Klimat grozy i horroru od zawsze doskonale współgrał z heavy metalem. Amerykański Ruthless jest tego znakomitym przykładem. Są zespoły, które od dekad pozostają wierne swoim muzycznym ideałom, nie ulegając modom ani chwilowym trendom. Do tego grona bez wątpienia należy właśnie formacja z Los Angeles. Od początku lat 80. pielęgnuje ona tradycyjny heavy metal, a po bardzo udanym albumie „The Fallen” przyszła pora na kolejny rozdział. „Curse of the Beast”, wydany 17 lipca 2026 roku, udowadnia, że klasyczny metal wciąż może brzmieć świeżo, potężnie i przekonująco.
Mimo upływu lat głównym motorem napędowym zespołu pozostaje charyzmatyczny wokalista Sammy DeJohn. Potrafi nadać kompozycjom odpowiednią dawkę mroku i surowości, dzięki czemu utwory są drapieżne i przesiąknięte klimatem lat 80. Gitarzysta Glen Paul robi wszystko, by materiał był pełen energii i ciekawych gitarowych zagrywek, jednak nie zawsze udaje się złożyć to w całkowicie spójną całość. Chwilami brakuje elementu zaskoczenia oraz pomysłów, które sprawiłyby, że każdy utwór na długo zapadałby w pamięć. Mimo tych drobnych niedociągnięć wciąż jest to pozycja solidna i zdecydowanie warta uwagi.
Nowy album to dwanaście kompozycji wypełniających ponad 50 minut muzyki. Już klimatyczne intro „The Blood Moon” zapowiada podróż do świata mroku, grozy i klasycznych metalowych opowieści. Gdy wybrzmiewa utwór tytułowy „Curse of the Beast”, Ruthless pokazuje pełnię swoich możliwości. Potężne riffy, świetne melodie, znakomita praca gitar oraz charakterystyczny wokal Sammy'ego DeJohna tworzą kompozycję, która na długo pozostaje w pamięci. To jeden z najmocniejszych punktów całego albumu.
Następnie zespół przechodzi do agresywnego i rozpędzonego „Curse of the Beast”, prezentując pełnię swojego potencjału. To prawdziwa petarda, która zachwyca energią i bezkompromisowością. Na płycie nie brakuje dynamicznych momentów. „Raging Violence” i „Berserker” pędzą z prędkością godną najlepszych przedstawicieli amerykańskiego heavy i speed metalu, natomiast „Suffocating Fear”, „Blood Coalition” czy „Sign of the Cross” ukazują bardziej epickie i majestatyczne oblicze zespołu. Ruthless umiejętnie balansuje pomiędzy agresją a chwytliwymi melodiami, dzięki czemu album ani przez chwilę nie nuży.
Nie brakuje również wyraźnych odniesień do klasyki gatunku. Inspiracje twórczością Accept, Grave Digger czy Judas Priest są wyczuwalne, ale nie sprawiają wrażenia bezmyślnego kopiowania. Dalej znajdziemy jeszcze drapieżny i pełen ikry „Prophecy of Chaos”, który potwierdza zamiłowanie zespołu do agresywnych riffów i surowego charakteru. Podobne wrażenie pozostawia „Killed by Hate”. Zdarza się jednak, że muzycy nieco przesadzają z mrokiem i ciężarem kompozycji, czego efektem jest nieco nijaki „Hallowed Ground”. Miłym dodatkiem jest natomiast hołd złożony Judas Priest w postaci udanego coveru „Metal Gods”.
Na uwagę zasługuje również brzmienie albumu. Produkcja jest nowoczesna, ale nie zatraciła surowego charakteru klasycznego heavy metalu. Gitary brzmią masywnie, sekcja rytmiczna zapewnia odpowiednią dynamikę, a całość zachowuje naturalność, której często brakuje współczesnym wydawnictwom. To materiał nagrany z pasją i ogromnym szacunkiem dla korzeni gatunku.
„Curse of the Beast” nie próbuje odkrywać heavy metalu na nowo. Zamiast tego Ruthless robi to, co potrafi najlepiej – dostarcza dwanaście utworów wypełnionych rasowymi riffami, znakomitymi solówkami i refrenami, które szybko zapadają w pamięć. To muzyka skierowana przede wszystkim do fanów tradycyjnego amerykańskiego heavy metalu, ale również każdy miłośnik klasycznych brzmień rodem z lat 80. znajdzie tutaj wiele powodów do zadowolenia.
Po ponad czterech dekadach działalności Ruthless wciąż udowadnia, że doświadczenie i konsekwencja potrafią przynieść znakomite efekty. „Curse of the Beast” to bardzo dobry album, choć niepozbawiony drobnych mankamentów. Pełen energii, mocnych riffów i autentycznej miłości do klasycznego heavy metalu, z pewnością przypadnie do gustu fanom gatunku.
Ocena: 7/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz