Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Metal. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2026

VENOM - Into the oblivion (2026)


 Najlepsze lata brytyjskiego Venom są już dawno za nimi, jednak każde kolejne wydawnictwo wciąż stanowi święto dla fanów zespołu oraz miłośników heavy/speed i black metalu. Od premiery „Storm the Gates” z 2018 roku minęło już osiem lat, więc nadszedł czas na nowe dzieło. „Into the Oblivion” to szesnasty album studyjny w bogatej dyskografii grupy, który ukazał się 1 maja. Nie jest to wprawdzie płyta roku, ale z pewnością nie przynosi zespołowi wstydu.

Venom to nadal przede wszystkim charyzmatyczny wokal Cronosa, mroczna atmosfera oraz udane połączenie heavy/speed metalu z black metalem. Nie brakuje tu mocnych riffów, agresji i charakterystycznego klimatu. Mimo upływu lat Cronos wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć. Za partie gitarowe odpowiada John Stuart Dixon, który stawia raczej na sprawdzone i bezpieczne rozwiązania. Niestety brakuje tu większych niespodzianek i powiewu świeżości. Zespół gra solidnie, lecz nie oferuje niczego, co mogłoby naprawdę zachwycić.

Na płycie znajdziemy jednak kilka wyróżniających się utworów. Tytułowy „Into the Oblivion” imponuje energią, mrokiem i agresją, przywołując skojarzenia ze starszymi wydawnictwami zespołu. Singlowy „Lay Down Your Soul” odsłania bardziej przebojowe oblicze Venom — gdyby takich momentów było więcej, album zyskałby na atrakcyjności. To rasowy killer i nie bez powodu wybrano go na singiel. Dobrze wypada także mroczny i nieco surowy „Nevermore”, choć można odnieść wrażenie, że zabrakło tu dopracowania detali. Emocje ponownie rosną przy szybkim i agresywnym „Death the Leveller”, gdzie zespół wraca do dynamicznego heavy/speed metalu. Drugim singlem jest rozpędzony i chwytliwy „Kicked Out the Hell” — jeden z ciekawszych fragmentów albumu, dopracowany i zagrany z wyczuciem.

Niestety dalsza część płyty prezentuje się już przeciętnie i nie oferuje utworów, które szczególnie zapadałyby w pamięć. Choć album zawiera 13 kompozycji i trwa zaledwie 43 minuty, momentami sprawia wrażenie zbyt rozwleczonego i nużącego.
Na plus należy zaliczyć minimalistyczną okładkę, która jest wyrazista i łatwo zapada w pamięć. Całość można określić jako solidne wydawnictwo z kilkoma jaśniejszymi momentami. Cieszy sam fakt powrotu Venom z nowym materiałem, choć szkoda, że zespół nie zaproponował bardziej wyrazistych pomysłów i kompozycji. To album poprawny, ale daleki od najlepszych dokonań grupy — i niestety pozostawia pewien niedosyt.

Ocena: 6,5/10

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

AGGRESSIVE PERFECTOR - Come creeping fiends (2026)


 

Mogłoby się wydawać, że sięgamy po album z kręgu death metalu lub innych brutalnych odmian heavy metalu – okładka Aggressive Perfector może być w tym względzie myląca. Owszem, znajdziemy tu spore pokłady black metalu w klimacie Venom czy wczesnego Running Wild, jednak muzyka Brytyjczyków czerpie również z innych nurtów ciężkiego grania. Słychać tu wpływy NWOBHM, dużo speed metalu, a także inspiracje zespołami pokroju Exciter czy Hellripper. Otrzymujemy więc mieszankę wybuchową, która nie do końca współgra z brutalną oprawą graficzną – i jest to bardzo przyjemne zaskoczenie.

„Come Creeping Fiends”, wydany 27 marca nakładem Dying Victims Productions, to album zdecydowanie wart uwagi. Aggressive Perfector działa od 2014 roku, a jego liderem jest Dan Chainshaw, odpowiedzialny za partie gitarowe i wokalne. Jego styl wokalny przywodzi na myśl blackmetalową ekspresję – jest surowy, agresywny i pełen energii, co doskonale współgra z charakterem muzyki zespołu.

Od strony instrumentalnej również nie ma miejsca na nudę. Chainshaw serwuje ostre riffy i speedmetalową dynamikę, a wszystko to podane jest z wyraźną pasją i zamiłowaniem do klasycznego heavy metalu. Co istotne, zespół nie zapomina o chwytliwych melodiach i przebojowości, dzięki czemu – mimo korzystania ze sprawdzonych schematów – materiał dostarcza sporo satysfakcji.

Wspominałem o wpływach Running Wild? Wystarczy włączyć otwierający „Dead undead”, który już od pierwszych sekund przemyca charakterystyczne zagrywki tej legendy. To prawdziwy hit – energetyczny, bezpośredni i niezwykle nośny. Zadziorny, nieco surowy „Strange Companion” również świetnie odnajduje się w heavy metalowej estetyce. Zespół nie zwalnia tempa – „Fiend in You” garściami czerpie z twórczości Motörhead i Iron Maiden, przenosząc słuchacza w klimat lat 80.

Nieco lżejszy, bujający „Like a Beast” wprowadza elementy NWOBHM, natomiast mroczny „Obscene Cult” przyciąga cięższym, bardziej ponurym klimatem. „Denied by the Reaper” to kolejny szybki, heavy/speedmetalowy killer – agresywny riff i tempo robią tu świetną robotę. Dalej dostajemy przebojowy i pomysłowy „Harlot’s Spell”, w którym ponownie wybrzmiewają chwytliwe melodie i bardziej klasyczne podejście do heavy metalu. Echa Running Wild powracają w rozpędzonym „Return of the Axe”, będącym kolejną perełką na płycie.

Aggressive Perfector stworzył album, który z powodzeniem łączy mrok i agresję z dużą dawką przebojowości. Materiał jest dopracowany i spójny, oferując atrakcyjną mieszankę heavy i speed metalu z domieszką blackmetalowej surowości. Co prawda brakuje tu momentami elementu zaskoczenia czy wyraźnego błysku geniuszu, jednak mimo drobnych niedociągnięć płyta robi bardzo dobre wrażenie i zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Ocena: 8,5/10

wtorek, 14 kwietnia 2026

ASTRAL SPECTRE - Cosmic Mirage (2026)


 Oto kolejna przepiękna okładka roku 2026 w klimacie heavy metalowym. Intrygujące połączenie motywów egipskich z kosmiczną estetyką od razu przywodzi na myśl power metal, thrash, a nawet progresywny rock. A co tak naprawdę znajdziemy na „Cosmic Mirage”? Przede wszystkim solidną dawkę heavy metalu z domieszką black metalu oraz progresywnego rocka. Miłym dodatkiem są partie organów Hammonda, które nadają całości wyjątkowego charakteru i czynią ten album niezwykle interesującą propozycją.

Warto zaznaczyć, że niemiecki Astral Spectre to stosunkowo młody zespół, działający na scenie od 2020 roku. Kluczową postacią formacji jest Tenebros, odpowiedzialny za wokal, gitary oraz bas. To właśnie jego ekspresyjny, charyzmatyczny głos nadaje muzyce wyraźny blackmetalowy klimat. W składzie znajdziemy również Befanę, odpowiadającą za partie klarnetu, oraz Moroi’a, który zajmuje się perkusją. Wspólnie stworzyli materiał balansujący pomiędzy NWOBHM, klasycznym heavy metalem, black metalem oraz progresywnym rockiem lat 70. Całość uzupełnia lekka nutka przebojowości i mrocznego klimatu doom metalu. Album został zrealizowany z wyczuciem, rozmachem i dużą dawką kreatywności. „Cosmic Mirage” to trzeci album studyjny Astral Spectre, a zarazem – moim zdaniem – najciekawszy w ich dotychczasowym dorobku.

Płyta jest spójna, zwarta i treściwa – oferuje 47 minut muzyki dopracowanej pod względem detali, pełnej świeżości i pomysłowości. Wpływy progresywnego rocka lat 70. wyraźnie słychać w rozbudowanym „Stardrifter” – utworze klimatycznym, pełnym subtelnych smaczków i przy tym bardzo melodyjnym. Echa NWOBHM, przywołujące skojarzenia z Iron Maiden, pojawiają się w przebojowym „Chronomancer”, gdzie zespół pokazuje swoje bardziej chwytliwe oblicze. Na całym albumie można również wychwycić inspiracje twórczością Black Magick SS, utrzymane w podobnej estetyce. Z kolei wpływy Deep Purple pobrzmiewają w nastrojowym „The Demon’s Offer”, który skręca w stronę psychodelicznego i progresywnego rocka. To naprawdę wybuchowa mieszanka stylistyczna. Dynamiczny i energetyczny „The Witch’s Waltz” to prawdziwa petarda – jeden z najmocniejszych punktów albumu. Szczególną uwagę przyciągają dwa dziewięciominutowe kolosy. Klimatyczny „Death of Orsis”, przepełniony egipskimi motywami, stanowi prawdziwą muzyczną podróż – utwór płynie niespiesznie, wciągając słuchacza w swój magiczny świat. Znajdziemy tu wiele elementów progresywnych oraz inspiracji rockiem lat 70., co daje imponujący efekt końcowy. Album zamyka tytułowy „Cosmic Mirage” – również dziewięciominutowa kompozycja, będąca kolejną dawką emocji, orientalnych klimatów i zmiennych nastrojów. To prawdziwa muzyczna huśtawka, której słucha się z ogromną przyjemnością – i to właśnie stanowi o sile tej płyty.

Czy czegoś tu zabrakło? Być może odrobiny większej mocy i jeszcze większej przebojowości, które pozwoliłyby mówić o albumie idealnym. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z wydawnictwem wyróżniającym się na tle innych. To eksplodująca mieszanka stylistyczna, ciekawe podejście do tematyki oraz wyraźna wizja artystyczna. Od początku do końca jest to fascynująca podróż, która na długo pozostaje w pamięci. Obok tej płyty nie da się przejść obojętnie.

Ocena: 9/10

wtorek, 31 marca 2026

HELLRIPPER - Coronach (2026)


 

 Odkąd po raz pierwszy usłyszałem album  „Warlocks Grim & Withered Hags”, stałem się fanem twórczości brytyjskiego Hellrippera oraz talentu Jamesa McBaina. Trzeba przyznać, że potrafi on w niezwykle umiejętny sposób łączyć elementy black metalu, heavy metalu i speed metalu. Buduje mroczny, sugestywny klimat, tworzy chwytliwe kompozycje i wciągające melodie – wszystko zagrane z wyczuciem, pomysłem i dbałością o detale. Nie brakuje tu epickiego rozmachu ani świeżości. Hellripper już wcześniej powalił mnie na kolana, a poprzeczka została wysoko zawieszona w 2023 roku. Teraz najnowszy album, zatytułowany „Coronach”, który ukazał się 27 marca, okazuje się jeszcze ciekawszy, bardziej urozmaicony i dopracowany.

Wyraźnie słychać rozwój Jamesa w stosunku do poprzedniego wydawnictwa. Brzmienie jest soczyste, pełne mocy i agresji. Do tego dochodzi piękna, nastrojowa okładka – bogata paleta kolorów i dbałość o szczegóły sprawiają, że zapada ona w pamięć na długo. McBain po raz kolejny imponuje talentem. Sposób, w jaki operuje wokalem i buduje mroczny nastrój, naprawdę zasługuje na uznanie. W warstwie gitarowej również dzieje się wiele dobrego – jest agresywnie, dynamicznie, a zarazem niezwykle melodyjnie. Od pierwszej do ostatniej minuty coś się dzieje: pojawia się zróżnicowanie, zmiany tempa i element zaskoczenia. Płyta praktycznie nie ma słabych punktów. Miłym dodatkiem są także gościnne występy – choćby Marianny, która wspiera Jamesa wokalnie, dodając całości jeszcze więcej klimatu i mrocznej atmosfery.

Na albumie znalazło się osiem utworów, które łącznie dają około 44 minut muzyki na bardzo wysokim poziomie. Całość otwiera rozpędzony „Hunderprest” – energetyczna mieszanka thrashu, speed metalu i blackmetalowego klimatu, która doskonale pokazuje talent McBaina. Przebojowy „Kinchyle” imponuje agresywnym riffem, momentami przywodzącym na myśl twórczość Running Wild, oraz świetną dynamiką. To Hellripper w znakomitej formie. Z kolei „The Art of Resurrection” otacza słuchacza tajemniczym, niemal mistycznym klimatem, oferując przy tym wiele interesujących przejść i zmian tempa.

Dalej otrzymujemy agresywny i pędzący „Baobhan Sith”, w którym przenikają się elementy black metalu ze speedowo-thrashową energią. To świetnie skonstruowany kawałek, wręcz kipiący energią. Podobne emocje wywołuje żywiołowy „Blackk Satanik Fvkkstorm” – w takim wydaniu Hellripper sprawdza się wręcz idealnie. „Sculptor’s Cave” oraz „Mortercheyn” to kolejne dwa szybkie, bezkompromisowe killery. Finałem albumu jest rozbudowany i klimatyczny „Coronach”, który prezentuje wszystko, co w Hellripperze najlepsze. Pojawiają się tu również wyraźne wpływy heavy metalu, a nieco bardziej stonowane tempo działa na korzyść kompozycji. To naprawdę piękne zwieńczenie płyty.

Sposób, w jaki brytyjski Hellripper interpretuje i rozwija stylistykę black metalu, budzi duży podziw. Mieszanka heavy metalu, black metalu, speed metalu i thrashu została tu zrealizowana niemal bezbłędnie. Nowy album jest dojrzały, dopracowany i niezwykle melodyjny. Nie brakuje mu przebojowości, pomysłowości ani świeżości. Słychać oczywiście inspiracje takimi zespołami jak Venom, Sodom czy Slayer, jednak Hellripper konsekwentnie buduje własny, rozpoznawalny styl.

Ten album po prostu trzeba znać.

Ocena: 10/10

sobota, 22 listopada 2025

EXXECUTOR - Into hellish domains (2025)


 Kto gustuje w black metalu z wyraźnymi elementami speed i thrash metalu, ten koniecznie powinien sięgnąć po debiutancki album niemieckiej formacji Exxecutor. Zespół działa od 2023 roku, a w ich muzyce słychać inspiracje wczesnym Kreatorem, Hellripperem czy Venom. Nie grzeszą oryginalnością, ale grać potrafią, a ich materiał ma sporo do zaoferowania. Album zatytułowany „Into Hellish Domains” ukazał się 14 listopada.


Płyta może i nie jest idealna, a wtórność momentami daje o sobie znać, jednak słychać tu autentyczną pasję i miłość do black/speed metalu. Dzięki temu całość jest przyjemna w odbiorze i potrafi dostarczyć sporo frajdy. Jest energia, jest drapieżność, a jednocześnie nie brakuje melodii. Najwięcej dzieje się za sprawą Facerippera, odpowiedzialnego zarówno za wokale, jak i gitary — wie, co robi, i doskonale odnajduje się w takiej stylistyce. Agresja i mroczny klimat są tu na porządku dziennym. Na plus zasługuje też efektowna okładka oraz zadziorne, surowe brzmienie współgrające z charakterem płyty.


Album jest krótki i bliżej mu do definicji mini-LP — całość trwa około 24 minut. Zespół stawia przede wszystkim na szybkie, ostre strzały. Bardzo dobrze prezentuje się rozpędzony utwór tytułowy „Into Hellish Domains”, który świetnie oddaje styl grupy i ich możliwości. Sporo speedmetalowej motoryki z thrashowym zacięciem pojawia się w dynamicznym „Speedraiser” — schematyczna, ale wciągająca kompozycja. Melodyjny i energiczny „Cursed by the Dead” imponuje zarówno motoryką, jak i przebojową melodyką. Z kolei bardziej agresywny „Fast Black Death” oferuje intensywniejszą dawkę black metalu. Pozytywnie wypada również bardziej heavy metalowy „Reborn”, pokazując szersze możliwości grupy. Sekcja rytmiczna błyszczy natomiast w żywiołowym „Eternal Goatfuck”, będącym kolejną udaną mieszanką speed, thrash i black metalu.


Debiut Exxecutor zaliczam do udanych — zespół robi to, co kocha, i robi to z dużą pasją. Materiał jest przewidywalny i momentami wtórny, ale zabawa jest przednia, a w muzykach drzemie potencjał na kolejne, coraz lepsze wydawnictwa. Miłośnicy speed/black metalu zdecydowanie powinni po to sięgnąć.


Ocena: 7/10

wtorek, 23 września 2025

EVILCULT - Triumph of evil (2025)


 W 2023 roku brazylijski zespół Evilcult całkowicie skradł moje serce. To właśnie wtedy zaprezentowali swój drugi pełnometrażowy album, utrzymany w klimatach black/speed metalu. W ich muzyce można było odnaleźć echa wczesnego Running Wild, Kreatora, Venom czy Mercyful Fate. Teraz, po dwóch latach, powracają z nowym materiałem zatytułowanym "Triumph of Evil", który ukazał się 19 września nakładem Awakening Records. I znów nie zawiedli – nagrali album, który w pełni zasługuje na uwagę i uznanie.


Na przestrzeni ostatnich dwóch lat w składzie Evilcult zaszły pewne zmiany. W tym roku do zespołu dołączyli gitarzysta Hell Bordini oraz perkusista Fillipe Stress. Muzycznie jednak formacja pozostała wierna swojemu stylowi – nowi muzycy bez trudu odnaleźli się w mrocznej, energetycznej stylistyce grupy. Wciąż mamy do czynienia z mieszanką heavy, speed i black metalu – agresywną, przebojową i pełną ognia. To materiał, który słucha się z ogromną przyjemnością. Serce zespołu niezmiennie stanowi wokalista i gitarzysta Lucas – jego ostry, chropowaty i mroczny głos idealnie oddaje ducha black metalu. Album jest zwięzły i treściwy – trwa zaledwie 35 minut, ale to 35 minut intensywnej, bezkompromisowej jazdy prosto do celu.


Echa wczesnych płyt Running Wild słychać choćby w porywającym "Diabolical Alchemist" – gitarowe riffy, wokal i przemyślana aranżacja robią ogromne wrażenie, a solówki to prawdziwa uczta dla uszu. Można tu również wyłapać pewne wpływy Iron Maiden. Kolejny numer, "Midnight Ritual", jest równie szybki, melodyjny i doskonale oddaje styl Evilcult – to esencja ich speed/black metalowego brzmienia. Tytułowy "Triumph of Evil" kipi energią i chwytliwością, a momentami przywodzi na myśl wczesne dokonania Kreatora. Zespół nie zwalnia tempa, a "Satanic Revolution" to kolejna eksplozja mocy – kompozycja w duchu dawnych nagrań Running Wild.


Dla kontrastu, instrumentalny "Waves of Agony" wprowadza odrobinę spokoju i klimatycznej przestrzeni. Następny w kolejności "The Abyss" skręca lekko w stronę klasycznego heavy metalu, pokazując, że zespół potrafi elastycznie bawić się stylistyką. Na finał otrzymujemy pełen drapieżności "Warrior of Doom" oraz bardziej rozbudowany, epicki w charakterze "Endless Night", który doskonale zamyka album.


Evilcult, mimo zmian personalnych, nadal podąża własną drogą i robi to, co potrafi najlepiej – porywa słuchacza i serwuje materiał pełen energii oraz zapadających w pamięć melodii. To prawdziwa uczta dla fanów black/speed metalu.


Ocena: 9/10

czwartek, 26 września 2024

BEWITCHER - Spell Shock (2024)


 Były zachwyty nad Hellripper, czy Cruel Force, to teraz czas pozachwycać się amerykańskim Bewitcher. Kapela działa od 11 lat i mają na koncie 4 pełnometrażowe wydawnictwa. Ten najnowszy zatytułowany "Spell Shock" ukaże się 27 września roku 2024 nakładem Century Media Records. Panowie obrali sobie za cel granie heavy/speed metalu z nutką black metalu, hard rocka czy bardziej rock;n rolla. Echa Motorhead, Hellripper, czy Venom można uświadczyć. Wybuchowa mieszanka stylistyczna i to czyni "Spell Shock" płytą niezwykle ciekawą i porywającą.

Band tworzy utalentowane trio. Andy Mercil gra na basie, Aris Wales odpowiada za perkusję, a Matt Litton za partie wokalne i gitarowe. Wokal Matta jest agresywny i przesiąknięty black metalową stylistyką. Dzięki niemu płyta jest agresywna, dynamiczna i mroczna. Właściwy człowiek na właściwym miejscu i to on jest mózgiem tej całej operacji. Podoba mi się jak łączy te patenty wyjęte z różnych odmian ciężkiego grania. Całość jest pomysłowa, przebojowa i niezwykle melodyjna. Przesiąknięta grozą okładka, przybrudzone brzmienie rodem z lat 80 dodają uroku całości.

Pomówmy o zawartości. 44 minuty muzyki zawartej w 10 kawałków. Klasycznie, na wzór lat 80. Płyta faktycznie jest treściwa i nie ma tu zbędnych dźwięków. Jakże piękny, melodyjny i zadziorny jest "Starfire Maelstorm". Pomysłowy riff rozrywa na strzępy i pokazuje że można połączyć patenty hard rockowe z black/speed metalem. Nic bym tu nie zmienił, bo brzmi to świetnie. Jakże świetnie prezentuje się przebojowy "Lavish Desecration" i odzywa się tutaj speed metal lat 80, a także nutka Motorhead. Jest moc! Ten hard rockowy feeling i rock;n roll daje o sobie znać w energicznym "Spell Shock". To taka wizytówka zespołu. Podobną skalę zniszczenia serwuje nam "Dystopic Demonolatry" czy "The harem conspiracy". Troszkę urozmaicenia wnosi bardziej heavy metalowy  "We die in dust", w którym odzywa się toporność. Instrumentalny "Pegan Shadows" potrafi oczarować melodyjnością i klimatem. Na finał zostaje rozpędzony "Ride of the Iron Fox", który znowu daje nam popalić. Speed metalowa jazda bez trzymanki i do tego spora dawka rock;n rolla.

Rock;n roll, black metal i dużo speed metalu to recepta na sukces Bewitcher. Ja to kupuje. Band gra szczerze i nie bawią się w eksperymentowanie. Tu jest jasny przekaz. Gramy oldscholowy black/speed metalu z dużą dawką rock'n rollo. Pomysłowa mieszanka stylistyczna, ciekawe aranżacje i smykałka do tworzenia hitów czyni "Spell Shock" świetnym krążkiem, który może trafić do szerokiego grona słuchacza. Kocham, kiedy zostaje zaskoczony.

Ocena : 9/10

środa, 19 czerwca 2024

HELLBUTCHER - Hellbutcher (2024)

Frontowa okładka to zawsze jedna z pierwszych rzeczy na którą zwracam przy wyborze płyty. Zwłaszcza kiedy jest to coś mi nie znajomego. Takie kryterium obrałem przy wyborze debiutanckiego krążka szwedzkiej formacji Hellbutcher. Band powstał w 2022r i teraz 31 maja wydali swój pierwszy pełnometrażowy album o banalnym tytule "Hellbutcher". Płyta robi wrażenie i podbije serca wielu słuchaczy. Wystarczy mieć otwarty umysł i być gotowym na prawdziwe uderzenie mocy.

Band przede wszystkim gra black metal, ale nie brakuje tutaj elementów z pogranicza speed/heavy metalu, czy thrash metalu. Wszystko skupia się w okół mrocznego klimatu, szybkiego tempa, melodyjnych zagrywek gitarowych i pomysłowych motywów. Każdy dźwięk jest przemyślane i idealnie dopasowany. Cały album jest spójny od samego początku i nie ma tu chybionych dźwięków. Co ciekawe to nie jest stricte black metalowy album. Pełno tu thrash metalowej motoryki, a przebojowe i chwytliwe melodie, niezwykle pomysłowe solówki, to z kolei skłania nas ku speed czy heavy metalu. Pojawiają się momenty gdzie nawet można się doszukać NWOBHM. Ta wielowymiarowość "Hellbutcher" jest sporym atutem i może pozyskać sporo fanów. Nie ma grania na jedno kopyto i każdy kawałek coś niesie ze sobą.

Warto też zwrócić uwagę na skład, który tworzy szwedzki hellbutcher.  Za bas i wokal odpowiada Per Gustavsson.  Co niektórzy mogą kojarzyć go z Nifelheim, gdzie prezentował podobny styl muzyczny. Jego wokal jest mroczny i agresywny, co przybliża nas do black metalu, czy thrash metalu. Sporo dobrej roboty odwalili gitarzyści. Duet Andersson/ Folkare imponuje techniką, pomysłowością i zgraniem. Panowie dają czadu od pierwszych dźwięków i nie ma tutaj mowy o prostackim graniu przez bandę debiutantów. Tutaj grają fachowcy i grają muzykę na wysokim poziomie.

Piękna okładka, soczyste brzmienie i 33 minut prawdziwej jazdy bez trzymanki. Czego można chcieć więcej? Co za piękne wejście gitar mamy w otwierającym "The Sword of Warth". Brzmi bardzo heavy metalowo, bardzo old schoolowo i melodyjnie. Szok, jak genialnie otwiera się ten kawałek. Wkraczają gitar, mocny riff i rozpędzona sekcja rytmiczna i pierwszy killer zaliczony. Mamy tutaj wszystko co kocham w takiej mieszance gatunków. Jeszcze szybciej, jeszcze bardziej agresywnie jest w "Perdition", ale band nie zapomina o melodyjnych zagrywkach, o pomysłowości.  Lata 80 dają o sobie znać w thrash metalowym "Violent Destruction". Niby klasycznie, a zarazem współcześnie i z dbałością o każdy detal.  Niezwykle melodyjny i przebojowy na swój sposób jest "Hordes of the Horned God". Niby nic odkrywczego, a rozrywa na strzępy. Brawa za mroczny klimat w "Possessed by the devils flames", który przemyca patenty wyjęte z nwobhm. Znowu jazda bez trzymanki i to na wysokim poziomie. Końcówka płyty to zadziorny i złowieszczy "Satans Power". Brzmi to nawet surowo, ale brutalność wylewa się hektolitrami. Mocna rzecz. Na sam koniec również killer w szybkim tempie, czyli "Inferno Rage", który wpisuje się w styl poprzednich kompozycji.

Nie ma ballad, nie ma epickich wycieczek w długodystansowce i rozbudowane kompozycje, nie ma udziwnień  czy progresywnych elementów. Panowie stawiają na proste, sprawdzone patenty, a przede wszystkim na szybkość, agresję, melodyjność. Debiut kopie tyłek aż miło i takie płyty też są potrzebne. Ktoś powie że na jedno kopyto, że jedno wymiarowo, ale taka jazda bez trzymanki na wysokich obrotach też ma swój urok. W swej kategorii jedna z najlepszych płyt roku 2024.

Ocena: 9.5/10
 

sobota, 27 kwietnia 2024

MORGUL BLADE - Heavy metal Wraiths (2024)


 
Black metal to jeden z tych odmian heavy metalu, który jakoś nigdy nie był mi po drodze. Były różne podejścia, ale zazwyczaj kończyło się to wszystko niepowodzeniem. Ostatnim czasy sięgam po mieszankę black/heavy/speed metal i taka mieszanka bardzo mi odpowiada. Mroczny, ponury klimat nie przytłacza, a specyficzny, drapieżny wokal zamiast być wadą, staje się atutem. Tak porwał mnie Graveripper, Hellripper czy Diabolic Night. W tym roku roku też jest kilka takich płyt z taką stylistyką.  Demonslaught 666 był najpierw, a teraz czas na pochwały dla najnowszej płyty amerykańskiej formacji Morgul Blade. "Heavy metal wraiths" to bez wątpienia płyta warta grzechu, nawet dla tych którzy na co dzień nie siedzą w black metalu.

Co ciekawe skład tego zespołu tworzy muzycy, którzy również grywają w Heavy Temple, który gra klimatyczny doom metal. Sam morgul blade powstał w 2018r i dorobił się tylko debiutu. Nowe dzieło to znakomita dawka nwothm, pomysłowych riffów, ciekawych przejść, zmian temp i rasowych hitów. Black metal jest tutaj dodatkiem, uzupełnieniem, który nie przytłacza a sprawia że płyta ma swój urok. Wokal Klaufa jest specyficzny, ale oddaje black metalowy charakter. Klauf to też uzdolniony gitarzysta, który współtworzy zgrany duet gitarowy z Elyse Nighthawk. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania, na chwytliwe melodie i proste, a zarazem zadziorne partie gitarowe. Nie ma nudy i w każdym utworze w zasadzie coś się dzieje.

Brzmienie kreowane na wzór płyt z lat 80, co jest kolejnym atutem. Z resztą sama oładka to prawdziwe cudo i można się w nią gapić godzinami i wciąż zachwyca. Cudo! Co do kompozycji, to już "Eagle Strike" daje sygnał bardzo wyrazisty, że tutaj dominuje heavy metal lat 80. Coś z Manowar można doszukać się w marszowym i takim bojowym "Beneath the black sails". Tytułowy utwór to rasowy killer. "Heavy metal wraiths" opiera się na wciągającej melodii, która może nie brzmi oryginalnie, to jednak zachwyca.  Do tego te elementy black metalowe, które dodają uroku całości. Podobne chwyty zastosowano w "Frostwyrm Cavarly", choć tutaj można doświadczyć potęgę black metalu. Band przyspiesza w "Spider god" i znów band pokazuje, że potrafi bawić się konwencją i nie poprzestają na jednym motywie. Jakże piękna paleta dźwięków pojawia się w "Neither Cross Nor Crown" i nawet momentami gdzieś tam echa Mercyful Fate można się doszukać. Mocny i pomysłowy kawałek.

Heavy metal Wraiths to tytuł, który może dotrzeć do wielu słuchaczy. Dotrze do maniaków speed metalu, do fanów heavy metalu lat 80, do tych co lubią speed metalowe patenty, a także do tych co kochają agresję, ale również i melodyjny aspekt metalu. Każdy znajdzie coś dla siebie. Morgul Blade to kolejna ważna pozycja do zapoznania się z tego roku! Warto mieć na swojej półce.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 22 kwietnia 2024

DEMONSLAUGHT 666 - Endless Witchcraft (2024)


Nie często sięgam po wydawnictwa z Chin, ale kiedy zobaczyłem okładkę debiutu Demonslaught 666 i gatunek w którym się obracają, postanowiłem za ryzykować i zobaczyć co mają do zaoferowania. Ryzyko się opłacało, bo to kolejna perełka roku 2024. Sam zespół powstał w 2020r i obrali za cel granie heavy/speed metalu z wyraźnymi wpływami black metalu czy thrash metalu. Nie kryją inspiracji Venom, Sodom, czy przede wszystkim Hellripper czy Cruel Force. "Endless Witchcraft" to prawdziwa petarda, która sieje zniszczenie.

Band tworzy 3 muzyków i każdy może się pochwalić doświadczeniem. Perkusista A New Machine grywał w Avalanche, gitarzysta Evilslaughter  grał w Chemical Assault, a Paravoid odpowiada za bas i wokal. To doświadczenie przedkłada się na jakość, na świeżość i atrakcyjność zawartych tu dźwięków. Wszystko jest spójne i przemyślane. Płyta kipi energią, drapieżnością i pomysłowymi partiami gitarowymi. Okładka jest mroczna i ten mrok tworzy odpowiednią aurę.  Samo brzmienie z jednej strony nasuwa na myśl lata 80, ale jest mocne, wyraziste. Nie ma miejsce na fuszerkę. Wokal Paravoid to taki ukłon w stronę thrash metalu i black metalu. Jest charyzma, technika i pazur, który nadaje całości drapieżności. Zgrany team, który może działać cuda.

8 kawałków, 8 killerów, 8 dobrze wyważonych kompozycji, które rzuca na kolana. Nie ma miejsce na nie potrzebne zwolnienia i udziwnienia. Klasyka rządzi. Ileż energii niesie ze sobą otwieracz "Deadly Autumn", który od razu pokazuje na co stać zespół. Szybkie tempo, mocny riff i spora dawka atrakcyjnych melodii. Równie dynamiczny jest "Witchcraft & tempestuous fire" i dostajemy kolejną znakomitą porcję speed/thrash metalu z nutką black metalu. Nie brakuje w tym wszystkim ciekawych i łatwo wpadających w ucho melodii co potwierdza "Phathom Witch" czy "Banshee". Całość zamyka "Eternity, Darkness & Damnation", który kipi energią i taki speed metal to ja kocham. Ta pewność siebie, ta świeżość i drapieżność jest imponująca.

Debiut to złe słowo, by opisać "Endless Witchcraft", bowiem ta płyta to majstersztyk w kategorii heavy/speed metalu. Miłym dodatkiem są elementy black metalu, czy też thrash metalu. Jazda bez trzymanki od początku do samego końca. Chińska formacja Demonslaught 666 to prawdziwa niespodzianka roku 2024.

Ocena: 9/10
 

niedziela, 22 października 2023

DIABOLIC NIGHT - Beneath the crimson prophecy (2023)


 Pozwolę sobie Was znowu zabrać w rejony heavy/speed metalu z wyraźnymi elementami black metalu. Tym razem wybór padł na "Beneath the crimson prophecy", czyli drugi krążek Niemieckiego Diabolic Night, który ukazał się 20 października tego roku. To kolejny przykład, że nie wiele trzeba by nagrać dobry album. Nawet nie trzeba mieć zespołu z prawdziwego zdarzenia. Diabolic Night tworzy tak naprawdę jedna osoba, czyli Kevin Heirer. To nie ma znaczenia. Liczy się muzyka, a ta jest z górnej półki.

Nie trzeba być miłośnikiem black metalu, żeby polubić muzykę Diabolic Night. Słychać tutaj dużo odesłań do Cruel Force, Hellripper, a najwięcej czego jest to patentów running wild. Tych skojarzeń nie da się uniknąć. Praca gitar Kevina, to jak wybrzmiewają utwory i jak tworzone są melodie i motywy gitarowe, to słychać sporo nawiązań. Czego tutaj dużo znajdziemy, to szybkiego, agresywnego grania. Wokal jest mroczny, brutalny i oddający w pełni charakter black metalu.  Cała reszta to soczysty heavy/speed metal na wysokich poziomie.  Jako perkusista sesyjny pojawił się Chris Borner i akurat brzmienie i jakość perkusji to najsłabsze ogniwo Diabolic Night. Na płycie jest 40 minut i jest to dobrze wyważony materiał. Ciężko wytknąć jakąś wpadkę czy słabszy moment.

Okładka i brzmienie jest mocno wzorowane latami 80. Z resztą intro "Revelation" też brzmi jakby wyjęto z jakiegoś starego horroru. Troszkę chaosu wkrada się w rozpędzonym "Tales of Past &Mystery" jednak wydobywają się z tego chaosu znajome dźwięki i spora ilość patentów running wild. Zaczyna mieć to wszystko sens i potrafi oczarować swoją prostotą. Nie ma ballad, oj nie. Tutaj jest jazda bez trzymanki. Świetny riff otwiera "the Sacred Scriptures", który również mocno czerpie z twórczości Rock;n Rolfa.  Te melodie są przemyślane i w pełni trafione. Kevin potrafi też stworzyć bardziej rozbudowane utwory i potrafi nieco urozmaić swój materiał. Dobrym tego przykładem jest rozbudowany "Starlit Skies", który przemyca sporo ciekawych rozwiązań i nie jest typowo speed metalową łupaniną. Podobne emocje wzbudza melodyjny i nastrojowy "Arktares has fallen". Znów dostajemy melodie i motywy gitarowe mocno wzorowane na Running Wild. Dla mnie to żaden tam minus, a spora zaleta tego wydawnictwa.

Diabolical Night zaprezentował bardzo wartościowy album, który w pełni oddaje co najlepsze w speed metalu, nie przytłaczając słuchacza elementami black metalu. Duży plus za wykorzystanie patentów Running wild, które nigdy się nie znudzą i zawsze znajdą swoje zastosowanie. Troszkę niskiej jakości jest brzmienie, mamy jakiś tam mały przejaw chaosu, ale tak to płyta bez zarzutu i na pewno będę często do niej wracał.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 28 sierpnia 2023

GRAVERIPPER - Seasons Dreaming Death (2023)

 
Jesteście  gotowi na kolejną petardę w tym roku? Amerykański Graveripper, która działa od 2019r właśnie 25 sierpnia wypuścił swój debiutancki album zatytułowany "Seasons Dreaming Death" i jest to pozycja, której nie można pominąć. Ten band obrał za kierunek speed/thrash metalu z dużą dawką black metalu. Mieszanka iście wybuchowa, zwłaszcza że band poza agresją, mrocznym klimatem potrafi też porwać słuchacza chwytliwymi melodiami i ciekawą formułą. To czyni "Seasons dreaming death" jednym z najważniejszych albumów roku 2023.

Słowo debiutanci w sumie średnio pasuje, bowiem muzycy mają doświadczenie i swoje zespoły. Poza tym sama jakość i to w jaki sposób grają stawia ich w zupełnie innym świetle. Album pod wieloma względami robi furorę. Okładka pełna mroku, tajemniczości i w dodatku w ciekawy sposób pomalowana. To nie koniec zachwytów. Brzmienie agresywne, mocne i wyraziste. Jest coś z lat 80 czy 90, ale wszystko brzmi współcześnie. Mocnym atutem Graveripper jest wokal Coreya Parks, który stawia na drapieżność i mrok. Jego maniera pasuje zarówno do black metalu jak i thrash metalu, więc nie trzeba kombinować. Każdy element tej układanki odgrywa ważną rolę i gdy się wszystko połączy w spójną całość, to poczujemy moc tej płyty. Nie ma tutaj kombinowania na siłę i prób tworzenia czegoś sztucznego. Dostajemy starą szkołę thrash/speed metal, a black metal jest miłym dodatkiem.

Ciągnie mnie coś ostatnio w takie rejony, a Graveripper wie jak zaspokoić słuchacza. 10 utworów trwających 33  minuty to wystarczająca dawka rozpędzonego i agresywnego thrash/speed metalu. Czas zapiąć pasy i odpalić 10 pocisków. Pierwszy strzał to "Into the Grave". Bez myślna łupanina? Nic z tych rzeczy, bowiem band potrafi postawić na melodyjność i ciekawe przejścia. Dużo dobrego się dzieje, a to dopiero początek.Nie zwalniamy tempa i już wpadamy wir rozpędzonego "Ripped and tom apart", który przemyca troszkę elementów Sodom,Slayer, czy Exodus. Dalej mamy nieco bardziej złożony i równie dynamiczny "Seasons dreaming death". Kto szuka większej dawki melodyjności i chwytliwości ten z pewnością przekona się do "An influx of fear". Podobne emocje wywołuje "Red skies" czy zamykający "Only Coldness".

Nie ma ballada, nie ma dłużyzn, czy na siłę tworzenia progresywnych kawałków. Od początku do końca postawiono na jasny przekaz. Mocny, agresywny, mroczny thrash/speed metal z elementami black metalu. Póki jakość i pomysłowość jest na wysokim poziomie, to nie przeszkadza mi, że band gra troszkę jednowymiarowo. Czy można było coś lepiej tutaj zrobić, zagrać? Szczerze wątpię. Mocne wejście Graveripper i na pewno będę śledził poczynania tej formacji. Póki co pozostaje jeszcze raz zapuścić sobie "Seasons dreaming Death".

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 14 sierpnia 2023

EVOKING WINDS - Bald Mountain (2023)


 Rzadko kiedy zapuszczam się w rejony black metalu. Musi to być jakiś element większej układanki albo nie wielka ilość patentów w mieszanka choćby w heavy metal. Tym razem był inny instynkt. Zobaczyłem okładkę najnowszego krążka pochodzącego z Białorusi Evoking Winds i zostałem oczarowany. Klimat grozy i tajemniczości, niczym z płyt Kingda Diamonda. No musiałem przekonać się na własnej skórze co kryje ta piękna okładka. Znajdziemy tutaj atmosferyczny black metal z domieszką folk metalu, ale nie tylko. Nie da się ich zaszufladkować do konkretnego gatunku. Wiem jedno. "Bald Mountain", który ukazał się 5 lipca to płyta, która ma w sobie to "coś".

Sam zespół istnieje od 2005r i przeszedł liczne zmiany personalne. Znaczącą rolę odgrywają wokale Alexandera  Cherepanova i Alia Fay. Jest agresywnie, mrocznie, ale i z dużą dbałością o klimat. To jest spory atut tego wydawnictwa. Dobrze układa się współpraca gitarzystów, bowiem od samego początku Pavel i Dzmitry starają się kreować stylistykę black metalu. Na szczęście nie zapominają o ciekawych melodiach i złożonych formułach. Aranżacje są bardzo bogate i pełne różnych smaczków. Nie ma miejsce na nudę i wałkowanie jednego motywu. Robi to wrażenie, nawet na kimś jak ja, co na co dzień nie siedzi w black metalu

Piękno intro i budowanie klimatu, a potem atakuje nas zadziorny "The Wild Hunt", który ma w sobie spore ilości klasycznego metalu. Band pokazuje swój potencjał, a ja zostałem zauroczony w takim stopniu, że chcę większej dawki tego black metalu w wykonaniu Evoking Winds. Dalej znajdziemy klimatyczny i przebojowy "Bald mountain". Troszkę bardziej urozmaicony w swojej konwencji jest "My throne" i słychać, że band potrafi zaskoczyć ciekawymi przejściami. Więcej folku uświadczymy w "The Oath", choć wg mnie to już nieco słabszy moment płyty. Warto jeszcze wspomnieć o melodyjnym "Ashes" czy "When i died".


Płyta robi wrażenie, choć też nie obyło się bez wad. Troszkę momentami wdziera się monotonność i brak elementu zaskoczenia. Brakuje troszkę większego ognia czy przebojowości. Sporym atutem płyty jest mroczny klimat i liczne ubarwienia i smaczki. Mimo wszystko to płyta godna uwagi, nawet dla kogoś kto na co dzień nie siedzi w black metalu.

Ocena: 8/10

sobota, 22 kwietnia 2023

EVILCULT - The devil is always looking for souls (2023)


 Za znawcę i fana black metalu nie uważam się, ale przychodzi taki moment że czasami trafię na coś  z tego rejonu co mi przypasuje. Tym razem los zesłał mi najnowsze dzieło brazylijskiego bandu o nazwie Evilcult.  Kapela działa od 2016r i ich muzyka jest mieszanką heavy/speed metalu, a także black metalu i thrash metalu. Co ciekawe ten black metal nie jest tutaj dominujący, co jest sporą zaletą dla mnie. Dużo tutaj speed metalu i thrash metalu, a najlepsze jest to, że muzycznie Evilcult mocno nawiązuje do debiutu Running Wild. Jest jeszcze troszkę debiutu Kreator, a także nutka Mercyful Fate. To ci dopiero niespodzianka prawda? Płyta znikąd, a z miejsca "The devil is always looking for souls" stał się dla mnie jednym z najważniejszych albumów roku 2023.

Okładka zapada w pamięci i trzeba przyznać, że oddaje też klimat zawartości.  Sam zespół tworzy trzyosobowy skład, z czego największą rolę odgrywa Lucas. To właśnie on odpowiada za mroczne, black metalowe partie wokalne. Dobrze radzi sobie z górnymi partiami i nadaje całości odpowiedniego charakteru. Jeszcze ciekawsze są jego zagrywki gitarowe, bo są mocno przesiąknięte latami 80 i wczesnym running wild. Bardzo mnie cieszy ten stan rzeczy.

Sam riff "Ancient Power" i brzmienie od razu robi nam odesłanie do właśnie debiutu Running Wild. Pod względem partii gitarowych ten album wymiata i wgniata w fotel od pierwszych sekund. To jest prawdziwa jazda bez trzymanki. Jakże melodyjnie i heavy metalowo zaczyna się tytułowy kawałek, który jest kolejnym killerem na płycie. Znów riff mocno zakorzeniony w wczesnym Running Wild. Brzmi to bardzo naturalnie, niczym zaginiony klasyk lat 80. Band nieco urozmaica swoją grę w rytmicznym "Chants of the night". Niby dalej trzymamy się tego samego, ale band czaruje jak może żeby nie było nudno. Gdyby miał wskazać słabszy moment, to byłby to właśnie ten kawałek. Dalej mamy klasyczny kawałek w postaci "Call of Evil". Partie gitarowe są bardzo smakowite i przyprawiają o ciarki. Ciekawie zaczyna się "Die in Hell" i to znów nieco stonowany kawałek, który pokazuje że band potrafi bawić się konwencją. Słucha się tego jednym tchem. Przyspieszamy w "Speed metal fire" i sam riff i wejście perkusji na samym początku to istny majstersztyk. Całość wieńczy przebojowy "The Witch", który podsumowuje co gra w duszy Evilcult.

Rzadko kiedy wybieram się w rejony black metalu, ale tym razem został umiejętnie przesiąknięty elementami speed/thrash metalu, a zwłaszcza wczesnym Running Wild. Takie są moje odczucia, skojarzenia, a może komuś coś innego przyjdzie na myśl? To już wszystko kwestia gustu, ale bez względu na to jest to płyta z pewnością, która potrafi zapaść w pamięć i skraść serce. Dla mnie miłość od pierwszego odsłuchu. Petarda!

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 13 marca 2023

HELLRIPPER - Warlocks Grim & Withered Hags (2023)


 Rzadko trafia w moje łapy płyta, które uderza do kilku grup słuchaczy, która jest wstanie pogodzić kilka gustów. Trzeci album Hellripper zatytułowany "warlocks Grim & Withered Hags" to płyta, która zadowoli fanów speed metalu, thrash metalu, a nawet black metalu czy heavy metalu. Szokuje na pewno jakość i fakt, że to dzieło jednej osoby. Brawo James Mcbain, bo to kawał bardzo dobrej roboty.

Okładka bardziej odsyła nas do black metalu. Nie do końca moje klimaty, ale nie jest zła. Na pewno oddaje klimat, a także stylistykę w jakiej obraca się Hellripper. Ten projekt muzyczny funkcjonuje od 2014r, ale jakoś wcześniej nie skradł mojego serca. Nowy album to przede wszystkim niezwykła mieszanka agresji, mroku, drapieżności, szybkich riffów, ale też atrakcyjnych dla ucha melodii. To nie tylko brutalność i mrok, który zazwyczaj oferuje Black Metal. Jasne, są owe cechy i nie da się ich ukryć. Jest też szybkość i agresja wyjęta z speed/thrash metalu. Natomiast chwytliwe melodie i miłe dla ucha solówki to już bardziej ukłon w stronę heavy metal. Znakomicie to zostało połączone i najlepiej to prezentuje otwieracz "The nuckelavee". Mocny i wyrazisty killer na dzień dobry. Wszystko James Mcbain przygotował i nie ma mowy o fuszerce. Jego wokal idealnie wszystko spina. Bardziej thrashmetalowy wydaje się być energiczny "I, The deceiver" i od razu na myśl przychodzi Slayer, czy Sodom. Ci co kochają chwytliwe melodie i patenty Metaliki z pewnością pokochają rozbudowany tytułowy utwór, który przemyca sporo ciekawych motywów. Kawałek wcale nie nudzi, a tylko wzbudza apetyt na resztę utworów. James przyspiesza w rozpędzonym "Goat Vomit Nightmare" i w thrash metalowym "the cursed carrion crown". Jest też coś z Motorhead co potwierdza energiczny "The hissing marshes" i wyszło to nadzwyczaj dobrze. James potrafi wykreować ciekawą melodią i motyw, który rozrywa na strzępy i tak jest z "Poison womb". Prawdziwa petarda! Na koniec kolos w postaci "Mester stoor worm" i znów dużo dobrego się dzieje. Niezwykle pokręcony kawałek, który pokazuje bardziej black metalowe oblicze Hellripper.

Kto szuka totalnej demolki i prawdziwego metalowego pazura i agresji, ten to znajdzie tutaj. Najlepsza płyta Hellripper i jedna z ciekawszych wydanych w 2023. Nie dajcie się przestraszyć okładce, ani etykiecie "black metal". Płyta, która trafi do wielu słuchaczy i na pewno dla wielu będzie to równie ciekawe przeżycie co i dla mnie. Polecam!

Ocena: 9/10

czwartek, 16 września 2021

WITHERING SOUL - Last Contact (2021)

Withering Soul to amerykańska formacja reprezentująca melodyjny death metal z nutką black metal. Kapela gra nie od dziś, bo działa od 1999r, więc może się pochwalić wieloletnim stażem i doświadczeniem. Mają na swoim koncie już 4 pełne albumy, z czego najnowszy ukaże 24 września tego roku. "Last contact" to płyta który kontynuuje to co band wypracował w przeciągu kilka lat. Nie ma zaskoczenia, nie ma rewolucji.

Mroczna okładka przyciąga uwagę, nawet kogoś takiego jak ja. Osoby, który na co dzień nie siedzi w takim rodzaju heavy metalu. W Withering Soul kluczową rolę odgrywa gitarzysta i wokalista Christopher. To właśnie on wyznacza styl grupy i nadaje mrocznego klimatu. Jego głos może i jest brutalny, ale ma w sobie to coś co sprawia że odsłuch jest przyjemny i nie odstrasza w żaden sposób. Pod względem warstwy instrumentalnej dzieje się sporo i nie ma tutaj na nudę, czy granie na siłę brutalne. Wszystko jest dobrze wyważone i słychać, że to właśnie chwytliwe melodie są tutaj najważniejsze. To czyni nowy materiał atrakcyjny nawet dla takiego laika tych gatunków jak ja.
,
Z całej płyty na wyróżnienie zasługuje złożony i rozbudowany "Allegory of the void", rozpędzony i energiczny "Carrion Reflection" czy klimatyczny "Into the harrowing expanse". Ciekawie wypadają też stonowane, wręcz ponure kawałki jak choćby "Uncharted Course".

"Last Contact" to ciekawie zmajstrowany album, który miesza melodyjny death metal z black metalem i wszystko utrzymane jest w mrocznym klimacie. Jednak nie brakuje tutaj ciekawych i chwytliwych melodii, które nadają płycie bardziej wyrazistego charakteru i czynią go interesującą pozycją. Warto obczaić co amerykanie mają do zaoferowania w roku 2021.

Ocena: 7/10
 

sobota, 6 marca 2021

NUMENOR - Draconian Age (2021)


 "Draconian Age' to już 4 album Numenor z Serbii i band po raz kolejny pokazuje że można łączyć elementy black metalu i power metalu. Tym razem dostajemy 33 minut nowej muzyki, które jak dla mnie już tak nie fascynuje jak ta zaprezentowana na "Sword and Sorcery". Nowy krążek przyciąga uwagę ze względu na gościnny występ Hansiego Kurscha z Blind Guardian i to jest najmocniejszy punkt tej płyty.

Band doświadczony i grać potrafi, ale tym razem zabrakło pomysłów na ciekawy i wciągający materiał. Wszystko jest przewidywalne i momentami nie równe. Pojawiają się killery, ale też i wpadki. Można napisać, że Srdan potrafi stworzyć ciekawe riffy, a wokaliści dają czadu, ale wiem też że stać ich na coś więcej. Najlepszy z tej płyty jest oczywiście "Make The stand" i znakomicie tutaj wpasował się Hansi. No i ta mieszanka power metalu i melodyjnego death metalu. Petarda i zwiastuje to że album będzie również taki. Niestety różnie z tym jest. Dziwnie wypada "hall of the mountain king", choć melodia tyle razy już była podawana w metalowym świecie i to już znacznie lepiej. Dobrze wypada na pewno melodyjny i zadziorny "Feanor" i to jest Numenor jaki lubię. Przebłyski są też w chwytliwym "Arkenstone", czy przebojowym "Twilight of the gods".

Coś nie do końca przypadł mi do gustu ten nowy album Numenor.  Niby band gra swoje, ale już bez takiego przekonania jak wcześniej. Brakuje mi tej agresji i przebojowości z pierwszych płyt. W głowie został tak naprawdę tylko utwór z Hansim. Szkoda, bo band zmarnował potencjał jaki drzemał w tym krążku.

Ocena: 5/10

sobota, 21 marca 2020

NITE - Darkness silence mirror flame (2020)

Kiedy kapela bierze na warsztat teksty o horrorach, okultyzmie czy złu to jasne że oczekuje się mrocznego klimatu i patentów black metalu. Amerykański band Nite pokazuje, że można elementy black metalu wymieszać z klasycznym heavy metalem. Choć Nite istnieje od 2018r to tworzą go ludzie, którzy grali w High Spirits czy Dawnbringer. Jest doświadczenie, jest pomysł na styl i wszystko zapowiada prawdziwy hit roku 2020, ale czy faktycznie debiutancki krążek Nite zatytułowany "Dakness Silence Mirror flame" może być czymś co może porwać słuchacza?

Okładka jest piękna. Minimalizm i mroczny klimat powala i jest to jedna z ciekawszych okładek metalowych roku 2020. O black metalowy feeling dba wokalista Van Labrakis.  Razem z Scottem Hoffmanem tworzy zgrany duet gitarowy i te klasyczne rozwiązania są tutaj na wysokim poziomie. Znajdziemy zarówno mocne riffy, a także duże pokłady chwytliwych melodii. Wszystko otoczone mrocznym klimatem. Znakomicie współgrają ze sobą te dwa różne świata, jakimi są heavy metal i black metal.

Pomówmy o zawartości. Otwieracz w postaci "Genesis" to murowany koncertowy hit. Melodyjny riff potrafi porwać słuchacza od pierwszych sekund. Jest przebojowo i zarazem mrocznie, a ja to kupuje. Popisy gitarowe i epicki wydźwięk to atuty rozbudowanego "The way". Mamy też rockowe zacięcie w stonowanym "Ezelia". Minusem całości jest to, że brzmi to trochę jednostajnie i mało tutaj elementów zaskoczenia. Jednym z najciekawszych utworów jest bez wątpienia "Chains". Bardzo chwytliwy kawałek w klasycznym wydaniu. Band przyspiesza w zamykającym "Acolytes".

Nite zaskoczył mnie bez wątpienia mrocznym klimatem i dobrą mieszanką black metalu i heavy metalu. Troszkę brakuje mi tutaj mocy, pazura i troszkę większej dawki przebojowości.  Solidny debiut amerykańskiego Nite.

Ocena: 7/10

środa, 20 kwietnia 2016

NUMENOR - Sword and Sorcery (2015)

Debiutancki album serbskiego Numenor zauroczył fanów symfonicznego metalu i epickiego black metalu. To tak jakby ktoś zmieszał Rhapsody Of Fire, Dimmu Borgir, Blind Guardian w jedną spójną całość. „Collosal Darkness” to krążek, który bardziej nastawiony był na agresję, mroczny klimat i prawdziwy posmak black metalu. To właśnie ten gatunek muzyczny przodował na tej płycie. W swojej konwencji imponował pomysłowością i przebojowością, a klimat potrafił przyprawić o dreszcze. Jednym słowem była to świetna przygoda w świat Tolkiena. Ciekawy byłem co jest wstanie jeszcze zaoferować ten band. „Sword and Sorcery” to drugi album tej serbskiej formacji i jest to dzieło zupełnie inne od debiutu. Już sama okładka jak i tytuł albumu nasuwa nam bardziej gatunek heavy/power metalowy. To jest pewien sygnał, że Numenor szykuje nam niespodziankę. Tak zmiany są wyczuwalne na nowym albumie zespołu i to niemal na każdym froncie. Brzmienie soczyste, dynamiczne i idealnie wyważone. Jest pomostem między power metalową manierą, symfoniczną podniosłością i black metalowym klimatem. Panowie w swoje strukturze też troszkę na zmieniali. Niby została podniosłość, symfoniczne patenty i epickość, ale gdzieś tutaj zmniejszono proporcje black metalu na rzecz power metalu. Taka mieszanka i taki sposób podania muzyki bardziej mi odpowiada. Kompozycje nabrały na szybkości i przebojowości, sama zawartość jakby jest przystępniejsza i bardziej zapadająca w pamięci. Na samej płycie znacznie więcej się dzieje. Bardziej urozmaicone partie wokalne to jeden z tych atutów. Oprócz tych stricte black metalowych wokali mamy tez czyste i bardziej metalowe, co tylko pokazuje jak wiele się zmieniło w muzyce Serbów. Gitarzyści też dali w końcu upust swojemu talentowi. Jest technika, ale to nie ona odgrywa kluczową rolę. To finezja, ciekawe przejścia i duża dawka melodyjności nadaje partiom gitarowym uroku. Tak jakby byśmy spotkali zupełnie inny zespół, który nieco inny rodzaj muzyki. Zaczyna się podniośle i klimatycznie, bo „Interlude” to intro które ma nas wprowadzić do nowej wizji Numenor. Pierwszym zaskoczeniem jest „Dragonheart”. Utwór jest słodki, energiczny i oparty na power metalowych patentach. Jest energia, mocny riff, przebojowość, a i coś z black metalu została. To się nazywa pomysł na ciekawy power metal. Stonowany i bardziej epicki „Arcanist” to już ukłon w stronę true metalu czy epickiego metalu. Prosty i podniosły motyw odgrywa tutaj kluczową rolę. Nie brakuje prawdziwych lekkich przebojów i dowodem tego jest choćby „The prince in scarlet Robe”. Nutka folkowego klimatu wdziera się w rytmicznym i dynamicznym „Dragon of Erebor”. Mimo tych urozmaiceń jest to kolejny wielki hit na płycie, które pokazuje jak można zmieszać black metal i power metal. Dalej mamy stonowany i nieco mroczniejszy „Bane of Durin”, który jest taką odskocznią od tych power metalowych petard, które zdominowały album. Całość zamyka ponad 6 minutowy kolos w postaci „Sleeping Sorceress”, który idealnie wieńczy nowy album Numenor. O „Sword and Sorcery” można wiele napisać i właściwie są to same ciepłe słowo. Czysta perfekcja i przykład, że power metal nie musi być przewidywalny. Black metal i power metal na jednym krążku to jest dopiero nie lada niespodzianka jeśli chodzi styl. Jedna z ciekawszych płyt power metalowych ostatnich lat,

Ocena: 10/10

środa, 6 maja 2015

FOREFATHER - Last of The Line (2011)

Wielka Brytanii to nie tylko NWOBHM, progresywny rock czy wielkie kapele heavy metalowe. Jak się ukazuje to właśnie stamtąd wywodzi się jedna z ciekawszych kapel reprezentujących viking/black/folk metal. Forefather to zespół, który działa od 1997 roku i do tej pory wydał 6 albumów, z czego ostatni „Last of The Line” ukazał się w 2011 roku. Była to nie lada gratka dla fanów takiej muzyki, ale co ciekawe fani heavy metalu też mogli tutaj coś znaleźć dla siebie. Zespół postawił na melodyjność i nie tylko wpływy Falkenbach czy Finntroll tutaj słychać, bowiem wiele kawałków swoją motoryką, klimatem i melodyjnością przypomina stary dobry Running Wild.

Okładka w sumie przejawia cechy viking metalu, ale są też odesłania do Running Wild. Mnie to bardzo cieszy, bo uwielbiam Running Wild i im więcej skojarzeń z tą kapelą tym lepiej. Stylistycznie Forefather mnie bardzo miło zaskoczył. Dlaczego? Bo nie dostałem oklepanego viking metalu wymieszanego black metalu. Black metal co najwyżej może się momentami przejawić w energicznej sekcji rytmicznej i w wokalu Wolfstana. Kawał dobrej roboty odwalają dwaj muzycy tj Alchastan i Wolfstan. Wszystko brzmi na wysokim poziomie. Wokal mimo brutalności, porywa klimatem i nieco folkową manierą. No i najpiękniejsze są tutaj popisy gitarowe. Wszystko przesiąknięte formułą Running Wild. Przede wszystkim słychać to w głównych motywach, riffach i solówkach. Znakomicie udało się to wpleść w motorykę viking/folk/black metalową. Tak można opisać pokrótce styl angielskiej formacji. Instrumentalny otwieracz „Cometh The King” pokazuje jaki ładunek melodyjności został zawarty na tej płycie. Szybko wkracza do akcji tytułowy „Last of The Line”, który ma nie tylko cechy folk/black metalu, ale też przede wszystkim power/speed metalu rodem z Running Wild. Główny motyw gitarowy od razu nam zdradza skąd zespół czerpie inspiracje. „Chorus of Steel” to kompozycja o ostrzejszym charakterze i można nawet tutaj wyłapać cechy epickiego heavy metalu. Płyta nie jest zagrana na jedno kopyto, bo już taki „By Thy Deeds” zaskakuje średnim tempem i niezwykłą rytmicznością. Płyta też może się podobać, ze względu na folkowo/ vikingowy klimat, który nasila się się w stonowanym „Up High” czy epickim „Doomsday Dawns”, który jest bardziej rozbudowanym kawałkiem. Fanom szybkiego grania spodoba się bez wątpienia energiczny „Wolves of Prayers”, który ma bardziej power metalową motorykę. Trochę black metalu można wyłapać w złowieszczym „Shadows of The dead”.

Forefather to doświadczony zespół, który nie ma problemu z nagrywaniem solidnych albumów. Po raz kolejny dostaliśmy dopracowany album pod względem stylistycznym, brzmieniowym jak produkcyjnym. Muzycy dają się poznać jak pomysłowi goście, którzy wiedzą jak połączyć viking/black/folk metal z melodyjnością i Running Wild. Wyszła z tego nie zła mieszanka, która zadowoli szerokie grono słuchaczy. Mimo upływu czasu, ta płyta wciąż porywa i brzmi świeżo. Polecam.

Ocena: 8/10