Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melodic Heavy Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melodic Heavy Metal. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2026

LORD FRANCIS SOTO - Battle royal(2026)


 

Niemcy to kraj, który kryje wielu utalentowanych muzyków poruszających się w różnych odmianach ciężkiego grania. Jednym z takich artystów jest wokalista Francis Soto. Kojarzony przede wszystkim z występów w Ivory Tower, dał się poznać jako niezwykle wszechstronny i utalentowany frontman. Jego elektryzujący głos potrafi nadać wyjątkowego klimatu każdej kompozycji, a sam artysta świetnie odnajduje się zarówno w rocku, jak i metalu.

Po latach działalności w różnych zespołach Francis Soto w końcu wydaje swój pierwszy solowy album. Płyta ukazała się 20 marca, a „Battle Royale” skierowana jest przede wszystkim do fanów melodyjnego heavy metalu i hard rocka.

Zarówno okładka, jak i brzmienie sprawiają wrażenie nieco „wygenerowanych”, jakby powstały przy udziale sztucznej inteligencji – i niestety w pewnym stopniu odbija się to na odbiorze całości. Na szczęście same kompozycje bronią się bardzo dobrze: są chwytliwe, pomysłowe i pełne energii. Materiał łączy świeżość z klasyczną formułą, co daje bardzo satysfakcjonujący efekt. Soto czaruje swoim wokalem – mimo upływu lat wciąż zachował charakterystyczną barwę i ekspresję.

Za partie gitarowe odpowiadają Francis Soto oraz Timothy Reid. Muzycy oferują proste, ale niezwykle sugestywne i wpadające w ucho motywy. Na płycie panuje znakomity balans między melodyjnym heavy metalem a hard rockiem. Słychać inspiracje takimi wykonawcami jak H.E.A.T czy Axel Rudi Pell. Całość obfituje w przebojowe refreny i zadziorne riffy – naprawdę dużo dobrego dzieje się na tym albumie.

Niech nie przeraża liczba utworów – 12 kompozycji to sporo, ale pomysłów zdecydowanie nie zabrakło. Materiał nie nuży i utrzymuje wysoki poziom od początku do końca. Lekki i przyjemny „Take Me Into the Flames” stanowi świetne wprowadzenie i zapowiedź tego, co czeka słuchacza. Klimat hard rocka lat 80. wyraźnie pobrzmiewa w stonowanym i nastrojowym „While the Night Still Knows My Name”, który wypada bardzo przekonująco.

Nieco bardziej komercyjny „My Soul Is Black” buja i przyciąga uwagę, zachowując przy tym rockowy pazur. Singlowy „One Night in Tokyo” brzmi jak potencjalny hit w stylu Axela Rudi Pella – to świetny wybór na singiel. Na szczególną uwagę zasługuje również energiczny „The Devil Is a Banger”, który szybko zapada w pamięć dzięki chwytliwemu refrenowi. Z kolei cięższy i mroczniejszy „Thunderroad" wnosi do albumu potrzebne urozmaicenie.

Kolejnym mocnym punktem jest „Heart of the Storm”, utrzymany w klimacie szwedzkiego hard rocka. „Stormbreaker” z kolei zdradza inspiracje twórczością Def Leppard, dodając płycie nieco bardziej radiowego charakteru. Tytułowy „Battle Royale” to prawdziwy majstersztyk – melodyjny heavy metal najwyższej próby, który pozostawia bardzo dobre wrażenie i pokazuje pełnię możliwości artysty.

Choć formalnie jest to debiut solowy, w rzeczywistości stanowi on swoisty punkt kulminacyjny kariery doświadczonego wokalisty. Francis Soto stworzył album energiczny, dojrzały i przemyślany. „Battle Royale” to prawdziwa kopalnia hitów – płyta zdecydowanie warta uwagi.

Ocena: 8,5/10

niedziela, 15 lutego 2026

AXEL RUDI PELL - Ghost town (2026)

 


W muzyce heavy metalowej można znaleźć zespoły, które z albumu na album próbują czymś zaskoczyć słuchacza, urozmaicić swoje brzmienie i stylistykę. Jest jednak także grono wykonawców, którzy od lat pozostają wierni sprawdzonym schematom i konsekwentnie grają „swoje”. Dla jednych to zaleta, dla innych wada. Właśnie w ten sposób swoją pozycję ugruntowały takie formacje jak Motörhead czy AC/DC. Podobną strategię obrał niemiecki gitarzysta Axel Rudi Pell. Artysta niezmiennie trzyma się własnego stylu, korzysta z charakterystycznych zagrywek i motywów, nie ulegając chwilowym trendom.

Oczywiście poziom poszczególnych wydawnictw bywa nierówny i nie każda płyta dorównuje jego największym dokonaniom, jednak wciąż jest to muzyka z najwyższej półki. Niewielu twórców potrafi tak umiejętnie połączyć stylistykę Rainbow z elementami charakterystycznymi dla Black Sabbath z okresu współpracy z Tony Martin. Pell wydaje albumy regularnie i za każdym razem wiadomo, czego można się spodziewać.

Najnowsze wydawnictwo, „Ghost Town”, ukaże się 20 marca nakładem Steamhammer. To typowy album Axela – solidny, dopracowany i utrzymany w rozpoznawalnej konwencji. Czy to najlepsza płyta w jego bogatej dyskografii? Nie. Z pewnością nie jest to także najsłabsze ogniwo. W pełni oddaje jednak to, co w jego twórczości najcenniejsze. Ta muzyka zwyczajnie się nie starzeje. Jak zwykle podchodzę do premiery z dużą ekscytacją.

Od 2013 roku skład pozostaje niezmienny, co niewątpliwie działa na korzyść zespołu. W znakomitej formie wokalnej znajduje się Johnny Gioeli, bez którego trudno wyobrazić sobie brzmienie tej formacji. Niewielu wokalistów potrafi tak sugestywnie budować klimat, łącząc drapieżność z melodyjnością i przebojowością. To prawdziwy czarodziej mikrofonu – mam ogromną słabość do jego głosu. Również Axel pozostaje w bardzo dobrej dyspozycji, choć momentami można odczuć brak elementu zaskoczenia czy powiewu świeżości w nieco już ogranej formule. Mimo to słuchanie jego płyt wciąż sprawia ogromną przyjemność – niewielu artystów odnajduje się tak swobodnie w tej stylistyce.

Nie do końca przekonuje mnie natomiast brzmienie albumu, które chwilami wydaje się zbyt plastikowe i przytłumione. Być może to kwestia realizacji, a być może mój słuch wymaga konsultacji z laryngologiem. Na szczęście okładka – jak zawsze – prezentuje wysoki poziom i doskonale wpisuje się w klimaty, które uwielbiam.

Album składa się z jedenastu utworów i każdy znajdzie tu coś dla siebie. Całość otwiera klimatyczne intro „The Regicide” – bez niespodzianek, ale w typowym dla Axela stylu. Następnie pojawia się żywiołowy „Guillotine Walk” – dynamiczny, hardrockowy strzał z przebojowym refrenem. Choć kompozycja porywa energią, brzmienie gitary i perkusji nie do końca mnie przekonuje; chwilami brakuje mi charakterystycznej ekspresji, jaką wnosili kiedyś Mike Terrana czy Jörg Michael.

Bardziej surowy charakter ma „Breaking Seals”, w którym gościnnie pojawia się Udo Dirkschneider. Niestety sam utwór pozostaje jedynie solidny, a Udo sprawia wrażenie nieco zmęczonego – być może to już kwestia wieku. Tytułowy „Ghost Town” przyspiesza puls: pomysłowy riff, wyższe tempo i chwytliwy refren pokazują Axela w znakomitej formie. Z kolei „Holy Water” wprowadza nutę tajemnicy i mroku – ostrzejszy riff oraz podniosły refren tworzą spójną, sugestywną całość.

Szczególne wrażenie robi „Enemy Within” – to wyraźne nawiązanie do „Stargazer” zespołu Rainbow, co odbieram jako ogromny atut. Motyw przewodni porywa bez reszty, a przebojowy refren potwierdza, że Pell pozostaje jednym z mistrzów melodyjnego metalu. Do tego znakomite partie wokalne Gioeliego – prawdziwa perełka albumu.

Najszybszym utworem na płycie jest energiczny „Hurricane”, oparty na dynamicznej sekcji rytmicznej i ostrym riffie. Sporo radości dostarcza również klimatyczny „Sanity” o epickim zabarwieniu. Nie zabrakło klasycznej ballady – „Towards Thunder” – utrzymanej w standardzie, do jakiego Axel przyzwyczaił swoich fanów. „Steps of Stone” to z kolei rasowy, zadziorny hicior w jego stylu: może i nie wnosi niczego nowego, ale oferuje wszystko to, za co cenimy twórczość Niemca. Finałowy, rozbudowany „Higher Call” imponuje rozmachem, atmosferą i wciągającymi partiami gitarowymi.

Lata mijają, trendy się zmieniają, wiele zespołów traci tożsamość lub znika ze sceny. Axel Rudi Pell jednak niezmiennie tworzy melodyjny heavy metal na wysokim poziomie, zachowując swój charakter i rozpoznawalny styl. „Ghost Town” to album typowy dla jego twórczości – nieodkrywczy, lecz dający mnóstwo satysfakcji. Na tę premierę zdecydowanie warto czekać.

Ocena: 9/10

czwartek, 11 grudnia 2025

IRON BRIGADE - Ill fated voyage (2025)


 Przybywa nam debiutantów na heavy-metalowej scenie, więc pora sprawdzić, co potrafi amerykański Iron Brigade, działający od 2018 roku. Zespół stara się grać klasyczny heavy metal z nutą power metalu i epickości. Nie kryje inspiracji takimi formacjami jak Grave Digger, Lonewolf, Omen czy Running Wild. 7 listopada ukazał się ich debiutancki album Ill-Fated Voyage i jest to pozycja zdecydowanie warta uwagi.

Oczywiście nie jest to płyta pozbawiona wad. Brakuje jej nieco błysku geniuszu, jednak słychać, że muzycy wkładają w swoją twórczość serce i ogromny zapał. Całość brzmi solidnie, dynamicznie i przebojowo. Momentami doskwiera pewien niedosyt agresji, świeżości i elementu zaskoczenia — to materiał raczej z kategorii „jedna z wielu”, choć Iron Brigade potrafi zapisać się w pamięci. Duża w tym zasługa wokalisty Daniela Butcha, który dysponuje charyzmą i ciekawą manierą wokalną idealnie pasującą do stylistyki zespołu. Dobrze wypada również duet gitarowy Caden Butch / Jonathan Stanley — stawiają na melodie i proste, zadziorne riffy, które świetnie współgrają z charakterem płyty. Na plus zasługuje także prosta, ale przyjemna dla oka okładka. Brzmienie jest typowe dla tego rodzaju albumów — bez większych niespodzianek.

Zawartość to 47 minut muzyki i 9 solidnie zagranych utworów. Album otwiera klimatyczny „Deus Vult”, skutecznie budujący nastrój i napięcie. Melodyjny „Crusader” ma bardzo efektowne wejście — szybkie tempo, mocny riff i wyraźne wpływy Running Wild tworzą energetyczny, pozytywnie zakręcony kawałek. Sporo mocy prezentuje „Afterlife Confessions”, odsyłający do klasyki amerykańskiego power metalu. Tytułowy „Ill-Fated Voyage” to porządny heavy-metalowy numer, choć bez elementów szczególnie wyróżniających. Sześciominutowy „Faith in Battle” stanowi wyraźny ukłon w stronę rycerskiego heavy metalu spod znaku Omen czy Manowar. Zespół przyspiesza w energicznym „All Hail the Guardian”, w którym więcej jest power-metalowej stylistyki. Epicki klimat udziela się w nastrojowym „Days of Glory”, a album zamyka mało wyrazisty „Keepers of the Flame”.

Iron Brigade zalicza udany debiut. Pokazuje, że ma pomysł na siebie i wie, jaką muzyczną ścieżką chce podążać. Wykonują swoją robotę dobrze i słychać w tym potencjał. Szkoda jedynie, że całość nie powala na kolana — ewidentnie brakuje kilku „killerów” i prawdziwych hitów, które na dłużej by zostały z słuchaczem. Być może następnym razem Iron Brigade pokaże więcej pazura.

Ocena: 7/10

niedziela, 9 listopada 2025

STARGAZERY - Carnival puppeteers (2025)

 


To już 20 lat istnienia fińskiego Stargazery! Zespół ma na koncie cztery albumy, a najnowszy z nich – “Carnival Puppeteers” – ukazał się 7 listopada nakładem Sleaszy Rider Records. Formacja konsekwentnie trzyma się swojej sprawdzonej recepty: melodyjny metal z domieszką hard rocka, w duchu takich gigantów jak Axel Rudi Pell, Rainbow, Sunstorm, Deep Purple czy Voodoo Circle. Stargazery to prawdziwi mistrzowie tego gatunku, a ich nowy krążek jest tego najlepszym potwierdzeniem – zespół nie stracił nic ze swojej jakości ani atrakcyjności.


Okładka, utrzymana w typowej dla grupy stylistyce, znów prezentuje statek – nieodłączny element ich wizualnej tożsamości. Choć tym razem delikatnie „pachnie” sztuczną inteligencją, nie ma powodów do narzekań. Znacznie więcej radości daje potężne, hardrockowe brzmienie albumu. Całość brzmi nowocześnie, z energią i solidnym wykopem.


Materiał jest zróżnicowany, nastrojowy i pełen przebojów. Po latach zespół ponownie zbliżył się poziomem do swoich dwóch pierwszych płyt, które stawiały poprzeczkę bardzo wysoko. Klawiszowiec Jukka Palmroos i gitarzysta Pete Ahonen imponują zgraniem i wzajemnym uzupełnianiem się – razem tworzą wspaniały klimat i wyjątkową melodyjność. Na każdym kroku czai się hit i wpadająca w ucho melodia, a muzycy grają z prawdziwym ogniem.


Nie byłoby jednak sukcesu Stargazery bez charyzmatycznego głosu Jari Tiury – wokalisty idealnie dopasowanego do stylistyki zespołu, balansującego na granicy hard rocka i melodyjnego heavy metalu. To prawdziwy czarodziej mikrofonu.


Album trwa 53 minuty i zawiera dwa znakomite covery: „Rainbow in the Dark” z repertuaru Dio oraz „Too Late for Love” zespołu Def Leppard. Już otwierający utwór „Eternity Falling” wprowadza w klimat płyty – pomysłowy, nasycony duchem lat 80. i utrzymany w hardrockowym stylu, od razu zachwyca słuchacza. Więcej pazura i echa starego Rainbow znajdziemy w nastrojowym i przebojowym „Strangers Before Blood” – prosty w formie, ale niezwykle skuteczny. Z kolei zadziorny „In the Dark” pokazuje bardziej drapieżne oblicze zespołu, a pędzący „Carnival Puppeteers” to prawdziwa petarda – klasyczny hard rock z domieszką melodyjnego metalu, pełen energii i wirtuozerii. Jeszcze więcej ducha Rainbow słychać w „Empire Is Falling Down”, gdzie zadziorny riff robi znakomitą robotę. „Can You Deny” urzeka klawiszami w klimacie lat 80., łącząc melodyjny metal z hard rockiem w niezwykle udany sposób. Nie brakuje też ostrzejszych momentów – szybki i energetyczny „Smile” to przykład, że Stargazery są w świetnej formie. Rytmiczny „Retaliate” z kolei znakomicie buja i wprowadza lekki, koncertowy nastrój.


Po pięcioletniej przerwie Stargazery powraca w doskonałej formie. Nowy materiał tętni energią, przebojowością i niepowtarzalnym klimatem lat 80. To album urozmaicony, pełen znakomitych kompozycji i zapadających w pamięć melodii. Czego chcieć więcej?Znakomita płyta dla wszystkich miłośników klasycznego, melodyjnego grania. Już nie mogę się doczekać kolejnego wydawnictwa tej fińskiej formacji.


Ocena: 9/10

środa, 17 września 2025

ANGELO PERLEPES MYSTERY - Spelled by fire (2025)


 Wstyd się przyznać, ale wcześniej nie miałem styczności z twórczością Angelo Perlepesa i jego formacji Mystery. To grecka kapela, która działa na scenie już od 1989 roku. Na swoim koncie mają cztery albumy, po czym zapadli w aż 21-letnie milczenie. W 2024 roku do zespołu dołączył charyzmatyczny wokalista Billy Vass, a wraz z nim – jak się okazało – powiew świeżości i nowa energia. W zaciszu studia przygotowano coś naprawdę wyjątkowego. 12 września ukazał się piąty pełnometrażowy album "Spelled by Fire" – i trzeba przyznać, że to powrót w wielkim stylu.


Płyta skierowana jest przede wszystkim do miłośników muzyki w duchu Yngwie Malmsteena, Rainbow czy Iron Mask. Znajdziemy tu połączenie hard rocka, neoklasycznego power metalu i melodyjnego metalu. Sercem i duszą tego wydawnictwa jest oczywiście gitarzysta Angelo Perlepes, który stawia na finezję, melodyjność i niebanalne pomysły. Technika jest tu na najwyższym poziomie – Angelo niemal w każdym utworze daje popis swoich umiejętności, a jednocześnie nie traci z oczu spójności kompozycji. Świetnie w to wszystko wpasowuje się Billy Vass – jego barwa głosu i sposób interpretacji nadają całości przebojowego charakteru. To dzięki niemu płyta przywołuje ducha takich zespołów jak Rainbow, Iron Mask czy Yngwie Malmsteen.


Materiał jest przemyślany, różnorodny i zagrany z wielką pasją. Cały czas coś się dzieje – nie ma miejsca na nudę. Ogromnym atutem jest umiejętność budowania epickiego, pełnego majestatu klimatu, w czym greckie zespoły potrafią się znakomicie odnaleźć.


Już otwierający i rozbudowany utwór "Spelled by Fire" robi wrażenie – czuć tu ogromne inspiracje Malmsteenem, a popisy gitarowe Angelo są prawdziwą ucztą dla ucha. To sześć minut czystych emocji i muzycznego piękna. Podobne wrażenie robi "Wizards of the Western Coast" – riffy wyraźnie inspirowane twórczością Iron Mask i Malmsteena od razu sygnalizują, że mamy do czynienia z power metalem w najlepszym, neoklasycznym wydaniu.


Przebojowy i pełen magii "Visions Will Find a Way" zachwyca świeżością i energią. Z kolei "Caress of Darkness" to perełka – utwór mroczny, stonowany, jakby łączący klimat starego Rainbow z Dio, odrobinę Black Sabbath z czasów Tony’ego Martina i nutkę Axel Rudi Pell. Prawdziwe cudo.


Dynamiczny, porywający "Stormrider" wprowadza ducha Ritchiego Blackmore’a – ten utwór, choć trwa prawie siedem minut, mija błyskawicznie. Marszowy, epicki "Fiat Lux" momentami przywodzi na myśl klimat utworu "Casbah" Axel Rudi Pell czy Black Sabbath z ery Martina. Hard rockowy "Mercyful Night" przenosi słuchacza w czasy klasycznego Rainbow i lat 80. – to ukłon w stronę złotej ery gatunku.


Jednym z najbardziej monumentalnych utworów jest "Sign of the Cross" – mroczny, epicki i przepełniony potężnym refrenem. Brzmi niczym zaginiony klasyk Rainbow z czasów Dio. Z kolei "For the Love of God" to emocjonalna podróż, której siedem minut potrafi całkowicie zahipnotyzować słuchacza.


Na zakończenie dostajemy prawdziwego asa – "The Journeyman", który przypomina najlepsze lata Rainbow i wieńczy album z rozmachem, pozostawiając słuchacza z poczuciem obcowania z czymś wielkim.


Gdy muzyka cichnie, w głowie wciąż wybrzmiewają dźwięki tej płyty. Chce się do niej wracać raz za razem. "Spelled by Fire" to coś więcej niż tylko zbiór dobrze zagranych utworów – to pokaz kompozytorskiego kunsztu, prawdziwy muzyczny spektakl pełen magii i emocji. Nie wiem, czy to najlepszy album w karierze Angelo Perlepesa, ale z pewnością jest to jeden z najlepszych albumów roku 2025. 


Ocena: 10/10.

poniedziałek, 1 września 2025

STARGAZER -Stone Cold creature (2025)


 

Ciężko dzisiaj o świetne połączenie melodyjnego heavy metalu i hard rocka, który jest przesiąknięty klimatem lat 80 i 70.  Ciężko o materiał, który nieco przypomni nam twórczość deep purple, rainbow, Dio, van halen czy magnum. Norweski Stargazer w 2023r skradł moje serce i pokazał że w dzisiejszych czasach wciąż można dostać taką muzykę.  12 września za sprawą Mighty Music ukaże się 4 album studyjny zatytułowany "stone cold creature". Uczta dla fanów gatunku.


Cieszy fakt, że skład zespołu bez zmian i podobnie jak i stylistyka. Ważną rolę odgrywa tutaj wokal Tore Andre Helgemo. Potrafi czarować swoim głosem i oddać stylistykę hard rocka, jak j melodyjnego heavy metalu.Nadaje całości lekkości, finezji i tajemniczości. Bardzo ważna postać Stargazer. Helgomo i Ernsten odpowiadają  za partie gitarowe i tutaj jest bardzo nastrojowe. Jest rockowy klimat, jest lekkość i poszczególne dźwięki potrafią podziałać na emocje.  Do tego dochodzi dopracowane i czyste brzmienie, jak i miła dla oka okładka, która zostaje na długo w pamięci.


Płytę otwiera zadziorny " make a deal with the devil", który mocno czerpie z Dio, czy last in line. Dalej mamy spokojniejszy i bardziej rockowy  " looking for a star". Oj potrafi podziałać na zmysły.  Nastrojowo zaczyna się " burning up inside" i przypomina mi się stara szkoła Foreigner czy Magnum. Ten chłód i dużą dawką melodyjnego heavy metalu w stylu Coldspell czy Crowne w "stone cold creature" jest naprawdę urocza.  Więcej energii i drapieżności mamy w " Winter is coming" i znów znakomita mieszanka melodyjnego heavy metalu i hard rocka. Mocna rzecz. Jest też lekki " writings on the walls", który imponuje przebojowym refrenem i finezyjnymi partiami gitarowymi. Najlepszy na płycie to bez wątpienia najostrzejszy na płycie " Ice Walker". Jest pazur i moc. Szkoda, że nie ma więcej tego typu petard.  Bardzo fajnie buja klasycznie brzmiący " screams break the silence".   Jest też przebojowy " what  are you waiting for". Takie hity pokazują potencjał tej formacji.


Kto lubi nastrojowe granie, gdzie liczą się emocje i piękne dźwięki ten szybko pokocha nowe dzieło Stargazer. Potrafią tworzyć klimat, dostarczyć piękne melodie i rockowe perełki. Płyta na pewno słabsza od poprzedniej, ale to wciąż granie na wysokim poziomie. Chwała za to że jest Stargazer i dostarczają taka mieszankę melodyjnego heavy metalu i hard rocka.


Ocena : 8/10

wtorek, 26 sierpnia 2025

CROWNE - Wonderland (2025)


 Każdy fan zespołów takich jak Dynazty, New Horizon czy Art Nation z pewnością dobrze zna szwedzki crowne. To formacja obecna na scenie heavy metalowej zaledwie od pięciu lat, a już zdobyła szerokie grono oddanych słuchaczy. Doświadczeni muzycy w składzie, umiejętność tworzenia chwytliwych melodii i hitowych kompozycji okazały się receptą na sukces Crowne. Dwa poprzednie albumy udowodniły, że grupa potrafi znakomicie łączyć stylistykę power metalu, melodyjnego heavy metalu i hard rocka.


Po dwóch latach oczekiwania nadszedł czas na trzeci studyjny album zatytułowany „Wonderland”, który ukazał się 22 sierpnia nakładem wytwórni Frontiers Records. Skład pozostał bez zmian. Na czele ponownie melduje się wokalista Alexander Strandell, którego charyzmatyczny głos nadaje utworom przebojowości, klimatu szwedzkiego hard rocka oraz melodyjnego charakteru. Jego wokal znakomicie współgra z tym, co proponuje reszta zespołu. Istotną rolę odgrywają tu także klawisze Jona Tee i gitarowe popisy Love Magnussona – ich wzajemne uzupełnianie się tworzy bogatą, dopracowaną i pełną pomysłowości warstwę instrumentalną. Całość brzmi świeżo, energetycznie i z odpowiednią dozą drapieżności. Crowne kontynuuje raz obraną ścieżkę, nie eksperymentując z nowymi kierunkami, co z pewnością ucieszy fanów.


Album otwiera tytułowy utwór „Wonderland” – prosty, lecz niezwykle przebojowy kawałek, który doskonale oddaje charakter i styl zespołu. Prawdziwym strzałem w dziesiątkę jest jednak motyw przewodni w „Waiting for You”, który przywodzi na myśl klasyczny „Kind Hearted Light” grupy Masterplan – to prawdziwa petarda, wypełniona pozytywną energią i niebanalną melodią. Rewelacyjny numer! Z kolei marszowy „Eye of the Oracle” nawiązuje do charakterystycznych rozwiązań znanych z twórczości Sabaton, wprowadzając epicki klimat. Podobne emocje budzi podniosły „Heaven Tonight” – kolejny świetny przykład miksu melodyjnego metalu, power metalu i hard rocka. W rozpędzonym „Timing Is Right” można doszukać się echa Helloween, a sama kompozycja pokazuje, jak dobrze Crowne bawi się konwencją gatunku. Na wyróżnienie zasługuje również pomysłowy, świetnie bujający „Legacy”, przywodzący na myśl najlepsze momenty w dorobku Dynazty, oraz nastrojowy, lżejszy „The Fall”, który stanowi przyjemne urozmaicenie tracklisty.


„Wonderland” to album pełen energii, przebojowy i przyjemny w odbiorze, znakomicie oddający styl i charakter Crowne. Choć momentami brakuje tu nieco większej spójności i elementu zaskoczenia, całość broni się znakomitym wykonaniem i solidnym materiałem. To bardzo dobra płyta, choć mam wrażenie, że zespół stać na jeszcze więcej. Mimo drobnych niedociągnięć, „Wonderland” to pozycja obowiązkowa dla fanów melodyjnego metalu i szwedzkiej szkoły grania.


Ocena: 8/10

piątek, 20 czerwca 2025

LEVERAGE -Gravity (2025)


 Ostatni naprawdę godny uwagi album fińskiej formacji Leverage miał miejsce 2009 r i był to genialny " Circus colossus". Płyta klimatyczna, przebojowa i pełna świeżości w kategorii melodyjnego heavy metalu z nutką power metalu. Potem band osiadł na laurach i zaczął kombinować ze stylem i owe kombinowanie nie wyszło na dobre. Obecnie band powraca z nowym albumem i nowym składem. "Gravity" swoją premierę miał dzisiaj tj 20 czerwca i to za sprawą Frontiers Records. To ich najlepszy album od czasów "Circus colossus".


Przede wszystkim wróciła owa świeżość, dbałość o detale i pomysłowe melodie. Band znów potrafi zaskoczyć ciekawymi aranżacjami, klimatem i przebojowością. Oj cieszy taki obrót sprawy. Elias Ojutkangas to nowy perkusista, a Lotta-Maria Heiskanen odpowiada za skrzypce. Lotta ożywia nieco stylistykę Leverage. Największą niespodzianką jest wokalista Pekka Heino, który imponuje technika, charyzmą i barwa głosu. Sieje zniszczenie w wysokich rejestrach i buduje klimat. Nie ma już Kimmo Blom. Zmarł w roku 2022 z powodu raka. Pekka to godny następca, który oddaje hołd dla swojego poprzednika i wymiata jak Kimmo w swoim najlepszym okresie. Będzie go brakować, bo był znakiem rozpoznawczym zespołu. To byl utalentowany wokalista. Zmiany musiały nastąpić, aby zespół mógł dalej działać. Zmiana udała się i Pekka oddaje hołd dla swojego poprzednika i wnosi dawna moc i świeżość. 


Materiał krótki, bo trwa tylko 45 minut. Znajdziemy tutaj w sumie 8 utworów i każdy to inna przygoda. Płytę otwiera zadziorny i klimatyczny "shooting Star". Zaczyna się tajemniczo, ale potem utwór nabiera mocy i energii. Solówki i refren też robią wrażenie.  Nieco progresywnego metalu można uświadczyć w nastrojowym "Tales of the Night". Momentami brzmi to jak Black Sabbath ery Tony Martina. Solówki znów pierwsza klasa. Okładka jest mroczną i ten mrok znajduje się też w przebojowym " hellbound train". Rasowy hicior, który na długo zostaje w pamięci. Leverage błyszczy i pokazuje że wciąż w nich jest ogromny potencjał.  Dalej jest zadziorny i dynamiczny "moon of madness" i znów band błyszczy. Jest melodyjnie, przebojowo i pomysłowo. Bije z tego niezwykła świeżość. Leverage wrócił w wielkim stylu.  Podniosłość i wciągający refren to atuty przebojowego "Eliza". Siła tutaj tkwi w prostocie.  Klimaty Black Sabbath wracają w pomysłowym i epickim " all seeing eye". Co za killer. Jest mocny riff, stonowane tempo i mroczny klimat..kocha tego typu utwory. Jeden z najlepszych utworów na płycie. Perełka. Na tym albumie znów swój geniusz pokazuje gitarzysta  Tuomas Heikkinen. Stawia na pomysłowość, melodyjność i finezję. Znakomicie słychać jego talent w energicznym "King ghidorah" gdzie można doszukać się wpływów Ritchiego blackmore.  Kolejny killer na płycie. Ciarki przechodzą przy klimatycznym i nieco progresywnym "gravity". 9.minut pięknych dźwięków, emocji i pomysłowych motywów. 


45 minut szybko zleciało przy dźwiękach "Gravity". 8 dopracowanych i dojrzałych utworów.  Każdy coś wnosi do płyty, każdy to osobna przygoda. Piękne dzięki i znów wrócił wysokiej klasy Leverage, który stać na wiele. Najlepszy album od czasu wydawnictwa z 2009r. Zmiany personalne i podejście do tematu zrobiły swoje. Wielkie brawa!

Ocena 9/10

środa, 14 maja 2025

ART NATION - The Ascendance (2025)


 Art Nation to kolejny szwedzki specjalista od melodyjnego hard rocka z elementami melodyjnego heavy metalu.  Działają od 2014r i mają na koncie 5 płyt, a najnowsze dzieło nosi tytuł "The ascendance". Płyta ukazała się 25 kwietnia za sprawą Frontiers Records.

O Art Nation można mówić jak o super grupie. Przoduje  wokalista Alexander Strandell z Crowne, którego wokal jest czarujący i potrafi nadać całości klimatu. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Jest też gitarzysta Christoffer Borg, którego talent znamy z Sic Foot Six i basista Richard Sward z Medusian. Razem nagrali płytę wpisująca się w szwedzką stylistykę hard rocka i melodyjnego heavy metalu. Duża dawka przebojowości i chwytliwe melodie to atuty Art Nation. 

Materiał dopracowany i naładowany hitami. Już samo otwarcie w postaci "set me free" zachwyca. Do tego sama melodia jakoś kojarzy się z Within Temptation czy Axxis. Melodyjny hard rock daje o sobie znać w przebojowym "thunderball" czy nieco radiowy "halo". Jest zadziorny "runaways" i bardziej energiczny "the last of us", gdzie znów mamy podniosły j chwytliwy refren. Band daje czadu w przebojowym "unstoppable" i to żywy dowód na to że band zna się rzeczy. Rasowy hit. Podobne emocje wywołuje pełen gracji i heavy metalowego pazura "rise".

Art Nation to doświadczona kapela, która wie jak połączyć melodyjny hard rock z elementami melodyjnego heavy metalu. Przebojowość i chwytliwe refreny to ich znak rozpoznawczy. Fani Eclipse czy Crowne bada zadowoleni.


Ocena : 7.5/10



środa, 15 stycznia 2025

BLACK SUN - Karma Somnium (2025)


 Po cichu, bez rozgłosu i wielkiego szumu powraca po 6 latach grecki Black sun. To formacja działająca od 1993r i mająca na koncie tylko jeden debiutancki album. Band obraca się w kręgu melodyjnego heavy metalu z nutka progresywności i power metalu. Pierwszy album był godny uwagi i trzeba przyznać, że mimo roszad personalnych "Karma Somnium" też jest pozycją, którą trzeba znać. Premiera płyty odbyła się 10 stycznia.

Piękna, mroczna okładka robi robotę i potrafi zachęcić do wydawnictwa. Soczyste, zadziorne brzmienie idealnie współgra z zawartością. Warto wspomnieć, że w 2023 r skład zasilił wokalista Manos Xanthakis i perkusista Thomas Chalanoulis. Trzeba przyznać, że wokalista Manos potrafi czarować swoim głosem i nadać odpowiedni klimat.  Niby nic odkrywczego i jest kilka niedociągnięć, to mimo wszystko każdy kto ceni emocjonalne granie, gdzie podziałać na nasze zmysły, ten doceni to co prezentuje Black Sun na nowym wydawnictwie. Gitarzyści Minas i Vassillis wg mnie bardziej stawiają na rozmach, wyszukane motywy i emocjonalny klimat, a gdzieś na dalszym planie mamy melodie, chwytliwość czy przebojowość.

Na płycie znajdziemy 9 utworów, a jeden z tych najbardziej wyrazistych kawałków jest bez wątpienia "Last Chapter" i słychać tutaj nawiązania do klasycznego heavy metalu i nawet głos Manosa przypomina poniekąd Bruce;a Dickinsona. Świetny kawałek, który pokazuje potencjał tej kapeli. Więcej progresywności i mrocznego klimatu uświadczymy w "Mirror" , a "Warriors fate" potrafi zachwycić rozbudowaną formą i ciekawymi przejściami. "Tearing Me Apart" troszkę nijaki, troszkę za mało agresji i przebojowości w tym. Nie trafił do mnie ten utwór. Na płycie jest jeszcze rockowy "Forever Lost" i mnie osobiście odpowiada takie agresywniejsze granie, ocierające się o power metal jak to w "Till The End". To bez wątpienia jeden z jaśniejszych kawałków na płycie. Pomysłowy motyw przewodni, duża dawka melodyjności i nawet progresywne aspekty nie przeszkadzają. Kolejny świetny utwór na płycie to "Light Remains' i znów dostajemy power metalową petardę. Zakończenie płyty z przytupem.

"Karma Somnium" to dojrzały album z ciekawymi melodiami i udaną mieszanka melodyjnego heavy metalu i progresywnego power metalu. Panowie grać potrafią i nie raz to udowadniają, tylko sam pomysł na kompozycje nie zawsze do mnie przemawia w 100 %. Brakuje mi troszkę energii, drapieżności i większej przebojowości. Mimo wad, to wciąż solidna pozycja z Grecji.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 11 listopada 2024

DISTANT PAST - Solaris (2024)


 Szwajcarski Distant Past raz miewa wzloty, a raz upadki. Nie potrafią złapać stabilnego poziomu. "Rise of the fallen" z 2016r to bardzo udany miks melodyjnego heavy metalu z nutką power metalu. Następny album zatytułowany "The Final Stage" rozczarował mnie i pokazał słabsze oblicze zespołu. Brakowało dopracowania i ciekawych utworów, które by na dłużej zostały z słuchaczem. Teraz po 3 latach przychodzi czas na nowe dzieło zatytułowane "Solaris". Płyta miała premierę 8 listopada za sprawą Art gates Records. To już ich 5 album w karierze i znów słychać powrót do ciekawszego grania, ale do ideału sporo zabrakło.

Minus tej płyty, to bez wątpienia troszkę brak konsekwencji i nieco nierówny materiał. Kiedy jest heavy metalowo i dynamicznie, to jest ciekawie i wpadają interesujące melodie. Kiedy wkracza komercyjność, nieco rockowe elementy, to trochę zaczyna wiać nudą. Jvo Julmy jako wokalista sprawdza się idealnie w takim graniu. Dobre szkolenie i miła dla ucha barwa sprawiają, że dobrze się go słucha w takiej stylizacji. Nie ma może drapieżności czy ognia, ale nie zawsze wszystko można mieć. Dobrze spisuje się duet gitarowy, aczkolwiek Sollberger czy Laderach mogli pokusić się o nieco mocniejsze, bardziej wyraziste partie gitarowe. Troszkę to wszystko takie bezpieczne i oklepane. Jest kilka godnych uwagi kompozycji. Jedną z nich jest przebojowy "no way Out". Dalej mamy rozpędzony "Warriors of Wasteland", który jest banalny w swojej konstrukcji, ale jest solidny i dostarcza sporo frajdy. Dobre emocje wzbudza zadziorny i bardziej dynamiczny "Sacrifice". Oczywiście też nic oryginalnego i pomysłowego nie dostajemy. Distant Past stać na więcej. Troszkę hard rocka dostajemy w "Rise Above Fear", trochę mroczniejszego klimatu w "Fugitive of Tommorow", czy troszkę w klimatach iron maiden "speed dealer". Całość wieńczy lekki, przebojowy "Fire and Ice" i znów gdzieś tam echa żelaznej dziewicy można uświadczyć, ale też nieco hard rocka. Niby nic nadzwyczajnego, a dostarcza sporo radości w odsłuchu.

Jest spora poprawa względem "The Final Stage", ale to jeszcze nie jest ten poziom na jaki stać ten zespół. Płyta, które niestety jest nie równa i nie dopracowana nie ma szans podbić serc fanów melodyjnego metalu. Jest kilka ciekawych momentów i udanych utworów, ale to za mało. Pewnie wielu z was posłucha i potem zapomni o tym wydawnictwie. Niestety taki los "Solaris".

Ocena 5.5/10

piątek, 18 października 2024

FANS OF THE DARK - Video (2024)


 Szwedzki Fans of The Dark właśnie wrócił z 3 albumem studyjnym i w dalszym ciągu tworzą znakomity miks hard rocka i melodyjnego heavy metalu. Działają od 2020r i już wypracowali swój styl i już mają swoich zaufanych fanów i najnowszy album zatytułowany "Video" przysporzy im nowych. Dawno nie słyszałem tak dobrze skrojonego hard rocka z nutką melodyjnego heavy metalu, gdzie czuć klimat lat 80. Jak ktoś lubi Dokken, Pretty Maids, a przede wszystkim Survivor ten z pewnością pokocha to co gra Fans of The Dark. Duży plus za nawiązanie do tematyki wypożyczalni kaset vhs. Płyta ukazała się 11 października.

Motorem napędowym zespołu jest wokalista Alex Falk, który swoją charyzmą i stylem śpiewaniem nasuwa na myśl lata 80. No ma w sobie coś takiego, co przenosi słuchacza do tamtych lat. Robi to wrażenie i jest tajną bronią Fans of the Dark. Kawał dobrej roboty robi gitarzysta Oscar Bromvall, który stawia na klimat i finezje. Dużo dobrych melodii i riffów zostawił na tej płycie. Melodyjność i przebojowość, to jest to co jest siłą tej płyty. Od początku do końca słucha się tego z wielką przyjemnością. Otwierający "Meet me on the corner" troszkę trąci Ac/Dc z początku, ale potem utwór nabiera ciepłej rockowej barwy. Jest może i komercyjnie, ale od razu czuć klimat lat 80. Przepiękne wejście klawiszy mamy w przebojowym "Lets go rent a video", który przesiąknięty jest twórczością Survivor, ale nie tylko. O dziwo ta płyta kryje też bardziej metalowe kawałki i jednym z nich jest fenomenalny "The neon phatntom", który kipi energią i jest jednym z najlepszych utworów z całej płyty. Brawo za pomysłowy riff, melodię i wciągający refren. Coś z Demon z starych lat można uchwycić w stonowanym i klimatycznym "Christine" i znów band skradł mi serce. Prawdziwa hard rockowa perełka. Kolejny killer na płycie to bez wątpienia "The Wall" i to potwierdza jak wielki potencjał drzemie w tej grupie. Kocham takie dźwięki, takie klimaty. Jeden z najlepszych utworów na płycie, a może i najlepszy. Cudo! Syntezatory otwierają magiczny "Find Your love" i znów bije z tego szczerość, pomysłowość i klimat lat 80. Dużo pozytywnej energii znajdziemy w przebojowym "The Dagger of Tunis", a całość zamyka nastrojowy "Savage Streets".

Coś to była za piękna podróż do lat 80. Ten klimat jest naturalny nie wymuszone, klawisze, wokal i układ melodii sprawiają, że można poczuć się żyjemy w tych czasach. Fans of The Dark to band, z którym trzeba liczyć się w hard rockowym świecie. Dla fanów gatunku pozycja obowiązkowa. Takie utwory jak "The Wall" czy "The neon phantom" zostają na długo w pamięci.

Ocena: 8.5/10

piątek, 30 sierpnia 2024

TIMELESS FAIRYTALE - A story To tell (2024)


 
Wyobraźcie sobie, że powstaje album, gdzie słychać echa starych Yngwie Malmsteena, echa płyt Rainbow z Joe Lynn Turnerem, coś z klasycznych płyt Royal Hunt, czy Evil Masquerade, a nawet debiutu Alcatrazz. Czy bralibyście taki album w ciemno? Za pewne nie jeden z Was nie potrzebowałby dodatkowych zachęt i recenzji. Czasami marzenia się spełniają i "A story to Tell" to jest urzeczywistnienie powyższego wyobrażenia. To debiut formacji Timeless Fairytale. Słowo debiut nijak ma się do tego znajdziemy tutaj. Szykujcie się na prawdziwe zniszczenie.

Takich płyt zdecydowanie jest za mało. Kocham takie połączenie stylistyczne, gdzie mam coś z neoklasycznego power metalu, w klimatach starych płyt Yngwie Malmsteena.  Serce skacze z radości, kiedy pojawiają się klimaty Rainbow, czy też Alcatrazz. Luca Sellitto to mistrz gitary i wyczynia tutaj prawdziwe cuda. Fani Yngwie Malmsteena, joe stumpa, czy Ritchiego Blackmorea powinni być zadowoleni. Oj czaruje i to od pierwszych dźwięków. Słychać pasję, niezwykłą technikę i pomysłowość. Można słuchać i słuchać i wcale się nie nudzi. Do pełni szczęścia brakuje tylko głos, który nie będzie odstawał od tych partii gitarowych. Melduje się niesamowity Henrik Brockmann, którego kojarzymy z Royal Hunt czy Evil Masquerade. Wszystko staje się być jasne i można odpłynąć w końcu przy tych niesamowitych dźwiękach.

Zapinamy pasy i lecimy w niesamowitą podróż. "Entering the Fairytale" to przepiękny monolog gitary i przebłysk geniuszu Luca. Co za wprowadzenie. Ten romantyczny nastrój w "Forever and a day" jest uroczy i od razu słychać co band ma do zaoferowania. Partie gitarowe kipią energią i do tego jest w tym jakaś magia. Klawisze budują nastrój i wprowadzają w świat neoklasyczny. No i ten refren, który nadaje całości przebojowości. Rasowy killer, który robi smaka na resztę utworów. Power metal możemy znaleźć w rozpędzonym "New Dawn" . Przypominają się najlepsze lata Yngwie Malmsteena czy Alcatrazz. Gdzieś coś tam z Rainbow czy Evil Masquerade można wyłapać w lekkim i nieco hard rockowym "Master of illusion". Ten utwór od razu skradł moje serce. Niby nie typowy, niby nieco lżejszy, ale wyróżnia się pomysłową melodią i aranżacjami. Pokaz mocy i drapieżności mamy w power metalowym "Emptiness" i to jest killer z prawdziwego zdarzenia. Wciąż jest głód na takie granie i Timeless Fairytale staje na wysokości zadanie i spełnia marzenie nie jednego fana neoklasycznego power metalu. Tytułowy "A story to tell" to bardziej emocjonalne granie o rockowym zabarwieniu. Można też odpłynąć przy mocarnym "Forsaken Dream" i Luca znów pokazuje że jest gitarzystą wysokiej klasy. Pomysłowy riff dostajemy w melodyjnym "The last chance", no i jeszcze ten marszowy i nieco hard rockowy "Trust Your Heart" i mam ciary, bo przypominają mi się płyty Rainbow z Turnerem. Cudo!

Nie ma się do czego przyczepić. Nie musiałem też długo zastanawiać się nad oceną. Kocham takie granie, takie dźwięki i taki poziom artystyczny. Prawdziwa perełka roku 2024. Chcę więcej i więcej muzyki Timeless Fairytale i liczę że to nie projekt muzyczny jednej płyty. Szukajcie i słuchajcie.

Ocena: 10/10

czwartek, 22 sierpnia 2024

INVASION - Invasion II (2024)


 Norweski Invasion jest na scenie 2 lata, ale już zdobyli uznanie wśród fanów, zwłaszcza miłośników melodyjnej odmiany hard rocka z nutką heavy metalu. Nie kryją zamiłowania latami 80, ale też starają się brzmieć współcześnie i może troszkę bardziej młodzieżowo. Debiut zatytułowany "Invasion", który ukazał się w 2023r był udany i zrobił smaka na drugie wydawnictwo. "Invasion 2" to w dalszym ciągu muzyka zagrana na poziomie i każdy miłośnik hard rocka nie może przejść obojętnie obok tej płyty.

Band złożony z młodych muzyków, którzy są głodni sukcesu i to słychać. Panowie mają ciekawe pomysły i chcą tworzyć coś co zostanie zapadnie w pamięci. Przede wszystkim potrafią tworzyć hity i łatwo wpadające w ucho melodie. Przecież o to chodzi w melodyjnym hard rocku i słychać, że Invasion chce być w gronie tych najlepszych. Potencjał jest i to ogromny. Nie tak łatwo oderwać się od tych klimatycznych i pełnych finezji solówek w wykonaniu duetu Bjerketvedt/Abrahamsen. Panowie znają się na rzeczy i starają się też zaskoczyć słuchacza i postawić na proste i konkretne motywy gitarowe. To zdaje egzamin. Mają w rękawie jeszcze as w postaci wokalisty i tutaj Bergersen wymiata. To człowiek stworzony do śpiewania w hard rockowym zespole. Te charyzma i technika potrafią oczarować od pierwszych sekund. Okładka zwiastuje może jakieś glam metalowe dziwactwo, a samo brzmienie nieco obdarte z drapieżności, ale to są elementy do których można przymknąć oko.

Materiał zawiera 9 utworów, więc nie jest to specjalnie jakiś długi i rozbudowany album. Ma być szybko i treściwie. Na sam start idzie singiel "banshee queen" i jakoś mi przypomniały się stare dobre czasy skid row. Prosty riff, przebojowy charakter i niszczący głos Jorgena. Dobry start. Troszkę melodyjnego heavy metalu można uświadczyć w "Informer". Syntezatory dodają uroku kawałkowi jak i całej płyty. "Hungry For Love" to hard rockowy killer i rasowy hicior. Mocny i prosty riff, a wszystko przesiąknięte twórczością Def Leppard. Band pokazuje pazur w stonowanym "Take it too far", gdzie znów można wyłapać patenty heavy metalowe. Szczęka mi opadła, kiedy wkroczył "On the Edge". Nagle band przeszedł z hard rocka bardziej w stronę energicznego i zadziornego heavy metalu. Co za moc i pomysłowość. Brawo invasion! Jeśli ktoś wątpi w ich talent to niech odpali tą petardę. Wątpliwości miną od razu. Na sam koniec kolejny lekki i przyjemny, hard rockowy przebój, czyli "All for All".


Czas z muzyką invasion szybko mija i trzeba przyznać, że nowy album potwierdza, że ten band potrafi grać i tworzyć muzykę na wysokim poziomie. Płyta niezwykle przebojowa, zróżnicowana i przepełniona ciekawymi i łatwo wpadającymi w ucho melodiami. Dla fanów melodyjnego hard rocka pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8/10

piątek, 12 lipca 2024

AXXIS - Coming Home (2024)


 Jakże idealny jest ten tytuł nowego krążka niemieckiej formacji Axxis. Powrót do korzeni, do tego w czym są najlepsi. Znakomita mieszanka melodyjnego heavy metalu, power metalu i hard rocka. Do łatwo wpadających w ucho hitów i niezwykle chwytliwych melodii. Tak jak ostatnio te płyty były nijakie i bez charakteru, tak "Coming Home" to powrót do domu, do ich najlepszych płyt. Znajdziemy coś z pierwszych płyt, ale też coś z "Paradise in Flames", "Utopia" czy "Kingdom of the night II". 100 procent Axxis w Axxis i tutaj nie ma ściemy. Już lepszego prezentu z okazji 35 lecia istnienia zespołu nie można było sobie wymarzyć.

Okładka ma swój klimat i potrafi zapaść w pamięci. Brzmienie mocne, wyraziste, ale i też pełne hard rockowego ciepła. Przypomina się brzmienie z pierwszych płyt. Każdy kto zna ten band ten od razu pozna te ich znaki rozpoznawcze jak charakterystyczny i rockowy głos Bernharda, który mimo swoich lat wciąż zachwyca. Mamy typowe dla Axxis pozytywne zakręcone melodie, łatwo wpadające w ucho refreny, który przez lata były tajną bronią tej formacji. Nie raz ocierali się o kicz, ale to był ich urok. To wszystko tu jest.  Ożył też nam klawiszowiec Harry Olers, który ma znacznie więcej roboty. Od strony partii gitarowych tworzonych przez duet Weib/ Degener robią wrażenie i dawno nie działo się w tej sferze tyle dobrego. Jest na pewno pozytywne zaskoczenie.

Lubię czasy "Paradise in Flames" czy "Utopia", gdzie band też mocno akcentował patenty power metalowe. Stawiając na "Blackest Vision" w roli otwieracza już na dzień dobry mnie kupili tym albumem. Dawno nie mieli takiego killera, który kipi energią, zachwyca niezwykle melodyjnym riffem  i power metalowym kunsztem. Rasowy killer i Axxis w najlepszym wydaniu. Takie "Brother Moon" czy "living in a world" to były pozytywne i bardzo miłe dla ucha kawałki, które może miały nieco rocka, nieco kiczu, ale głęboko zapadły w sercu. Coś w podobnym stylu band prezentuje w nieco rockowym "Coming Home" czy nastrojowym "Moonlight Bay". Niby proste i nieco komercyjne hity, ale ile radości dostarczają. Powinni sięgnąć po nie na koncertach. Czy tylko ja słyszę coś z "Utopia" i Gamma ray w "Atlantica"? Zresztą na "Paradise in Flames" też słyszałem pewne echa Gamma ray, więc to miłe zaskoczenie. Radosne, nieco rockowe granie wraca w melodyjnym "love will shine for everyone" i znów słychać coś z pierwszych płyt. Jakże piękne buja "irish way of life" i to jest to za co kocham Axxis. Za proste motywy, za umiejętne balansowanie między melodyjnym metalem, power metalem i hard rockiem. Prawdziwe cudo! Power metal pełną gębą mamy też w rozpędzonym "Legend of Phantasia". Świetna praca gitar, mocny riff i spora dawka elementów z czasów "Paradise in Flames". Dawno Axxis nie był w takiej formie i dawno nie było tyle hitów na jednej płycie. Refren w "Lord of Darkness" rozkłada na łopatki i znów Axxis pokazuje swój geniusz i umiejętność tworzenia hitów. Sam utwór znów pokazuje energię i przebojowość rodem z moich ulubionych płyt. Takiej frajdy na ostatnich płytach nie było. "Ready to burn" to już typowy hard rockowy kawałek, który został zagrany na luzie, bez spiny.  Energią kipi też "Tears of a clown", gdzie mamy hard rock pełną gębą. Troszkę kiczu znajdziemy w zamykającym "i wont sell my soul", ale sam utwór nie jest taki zły i nawet można się dobrze przy nim bawić. Znakomicie układa się tutaj praca gitar i partii klawiszowych.

Trzeba było 6 lat czekać na nowy album, ale ja czekałem 10 lat. Od czasów "Kingdom of the night II" nie wydali nic ciekawego, a przynajmniej nic co by mnie ruszyło. Teraz dostałem album , który oddaje piękno stylu Axxis i zawiera praktycznie same hity. Jak dla mnie to jest jeden z ich najlepszych albumów w dorobku. Śmiało można postawić obok klasycznych albumów. Bardzo udany powrót do korzeni. Mam nadzieję, że tylko już utrzymają ten styl i jakość. Brawa dla Axxis za wyrwanie się z dołka.

Ocena: 9/10

sobota, 11 maja 2024

AXEL RUDI PELL - Risen Symbol (2024)


 
Co można nowego za serwować swoim fanom, kiedy nagrywa się swój 22 album? Można albo zaryzykować i porzucić wszystko na rzecz nowego stylu i szukania nowej jakości, albo zrobić to co się umie najlepiej czyli nagrać coś co zbudowane jest na tych samych patentach przez tyle lat. Axel Rudi Pell działa od 1989r, ale swój określił już dawno, dawno temu i od tamtego czasu trzyma się go kurczowo. Melodyjny metal z nutką hard rocka, który ma być hołdem dla Rainbow, dla Black Sabbath z ery Tony Martina, czy też Dio. To ma być hołd dla klasyki. Jednocześnie Axel stał się królem melodyjnego metalu i sam zaczął tworzyć albumy, które często stawały się z miejsca klasykami. "Risen Symbol" to nic nowego, to nie płyta która odkrywa coś nowego i otwiera nowy rozdział w karierze zasłużonego Axela. To płyta, która zbudowana jest na znanych patentach. Jest coś z "Oceans of Time", jest coś z "Black Moon Pyramid", The crest" czy "Knights Call". Tak to Axel Rudi Pell jaki kochamy i uwielbiamy.

Pewne rzeczy są niezmienne. Ten styl gry Axela, ta umiejętność tworzenia pomysłowych riffów i wciągających motywów gitarowych. Gra dalej to samo, a wciąż tworzy nowe świetne rzeczy, które zachwycają fanów. Nowy album pokazuje, że Axel wciąż ma to coś i wciąż jest wstanie stworzyć wielkie kompozycje, które staną się nowymi klasykami w historii Axela. Na tej płycie są takie kompozycje. No i jest też zgrany band, złożony z doświadczonych muzyków, na czele z genialnym Johnnym Gioeli. Jego głos mimo lat wciąż brzmi tak samo i wciąż przesądza o jakości muzyki Axela. Ciężko sobie wyobrazić kogoś innego do tej roboty.

Okładka jak zwykle pierwsza klasa i przypomina trochę "Black Moon pyramid" i "Kings and Queens". Z resztą okładki zawsze Axel ma klimatyczne i pełne ciekawych motywów, detali. Samo brzmienie troszkę nie do końca mi pasuje. Przede wszystkim gitara jakaś taka stłumiona. Troszkę bym nadał brzmienia z pierwszych płyt, ale to może moje takie widzi mi się.

Niech przemówi zatem muzyka i zawartość płyty. Nie mogło być inaczej. Musiało być instrumentalne intro, które rozpocznie całą tą ucztę. "The resurrection" to tajemniczy i budujący napięcie instrumentalny otwieracz. Panuje mrok i orientalne dźwięki nadają ciekawego charakteru. One jeszcze powrócą. Nie ma eksperymentów to fakt, ale udało się Axelowi zaskoczyć takiego starego fana jak ja za sprawą "Forever Strong". Tak agresywnego i dynamicznego kawałka axel chyba jeszcze nie nagrał. Utwór iście ocierający się o power metal. Szybkie tempo, ostry i niezwykle melodyjny riff napędzają ten kawałek. Brzmi to obłędnie i do tego ten podniosły refren. Majstersztyk! Płytę promował "Guardian Angel" i to taki miły dla ucha kawałek o hard rockowym zabarwieniu. Takich Axel miał zawsze pełno i gdzieś momentami przypominają mi się czasy "Black moon pyramid". Cały czas towarzyszy uczucie, że brzmienie gitary zostało skopane. Jakbym słuchał "Rogues en Vogue" Running Wild. Nie do końca mi to pasuje. Axel też postanowił wrzucić cover Led Zeppelin w postaci "Immigrant song" i samo wykonanie jest godne pochwały, tylko wolałbym posłuchać czegoś ich autorskiego, a nie cover. Czasy "The Crest" można wyłapać w stonowanym i takim nastrojowym "Darkest Hour". Oklepany riff, sprawdzone chwyty i łatwo wpadający w ucho refren i mamy kolejny hit na płycie. To rasowy utwór Axela, który przypomina stare dobre czasy i w sumie nic dziwnego, że wybrano go na kolejny singiel z płyty. Orientalne motywy z intra wracają w "Ankhaia", który jest największą atrakcją tej płyty. Tak, to kolejny kolos autorstwa Axela. Dochodzi tutaj to skrzyżowania Led Zeppelin, Black Sabbath z ery Tony Martina, no i Rainbow z czasów Dio. Marszowe tempo, ponury klimat i mocny, bardzo wyrazisty riff, który przeszywa. Dzieje się tutaj sporo, a owe orientalne motywy troszkę wnoszą świeżości i elementy zaskoczenia. Mocna rzecz, która przypomina troszkę styl "Towers of Babylon". 10 minut szybko zlatuje. Pozytywną energię niesie ze sobą "Hells on Fire" i znów nie brakuje tutaj hard rockowego pazura. Prawie 7 minutowa ballada "Crying in Pain" to klasa sama w sobie. To wulkan emocji, przepięknych solówek i to się nazywa romantyczna ballada, co łapie za serce i zmusza do refleksji.  Troszkę więcej energii niesie ze sobą "Right on Track" i mamy kolejny chwytliwy hicior. Echa "The Crest" słychać w zamykającym "Taken by Storm" i znów mamy nawiązania do Black Sabbath z mojej ulubionej ery. Uwielbiam te rozbudowane i klimatyczne kompozycje od Axela. Czysta magia.

Jeśli na coś można ponarzekać, to w sumie trochę bym poprawił brzmienie gitary, dodałbym może jeszcze jeden czy dwa killery w stylu "forever strong", bo mamy jeden szybki utwór. Miło jest usłyszeć kolejną wariację "Stargazer" Rainbow i kilka hard rockowych motywów. Axel zrobił swoje i nagrał kolejny świetny album. Ci co go kochają, będą zachwyceni. Ci co nie przepadają za jego stylem i poprzednimi płytami, to "Risen Symbol" tego nie zmieni. Dobrze, że Axel wciąż tworzy, wciąż jest z nami i oby jak najwięcej wydawał płyt, zwłaszcza takich jak ta. Premiera płyty już tuż tuż, bo 14 czerwca roku 2024.

Ocena: 9/10

niedziela, 17 marca 2024

LUTHARO - Chasing Euphoria (2024)


 Nie jest tak łatwo zaszufladkować muzykę kanadyjskiego zespołu Lutharo do konkretnego gatunku. Słychać w ich muzyce  melodyjny heavy metal, na pewno power metal, a najwięcej znajdziemy tutaj elementów melodyjnego death metalu czy thrash metalu. Na pewno przoduje w tym wszystkim melodyjność, chwytliwe melodie i dość charyzmatyczny głos Kristy Shipperbottom. To wszystko sprawia, że najnowsze dzieło tej formacji zatytułowane "Chasing Euphoria" stanowi pozycję godną uwagi. Płyta ukazała się 15 marca nakładem Atomic Fire Records.

Punktem wyjście w muzyce Lutharo jest bez wątpienia wokalista Krista, która potrafi śpiewać delikatnie, bardziej zmysłowo i melodyjnie. Potrafi też być bardziej agresywna, ocierając się o manierę bardziej death metalową. Ciekawy wachlarz możliwości i nadaje zespołowi sporo mocy i charakteru. Z kolei za chwytliwe melodie, niesamowitą dynamikę i drapieżność w partiach gitarowych odpowiada Victor Bucur. Jego praca na tym albumie zachwyca. Jest zróżnicowanie, balansowanie między agresją, a melodyjnością. Ta mieszanka nie przytłacza, a wręcz daje sporo możliwości.

Nie wszystko może wyszło idealnie, bo są słabsze momenty."Time to Rise" jeden z takich nijakich momentów. Na początku płyty mamy "Reapers Call", który  w pełni pokazuje potencjał grupy. Jest szybko, jest zadziornie i z polotem. Prawdziwe "wejście smoka". Na dzień dobry mamy hicior, który zapada w pamięci. Więcej agresji, melodyjnego death metalu można uświadczyć w "Ruthless Bloodline", który imponuje dynamiką i drapieżnością. "Born To Ride" czy "Bonded to the blade", przemycają sporo elementów power metalu i brzmi to naprawdę dobrze. Słychać gdzieś tam echa Huntress, czy unleash the Archers. Mamy jeszcze przebojowy "Creating the King" z niezwykłą chwytliwą melodią przewodnią. Świetnie buja też energiczny i taki bardziej power metalowy "Paradise or Parasite" i tutaj bez wątpienia błyszczy nam wokalistka. Ma ciekawy głos, który napędza cały materiał. Jest jeszcze 7 minutowy killer w postaci "Freedom of the Night", który znów przemyca patenty z różnych gatunków. Band miesza, ale nie wychodzi z tego nijaka papka. Wszystko spójne i miłe w odsłuchu.

Intrygująca wokalistka, pomysłowe partie gitarowe, duża dawka energii, chwytliwych melodii i znakomite balansowanie między różnymi gatunkami. Nowy album Luthero wypada korzystniej niż debiut i jest to jeden z ciekawszych albumów roku 2024, który warto posłuchać i znać.

Ocena: 8/10

czwartek, 14 marca 2024

AFTER INFINITY - After Infinity (2024)


 After Infinity to fiński band grający power metal z domieszką progresywności, melodyjnego heavy metalu. Band został założony w roku 2022 z inicjatywy gitarzysty Zsolta Szilagyia, którego znamy z działalności w Dreamtale. Do grupy dołączył basista Roi Pantenen. Wśród gości mamy Leonarda Guillana,  Mikaela Salo czy Nitte Valo. Miał być fiński power metal w których liczy się klimat i melodie przesiąknięte progresywności rodem z płyt Symphony X. Był potencjał, ale nie został wykorzystany.

Płyta ukazała się 13 marca nakładem Maustem Records i szczerze mówiąc nie ma efektu wow. Płyta jest zachowawcza, tak zagrana trochę od niechcenia, trochę tak jakby na siłę. Można wyłapać kilka ciekawych utworów, gdzie słychać pomysłowość i umiejętność muzyków. Nie starczyło pomysłów na cały materiał. Niby mamy doświadczonych muzyków, ale stworzony materiał na dłuższą metę meczy swoimi aranżacjami i stylistyką.

Znacznie ciekawiej by było, jakby band poszedł drogą radosnego, melodyjnego power metalu z "I surrender to You". Czuć tutaj stylistykę i klimat fińskiego power metalu. Przemyślany i trafiony pomysł na hit. Równie ciekawy jest nastrojowy i taki bardziej podniosły "a game of Chess", czy rozpędzony i przesiąknięty progresywnością "Crown of Clowns". Troszkę na siłę podejmują agresywniejsze granie w "Capital Punishment". Stonowane, komercyjne, rockowe granie ocierające się o balladę nie wypaliło w przypadku "without you", ani też w przypadku "Two restless Hearts".

Wielkie nazwiska, nie zawsze gwarantują wysokiej klasy materiał. After Infinity to taki trochę miks, gdzie wszystkiego jest po trochu i jakoś brak tutaj zdecydowania i pewności siebie. Dominują niestety nietrafione pomysły, zbyt duża miałkość riffów i partii gitarowych. Mało mocy, hitów i samego power metalu. Szkoda bo liczyłem na starą szkołę fińskiego power metalu.

Ocena: 4/10

niedziela, 10 marca 2024

THE END MACHINE - The Quantum Phase (2024)

 


Mam wrażenie, że ostatnio jestem bombardowany naprawdę świetnymi płytami. Ktoś pomyśli, że coś ze mną jest nie tak sypię wysokimi ocenami. Co tu porobić kiedy ostatnio jest wysyp świetnych płyt?  8 marca ukazał się trzeci krążek supergrupy The End Machine i nosi tytuł "The quantum Phase". Tu już nawet nie chodzi o to, jakie nazwiska tworzą ten band, ale o samą jakość i styl grupy. Bez nazwisk potrafią pozytywnie szokować. To tylko potwierdza, że w dzisiejszych czasach można nagrać znakomity album w kategorii hard rocka.

Pisząc o The End Machine nie da się pominąć tych wielkich nazwisk, które mają ogromny wpływ na kształt i styl grupy. Jest znany wszystkim gitarzysta George Lynch, którego znamy z Dokken i innych ciekawych projektów muzycznych. Na basie rządzi Jeff Pilson, który  grywał w Dokken czy Dio. W 2020 r pojawił się nowy perkusista Steve Brown, a w2022r  do grupy dołączył nowy wokalista tj Girish Pradhan. Obaj panowie wnieśli powiew świeżości do zespołu, który działa od 2018r. Stylistycznie mamy mieszankę hard rocka i melodyjnego heavy metalu, gdzie nie brakuje wpływów Dokken, Tesla czy też może i Skid Row . Sporo tu klasycznych rozwiązań, wpływów elementów lat 80 i starej szkoły hard rocka. Ileż w tym radości i pomysłowości. Słucha się tego z uśmiechem na twarzy, bo takie granie jest w cenie. Do tego Girish sprawdza się jako hard rockowy frontman. Ma charyzmę, moc w głosie i do tego ciekawą barwę. To sprawia, że The End Machine wkroczył na wyższy poziom.

Klimatyczna okładka, mocne wyraziste, takie hard rockowe brzmienie znakomicie współgra z zawartością. Pomysłowy riff, zadziorne partie gitarowe i taki przebojowy charakter to atuty "Black Hole Exctiction", chociaż to nie jest najlepsza kompozycja na płycie. Przepiękne intro gitarowe jest w "Silent Winter" i ta lekkość, finezja jest imponująca, ale kawałek szybko przeradza się w rozpędzony killer. W takiej konwencji wypadają najbardziej korzystniej. Istny czad! Echa lat 80 można doszukać się w "Killer of The Night" i nawet riff jakoś tak znajomo brzmi. Hard rock pełną gębą. Kolejny killer na płycie to bez wątpienia "Hell or High water" i znów mamy energiczną sekcję rytmiczną i ciekawy popis solówek George'a. Warto też wyróżnić nastrojowy "Shaterred glass heart", przebojowy "Haunted", czy mroczny "Stranger in The Mirror".

Do perfekcji troszkę zabrakło konsekwencji i pomysłowości na wszystkie kompozycje. Mamy kilka słabszych momentów, może też bym dał więcej kawałków pokroju "silent Winter". Nie zmienia to faktu, że nowy album The end Machine to prawdziwa uczta dla każdego, kto kocha hard rock i stare klasyczne albumy Dokken, Foreigner czy Skid row. Tego nie można pominąć.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 4 marca 2024

ANGELS OF BABYLON - Aquarius (2024)


 
Pamięta ktoś Rhino z Manowar? Ten charakterystyczny perkusista pojawiał się jeszcze w Holyhell, Holy Force, Jack Starr Burning Starr, no i w swoim własnym zespole o nazwie Angels of babylon. Pod tym szyldem Rhino wydał dwa albumy. Całkiem udane wydawnictwa, które przemycały wpływy Black Sabbath z czasów Tony martina, czy też coś z Rainbow czy Axela Rudi Pella. Od ostatniego wydawnictwa minęło 11 lat. Przyszedł czas na trzeci krążek w dorobku grupy. "Aquarius" to  z pewnością płyta, obok której nie można przejść obojętnie.

Wszyscy wiemy, że Rhino to wysokiej klasy perkusisty, ale mało kto wie że to również uzdolniony kompozytor i całkiem dobry wokalista. Ma charyzmę, ma ciekawą barwę, która pasuje do grania na pogranicza melodyjnego heavy metalu i hard rocka. Wiadomo trochę brakuje techniki, okiełznania,  wyszkolenia odpowiedniego. Bije z tego szczerość i miłość do melodyjnego metalu. Alex Stephens i Kevin Burns stworzyli ciekawy duet. Jest klimatycznie, trochę tajemniczo i bardzo melodyjnie. Tutaj roi się od intrygujących i przemyślanych melodii. Do tego ta piękne nawiązania do dokonań Black Sabbath z czasów Tony'ego Martina. Brzmienie też takie przypominające płyty tego wielkiego zespołu i też bardzo dobrze współgra z stylem Angels of Babylon. Znajdziemy na płycie szybkie i zadziorne kawałki jak otwierający "Aquarius" czy ponure i stonowane kawałki jak "I rule The World". Dobrze wypada też rozpędzony "Stormzone" i brzmi to obłędnie. Ten riff, mroczny klimat i wykorzystane starych dobrych patentów Black Sabbath. Coś z Rainbow ery Joe Lynn Turnera można uchwycić w "when the spirits fly away". Taki romantyczny, rockowy kawałek. Trochę manowar, trochę black sabbath znajdziemy w zadziornym "I believe You". Znów dostajemy pomysłowy riff, podniosły refren i finezyjne solówki. Ciarki mam za każdym razem kiedy wkracza "Zachery". "Heaven And Hell" czy "Stargazery" wybrzmiewają w tym utworze. Taki zaginiony klasyk lat 80. Sam motyw gitarowy, tempo i partie wokalne czy gitarowe to istny majstersztyk. Prawdziwa perełka. Troszkę bardziej komercyjny jest "Into the Darkness", zaś zamykający "Fallen Ones" to rozpędzony killer, w którym nawet echa power metalu można uświadczyć.

Mało jest płyt z taką muzyką. Jeśli jeszcze będziemy filtrować pod względem jakości, to już w ogóle będzie mały ułamek takich płyt. Angels of Babylon wywiązał się ze swojego zadania i nagrał świetny album, który kipi energią, ciekawymi pomysłami i świeżością. Tego trzeba posłuchać i dać się porwać dźwiękom tej płyty. Warto było czekać 11 lat na nowe dzieło Rhino i spółki.

Ocena: 9/10