Każdy ma swoich ulubionych muzyków, przy których serce zaczyna bić szybciej i których nowe płyty można kupować w ciemno. Dla mnie od zawsze jednym z takich artystów pozostaje szwedzki wokalista Daniel Heiman. To prawdziwy czarodziej, który swoim głosem potrafi przenieść słuchacza do zupełnie innego świata. Dał się poznać jako frontman Lost Horizon czy Warrior Path, a w tym roku ponownie można usłyszeć go na nowym albumie szwedzkiego Dimhav.
Po siedmiu latach ciszy Dimhav wracają z albumem, który wcale nie próbuje na siłę kopiować sukcesu „The Boreal Flame”. „Ondine” to płyta dojrzalsza, bardziej melancholijna i zdecydowanie mniej nastawiona na łatwo wpadające w ucho przeboje. Zespół nadal porusza się w obrębie progresywnego power metalu, jednak tym razem większy nacisk położono na atmosferę, narrację oraz emocjonalny ciężar kompozycji niż na sam techniczny rozmach. Taki kierunek zdecydowanie się sprawdza, choć sama płyta nie należy do łatwych w odbiorze. Potrzeba czasu i kilku odsłuchów, by w pełni zanurzyć się w świecie wykreowanym przez Dimhav.
Największą siłą albumu pozostaje umiejętność budowania monumentalnych struktur bez popadania w przesadny patos i sztuczną podniosłość. Gitary Staffana Karlssona brzmią bardziej płynnie i filmowo niż na debiucie — mniej tutaj demonstracyjnej wirtuozerii, a więcej pracy nad klimatem i przestrzenią. Pod tym względem zespół wyraźnie się wyróżnia i tworzy coś naprawdę wyjątkowego. Kompozycje rozwijają się powoli, często rozpoczynając się od eterycznych melodii, by po kilku minutach eksplodować wielowarstwowymi aranżacjami. Na „Ondine” dzieje się bardzo dużo i słychać, że muzycy nie idą na łatwiznę.
Ogromną robotę ponownie wykonuje Daniel Heiman. Na „Ondine” śpiewa bardziej emocjonalnie i subtelnie — zamiast ciągłego heroicznego uniesienia dostajemy pełne tęsknoty, nostalgii i melancholii wokalne pejzaże. Dzięki temu album brzmi bardziej ludzko, autentycznie i naturalnie. Łatwo utożsamić się z emocjami, które Dimhav przekazuje na nowej płycie.
Na uwagę zasługuje również sama oprawa graficzna. Tajemnicza okładka doskonale oddaje klimat i charakter albumu. Zespół zadbał także o dopracowane brzmienie — każdy instrument wybrzmiewa wyraziście i żyje własnym życiem. Na płycie dominują długie, rozbudowane kompozycje, dlatego znajdziemy tutaj zaledwie siedem utworów.
Podróż w głąb świata Dimhav rozpoczyna „Tides Immemorial”. Już od pierwszych minut słychać inspiracje takimi zespołami jak Dream Theater, Symphony X czy Queensrÿche. Dimhav stawia na tajemniczy klimat, bogate aranżacje i wyszukane melodie. Nie jest to jednak utwór łatwy w odbiorze — wymaga skupienia i cierpliwości.
Następnie otrzymujemy ośmiominutowy „Windward Bound”, który zachwyca filmowym rozmachem i podniosłą atmosferą zdolną przeszyć słuchacza od pierwszych sekund. Połamane melodie i wyszukane partie gitarowe stanowią z kolei fundament „Call of the Deep”. To kolejny wymagający numer, który intryguje swoją formą oraz nietuzinkowym podejściem do kompozycji.
Więcej rasowego power metalu pojawia się w agresywniejszym „Pilgrimage”, gdzie zespół serwuje prawdziwe mocne uderzenie. To świetny przykład tego, jak Dimhav potrafi urozmaicać swoją muzykę i unikać monotonii. Bardzo dobrze prezentuje się również zróżnicowany i pełen smaczków „Embraced”. Nie można też pominąć ponad dziesięciominutowego „The Sunken Star”, w którym grupa ponownie pokazuje pazur oraz większe pokłady energii. Wreszcie można poczuć pełnię power metalowego ducha. Całość wieńczy „A Clorian Soul”, który idealnie podsumowuje klimat całego wydawnictwa.
Jest się czym zachwycać, ale nie oznacza to, że album pozbawiony jest wad. Momentami zespół zbyt mocno ufa długim formom i kilka fragmentów można byłoby skrócić bez większej szkody dla całości. Chwilami pojawia się wręcz wrażenie przerostu formy nad treścią. Niektórym słuchaczom może również zabraknąć bardziej bezpośrednich refrenów — „Ondine” nie oferuje tylu natychmiast chwytliwych momentów co klasyczne płyty power metalowe. To album wymagający cierpliwości oraz wielokrotnych odsłuchów. Swoje największe piękno odkrywa dopiero z czasem.
I właśnie w tym tkwi jego największa siła. „Ondine” nie jest muzyką tworzoną z myślą o listach przebojów ani szybkim streamingowym słuchaniu podczas codziennych obowiązków. To album, który odsłania kolejne warstwy stopniowo. Im dłużej się go słucha, tym mocniej wciąga w swój chłodny, morski i momentami wręcz hipnotyczny klimat.
Dimhav nie wrócili po to, by odcinać kupony od debiutu. „Ondine” pokazuje zespół pewny swojej wizji i gotowy konsekwentnie rozwijać własny muzyczny język. Dla fanów progresywnego power metalu będzie to jedna z najważniejszych premier roku — nie dlatego, że jest najbardziej efektowna, ale dlatego, że pozostaje w głowie na długo po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. Trzeba czasu, cierpliwości i odpowiedniego nastawienia, ale ta płyta zdecydowanie na to zasługuje, ponieważ skrywa w sobie prawdziwe piękno.
Ocena: 9/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz