Gdyby mi ktoś kilka lat temu powiedział, że do aktywnego działania powróci jeden z najbardziej niedoceniony metalowych zespołów lat 80 o nazwie Heir Apparent to bym go wyśmiał. Jednak to marzenia wielu fanów tej utalentowanej kapeli stają się rzeczywistością. Po 29 latach od czasu wydania kultowego "One small voice" band powraca z 3 wydawnictwem. Takie powroty po latach mogą być niebezpiecznie, bowiem dość łatwo można zniszczyć swój kultowy status i zniesmaczyć fanów nowym dziełem. Heir apparent powraca w niemal starym składzie. Zmianą jest klawiszowiec i wokalista Will Shaw. Ten ostatni znany jest z Anthem i chyba bardziej z swoich coverów, które udostępniał na youtube. Talent to on ma i wyjątkową charyzmę, ale czy to wystarczy by udźwignąć tak duży ciężar?
"The view from the below" to album nieco inny niż poprzednie. Nie jest to heavy/power metal z jedynki, ani też progresywny power metal z dwójki. Jednak na pewno bliżej do "One small voice". Band rozwinął to progresywną stronę i w tym kierunku się udali. Power metal został ograniczony do minimum. Na pewno czuć tą magię i dbałość o szczegóły. Został wysoki poziom artystyczny zawartej muzyki. Jest to dalej zespół, który potrafi stworzyć magiczną atmosferę i zaskoczyć słuchacza daną melodią czy motywem. Ciężko na pewno porównywać ten album z poprzednimi, bo to już nieco inne czasy i już nieco inna muzyka. Jednak ta płyta ma w sobie to coś, co ją wyróżnia na tle innych i oczarowuje. Niby nie ma w sobie agresji, dynamiki, a zapada w pamięci. Piękna, klimatyczna okładka i dobrze wyważone brzmienie jeszcze bardziej podkreślają klasę tej płyty.
Płyta to 45 minut intrygującej muzyki zawartej w 8 utworach. Otwieracz "Man in the sky" potrafi porwać nutką zadziorności i marszowym tempem. Jest w tym mieszanka progresji i heavy metalu lat 80. Will Shaw to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Dużo progresji, urozmaicenia i takiej zabawy elementami mamy w klimatycznym "The Door". To bez wątpienia jeden z moich faworytów. "Here we aren't" to kompozycja bardziej spokojna, wręcz balladowa. To pokazuje jak ten album jest pełen emocji i progresywnych elementów. Mało tutaj heavy/power metalu, co może nie których zrazić. Krótki i konkretny "Savior" to taki ukłon w stronę pierwszych płyt i brakuje mi większej ilości tego typu kawałków. Jest kop, pazur i dynamika. Dużo dzieje się też w klimatycznym "Further and farther". Całość zamyka żywszy "Insomnia", który również uwydatnia progresywny aspekt tej płyty.
Nie łatwo ocenić ten album z perspektywy przeszłości kapeli. Mają na swoim koncie 2 kultowe już albumu, do tego dochodzi aspekt że płyta jest jeszcze bardziej progresywna. Jednak mimo tego warto ją docenić. Jest tutaj dużo wartościowej muzyki, dużo wyszukanych melodii i pokręconych motywów. Nie ma łatwych melodii i trzeba czasu by przetrawić pewne kompozycje, jednak warto. Płyta ambitna i godna uwagi. Jedna z takich bardziej wyróżniających płyt tego roku.
Ocena: 8.5/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Heir Apparent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Heir Apparent. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 października 2018
wtorek, 12 maja 2015
HEIR APPARENT - One Small Voice (1989)
Przychodzi taki dzień,
że ma się dość agresywnych riffów, że nie ma się ochoty
na szybkie galopady i chce się posłuchać czegoś ambitniejszego,
czegoś bardziej klimatycznego. Każdy z nas ma często dość
codziennej szarości i szuka swojej oazy spokoju, swojej odskoczni,
drzwi do innego świata magii i baśni. Jedną z takich płyt jest
drugi album Heir Apparent zatytułowany „One Small Voice”. Tym
albumem kapela pokazała jaki ogromny potencjał w nich drzemał i
wielką stratą dla progresywnego heavy/power metalu był rozpad tej
kapeli po wydaniu tego krążka. Na szczęście trochę muzyki po
sobie pozostawili, a to co zaprezentowali na drugim albumie
przechodzi ludzkie pojęcie.
Co się takiego
wydarzyło? Ano amerykańska formacja, która powstała w 1983
roku po nagraniu świetnego debiutu „Graceful Inheritance”
postanowiła pójść na przód. Po trasie koncertowej
pojawiły się przetasowania w składzie i pojawił się nowy
wokalista Steve Benito i klawiszowiec Michael Jackson. Zespół
przeszedł do wytwórni Metal Blade, która zajęła się
wydanie drugiego albumu „One Small Voice”, który ukazał
się w 1989 roku. Zmiany personalne i stylistyczne rzadko kiedy
przynoszą pożądany sukces i nie zawsze kończą się
zaakceptowaniem przez fanów. Heir Apparent postanowił się
jakby odciąć jakby od szybkiego i melodyjnego heavy/power metalu i
w pełni oddać się progresywnemu graniu. Klimatyczne, momentami
melancholijne, wręcz futurystyczne klawisze, które mają
tworzyć odpowiednią atmosferę jak w przypadku takich kapel Dream
Theater czy Queensryche. Zrezygnowanie z prostych melodii, na rzecz
bardziej złożonych i bardziej pokręconych. Porzucono szybkie tempo
i postawiono na wolne, wręcz balladowe, które ma poruszyć
nasze zmysły i podziałać na nasze emocje. Porzucono hard rockową
przebojowość i postawiono na ambitne refreny. By nowy styl był
jeszcze bardziej autentyczny wybrano Steva na wokalistę i to był
odpowiedni człowiek do tego zadania. Niesamowita ekspresja,
wyjątkowa maniera i technika, a do tego wyczyniał takie cuda co
Geoff Tate czy tez wokalista Crimson Glory. Nowy album różnił
się od debiutu i to bardzo. Jednak została niezwykła melodyjność
i oczywiście poziom granej muzyki. Heir Apparant nagrał bardzo
klimatyczny album, który zabiera nas do innego świata.
Okładka już zdradza, że będzie to dzieło inne od debiutu i że
będzie to bardziej progresywna płyta. Tak też jest. „Just
Imagine” zdradza jakie brzmienie mieć płyta. Bardziej
wyszukane pomysły, futurystyczny klimat i wszystko otoczone czystym,
ciepłym brzmieniem, które bardziej nasuwa płyty z kręgu
progresywnego rocka aniżeli heavy/power metalu. Obecność klawiszy
sprawia, że muzyka amerykanów brzmi świeżo. „Crossing
in Border” to znakomity przykład tego stanu i to też
jeden z nie wielu utworów, który przerysowuje energię
i dynamikę z poprzedniego wydawnictwa. Jest tutaj heavy/power
metalowa motoryka. „Screaming” to lekki i bardziej
hard rockowy kawałek, który zachwyca swoją przebojowością.
„Alone Again” wzrusza i łapię za serce i takich spokojnych
momentów jest znacznie więcej. W podobnym klimacie jest
choćby „One Small Voice”. Bogate aranżacje,
popisy gitarowe i ciekawe przejścia uświadczyć możemy w
progresywnym „Decorated/ The Fifth Season”. Jest
też coś dla tych co szukają tutaj power metalu i bardziej
agresywnych riffów. Do tego grona trzeba zaliczyć „Cacophony
of Anger”,melodyjny
„Young Forever”
czy ostrzejszy „We are The People”.
Swoją zasłużoną sławę zdobył znakomity cover w postaci „The
Sound Of Silence”,
który nabrał zupełnie innego klimatu w nowym wykonaniu.
Mimo swoich lat, mimo
niezwykłej, wręcz ambitnej formuły ta płyta wciąż zachwyca
wykonaniem i pomysłowością. Nic dziwnego, że płyta po dzień
dzisiejszy ma swoje grono fanów, którzy darzą ją
kultem. Ta płyta to coś więcej niż skrzyżowanie melodyjnego
heavy metalu i progresywnego rocka, to płyta pełna emocji, gdzie
harmonijne klawisze odgrywają znaczącą rolę. Subtelne, dobrze
wyważone melodie i melancholijna atmosfera, to cechy które
czynią ten album wyjątkowy i bardzo oryginalny. To tylko potwierdza
jak utalentowana była ta grupa i szkoda że wciąż należy do grona
najbardziej niedocenianych formacji heavy metalowych.
Ocena: 10/10
poniedziałek, 18 czerwca 2012
HEIR APPARENT - Graceful Inheritance (1986)
Ameryka, lata 80 , muzyka heavy
metalowa z kręgu progresywnego heavy/power metalu i jeden z
najciekawszych debiutów jaki miał miejsce w owym czasie, na
owej ziemi. Na myśl powinien przyjść nie którym osobom
często nie doceniany, albo znany wąskiemu gronu słuchaczy HEIR
APPARENT. Genezę zespołu należy doszukiwać się w roku 1983
kiedy to został założony zespół SAPIEN, potem zespół
funkcjonował pod nazwą NEMESSIS i ostatecznie nazwę zespołu
zmieniono na HEIR APPARENT. Po nagraniu kilka dem, przyszedł czas
na debiut , który się ukazał w 1986 roku pod skrzydłem
Dragons Records. „Graceful Inheritance” to
znakomity album, który ma coś z power metalu, coś z hard'n
heavy, coś z heavy metalu i do tego patenty progresywne polane sosem
amerykańskim, to wszystko pasuje wybornie i stanowi ciekawą
mieszankę. O samym albumie można pisać długo i w samych
superlatywach . Poczynając od brzmienia, gdzie jest nacisk na
krystaliczną czystość, na wyrazisty wydźwięk instrumentów,
na budowanie odpowiedniego klimatu., przechodząc do aspektów
umiejętności muzyków i ich poziomu gry na albumie, kończąc
na zróżnicowanym i wyrównanym materiale, który
dostarcza sporo emocji i trzyma słuchacza w napięciu.
Otóż
to, materiał nie jest taki przewidywalny jak mogłoby się wydawać
i wbrew pozorom dzieje się sporo i nie brakuje urozmaicenie w sferze
kompozycji. Nie wszystko zostaje od razu podane, zdradzone i mamy
tylko na początku melodyjny i zwarty „En Trance”
w postaci intra. Motorem napędzającym muzykę tego zespołu jest
bez wątpienia duet gitarzysty Terry Gorle z wokalistą Paul
Dawidsonem. Terry dba o tło, wygrywając rytmiczne, dopracowane
partie gitarowe, przesiąknięte niezwykłą dbałością o technikę
i melodie i to słychać w „ Another Candle”
gdzie jest niezwykłe urozmaicenie utworu. Do umiejętności Terrego
świetnie dopasowany został wokalista Paul, który ma
charyzmę, niezły warsztat techniczny, gdzie operuje czystym
wokalem, a jak i bardziej zadziornym , tak więc nie można narzekać
na rutynę w tym aspekcie. Ta zgraja specjalistów od
przebojów, zapadających melodii dostarczy wam sporo nie
zapomnianych przeżyć i taki znakomitym tego przykładem jest
dynamiczny „The servent”
i na plus są te wpływy, inspiracje NWOBHM czy też QUEENSRYCHE.
Różnorodność, bawienie się motywami, to coś co jest na
porządku dziennym na tym albumie i taki „Tear Down The
Walls” jest tego dowodem,
klimatyczne otwarcie z balladowym zacięciem które rozkręca
się w mocniejszy i bardziej chwytliwy dalszy etap utworu i jest to
kolejny przebój. Pomysłowość w „Running From
the thunder” zaskakuje i te
wpływy jazzu są tutaj urocze. Masa przebojów opartych na
prostych i zapadających melodiach i mam tu na myśli taki „The
Cloack” , rytmiczny „Dragon's
Lair” z power metalowym
feelingiem, czy też melodyjny, szybki „ Nad Dogro Lived
On”. Ponadto wydawnictwo jest
wzbogacone o dynamiczny kawałek „Nightmare” gdzie
też słyszalne są patenty power metalowe, balladą „Keeper
Of The Reign” która
wyciska łzy, a także heavy metalowymi hymnami jak „Hands
Of Destiny” gdzie jest nacisk
na stonowane tempo i marszową sekcją rytmiczną.
Może
i HEIR APPARENT nie stworzył czegoś nowego, może zagrał muzykę
jakiej było pełno w owym czasie, ale pod względem wykonania,
pomysłowości, umiejętności muzyków, należy od razu
zweryfikować owe rankingi i umieścić ten album na wyższych
miejscach. Bardzo dobry album, który nie ma wad jak dla mnie.
Każda kompozycja ma w sobie sporo energii, wykonanie wzbudza emocje
i zachwyt, jak można grac tak chwytliwy heavy metal bez
kombinowania, bez kompleksów. Bardzo dobrze wyważony album z
bardzo wyrównanym i urozmaiconym materiałem. Jeden z
najbardziej niedocenionych zespołów i albumów z lat
80.
Ocena:
9/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)
