Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crimson Day. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crimson Day. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2026

CRIMSON DAY - Dark Dimension (2026)


 

Fiński Crimson Day po trzech latach ciszy powraca z nowym materiałem, który w pełni ukazuje charakter zespołu oraz jego muzyczne możliwości. „Dark Dimension”, wydany 22 maja, to album skierowany przede wszystkim do fanów Judas Priest, Primal Fear, HammerFall czy Burning Shadows. To już czwarty album studyjny tej formacji, a zarazem kolejny dowód na to, że muzycy doskonale wiedzą, jak tworzyć wartościowe i godne uwagi wydawnictwa.

Największym atutem krążka jest jego atmosfera. „Dark Dimension” nie jest jedynie zbiorem utworów, lecz spójną podróżą przez świat pełen niepokoju, wewnętrznych konfliktów i mrocznych zakamarków ludzkiej natury. Dużą rolę odgrywa tutaj produkcja, która nadaje całości odpowiednią moc i przejrzystość. Gitary brzmią masywnie, a duet Balzar/Rantanen stawia na energię, melodyjność oraz sprawdzone heavy metalowe rozwiązania. To właśnie dzięki nim materiał szybko wpada w ucho i dostarcza słuchaczowi rozrywki na bardzo wysokim poziomie.

Uwagę przyciąga również wokalistka Milka Uusitalo, dysponująca interesującą barwą głosu i potrafiąca pokazać pazur w bardziej dynamicznych fragmentach. To bez wątpienia właściwa osoba na właściwym miejscu. Jej wokal umiejętnie balansuje pomiędzy agresją a melodyjnością, dzięki czemu nawet spokojniejsze momenty nie tracą emocjonalnego napięcia.

Płyta zawiera dziesięć utworów, które składają się na około 45 minut muzyki. To zestaw na tyle różnorodny, że niemal każdy fan klasycznego metalu znajdzie tu coś dla siebie. Już od pierwszych minut słychać, że zespół stawia na energię. „War Machine” otwiera album z odpowiednim rozmachem, a później napięcie podtrzymują takie kompozycje jak „False Prophet” iHexed”, należące do najmocniejszych punktów programu. To właśnie w nich Crimson Day najskuteczniej łączy ciężar z chwytliwą melodyką – cechą, która od lat stanowi znak rozpoznawczy grupy.

Więcej mroku i melancholii odnajdziemy w stonowanym „The Outsider”. Z kolei tytułowy „Dark Dimension” przynosi więcej power metalowego charakteru oraz epickiego rozmachu. To właśnie dzięki takim utworom album nie popada w monotonię, a zespół pokazuje, że potrafi umiejętnie urozmaicać swój repertuar.

Jednym z najmocniejszych momentów płyty jest bez wątpienia „Song of Fire”. Utwór stanowi wyraźny ukłon w stronę fińskiej sceny power metalowej i można w nim usłyszeć echa twórczości Stratovariusa. W podobnej stylistyce utrzymany jest rozpędzony „Black Wolves' Night”, gdzie Crimson Day po raz kolejny potwierdza swój potencjał i talent do tworzenia wysokiej klasy heavy/power metalu.

Na albumie znalazło się również miejsce dla ballady „Give Me the Pain”. To emocjonalny i wyciszony utwór, który wnosi do całości nieco oddechu, choć osobiście nie przekonuje mnie tak bardzo jak pozostałe kompozycje. Z kolei singlowy „Hexed” prezentuje bardziej przebojowe oblicze zespołu i ma wszelkie predyspozycje, by stać się koncertowym faworytem publiczności.

Całość zamyka podniosły i nastrojowy „The Winter Is Here to Stay”, w którym zespół stawia na epicki klimat i rozbudowane aranżacje. Również w takim wydaniu Crimson Day prezentuje się bardzo przekonująco.

„Dark Dimension” to album dla fanów klasycznego heavy metalu, którzy nie oczekują gatunkowej rewolucji, lecz solidnie napisanych utworów, chwytliwych melodii i mrocznej atmosfery. Crimson Day udowadnia, że nawet bez eksperymentów można stworzyć płytę, do której chce się wracać. Do ideału wprawdzie nieco brakuje, ale jest to wydawnictwo oferujące czystą, niewymuszoną metalową rozrywkę na wysokim poziomie.

Ocena: 7,5/10


czwartek, 18 stycznia 2018

CRIMSON DAY -At the mountains of madness (2018)

Opowieść "W górach szaleństwa" Hp Lovecrafta przyprawia o ciarki i jest to jedna z moich ulubionych. Tak więc długo się nie zastanawiałem czy sięgnąć po najnowszy album Crimson Day.  Fiński band działa od 2013r i skupia się na graniu heavy metalu, w którym jest miejsce na patenty spod znaku Portrait czy Iron maiden. Panowie stawiają na klimat, na ciekawe melodie i wyraziste riffy.  Drugi album tej formacji nosi tytuł właśnie "At the mountains of madness" i jest to kontynuacja tego co band wypracował na debiutanckim albumie, ale wszystkiego jest więcej. Band może nie jest znany szerszej publiczności, ale ten album w tym roku warto obczaić. Lassi Landstrom zasilił zespół w 2016 roku i zmienił go na plus. Ma specyficzny głos i czyni z tym naprawdę cuda. Arii i Jesse z kolei tworzą zgrany duet gitarowy i stawiają na prawdziwe heavy metalowe riffy. Jest w tym polot, pomysł i sporo ciekawych rozwiązań. Tytułowy "At the mountains of Madness" atakuje słuchacza niezwykłą dynamiką, energią i klasycznymi rozwiązaniami. Jest mroczny klimat, który potrafi oczarować od samego początku. Robi to wszystko spore wrażenie, a to dopiero początek. Nutka progresywności i rocka mamy w zakręconym "The Final Hour". Band jest elastyczny i nie zanudzają nas jednym motywem. Kto lubi szybkie, agresywne granie spod znaku speed/power metalu ten bez wątpienia polubi rozpędzony "My last Rites", który zaczyna się bardzo spokojnie i tajemniczo.  Kolejna petarda na płycie to zadziorny "Welcome to Wasteland", który zaskakuje polotem i chwytliwym refrenem. Warto też zwrócić uwagę na dynamiczny i agresywny "Beasts of Prey". Na płycie jest pełno przebojów i to czyni album również łatwiejszy w odbiorze. Jednym z nich jest bez wątpienia podniosły "Untill the end". Całość zamyka kolos trwający 9 minut "Crimson Shores". Miłe zaskoczenie, bo nie spodziewałem się  tak udanego wydawnictwa. Przybrudzone brzmienie, dobrze dopasowane melodie i ciekawe pomysły na aranżacje. Do tego wszystkiego nawiązanie do Lovecrafta i mamy w efekcie naprawdę bardzo dobry album. Jedna z ciekawszych płyt miesiąca styczen 2018.

Ocena: 8.5/10