piątek, 23 października 2026

IOMMI - From the dark (2026)


 Są w muzyce takie nazwiska, które zawsze wywołują u mnie szybsze bicie serca. Tony Iommi, czy Jorn  Lande to nie są dla mnie zwykli muzycy, lecz prawdziwi giganci, których twórczość od lat zajmuje szczególne miejsce w moim muzycznym świecie. Dlatego "from The Dark"to album, na który patrzę nie tylko przez pryzmat samych kompozycji, ale również z perspektywy fana, któremu właśnie spełnia się jedno z muzycznych marzeń. Bo przyznaję szczerze: od dawna zastanawiałem się, jak brzmiałby Jorn Lande w Black Sabbath. Po tym, co pokazał w Heaven & Hell, taka wizja działała na wyobraźnię wyjątkowo mocno. I oto Tony Iommi wraca z solowym materiałem, a za mikrofonem staje właśnie ten norweski wokalny gigant! Minęło trochę czasu od ostatniej płyty solowej czy też płyty Black Sabbath czy płyty Heaven and Bell, ale w końcu  23 października przyszedł czas na długo wyczekiwany krążek. Dla fanów ciężkiego brzmienia jest to prawdziwe święto. 

Za From The Dark stoi prawdziwa metalowa ekstraklasa! Za gitarowe riffy odpowiada oczywiście legendarny Tony Iommi,  który jest w bardzo dobrej formie.  Za mikrofonem staje jeden z moich ulubionych wokalistów tj Jorn Lande,  którego potężny głos idealnie pasuje do mrocznego klimatu kompozycji. Tego pana nie trzeba nikomu przedstawiać. Sekcję rytmiczną tworzą basistka Becky Baldwin i perkusista Karl Brazil, a za klawisze odpowiada Mike Exeter. Dodatkową atrakcją jest gościnny występ Briana Maya z Queen w utworze „Death Wake”. Takie nazwiska to gwarancja wyjątkowego spotkania muzycznych osobowości i prawdziwej uczty dla fanów ciężkiego grania! To wszystko działa na zmysły i czyni ten album  jeszce bardziej atrakcyjnym. 

Płyta zawiera 8 utworów i daje to 42 minuty muzyki.Już otwierający album „Over The Violent Sun” pokazuje, że nie ma tutaj miejsca na delikatne wprowadzenie. Tony od razu serwuje ciężki, obniżony riff, który przypomina, kto położył fundamenty pod cały gatunek. Do tego dochodzi potężny głos Jorna, pełen mocy, dramatyzmu i charakterystycznej chrypki. To połączenie, które od pierwszych minut daje mnóstwo satysfakcji. Przypomina mi się poniekąd album formacji Heaven and Hell. Brzmi to obłędnie i na takie petardy właśnie czekałem. Black Times” podtrzymuje ten mroczny klimat, stawiając na masywne gitary i wyrazisty wokal. Tutaj jest więcej miejsca na zadumę i mrok. Trochę za brakło mi tutaj większej energii i drapieżności, choć ma to swój urok.  Więcej takiej energii i przebojowości ma w sobie " World Alone" i nic dziwnego że ten utwór został wybrany na singla.

„Beyond The Dead” pokazuje nieco inne oblicze tego wydawnictwa. Jest bardziej posępnie, majestatycznie i filmowo, a ciężkie riffy przeplatają się z rozbudowanymi aranżacjami. Iommi doskonale wie, jak budować napięcie, nie tracąc przy tym własnego charakteru. Czuć tu rozmach, epickość i podniosłość. Niektóre zagrywki tutaj przypominają ostatni album Black Sabbath. Z kolei „Stormwatcher” to kompozycja, w której monumentalność spotyka się z melodyjnością. Lande czuje się w takim materiale znakomicie, potrafiąc nadać każdej frazie odpowiedni ciężar emocjonalny. To właśnie w takich momentach najmocniej doceniam jego talent – nie tylko imponuje skalą głosu, ale przede wszystkim potrafi nadać muzyce osobowość.  Utwór zachwyca mocnym i melodyjnym riffem i czuć ten błysk geniuszu. 

Death Wake” to kolejny mocny punkt albumu, a dodatkową atrakcją jest gościnny występ Briana Maya. Spotkanie dwóch tak charakterystycznych gitarzystów to coś, co samo w sobie zasługuje na uwagę. Miło jest usłyszeć znów tych dwóch genialnych gitarzystów razem. Tom kolejna kompozycja nastawiona na klimat, emocje i mrok. Tutaj właśnie emocje grają pierwsze skrzypce. „Return Of The Arbalist” podkręca tempo i dostarcza kolejnej porcji gitarowego ognia, natomiast finałowe „Legacy” zamyka całość w bardziej rozbudowany, epicki sposób. To odpowiednie zakończenie albumu, który od początku do końca opiera się na sile kompozycji, charakterystycznym brzmieniu i osobowości muzyków.

From The Dark to dla mnie coś więcej niż powrót legendy. To spotkanie moich muzycznych idoli, spełnienie marzenia o usłyszeniu Jorna Lande w świecie Tony'ego Iommiego i album, który przypomina, dlaczego pokochałem heavy metal. Nie potrzeba tutaj zbędnych fajerwerków ani nowoczesnych sztuczek – wystarczą potężne riffy, wielki głos i muzycy, którzy doskonale wiedzą, co robią. Dostajemy prawdziwe heavy metalowe święto, które smakuje tym lepiej, że stoi za nim człowiek współtworzący historię tego gatunku. Jedno z moich marzeń muzycznych się spełniło. Warto było czekać.


Ocena : 9.5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz