wtorek, 27 października 2026

KAT - Death is not enough (2026)


Kat to nazwa, która w polskim heavy metalu znaczy naprawdę wiele. To zespół otoczony kultem, mający na koncie albumy, które na zawsze zapisały się w historii gatunku. Dlatego każda nowa płyta sygnowana tym szyldem automatycznie budzi zainteresowanie, ale i rodzi pewne oczekiwania. tak było kiedyś, kiedy w zespole był Roman. Od tamtego czasu sięga się po płyty Kat z ciekawości. „Death Is Not Enough” to jednak przypadek szczególny, bo trudno słuchać tego materiału bez świadomości, że pewna epoka już się skończyła. Bez Romana Kostrzewskiego Kat tracił część swojej tożsamości, a najnowsze wydawnictwo tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nie da się tak po prostu wskrzesić dawnej magii. Oczywiście, trzeba podejść do tej płyty z otwartym umysłem i bez uprzedzeń, ale nawet wtedy trudno nie zauważyć, że czegoś tutaj brakuje. Płyta ukazała się 23 października po 6 latach przerwy od wydania "the past convoy".  Niestety to kolejne rozczarowanie.

Nie zamierzałem z góry przekreślać tej płyty tylko dlatego, że nie ma na niej Romana Kostrzewskiego. Każdy z muzyków ma prawo iść własną drogą, a Piotr Luczyk nadal może rozwijać swoją wizję zespołu. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że bez charakterystycznego głosu Romana, jego osobowości i niepowtarzalnego klimatu Kat staje się zupełnie inną formacją.Sam szyld to za mało, by odtworzyć magię, która sprawiła, że ta formacja zapisała się złotymi zgłoskami w historii polskiego heavy metalu.

Problem polega też na tym, że Piotr Luczyk nie potrafi stworzyć jakieś wyrazistego killera, jakiejś perełki. Niby gra heavy metal, ale to wszystko bardzo zachowawcze i pozbawione pasji, pomysłowością i świeżości. Ciężko coś wynieść z odsłuchu nowej płyty.Guilherme de Siervi w roli wokalisty to akurat słaby punkt nowej płyty. Niby potrafi śpiewać agresywnie i mrocznie. Jednak można odnieść wrażenie, że się męczy i irytuje swoją maniera. Miewa dobre momenty, ale to wg mnie trochę za mało żeby móc mówić o jakiejś wybitnej płycie. 

Okładka nie jest może tragiczna, podobnie surowe brzmienie.  Niby wszystko się zgadza, niby mamy do czynienia z metalem, ale brakuje mi tutaj autentyczności, charakteru i tego trudnego do uchwycenia pierwiastka, który odróżniał Kat od setek innych zespołów. Problem tkwi nie tylko w wokalu, czy mało pomysłowych melodiach, ale przede wszystkim  w kompozycjach.

Album rozpoczyna się mocnym uderzeniem. „Waging War” to jeden z bardziej przekonujących momentów płyty, z konkretnym riffem i refrenem, który ma szansę szybko zapisać się w pamięci. Nie powala na kolana, ale to solidne granie. "Taste of pain" kontynuuje cięższą, bardziej współczesną odsłonę zespołu. Jest metalowy ciężar i odpowiednio mocne brzmienie, ale kompozycja nie wywołuje większych emocji. Oldscholowe patenty słychać w singlowym "dark river", ale utwór jakoś specjalnie nie zapada w pamięci. Miało być mrocznie i z klimatem, ale czuć spory niedosyt. Dalej znajdziemy " haunted by you" w którym brakuje mi tutaj większej dramaturgii i wyrazistych momentów, które uzasadniałyby tak rozbudowaną formę. Troszkę lepiej wypada "Burn it down" w którym band balansuje między hard rockiem i heavy metalem. Jest mrok i toporność., ale czuć znowu niedopracowanie. Trochę lepiej jest rozpędzonym "looking for a fight" w którym coś zaczyna się w końcu dziać.  To solidny kawałek o dość banalnej formule.  Równie dobrze prezentuje się melodyjny "souless liar" który przemyca klimat lat 80. Sam riff też jest oldscholowy i w końcu wokal bardziej mi przypasował. Jest w tym duch judas priest, saxon czy innych klasycznych zespołów.Album zamyka ponad sześciominutowy „Devil”. To finał, który powinien pozostawić mocne wrażenie, jednak nie zmienia mojego ogólnego odbioru płyty.

Death Is Not Enough” to płyta, której nie chcę skreślać wyłącznie z powodu zmian personalnych. Doceniam próbę kontynuowania historii Kat-a, ale nie zamierzam też udawać, że jest dobrze i dostajemy godny uwagi album. To heavy metal zagrany poprawnie, chwilami nawet interesująco, jednak zbyt często pozbawiony autentyczności i własnej tożsamości. Niby coś tam lepiej niż ostatnie płyty Kat, ale kto szuka echa starego Kata to lepiej posłuchać Mamie czy popiór. Nowy album kat to niestety kolejne rozczarowanie.


Ocena : 5/10

1 komentarz:

  1. ,,KAT to JA,, ... oryginalny podpis : ,,szatan,,. Słuchajta ludkowie niemili, no, bez mojej pomocy to tylko pop(luczyk)ny po tamtych smolistych czasach !
    Dobra, żartowałem... Dobra ? nie żartowałem ! A,hahahahhaaha !

    OdpowiedzUsuń