiej by jednak było, jakby wrócili do
korzeni i przypomnieli sobie swoje korzenie i jak się gra
neoklasyczny power metal. Nie przekonuje mnie to co Dark Moor gra
obecnie i właściwie ciężko poznać że to ten sam zespół
co nagrał „Tarot” a szkoda, bo zawsze należy do grona moich
ulubionych zespołów.
Ocena: 4.5/10
czwartek, 13 czerwca 2013
DARK MOOR - Ars Musica (2013)
Jedne
kapele starają się trzymać swojego wypracowanego stylu, dostarczać
fanom płyt utrzymanych w konwencji do jakiej przyzwyczaiły swoich
słuchaczy. Bywają też kapele, które chcą zaskakiwać,
spróbować też innych patentów, które nie boją
się eksperymentów i do tej grupy należy zaliczyć właśnie
hiszpański Dark Moor. Kapela ta przeszła sporą ewolucję i dzisiaj
to już jest inna formacja. Założona w 1993 roku Dark Moor był
postrzegany jako przedstawiciel power metalu, potem pojawiło się w
ich muzyce elementy neoklasycznego grania. „The gates Of Oblivion”
czy „Dark Moor” to najlepszy tego przykłady. Potem zrezygnowano
z kobiecego wokalu na rzecz męskiego i świetnie się odnalazł
Alfred Romero, który swoim ciepłym i delikatnym głosem
potrafi wzbudzić emocje wśród słuchacza. Potem zespół
starał się wnieść więcej ciężaru do swojej muzyki i słychać
to już na następnych albumach, zwłaszcza na „Tarot”. Potem
zespół nieco eksperymentuje i powstaje bardziej symfoniczny
„Automnal”. „Ancestral Romance” był delikatny, pełen
emocji, piękna muzycznego i romantycznego klimatu. Zespół
postanowił nawiązać do swojej kultury, do swojego kraju. Album
inny, ale na miarę tej kapeli. Czas na kolejny krok w karierze
zespołu, a mianowicie „Ars Musica”.
Stylistycznie
nowy album ma bliżej do „Ancestral Romance” z tym, że jest to
też inny album. Nie brakuje tutaj epickich patentów, klimatu,
czy też elementów symfonicznych, a nawet z muzyki poważnej.
Znalazło się w tym wszystkim na rocka, a także na neoklasyczne
granie. Tak więc wszystko to co wcześniej pojawiało się na
albumach Dark Moor usłyszymy na nowym krążku. „Ancestral
Romance” nawiązywał do kultury hiszpańskiej i „Ars Musica”
też w dalszym ciągu nawiązuje. Najlepszym tego przykładem jest
„First Lance Of Spain”,
balladowy, wręcz popowy „Gara and Jonay”,
czy chaotyczny „El Ultimo Rey”. Epicki
wydźwięk i przesyt symfonicznych ozdobników uświadczyć
można w intrze „Ars Musica”
czy znakomitym „Living
In A Nightmare”, gdzie
jest power metal i neoklasycyzm. Ten kawałek przywołuje wspomnienie
starego Dark Moor. Piękna muzyka, pełna emocji i romantycznego
feelingu znana z „Ancestral Romance” również pojawia się
na nowym wydawnictwie. Słychać to w „It is My
Way”,
melodyjnym „The Road Again”
czy w „Together As Ever”. Płyta
jest jednak nie równa, niezbyt zapadająca w pamięci i poziom
muzyczny też niższy. Dobre momenty można policzyć na palcach
jednej ręki. Może rozwiązaniem i pomysłem na ciekawsze granie
byłoby zagranie u boku prawdziwej orkiestry jak to zespół
zaprezentował na bonusowych kawałkach?
Dark
Moor ewoluuje i to słychać. Ta hiszpańska formacja ma wyrobioną
markę i może pozwolić sobie na eksperymenty i bawienie się z
różnymi dźwiękami. Słychać, że jest to Dark Moor, ale
czy taki jaki znamy? Taki jaki zapadł w pamięci lata temu? Nie ma
już power metalowego Dark Moor, teraz czas na Dark Moor stawiający
na ambitne melodie i wyszukany klimat, podkreślając przywiązanie
do swojego kraju. Niestety, ale rozczarował mnie ten zespół,
który nagrywał takie bardzo dobre albumy w przeszłości.
Wypatruje w przyszłość, że może stary Dark Moor kiedyś powróci.
Ocena:
4/10
środa, 6 lipca 2011
DARK MOOR - Ancestral Romance (2010)
Zima 2010 - Na dworze zimno, śnieg opanował całe miasto, nie ma się gdzie ruszać, a najlepsze na takie dni jest muzyka, która nie raz potrafi rozgrzać. W tym okresie słuchałem nic innego tylko Dark Moor - Astral Romance a to z powodu gdyż starałem się do niej przekonać, bo pierwsze odsłuchy mnie zniechęciły, że to już nie to samo na „Tarot” i chciałem spojrzeć innym kątem na ten album, bo może zbyt bardzo się ograniczyłem, że chce drugi Tarot? Może słuchałem nie uważnie? Wszystko to mogło się złożyć na to, że tak naprawdę karciłem album, który jest czymś wyjątkowym w dorobku tego zespołu i że takich płyt nie ma zbyt wiele w tym roku? Tak czy inaczej, przy kolejnym odsłuchu (nie pamiętam ale chyba było to odtworzenie numer 5) dźwięki jakie wydobyły się z tego albumu roztopiły moje zmarznięte serce. Album nie zniszczył mnie za pierwszym razem, bo zbyt bardzo byłem zaślepionym jednym stylem wypracowanym na Tarot, który jest dla mnie najlepszym albumem tego zespołu. Ale na nowy albumie osiągnęli coś czego nie uświadczyłem na Tarot. Chodzi mi o ładunek emocjonalny, każdy utwór wywołuje jakieś uczucie. Nie jest to tylko krążek, który niesie rozrywkę i zaspokojenie muzyczne, ale niesie coś więcej co pozostanie na dłużej, a mianowicie uczucia które zostaną nawet po wyłączeniu. Szczerze uważam, że metalowcy oraz słuchacze, którzy oczekują mega rozpierdolu mogą sobie odpuścić ten album.
Album raczej jest kierowany do wrażliwych słuchaczy, którzy oczekują czegoś więcej po takiej muzyce, a Dark Moor z pewnością tego im dostarczy. Historycznie krążek opiera się patenty i kulturę Hiszpanii.”Astral Romance” jest jakby nawet bardziej dojrzalszym albumem niż ostatnie dzieła Hiszpanów. Jest piękno, ale nie brakuje też melodii czy też mocy. Ale to jednak piękno i uczucia i ten romantyczny klimat wysunięty jest na front. Krążek odniósł zamierzony sukces w roku 2010 i trzeba przyznać, że był to jeden z tych najlepszych albumów roku 2010.
Album zaczyna się tajemniczo, bardzo spokojnie, z klimatem takim bardzo romantycznym. Wraz z pierwszymi sekundami „Gardir” niszczy przede wszystkim rozmachem, epickością, ale nie tylko. Słychać tutaj także waleczność. Melodia nie jest znów taka prosta a i tak pięknie brzmi. Wokale idealnie się uzupełniają, mówię o męskim i damskim, od razu na myśl przychodzi mi Therion.
Ten zespół zawszę ceniłem za solówki, tak i tutaj należy ich pochwalić. Brzmią bardzo perfekcyjnie od strony technicznej. Choć są krótkie to i tak zostają jeszcze długo w głowie po wyłączeniu albumu. Chórki, refren, riff i melodie, tak to wszystko tutaj świadczy o tym ile serca zespół włożył w to, żeby ustrzec się wad.”Love From The Stone”- bardzo spokojny kawałek, podniosły i rozgrzeje każdego zatwardziałego słuchacza, który z uczuciami jest na pan. Alfred Romaro idealnie się sprawdza w takich utworach, co można było już usłyszeć choćby na Lovers z Tarota. Nie wiem czemu, ale on sam wraz ze swoim głosem niesie sporo uczuć. Otoczka tego kawałka też bardzo magiczna i ciepła zarazem. Refren też chwytliwy i przyjemny dla ucha. Solówki nie burzą tego spokojnego i ciepłego klimatu. Ile tu romantyzmu wali z tego kawałka to jest coś pięknego. Jak dla mnie i tematykę romantyczną to jest to jeden z lepszych utworów poruszających ta tematykę
„Aleric De Marnac” – kawałek brzmi jak połączenie stylu z Tarota i wymieszanie go ze stylem wypracowanym na poprzednim albumie. Rozmach i tutaj występuję. Panowie nie ograniczają się do jednego instrumentu, ani do jednej melodii coś pięknego. Urozmaicenie wokali, wszystko mogłoby się wydawać trudne do złożenia w jedną całość, a tu proszę zespół wybrnął z tego obronną ręką.
No a to co się dzieje w solówkach zasługuję na owację na stojąco. To jest to co tygryski lubią najbardziej.”Mio cid” też nie traci ani w klimacie, anie na pięknie. Tym razem ponad 6 minut wzruszeń. Refren jest bardzo chwytliwy i taki zakorzeniony w tradycji. Też mamy bogactwo pod względem instrumentalnym. Oczywiście zespół pokusił się o zmiany temp i motywów, aczkolwiek kawałek nieco inny od poprzednich długich utworów. Końcówka choć okrojona i wyzbyta ciężkiego metalowego dźwięku też porywa i wzrusza. Najbardziej kontrowersyjny jest „Just Rock” nie co gryzie się z pozostałymi kawałkami. Ale słychać tutaj Def Leppard i takie nieco jarcarskie podejście do tematu. Kawałek tylko, albo aż dobry. Ale tak moi drodzy jest to najsłabszy punkt tego albumu. Pięknie prezentuje się też ballada „Till at Windmills”. Porusza historię Don Kichota a sama muzyka porusza i nie puszcza. Sam refren to miód dla uszy. Bardzo przyjemny też zaśpiewanym w rodzimym języku „Cancion Del Pirata”. Tutaj znów słychać podniosły klimat, słychać znów bogatą warstwą instrumentalną. Jest to już nieco żywsze granie niż na poprzednich utworach. Z kolei taki instrumentalny „Ritual Fire Dance” łączy w sobie symfoniczne i neoklasyczne granie i to z całkiem dobry efektem. Bardziej energicznym kawałkiem z kolei jest taki
„Ah wretched Me!”. Ale i tutaj utrzymano podobną konwencję, zachowano. Jest podniosłość, jest i piękno. No i poza tym jest bardzo gitarowo. Równie piękna jest zamykająca ballada „A music in my Soul”. Też ponad 7 minut wzruszeń i romantycznego grania.
Całe album jest taki jak powyższe opisy, gdzie to emocje biorą górą. Cały album właśni taki jest. A just rock, kawałek nie jest taki zły, trochę tam def leppard slyszę. Jest utrzymany w konwencji co cały album. No można go śmiało potraktować jak przerywnik. . Uważam że zespół tym album wszedł na wyższy poziom tworzenia i nagrywania, już liczą się nie tylko zniszczone obiekty oraz energia w słuchaczach, ale zwłaszcza kolejne nawrócone dusze na ścieżkę emocjonalnej muzyki, która przemawia przez nuty, melodie i inne elementy. Niektórzy nie odbierają tego, a inni jak ja potrzebowali czasu na pojęcie piękna tego albumu. Uważam, że album należy traktować jako album spoza metalu, bo czy aż tyle tego metalu tutaj jest? Te gitary i inne elementy związane z muzyką z metalową raczej służą jako uzupełnienie, ale to moje zdanie, gdyby ich nie było też album byłby znakomity. Cieszę się niezmiernie, że album przekonał mnie do siebie, bo jest warty tego. Nota: 9,5/10 i Polecam może i dla was będzie to jedna z piękniejszych rzeczy roku 2010?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
