wtorek, 16 grudnia 2025

SACRED LEATHER - Keep the fire burning (2025)


 
Uwielbiam tego typu heavy metalowe okładki. Od razu czuć ducha lat 80., a skojarzenia z klasycznymi wydawnictwami Judas Priest czy Accept nasuwają się same. Już sama kolorystyka i sposób wykonania robią ogromne wrażenie, budząc naturalną ciekawość, czy muzyczna zawartość dorównuje oprawie graficznej i czy te skojarzenia znajdą potwierdzenie w dźwiękach.

„Keep the Fire Burning” to drugi album studyjny amerykańskiej formacji Sacred Leather. Zespół działa od 2014 roku i przez ten czas wypracował własny styl, mocno zakorzeniony w patentach takich legend jak Dio, Dokken, Scorpions, Judas Priest czy Accept. Sacred Leather garściami czerpie z klasyki heavy metalu, ale robi to z wyczuciem i autentyczną pasją. Album ukazał się 20 listopada i bez wątpienia zasługuje na uwagę każdego fana melodyjnego grania spod znaku lat 80.

To prawda — Sacred Leather nie odkrywa Ameryki na nowo, jednak nadrabia szczerością, energią i miłością do złotej ery heavy metalu. Ich muzyka jest przystępna, chwytliwa i potrafi szybko zapaść w pamięć. Fundamentem całości jest rozpędzona, dynamiczna sekcja rytmiczna, która nadaje kompozycjom odpowiednią siłę i napęd. Wokalista Dee Wratchild może nie imponuje wybitną techniką, ale jego agresywny, surowy śpiew idealnie wpisuje się w kanon klasycznego heavy metalu. Słychać w nim autentyczność i zaangażowanie, które potrafią skraść serce słuchacza.

Silnym punktem zespołu jest gitarowy duet Owensa i Highwaya. Muzycy stawiają na melodyjność, klasyczne harmonie i efektowne gitarowe pojedynki. Solówki są soczyste, pełne feelingu i doskonale oddają ducha lat 80., podobnie jak samo brzmienie albumu — ciepłe, selektywne i odpowiednio „analogowe”. Wszystko to sprawia, że Sacred Leather potrafi naprawdę zachwycić na swoim nowym wydawnictwie.

Materiał jest przemyślany i zróżnicowany. Zespół uderza z impetem już na początku — „Spitfire at Night” to pełnokrwisty heavy/speed metalowy killer. Agresywny riff, szybkie tempo i wysokie partie wokalne tworzą mieszankę o niszczycielskiej sile. Podobne emocje wywołuje drapieżny „Phantom Highways”, w którym wyraźnie pobrzmiewa duch Judas Priest. Gitarowe popisy imponują pomysłowością i techniką — jest się czym delektować.

Przy „Wake Me Up” zespół nieco zwalnia tempo, skręcając w stronę bardziej hardrockowego feelingu. Jest lżej, bardziej melodyjnie, z wyraźnymi odniesieniami do stylistyki Scorpions czy Dokken. Z kolei „Fallen Angel” to udana fuzja heavy metalu i hard rocka — utwór nośny, przebojowy i bardzo klimatyczny. Sacred Leather wyraźnie bawi się konwencją, pokazując, że ma pomysł na własną tożsamość.

Epicki rozmach i niemal rycerska aura dominują w rozbudowanym „Tear Out My Heart”. W takiej odsłonie zespół również wypada znakomicie, imponując aranżacjami i umiejętnym budowaniem napięcia. Podobny klimat odnajdziemy w tajemniczym „Malevolent”, pełnym różnych smaczków i ciekawych rozwiązań. Do szybszego grania Sacred Leather wraca w dynamicznym „Keep the Fire Burning” — gdyby cały album utrzymany był w takim heavy/speed metalowym tonie, z pewnością jeszcze by na tym zyskał. Całość zamyka epicki, rasowo „true metalowy” numer „Mistress of the Sun”.

Gdyby Sacred Leather zdecydował się nagrać album w całości utrzymany w stylistyce pierwszych kompozycji, krążek mógłby być jeszcze mocniejszy. Momentami zespół zbyt mocno skręca w stronę hard rocka, co nie zawsze działa na korzyść całości. Mimo to potencjał drzemiący w tej formacji jest ogromny i bez wątpienia jeszcze nie raz o nich usłyszymy. To płyta zdecydowanie godna uwagi dla wszystkich, którzy kochają połączenie melodyjnego hard rocka i klasycznego heavy metalu.

Ocena: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz