Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1981. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1981. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 sierpnia 2014

RAMPAGE - Victims of Rock (1981)

Henjo Richtter i Roland Grapow to jedni z najlepszych gitarzystów w dziedzinie power metalu. Co ich łączy? Oczywiście kraj pochodzenia, a także fakt, że grają w dwóch bliźniaczych kapelach czyli Helloween i Gamma Ray, ale łączy ich coś więcej. Oboje swoją karierę zaczynali w niemieckim zespole Rampage. Nie można o tej kapeli mówić jako power metalowej ani też tak popularnej jak te formacje, w których dzisiaj grają ci dwaj znakomici gitarzyści. Rampage został założony w 1980 i zarejestrował dwa albumy, z czego debiut „Victims of Rock” z 1981 został nagrany z Rolandem Grapowem w składzie.

Rampage ciężko nazwać niemiecką formacją, bo w muzyce tej kapeli słychać przede wszystkim brytyjski rock, troszkę progresywnego rocka, jest też coś z NWOBHM i sporo nawiązań choćby z Budgie. Gdy się dobrze w słuchamy to usłyszymy też pewne zapożyczenia z twórczości Scorpions, Quartz czy też wczesnego Accept. Tak więc styl Rampage nie jest taki jedno wymiarowy i taki obstukany, ani też typowy dla niemieckiej sceny. Wokalista Jorg też ma więcej w sobie z brytyjskich wokalistów aniżeli z niemieckich. W takim „Lovely Love” słychać wyraźnie, że śpiewa czysto, z taką charyzmą i nie kopiuje tutaj nikogo. Na tym albumie Roland nie ukazuje w pełni swojego talentu i zazwyczaj partie gitarowe na tym krążku pozbawione są finezji, czy też takiej bardziej złożonej formy. Więcej tutaj rockowego charakteru, aniżeli heavy/power metalu, więc stylistyka i wykonanie zupełnie inne. Rzadko kiedy zespół przyspiesza, rzadko kiedy też stawia na ciężar i prawdziwą jazdę bez trzymanki. Na płycie dominują rytmiczne kawałki jak otwieracz „I wanna Be Free”, który jest jednym z najbardziej chwytliwych utworów na płycie. Odrobinę niemieckiego metalu i wczesnego Accept można uświadczyć „Hes a Dancer”. Słuchając „Liberty” można odnieść wrażenie, że Scorpions spotyka tutaj brytyjski rock. Do grona ciekawych kompozycji można zaliczyć rytmiczny „I dont wanna be rock'n roll star” czy „Tonight”, który ma w sobie więcej z heavy metalu.


Płytę można potraktować jako ciekawostkę, żeby poznać początki Rolanda Grapowa, który dzisiaj gra w Masterplan, chyba że jest się fanem progresywnego rocka, w którym kapela nawiązuje do brytyjskiej sceny lat 70. Po wydaniu tego albumu miejsce Rolanda zajął Henjo Richter, który dzisiaj robi karierę w Gamma Ray.

Ocena: 6/10

czwartek, 23 sierpnia 2012

BULLET - Execution (1981)

Zanim zaczniecie czytać dalej tą recenzję musicie sobie odpowiedzieć na jedno, ale za to bardzo ważne pytanie: czy lubicie muzykę opierającą si e o tradycyjny heavy metal i hard rocka, nawiązującą dość wyraźnie do AC/DC, KROKUS, RIOT, czy ACCEPT? Jeżeli macie słabość takiego grania, a ponadto do niemieckiej sceny metalowej, przebojowego grania, gdzie liczy się każda melodia, każda partia gitarowa, każda fraza wyśpiewana przez wokalistę, jeśli kochacie granie na wysokim poziomie i to z okresu, kiedy znakomity albumy i ciekawe solidne zespoły były czymś na porządku dziennym. Jeśli odpowiedzią na postawione pytanie jest „Tak” to możecie śmiało czytać. Dla tych osób, która odpowiedź jest pozytywna mam nagrodę w postaci niemieckiego zespołu BULLET, który działał w latach 80. proszę nie mylić z obecnie działającym BULLET, który również gra muzykę z pogranicza heavy metalu/ hard rocka muzykę. Opisywany przeze mnie BULLET został założony w roku 1978 i choć swoją działalność muzyczną zakończył dawno temu, choć jest to kapela mało znana, to jednak zostawiła po sobie dwa znakomite albumy utrzymane w konwencji wcześniej wspomnianych kapel. Debiutancki album”Execution” z 1981r. To dzieło, które zbiera elementy wyżej wspomnianych kapel, łączy je i daję wspaniałą muzykę, która po prostu oczarowuje swoją szczerością, przebojowością, melodyjnością, lekkością, a także zapaleniem muzyków w przypadku samych aranżacji, które cechuje się wyrafinowaniem technicznym jak i pomysłowością, pomimo że sporo w tym temacie już zostało powiedziane. Skojarzenia z ACCEPT są jak najbardziej na miejscu, bo w tym zespole pierwsze kroki stawiali muzycy, którzy współpracowali z Udo Dirkschneiderem w ramach UDO. Mam tutaj na myśli basistę Fittiego Wienholda i gitarzystę Jurgena Grafa, który wraz z liderem Klaus Thielem wygrywają na debiutanckim albumie dynamiczne, ostre i przede wszystkim melodyjne partie, który swoim prostym stylem porywają dogłębnie. „Execution” to album nie tylko dopracowany pod względem brzmienia, to nie tylko świetna praca muzyków, to także miłe skojarzenia z wcześniej wspomnianymi kapelami, to trafne pomysły co kompozycji, to również przebojowy charakter, a także wokal Klausa, który przypomina Briana z AC/DC i Udo Dirkschneidera.

Materiał jest dynamiczny, rozegrany według reguły „szybko, dynamicznie i do przodu”. Zespół dostarcza nie małej rozrywki bawiąc się patentami charakterystycznymi dla AC/DC, KROKUS czy ACCEPT. Jest luz, nie spinania się,jest radość z grania i przebój goni właściwie przebój. „Execution” to kawałek, który zdradza inspiracje zespołu, to w czym dobrze się czują. Jest to utwór utrzymany w średnim tempie, z duża dawką energii i rytmiczności. Nie znajdziecie tutaj jakiś skomplikowane partie, wyszukane melodie. To wszystko już było, ale w tym przypadku nie jest to jakaś poważna wada, wręcz przeciwnie. Wzrasta przez to poziom atrakcyjności i przyswajalności materiału. Rock'n rollowe zacięcie, AC/DC z lat 70 i szaleństwo, a także pomysłowość to cechy które opisuje najlepiej „Cold hearted woman”. Nie wiele odbiega od tej formuły rytmiczny „Dancer On The Rope”. Klimat AC/DC jest kontynuowany w wolniejszym „‘The Devil’s Got You’ gdzie zespół zabiera nas do takich albumów elektryków jak „Powerage” czy też „Highway To Hell”. I może nie jest to AC/DC to poziom nie wiele od nich odbiega. Nie brakuje też mocniejszych utworów jak „Gimme Some Powers” gdzie dominują patenty ACCEPT. Natomiast wolniejszy, rockowy i bardzo przebojowy ‘You Know How to Love Me’ nawiązuje do najlepszych dokonań KROKUS. Ostry riff, rozpędzona sekcja rytmiczna, dynamika, chwytliwość, to zalety jednego z najlepszych utworów na płycie, a mianowicie „Locked In cage” gdzie zespół stara się też wmieszać nieco stylu spod znaku ANVIL. Jednak mimo pewnych nawiązań do ANVIL, czy ACCEPT, album jest z dominowany przez wpływy AC/DC i to wyraźnie słychać w końcówce albumu, gdzie mamy do czynienia z takimi rockowymi utworami jak „Breakfast in Heaven” czy też „Burn Out Of Flame” .

Kocham AC/DC i ciężko jest znaleźć antyfana ich muzyki. Wychowałem się również na takich legendach jak ACCEPT czy też KROKUS. Tak więc styl grania BULLET spodobał mi się od razu i nie trzeba było tutaj dłuższej walki. Materiał i muzycy są tak szczerzy, że nie sposób nie pokochać ich muzyki. Muzyki, która jest prosta, dynamiczna i łatwo wpadająca w ucho. Album jak i zespół godny polecenia fanom muzyki hard rockowej z elementami heavy metalu.

Ocena: 8.5/10

środa, 2 maja 2012

FIST - Fleet Street (1981)


Jednym z ciekawszych kanadyjskich zespołów lat 80 był bez wątpienia FIST, który prezentował łagodniejszy heavy metal, który właściwie więcej miał wspólnego z hard rockiem. Zespół, który został założony 1979 roku z inicjatywy gitarzysty i wokalisty Rona Cheniera szybko odniósł sukces i zdobył nie małą popularność po obu stronach Atlantyku, gdzie w USA konkurował z tzw stadionowym hard rockiem czy też heavy metalem. W europie kapela funkcjonowała właściwie pod nazwą MYOFIST a to dlatego żeby nie być pomylonym z brytyjskim FIST. Złotym okresem tej kapeli były bez wątpienia lata 80 kiedy to powstały największe hity zespołu. Jednym z bardzo udanych albumów jest bez wątpienia „Fleet Street” z 1981 r. I jest to bardzo melodyjne granie na pograniczu hard rocka i heavy metalu i sporo w tym nawiązań do muzyki DEEP PURPLE, ale nie tylko i każdy odnajdzie tutaj sporo ciekawych nawiązań do różnorakich zespołów które stawiają na lekkość, na przebojowość, na rytmiczny riff wspomagany partiami klawiszy w klimatach lat 70/80.

Dla takiej muzyki musi być wykreowane brzmienie tak też jest i w przypadku FIST i to jest takie nieco rasowe, nieco przybrudzone, takie wręcz winylowe brzmienie, które podkreśla zadziorność i rytmiczność materiału. Do tworzenia i grania takiej muzyki trzeba mieć odpowiednich muzyków, z odpowiednimi umiejętnościami, którzy stworzą nie tylko przeboje, które zapadają w pamięci, ale zagrają je z pasją, wyczuciem i z energią, która zaraża. Ron jako lider wywiązuje się ze swojej roli znakomicie. Wokal zadziorny, nieco zachrypnięty i taki dość głęboki, a jego popisy gitarowe i finezyjność gry sprawia że muzyka FIST brzmi zjawiskowo i na pewno jest to granie na wysokim poziomie. Materiał jest zróżnicowany i bez wątpienia przesiąknięty przebojowością, no i nie brakuje także atrakcyjnych melodii i elektryzujących solówek co świetnie odzwierciedla dynamiczny, chwytliwy „Double Or Nothing” . Ileż lekkości, ileż radości i ileż finezji w solówce wzorowanej na stylu Ritchiego Blackmore;a, to musi się podobać. Proste i chwytliwe motywy, przebojowy, porywający tłumy refreny to recepta FIST na ich podbijanie świata swoją muzyką i to się sprawdza, wystarczy posłuchać „Thunder In Rock” gdzie świetnie wykorzystano saksofon i ta solówka jest tutaj świeża i intrygująca. Nieco nowocześniejszy wydźwięk i ciekawie rozplanowana sekcja rytmiczna jest w radiowym „Leather N'Lace” czy też komercyjnym „On The Radio”. Na albumie aż się roi od przebojów i taki rytmiczny „ Better Way To Go” czy też bojowy, melodyjny „Evil Cold” . Zespół również radzi sobie z nieco dłuższymi kompozycjami czego niezbitym dowodem jest zamykający „Open The gates” .

Jaka konkluzja? Jeśli lubisz energiczny hard rock z elementami heavy metalu, jeśli cenisz sobie przeboje i chwytliwe melodie, jeżeli przywiązujesz uwagę do radosnego grania, solidnego wykonania to bez wątpienia możesz brać w ciemno to wydawnictwo. Jest i wyrównany, porywający materiał, który w połączeniu z umiejętnościami muzyków i starannie wykształtowanym brzmienie stanowi zgrany duet nie do przebicia.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 19 grudnia 2011

NIGHTWING - Something In The Air (1981)

Tym którzy lubią NWOBHM, ciepły, przebojowy hard rock, a także muzykę w stylu URIAH HEEP, DEEP PURPLE, czy DEMON śmiało mogę polecić brytyjski NIGHTWING, który został założony w 1978 r z inicjatywy basisty Gordona Rowley'a i klawiszowca Kenniego Newtona i zespół dorobił się kilku płyt i mimo rozpadu pod koniec lat 80, zespół się odbudował i do dzień dzisiejszy tworzy. Pierwszym album w ich karierze był „Something In The Air” z 1981 roku i tutaj już zespół zaprezentował swój styl, który opierał się na syntezatorach i kreatywnych melodiach, momentami ocierającymi się o progresywny rock. Tak więc choć były w tym wszystkim klimat NWOBHM, to jednak to co prezentował było pewnym odstępstwem od tego co grały inne kapele z tego kręgu. Tak na dobrą sprawę więcej w tym wszystkim hard rocka i progresywnego rocka, aniżeli heavy metalu. Muzycy charakteryzują się niezwykłą pomysłowością i nie banalnymi umiejętności i dalekie jest to od stylu żółtodziobów, którzy właśnie nagrali swój pierwszy album. Podoba mi się biegłość muzyków w melodyjności i w urozmaiconych partiach, można rzec bardzo wyszukanych i precyzyjnych. Wokal jest tu ciepły, łagodny i dopasowany do tej miłej dla ucha muzyki. Materiał jest bardzo ambitny i pełen różnych smaczków. Od klimatycznego, pełnego emocji intra w postaci „Fantasia”, po dynamiczne, energiczne rock'n rollowe kompozycje jak „Nightwing”, czy „Edge of knife”, które wzorowane są na twórczości kapel z lat 70 a więc DEEP PURPLE, czy URIAH HEEP. Partie gitarowe są bardzo finezyjne, pełen luzu i radosnego podejścia, które wraz z partiami klawiszowymi stanowi duet nie do przebicia. Miło się też słucha bardziej rockowych, bardziej progresywnych kompozycji jak choćby przebojowy „Cold love”, czy melodyjnego „Barrel Of Pain”. Największą atrakcją stanowią dwa najbardziej rozbudowane utwory, które udowadniają, że łagodny wydźwięk i że spory wachlarz melodii, często bardzo ambitnych nie musi stanowić o nudzie. Świetnie to odzwierciedlają klimatyczny „Something In The Air”, czy też wzruszający „You Keep Me hanging On”. Zaś fanom bluesowego podejścia do hard rocka polecam „Boogie Woman”, które poniekąd przypomina mi WHITESNAKE. To tyle jeśli chodzi o zawartość. W pakiecie oprócz urozmaiconej zawartości i nie przeciętnych umiejętności muzyków dostajemy naprawdę krystaliczne czyste i dopracowane brzmienie, a także świetną okładkę, które zupełnie nie pasuje do tego co słychać na albumie. Album kierowany przede wszystkim do smakoszy muzyki z pogranicza heavy metalu, NWOBHM, progresywnego rocka lat 70 i wszystkich tych kapel, które tutaj się przewinęły w tej recenzji. Ocena: 8/10

piątek, 9 grudnia 2011

VIVA - What The Hell Is Going On (1981)


W latach 80 na niemieckiej scenie heavy metalowej można było spotkać poza topornym, kwadratowym metalem też coś z tzw hard'n heavy i znacząca rolę w tym gatunku odegrał zespół VIVA, nie mylić z popularną nazwą stacji telewizyjnej. Kapela powstała w roku 1980 i to właśnie w latach 80 przeżywała swoje lata świetności. Oprócz tego że zostawił całkiem pokaźny dorobek liczący 5 albumów warto wspomnieć o tym że przez ten zespół przepłynęło sporo nazwisk, które zbiegiem czasu uzyskają status gwiazd. I większość z tych osobistości bliżej jest znana z takich kapel jak UFO, BALANCE OF POWER, MARSHALL LAW, SINNER czy TALON. Spośród tej bogatej dyskografii wybrałem jako przedmiot mojej recenzji drugi album, który jest zatytułowany „What The Hell Is Going On?” i swoją premierę miał w 1981 roku. Jest to wg mnie jeden z ciekawszych wydawnictw tego zespołu, który udowodnia, że nie każda kapela z tamtego kraju musi grac topornie i kwadratowo. Słuchając drugiego lp VIVA mam wrażenie że słucham kapeli z Wielkiej Brytanii, ewentualnie USA, a scena niemiecka przychodzi gdzieś na samym końcu tych skojarzeń. Już otwierający „The Bitch” nasuwa na myśl wczesny JUDAS PRIEST, DEF LEPPARD,czy też SAXON, czyli można śmiało mówić o wpływach NWOBHM. W podobnej tonacji utrzymany jest klimatyczny „White Snow” z dość wyeksponowaną partią klawiszy wygrywaną przez Barbarę Schenker, która jest siostrą Rudolfa i Micheala Schenkera. Również do tych bardziej dynamicznych kompozycji o zabarwieniu NWOBHM zaliczyć należy również „Break out” z nawiązaniem do JUDAS PRIEST co słychać w głównym motywie gitarowym , czy tez w solówkach. Jednak o sile tego albumy stanowią hard rockowe utwory, z których kipi energia, przebojowość i prostota w wykonaniu. Jak tu nie polubić takiego zadziornego „Little Rock Tonight”, chwytliwego „What Next” z koncertowym refrenem, który porwie nawet najsztywniejsza publikę, czy też luzackiego „Give It To Me” wzorowanym na wczesnej działalności AC/DC. I gdzieś pomiędzy tymi dwoma grupami znajdziemy posępny „What the hell Is going On” z riffem wzorowanym na działalności DEF LEPPARD, a także ciepłą balladę „Screaming For Your Love”, która ma wzrusza nie tylko lekkością, ale również aranżacją. Materiał nie zawodzi, a trakcyjne wykonanie i utrzymanie konsekwentnie równego poziomu przez całość stanowi jeden z ważniejszych argumentów przemawiających za tym, że album jest bardzo dobry. Innymi pobocznymi argumentami są dopracowane i mocne brzmienie, a także umiejętności poszczególnych muzyków. Marc Paganini jako wokalista się sprawdza i w tej kwestii przypomina mi nieco manierę Paula Di Anna, a to wszystko przez tą samo zadziorność i charyzmę. Złego słowa nie można powiedzieć o duecie gitarzystów Fach/ Murthy który dostarcza nam sporo atrakcyjnych riffów i energicznych solówek, a wszystko napędzane jest przez sekcję rytmiczną. Każdy z tych czynników odegrał na tej płycie swoją kluczową rolę, co przedłożyło się na taki a nie inny efekt końcowy. Zespół wydał jeszcze parę albumów w dalszej swojej karierze, ale żaden już nie odniósł takiego sukcesu jak właśnie „What The hell Is Going On” co powinno niektórych z was skłonić do zapoznania się z tym albumem, który należy zaliczać do klasyki sceny niemieckiej lat 80. Ocena: 8.5/10

wtorek, 1 listopada 2011

DEMON - Night Of The Demon (1981)

Ciekawe czy gdyby nie fala NWOBHM i gdyby nie odrodzenie owej Brytyjskiej sceny heavy metalowej/ hard rockowej to czy byśmy usłyszeli kiedykolwiek o zespole DEMON? Za pewne nie, bo to okres w którym to masowo wychodziły z podziemnych kręgów zespoły wcześniej mniej znane pokazując się szerszej publiczności. DEMON został założony w 1979 roku z inicjatywy wokalisty Dave'a Hilla oraz gitarzysty Mala Spooner'a. Skład kapeli uzupełnili w owym czasie gitarzysta Les Hunt, basista Chris Ellis i perkusista John Wright, którego kariera nabierze rumieńców w kolejnych latach. Jak można zauważyć droga od kapeli grającej w klubach, do zespołu, który nagrywa albumy i zdobywa szerokie grono słuchaczy nie musi być wcale taka długa i trzeba przyznać, że zespół znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie. A taki debiutancki „Night Of The Demon” jest tego najlepszym dowodem. Muzyka zawarta na tym albumie to przede wszystkim hard rock i melodic metal przesiąkniętym energią charakterystyczną dla NWOBHM. Jak przystało na taką muzykę musi być ciepłe, nastrojowe brzmienie, musi być przebojowo i to słychać. Zarówno w otwierającym „Night Of The Demon” gdzie można uświadczyć biegłość muzyków w wygrywaniu atrakcyjnych melodii i chwytliwych refrenów, a wszystko spięte perfekcyjnym wykonaniem. Są kompozycje jak „Into The Nightmare” w których to słychać zadziorną sekcję rytmiczną i łobuziarski klimat, ale są też bardziej rozpędzone utwory jak „One Helluva Night” w którym to wyróżnia się znakomita solówka gitarowa. Niektóre kompozycje jak choćby „ Big Love” czy „Decisions” podkreślają z kolei wpływ AC/DC na muzykę Brytyjczyków. Tak więc na brak przebojów czy zróżnicowania nie można narzekać. Tak jak mocny fundamentem owego debiutu są kompozycje tak również znaczącą rolę odegrał Dave Hill, który jako wokalista się sprawdził, bo śpiewać potrafił i pod względem charyzmy też wyróżniał się na tle innych. W kategoriach technicznych, czyli produkcja, brzmienie czy też wykonanie również nie budzi większych zastrzeżeń. „Night Of The Demon” to przykład muzyki, który ani nie jest odkrywcza, ani wyjątkowa, ale ze względu na energię, luźne podejście do tematyki NWOBHM które przejawia się w dużej dawce melodii i przebojowości potrafi zachwycić, porwać i zapaść w pamięci, co świadczy u poziomie tego krążka. Ocena: 8/10

niedziela, 9 października 2011

KROKUS - Hardware (1981)

KROKUS na fali sukcesu jaki odniósł „Metal Rendez – Vous” przystąpił do pracy nad następnym albumem i tak po roku ukazał się „Hardware”, który jest kontynuacją stylu wypracowanego na poprzedniej płycie, a więc w dalszym ciągu mamy heavy metal z wpływami hard rocka spod znaku AC/DC. Jedyną kosmetyczną zmianą jaką zespół dokonał to producent i trzeba przyznać, że Mark Dearnley odwalił kawał dobrej roboty na tym albumie. Ponieważ, jest to połączenie brzmienia, które charakteryzuje płyty hard rockowe, jak i heavy metalowe. Kontynuacja stylu, rozwinięcie pomysłów z „Metal Rendez – Vous” nie zapewniły taki sam wysoki poziom jaki można było uświadczyć na tamtym albumie. Źródłem owego problemu jest to, że nie ma już takiej przebojowości, a przynajmniej nie w takiej dużej ilości co na poprzednim krążku. Do tego same kompozycje mają nieco gorsze aranżacje. W tej kategorii króluje „Smell Nelly” w którym mamy nieco przekombinowany wokal i irytujące wstawki „oh, oh”. Nie pomógł ani riff wzorowany na tych wygrywanych przez Angusa Younga z AC/DC. Również „Celebration” nie należy do udanych kompozycji. Wadą tego utworu jest nijakość i monotonny refren. Przebojowości na „Hardware” może nie ma w takiej dawce co na poprzednim albumie, ale to nie oznacza, że jej w ogóle nie ma. Dowodem tego są dwa najbardziej znane utwory z tego wydawnictwa, a mianowicie melodyjny „Easy Rocker” czy też stonowany „Rock City”. Skoro mowa o klasykach nie można też pominąć balladowego „Winning Man”, w którym zespół porzuca granie pod AC/DC na rzecz klimatu, heavy metalowego wydźwięku. Jak to bywa na płytach KROKUS obecność dynamicznych kompozycji jest wręcz obowiązkowa. Tym razem na album trafiły dwie petardy, a mianowicie nieco rock' n rollowy „Hardware She's Got Everthing” oraz „Mr. 69”, który jest coverem zespołu THE GUESS WHO.

Album nie jest taki zły jak się wydaje, bo pomimo mniejszej przebojowości, czy też kilku mniej atrakcyjnych partii gitarowych, w dalszym ciągu mamy KROKUS w znakomitej formie, gdzie bez problemu potrafi wyważyć heavy metalowy wydźwięk z hard rockowym szaleństwem i przebojowością. To akurat w dużej mierze zasługa samych muzyków między którymi jest chemia i którzy z album na album rozwijają swoje umiejętności, a najlepszym tego dowodem są dwa następne krążki. „Hardware” jest nieco słabszy od „Metal Rendez – Vous”, ale nie oznacza, że jest to słaba płyta zespołu. Po prostu jest to solidna pozycja ze strony legendarnej już formacji. Ocena: 7.5/10

sobota, 27 sierpnia 2011

ACCEPT- Breaker (1981)

Niemiecka legenda heavy metalu – Accept, która nagrała legendarny „Balls To the wall” czy „ Metal heart” właściwie zaczynała jako hard rockowa kapela. Potem zespół ewoluował i przełomem był nie „Restles and Wild”, a najbardziej nie doceniany album Niemców „Breaker” z 1981 roku. Jest to rok znaczący dla zespołu. Bo prócz albumu, podpisano kontrakt z Gaby Hauke, no a po trzecie zespół wyruszył w tournee z Judas Priest, co przyczyniło się do tego, że ekipa Udo Dirkschneidera była bardziej znana. Produkcją owego albumu po raz kolejny zajął się Dirkiem Steffensem. Zaś Michael Wagene zajął się realizacją dźwięku. Wracając do Gaby Hauke, czy kojarzycie ksywkę Deaffy, która nie raz widnieje przy kompozytorach? No Gaby i Deaffy to ta sama osoba i trzeba przyznać że odegrała ona znaczącą rolę nie tylko dla zespołu, ale także dla Wolfa gdyż później była jego żoną. To ona także wpadła na pomysł co imagu takiego wojskowego zespołu i trzeba przyznać wyszło im to na dobre. Album przełomowy nie tylko pod brzmieniem, ale też przede wszystkim pod względem muzyki, tutaj już bardziej słychać heavy metal, a mniej jest hard rocka, chociaż i echa tego gatunku są. Okładki niczym u Scorpionsów wiecznie kiczowate, tak jest i w przypadku „Breaker”, ale jakby nie było owa okładka jest wręcz kultowa.

Zespół nie rachuje i od razu daje na otwieracz skoczny i dość dynamiczny „Starlight” tutaj można już usłyszeć ten styl, który był charakterystyczny dla zespołu przez kolejne lata. Mamy taki rozpoznawalny styl Hoffmana, jest gitarowo, skocznie i bardzo heavy. Sekcja rytmiczna, zwłaszcza Baltes gdzieś przemycają echa hard rocka. Kawałek jest prosty i bardzo melodyjny. Postęp zrobił nie tylko Hoffman czy Baltes, ale też Dirkschneider, bo mamy tutaj jego charakterystyczne „skrzeczenie” jego to niektórzy określają. Utwór jest krótki i w sumie kto by pomyślał, że będziemy mieć tutaj taki popis gitarowego kunsztu Hoffmana? Jedna z najlepszych na albumie jak dla mnie. Ale to nie otwieracz jest okrytą sławą, lecz tytułowy „Breaker” i mamy tutaj czysty heavy Metal, mamy rasowy Accept. Dynamiczny, przebojowy i bardzo melodyjny. Sekcja rytmiczna, brzmienie i styl grania no i wokal tutaj mamy to co zespół będzie kontynuował będzie na następnych albumach. Prawdziwy klasyk zespołu. Słuchając „Run if you can” mam skojarzenie z motywem „Gorgar” Helloween. Kawałek ma przede wszystkim chwytliwy motyw, taki prosty, ale szczery do bólu. Może nie ma takich ostrych partii gitarowych, może nie ma takiej dynamiki, ale jest to porządny rasowy heavy metal, taki Acceptowy. Udo tutaj nawet śpiewa czysto i wychodzi mu to nawet bardzo dobrze. W riffie słyszę coś nawet ze Scorpionsów. Oczywiście na albumie nie obeszło się bez ballady, a ta czyli „Can't stand The night” to jedna z najpiękniejszych ballad zespołu i w moim prywatnym rankingu też wysoko będzie. Jest zapadający w głowie motyw, jest też chwytający za serce refren, który nadaję się do śpiewania z kolegami przy piwku. Kolejnym klasykiem zespołu jest „Son of a Bitch”. Rasowy kawałek Aceept, nie tylko pod względem tempa, riffu, melodii, czy refrenu, ale także pod względem solówkę. Zaś tekst zalatuje mi starym Ac/Dc. No jak można przejść obok: „Son of a Bitch, you asshole”. No jak to fajnie buja. A skoro jesteśmy przy klasykach, skoro jesteśmy przy największych hitach Accept, to do tych kawałków należy bezapelacyjnie „Burning” który jest bardziej rock'n rollowy, bardziej w stylu Ac/Dc z Bonem Scottem, a także coś z glamowego Slade, czy Sweet słyszę. Sam kawałek bardzo energiczny, utrzymany w takim skocznym tempie. Jest melodyjnie i porywająco, a taki jest rock/n roll. Kawałek może i mało w stylu typowego Accept, ale na koncertach jakoś pasuje do granych utworów zespołu. Zawsze „Burning” będzie dla mnie takim bratem dla „I'm a rebel”. Moim takim prywatnym ulubieńcem jest „Feelings” gdyż mamy taki bardzo melodyjny i rasowy riff. Jest taki pulsujący bas w tle i słychać styl Petera, który będzie słychać na kolejnych albumach. Kawałek pod względem tempa, stylu aranżacji przypomina mi Head Over heels czy też Princes of dawn. To jest właśnie Acept jaki kocham. Znów nieco hard rocka, znów ukłon w stronę Ac/Dc, ale także Judas Priest, bo taki „Midnight Higway” to taki Acceptowa wersja „Living after Midnight”. Kawałek ma fajny taki luzacki klimat, ma tez skoczne tempo i takie radosne melodie. Może i kiczowaty utwór, może bardziej odegrany z dystansem, ale nikt nie zaprzeczy, że to kolejny klasyk Accept. Drugą piekna balladą na albumie jest „Breaking up again” tutaj uczucia tutaj smutek leje się hektolitrami, bardzo wzniosła ballada, o którą ciężko dzisiaj. Do dziś mam wątpliwości czy faktycznie śpiewa tutaj Udo. Jeśli tak, jest to najlepszy kawałek pod względem jego wokalu. Nie doceniany często jest „Down and Out” ale kawałek też jest rasowym kawałkiem Accept, gdzie można się doszukać Judas Priest. Znów bardzo ciekawa solówka, który jest jedną z najciekawszych na albumie.

„Breaker” jest przełomowy, bo tutaj Accept zaczyna na poważnie grać heavy metal, czysty, rasowy, niemiecki z dozą toporności. Tutaj praktycznie wszystko się zaczęło, tutaj po raz pierwszy już można usłyszeć te patenty, które będą wykorzystywane w dalszej karierze. Ciężko znaleźć słabszy kawałek bo i nie ma takiego. Mamy bardzo urozmaicony materiał i to zagrany z pasją. Mamy dwie ballady, mamy rockowe i rasowe heavy metalowe kawałki. No i mamy sporo klasyków jak : Breaker, Burning, Son of a Bitch czy Midnight highway. Pierwszy taki prawdziwy album Accept i pierwszy, który naznacza styl tego zespołu. Mamy Baltesa, Dirkschneidera, Hoffmana i mamy narodziny legendy niemieckiego heavy metalu. Nota: 9/10

środa, 27 lipca 2011

BLACK SABBATH - Mob Rules (1981)

Album Heaven and Hell odniósł ogromny sukces no i przed Black Sabbath stanęło nie lada wyzwanie nagrać album, który byłby nie wiele gorszy, a obawy były ogromne bo jednak rok to chyba za mało żeby nagrać arcydzieło.... Jednak był mały promyk nadziei, a mianowicie prawie ten sam skład co na poprzedniku, pisze prawie bo jednak pojawił się Vinnie Appice . W 1981 r światło dzienne ujrzał Mob Rules, który zaskoczył okładką,wg mnie dziwną, ale i też mroczną,choć nigdy mi się nie podobała. Mob Rules uważam za album bardzo dobry, ba nie wiele gorszy od poprzednika. Mamy do czynienia z bardzo dojrzałym materiałem, który nie jest przeznaczony do jednego przesłuchania i czekania na efekt, tą płytę trzeba się delektować dłużej,.bo ciężko wszystko posmakować za jednym uderzeniem. Produkcja albumu tym razem nieco inna , ale jak to fachowo nazwać? Nie ważne, grunt że pasuje do tych kompozycji i nadała innego wymiaru tej muzyce.
Muzycy na czele z Dio są w znakomitej formie to też słychać od pierwszych sekund.
Jednak tym razem album wydaję mi się taki bardziej posępny, ale wszytko zostało bardzo fajnie wyważone i dobrze zróżnicowane bo obok szybkich utworów mamy nieco melancholijne utwory które łapią za serducho.

Dobra koniec pitu pitu lepiej od razu przejdę do zawartości.
Album otwiera hicior Turn up the Night, kawałek oczywiście na miarę neon Nights, żywy , z energicznym riffem, który buja od samego początku. Słychać, że Iommi nie próżnował, oczywiście nie wiele ustępuje mu Ronnie, który wciąż trzyma wysoką formę wokalną. Co mnie wbija fotel, to chwytliwy refren. Natomiast utwór nr.2 to Voodoo, który jest już innym rodzajem kalibru, nie ma już takiej szybkości, ale za to tempo bardzo fajnie buja. W tym utworze zaś mocnym punktem są solówki Toniego. No nie można zapomnieć też o udanym refrenie. Dalej mamy prawdziwą perłę z tego albumu - The Sign Of The Southern Cross przepiękny wstęp akustyczny, a dio tak łagodnie śpiewa że serducho pęka. Po paru sekundach słychać krzyk " Its a The Sign Of The Southern Cross" ,mocny riff Tonniego i z utworu wydobywa się niesamowita energia. Nie da się ukryć że zmiany partii gitarowych oraz wokalnych tworzą z tego utworu arcydzieło. Nawet długi czas-7min jest w tym przypadku na korzyść. Po 3 ostrych utworach można odpocząć przy instrumentalnym E5150 - który przyprawia mnie o dreszcze za każdym razem. Nie wiem czemu ale przypomina on mi lata z Ozzym. Dobra rzecz! No i po 2 minutach słychać już potężny riff The Mob Rules- który jest kolejny zacnym utworem na tym albumie. na swój sposób energiczny i nie taki banalny jak mogłoby się wydawać. Wystarczy posłuchać co wyrabia Iommi ,no kunszt niesamowity.
Kolejnym utworem przy którym słucham w pozycji kolan to Country Girl! Znowu ma wspomnienia z okresu kiedy an wokalu był Ozzy. mocny,fajnie bujający riff, słyszalny bas który niszczy bez względu czy to początek czy koniec. Dio też dużo robi bo nadaje utworowi zajebisty klimacik! Bardzo dobrze prezentuje się Slipping Away- który jakoś tak mało Sabbathowy jest, ale to moje takie osobiste spostrzeżenie . Riff może nie rzuca na kolana, ale idealnie pasuje do reszty z tej płyty. Solówki zaś może nie są jakieś drapieżne, ale błyszczą chociaż pomysłem a to już coś.
Kolejnym mocnym punktem na albumie jest oczywiście Faling Off The Edge OF The World- zaczyna się melancholijnie ,bardzo spokojnie a Dio śpiewa swój tekst jak by wyznawał komuś miłość ogółem bardzo mnie wzruszył w owym początku,jednak miłe myśli przemijają wraz z wejściem riffu .Jest posępnie, mroczno i nawet ciężko. Ale o dziwo utwór przekształca się w szybką bestię . Już przy zwrotkach niszczy partia gitarowa oraz wokal Dio, prawdziwa moc kipi z dźwięków. Album zamyka Over and over- który można za klasyfikować do ballady. Powiem że serce mi się kraja, kiedy słyszę takie utwory. Bardzo dobrze przyrządzona ballada z bardzo efektownymi solami oraz doniosłym głosem Dio który wczuwa się w partie Tonniego odśpiewując swoje partie z wielką pasją. I w takim wielkim stylu kończy się album

Teraz wypadałoby by to jakoś zebrać do kupy i zachęcić tych co może jakimś cudem nie słyszeli tego albumu. No więc mamy do czynienia z kolejnym świetnym albumem tego wielkiego zespołu ,albumem który może nie osiągnął tak wielkiego sukcesu jak heaven and Hell i tak po cichu się zastanawiam dlaczego?Czyżby parcie na inne gatunki? Bo argument, że ten album jest słaby jakoś do mnie nie przemawia,bo krążek jest nie wiele gorszy od poprzednika i to mówię z czystym serce a nie dlatego że mam obsesje na punkcie BS czy też Dio.Czy albumem jest mniej przebojowy? Na pewno nie, jest sporo hitów i to w podobnej ilości co na poprzedniku! Brzmienie? Też nie, jest może inne,ale idealnie pasuje do kompozycji , a to już duży sukces! Stylistyka? I to już chyba prędzej, bo jednak dominują takie nie co bardziej posępne utwory, ale to taki powód na siłę szukany, bo tak naprawdę album jest dla mnie genialny, nieco gorszy od HAH pod tym względem że jednak tamten wyszedł pierwszy i to swego rodzaju świeżość,no tutaj jest to kontynuacja w pewnym stopniu poprzedniej płyty. No i nieco Sliiping Away troszkę jakby odstawał. To tyle jeśli chodzi o plusy i minusy w streszczeniu. Tak czy siak nie znać tego albumu to wstyd, i lepiej to nadrobić czym prędzej bo nie znać takich pereł jak Turn up the Night, Faling Off The Edge OF The World, The Sign Of The Southern Cross; Country girl czy też The Mob Rules to obciach. Nota 9.5/10

sobota, 25 czerwca 2011

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - Time (1981)





Jak dostrzec oryginalność w muzyce, jak dostrzec to czego inni nie dostrzegają? Najlepiej po prostu zabawić się z Indiana Jones i przeszukiwać różne rejony muzyki heavy metalowej, a gwarantuje, że znajdziecie nie jeden raz coś bezcennego. Tym, którzy kochają rock, z elementami rocka progresywnego czy też symfonicznego, mogę polecić pewną legendę, która jednak nieco jest pomijana przez znawców i najczęściej traktowane jest jak coś egzotycznego. Tym owym zespołem jest brytyjski Electric light Orchestra znany również pod skrótem ELO. To co grał zespół przez jednych określane było nawet „meinstream rock”. A najważniejszym dla zespół bł nie kto inny Jak Jeff Lynn. Czym się zespół wyróżniał? Łączył sporo różnych dźwięków, sporo różnych instrumentów i choć momentami może to było nieco kosmiczne, nieco ponad czasowe, to taka muzyka przyciągnęła nie jednego słuchacza, to też w talach siedemdziesiątych czy też w osiemdziesiątych zaliczano ich do czołówki rocka. Rok 1981 był dobrym rokiem dla tego zespołu. Bo został wydany jeden z ich najlepszych krążków uważany nie tylko przeze mnie, ale przez większość fanów. Album został nazwany „Time” i można tutaj śmiało mówić o koncept- albumie. Wszystko stanowi całość, a historia dotyczy podróży futurystycznych. Osiągnięto tu tutaj jak dla mnie szczyt formy artystycznej zespołu, gdzie jednak mimo tylu zalet, wciąż słychać styl wypracowany wcześniej. Styl w którym mamy rozbudowane kompozycje, zagrane z rozmachem i podporządkowane pod śpiew Jeffa. Wszystko rozpoczyna jak to bywa w tego typu konceptach intro tutaj jest „Prolugue” i słychać niesamowity klimat, słychać s-f, słychać piękną melodie no i jest magia, a to wróży dobrze na przyszłe utwory. „Twilight” jeden z najbardziej osławionych utworów tego zespołu. Jest żwawe tempo, jest melodia, jest trochę elektroniki, a to tylko żeby zbudować niesamowity klimat i przestrzeń w klimacie s-f. Jest niesamowita melodyjność i chwytliwy refren, takich przebojów jest na tym albumie całkiem sporo. Pochwalić należy Jeffa Lynna, który idealnie się spisuje jak frontmen, a jego głos kochałem od dziecka. Również nowoczesny jest „Yours Truly, 2095”. Jest tutaj fajny klimat i taki nieco zniekształcony głos Jeffa za pomocą technologii. Fajnie się tego słucha bo jest to chwytliwe i ma naprawdę niezłe melodie. Jak to jest w przypadku rocka, jak i wielu tego typu albumów, nie może się obejść bez ballady , bo to przecież rzecz święta. Jeśli miałbym sporządzać jakieś top 10 ballad to zapewne gdzieś na pewno znalazłoby się miejsce dla „Ticket To The Moon”. Jest piękna melodia, spokojny, bardzo wzruszający wokal Jeffa. Wszystko zostało tutaj zbudowane na emocjach. Brawo bardzo piękna ballada, gdzie nie zabrakło też pięknych chórków. Hmm, znacie Smokie? To na pewno z tym zespołem skojarzy wam się kolejny utwór - „The way Lifes meant to be” gdzie główną rolę gitary akustyczne. Jednak wciąż słychać, że to nic innego jak rock pełną parą. Też nie szczędzą tutaj różnych smaczków, ale taki jest ELO dużo melodii, dużo przepychu, dużo dźwięku. Piękna muzyka to jest i takie utwory to potwierdzają. Utwór bardzo fajnie buja i sprawdzi się, nawet do potańcówki z dziewczyną. Skoro jest koncept album to też nie mogło zabraknąć też instrumentalnego utworu, tutaj tym utworem jest „Another Heart breaks” choć i pod balladę tez można to zaliczyć. Spokojny kawałek, który przenosi słuchacza do świata magii. Piękna rzecz. Znanym kawałkiem choć może nie tak jak „Ticket To the Moon” czy też „Twilight” jest też „Raid is Falling”utwór utrzymany w średnim, a raczej w wolnym tempie, ale tutaj melodie zagrane na klawiszach i głos Jeffa Lynna wzrusza. Do tego miło się tego słucha. Takich kompozycji już nikt nie tworzy, a tutaj można to podziwiać, jak brzmi piękna muzyka, która nie starzeje się pomimo że 30 lat upłynęło. Szybkim utworem jest „From The End of the World” , ale i tutaj jest bardzo futurystycznie i bardo nasycone jest dźwiękami. Ale jest to jeden z tych bardziej energetycznych utworów na płycie. Pięknym i bardzo bujającym utworem jest „ The Light goes Down” i tutaj znów słychać magię i takie stare czasy, które przetrwały w tej muzyce no coś pięknego. No i refren chwytliwy i taki typowy dla tego zespołu. Teraz na koniec znów kilka znanych i bardzo lubianych utworów przez fanów, gdzie trafiają na każdy the best of. Pierwszym jest „Here is the news” 100% rocka. Melodia zagrana na cymbałkach i na jakiś sprzęcie elektronicznym, jest chwytliwa i prosta. Potem znów sporo ciekawych dźwięków, jest pulsujący bas, jest łatwy i wciągający refren, a takie przeboje ludzie kochają. Drugim takim klasykiem jest „Hold On tight” i jest to kolejna taka petarda rockowa, chwytliwa i bardzo bujająca i która nie nudzi gdy się słucha pora tysięczny. Nieśmiertelny utwór.
Spokojny i bardzo wzruszający jest '21 century man”, choć nieco słabsza to ballada.
Całość zamyka „Epiloque” który robi to w sposób jak przystało na ostatni chapter. Czuć , że kończy się nasza podróż po tym magicznym świecie jaki wykreował zespół na tym albumie.
ELO jest to zespół, który jest przez wielu nie doceniany, ba nawet nie znany, a szkoda bo to kopalnia przebojów, bo to zespół legenda, której nie znać to wstyd. Zespół nagrał sporo albumów, „Time „ to ich album studyjny nr 10, ale tutaj osiągnęli dopiero perfekcję. Tutaj wszystko jest idealne, bez jakiś przynudzań. Takich albumów, z taką muzyką nie jest zbyt dużo. Nota:10/10