Klasyka rządzi. Tak było, tak jest i tak będzie. Tak przynajmniej ja uważam. Heavy metal z lat 80 to złoty czas dla tej muzyki i nic dziwnego że to jest wciąż źródło wielu pomysłów młodych kapel. Mimo, że mamy rok 2019 to te patenty wypracowane przez takie tuzy jak Judas Priest, Iron Maiden, Saxon, Accept, czy Kinga Diamonda wciąż są aktualne i wciąż inspirują kolejne pokolenia. Szwedzki Ram to band, który działa od 1999r i może pochwalić się doświadczeniem,bogatą dyskografią i utalentowanymi muzykami. "The throne within" to już 6 album tej grupy i można powiedzieć, że doszli już do perfekcji i osiągnęli już najwyższe stadium. Ta płyta to dzieło skończone i dopieszczone w każdym calu. Jaki ma być heavy metal? Ostry, brudny, zadziorny, ma przyprawiać o ciarki, ale ma też zachęcać do śpiewania i przytupywania nogą. To ma być uczta dla uszu i duszy, a tak właśnie z nowym dziełem szwedów.
Ram nie zmienił stylu grania, nie poszedł w stronę eksperymentów, ale ulepszył swoją formułę. Mocne riffy, mroczny klimat, ostry niczym brzytwa wokal Oscara Carlquista i duża dawka złożonych i wciągających solówek. To wszystko to jest. Idealny przykład jak powinno się grać heavy metal. Niby jest duch lat 80, to jednak soczyste, mocne brzmienie sprowadza nas na ziemie, że to jednak rok 2019, a nie 1980.
Co nas czeka za tą piękną i budzącą grozę okładką? 49 minut soczystego heavy metalu, który zawarty został w 9 utworach. Kiedy odpalamy płytę to atakuje nas znakomity melodyjny riff, który brzmi jakby został wyjęty z pierwszych płyt Kinga Diamonda, czy Judas Priest. No coś niesamowitego. Tak właśnie zaczyna się otwieracz "The Shadowwork". Co zachwyca tutaj to dynamiczna sekcja rytmiczna, riff rodem z płyt Kinga Diamonda i mroczny klimat. Przez te 6 minut wiele się dzieje. Czas zadać drugi cios. Uwaga na energiczny i przebojowy "Blades of Betrayl", który czerpie to co najlepszy z Mercyful Fate i Judas Priest. Prawdziwa petarda. Marszowe tempo i zadziorny riff to atuty mocnego "Fang and fur" i panowie cały czas trzymają wysoki poziom. Przyspieszamy w złowieszczym i mrocznym "Violence" i słychać że gitarzyści Harry i Martin znakomicie się dogadują. Taki klasyczny duet, który robi piorunującą robotę. Kto lubi Judas Priest, ten z pewnością od razu pokocha rytmiczny i przebojowy "The Trap". Panowie znów pokazują swój talent i pomysłowość. "No refuge" to najdłuższy kawałek na płycie i tutaj wpleciono sporo ciekawych i zapadających w głowie motywów. Oscar tutaj brzmi niczym King Diamond i bardzo mi to pasuje. Natomiast "Spirit Reaper" ma pomysłowy riff i mroczny klimat. Rasowy hit. Ciekawie wypadł też spokojniejszy i pełen grozy "You all leave". Alan Averill z Primordial pojawia się w melodyjnym i energicznym "Ravnfell" . Znakomite zwieńczenie tej znakomitej płyty.
"The Throne Within" to album o wiele lepszy od poprzednika "Rod". Czysta perfekcja i encyklopedyczny przykład jak grać heavy metal. Znakomita mieszanka klasycznych dźwięków wypracowanych przez Kinga Diamonda, Accept czy Judas Priest. Ram to jeden z najlepszych zespołów i po raz kolejny to potwierdzają. Majstersztyk i tyle w temacie.
Ocena: 10/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ram. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ram. Pokaż wszystkie posty
piątek, 13 września 2019
sobota, 17 marca 2018
RAM - Rod (2017)
2 lata przyszło czekać fanom szwedzkiego Ram na nowe dzieło. "Svbversvm" okazał się świetnym i dobrze wyważonym albumem, który pokazał klasę zespołu. Warto było czekać, bo najnowsze dzieło w postaci "Rod" podtrzymuje jakość i styl jaki band prezentował na ostatnich płytach. "Rod" to swoista kontynuacja i rozwinięcie pewnych pomysłów. Całość jest bardzo klimatyczna, mroczna i bardzo heavy metalowa. Ram to przede wszystkim bardzo utalentowany wokalista Oscar, który potrafi nadać kompozycjom odpowiedniego charakteru i klimatu. Odwala kawał dobrej roboty na nowym krążku. Ram to również para zgranych gitarzystów, którzy dwoją się i troją, by zaskoczyć słuchacza. Stworzyli panowie dla nas sporo mocnych i godnych zapamiętania riffów. Cała machina płynnie działa i nie ma powodów by było inaczej. Można było nieco zmienić tytuł, na przykład dając "Ramrod The Destroyer" skoro 6 na 10 z całej płyty zajmuje odyseja, która jest podzielona na 6 kawałków. No, ale to tylko tytuł. Otwieracz to typowe mocne wejście i 7 minutowy "Decleration of independance" robi ogromne wrażenie. To kompozycja niezwykle klimatyczna i bardzo złożona. Dalej mamy jeszcze szybciej, bowiem atakuje nas "On wings of no return". Chwytliwy kawałek, który napędza niezwykle melodyjny riff. Bardzo klasyczny kawałek. Kolejnym kolosem jest bardziej hard rockowy "Gulag", który zadowoli fanów Accept czy Judas Priest. Jeszcze agresywniej jest w mocarnym "A throne at midnight". Majestatyczny "Anno infuntus" to pierwsza część "ramrod the destroyer". Dalej mamy zadziorny i nieco bardziej urozmaicony "Ignitor". Największe wrażenie na mnie zrobił rozpędzony i ostry "Incinerating Storms", który brzmi jak mieszanka Mercyful Fate i Judas Priest z czasów "Painkiller". Perełka! Całość zamyka klimatyczny "Ashes", który pełni rolę outra. Ram jak zwykle nie zawiódł i znów wydał świetny album, który robi furorę i zaliczyć należy do tych najlepszych roku 2017.
Ocena: 9/10
Ocena: 9/10
sobota, 2 stycznia 2016
RAM - Svbversvm (2015)
Szwedzka stal w roku 2015
po prostu nie zawodzi. Enforcer, Rocka Rollas, Ambush a do tego
wszystkiego dochodzi znakomity Ram. Jest to kapela troszkę bardziej
doświadczona, bo działa przecież od 1999 r i ma na swoim koncie
już 4 albumy. Uzdolniona formacja, która również jak
koledzy po fachu gra heavy/speed metal, w którym są słyszalne
wpływy takich kapel jak Mercyful Fate, King Diamond, Judas Priest
czy Wolf. Do tej pory uchodzili za bardzo dobry band z potencjałem
na coś więcej. Każdy oczekiwał dnia, w którym kapela ta
błyśnie i pokaże wszystkim że są wstanie namieszać w metalowym
światku. Uważam, że ten dzień nastał wraz z wydaniem najnowszego
dzieła zatytułowanego „Svbversvm”.
Na każdą kapelę
przychodzi taki dzień że zespół dochodzi do perfekcji, do
szczytowej w formie, dzięki której są nagrać świetne i
godne zapamiętania album. Przychodzi w końcu taki dzień, że
wszystko łatwo przychodzi i znacznie łatwiej jest stworzyć coś
ponadczasowego i coś poruszy scenę metalową w danym okresie. Jasne
nie brakuje nam w tym roku płyt, które brzmią klasycznie.
Właściwie aż się roi od kolejnych klonów Judas Priest czy
Iron Maiden. Nie każdemu jednak udaje się stworzenie czegoś
świeżego oryginalnego i pomysłowego. Wszystko jest przebojowe, ma
klimat lat 80, ale gdzieś tam brakuje czasami tego geniuszu, tej
lekkości i takiej mocy jakie miewały np. stare płyty Judas Priest
czy Mercyful Fate. Ram przeszedł najśmielsze oczekiwania i wspiął
się na swoje wyżyny kompozytorstwa. Najnowsze dzieło brzmi świeżo,
bardzo dojrzale, bardzo klasycznie. Można by odnieść wrażenie, że
płyta ta została zarejestrowana w latach 80. To jest właśnie atut
tego krążka, właśnie ta autentyczność czy szczerość. Od
strony technicznej jest wszystko dopieszczone i brzmienie jest
wysokiej klasy. Nie dopasowano jedynie okładki, która raczej
nasuwa jakiś doom czy black metal, co nie jest prawdą w przypadku
Ram. Ta kapela ma takie wyniki dzięki dwóm czynnikom. Jednym
z nich to znakomity wokalista Oscar, który łączy maniery
Kinga Diamonda i Roba Halforda. Brzmi to imponujący, a każdy
kawałek dzięki niemu nabiera mocy i odpowiedniego klimatu. Jeden z
najlepszych popisów wokalnych tego roku i to nie podlega
wątpliwości. Drugim czynnikiem jest znakomity duet gitarzystów,
bowiem zarówno Harry jak i Martin niszczą w tej kategorii.
Panowie nie tylko się rozumieją, ale i też uzupełniają. Dzięki
temu jest agresja, jest energia, ale jest też dynamika i
przebojowość. To wszystko tworzą świetną całość. Dawno nie
słyszałem taki zgrany i pomysłowy duet. Muzyka to najlepszy dowód
na to jak panowie się rozwinęli i jak utalentowani są. Płytę
otwiera mocny riff i ostro z kopyta rusza „Return of the Iron
Tyrant”. Już od razu wiadomo, że to będzie płyta ostra,
dynamiczna i pełna przebojów. Panowie od razu zdradzają nam
że płyta będzie utrzymana w stylu Judas Priest czy Mercyful Fate.
Niby to już wszystko było, ale bardzo cieszy i przypomina na czym
tak w ogóle polega heavy metal. Szybki, speed metalowy „Eyes
of the Night” z dobrym skutkiem promował album i to
również coś więcej niż promujący singiel. To prawdziwa
petarda i nowa definicja heavy metalu. To co nie tak dawno zrobił
Acept myślę że Ram zrobił w tym roku. Pokazał że można
stworzyć coś wielkiego z znanych nam elementów, płytę
która przetrwa próbę czasu i pokolenia. Marszowy,
mroczny i nieco true metalowy „The Unsper” to taki
rasowy heavy metalowy hymn, mocno przesiąknięty Judas Priest. Płyta
właściwie jest zdominowana szybki, ostrymi kawałkami pokroju
„Enslaver”. Tak właśnie teraz prezentuje się
szwedzka stal. Na daną chwilę jest to jedna z silniejszych scen
heavy metalowych. Nieco brudny riff, troszkę stonowane tempo i taki
klimat wyjęty z „British Steel” to cechy przebojowego i prostego
w swojej konwencji „Holy Death”. Klimat na płycie
jest mocno osadzony w latach 80, choć nie brakuje nutki
tajemniczości, która jest napiętnowana w nieco
futurystycznym „Terminus”. Tutaj zespół
chciał pokazać że potrafi urozmaicać album i budować napięcie.
Syntezatory i melodyjność ma coś z „turbo” Judas Priest. W te
strony również kieruje nas zadziorny „The Omega
Device”. Każdy kawałek to przede wszystkim piękne i miłe
dla ucha solówki i właśnie to nam odzwierciedla melodyjny i
rozbudowany „Forbidden Zone”. Sama melodia ma coś
z „The Hellion/Eletric Eye”. Całość zamyka tytułowy kawałek,
który idealnie podsumowuje cały album oraz potencjał kapeli.
Ram pokazał tym albumem,
że można brzmieć jak Judas Priest, ale tworzyć jednocześnie coś
własnego. Z tego albumu bije świeżość, a także moc. Dawno nie
było tak autentycznego i dojrzałego albumu w kategorii heavy/speed
metalu. Konkurencja nie śpi i w roku 2015 było kilka naprawdę
ważnych i znaczących albumów. Enforcer, Rocka Rollas, Ambush
czy Vanlade, to wszystko bardzo dobre pozycje. Jeśli jednak ktoś
chce posmakować odświeżoną stylistykę Judas Priest z lat 80 w
szwedzkim wydaniu to z pewnością Ram będzie dobrym wyborem. Ram
zaskoczył i z garnął wszystko. Ciekawe co będzie dalej? Nie mogę
się doczekać kolejny płyty, bo panowie dopiero się rozkręcili i
ostatniego słowa jeszcze nie powiedzieli.
Ocena: 10/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)

