Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1982. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1982. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 maja 2012

WITCHFYNDER GENERAL - Death Penalty (1982)


„Jedno z najwybitniejszych dzieł w okresie NWOBHM” z takimi opiniami można się spotkać w ramach debiutanckiego albumu angielskiej grupy WITCHFYNDER GENERAL. „Death Penalty” to dzieło które zawiera skrzyżowanie wczesnego BLACK SABBATH i JUDAS PRIEST, oczywiście nawiązując do stylistyki NWOBHM pod względem sposobu realizacji, wykonania utworów, gdzie jest ta głośna sekcja rytmiczna, z naciskiem zwłaszcza na partie perkusyjne Steva Kinsilla. Co warto wiedzieć o samym zespole? Ich początki sięgają roku 1979 i nazwę wzięto Generalnego łowcy czarownic, którym był Mathew Hopkins. Po wydaniu mini albumu w 1982 przyszedł czas na debiutancki album który również ukazał się w tym samym roku i była to udana próba odświeżenia nieco zapomnianej w owym czasie formuły starego rocka przesiąkniętym okultystycznym, mrocznym klimatem, a także wczesną działalność BLACK SABBATH. Skojarzeń z tym kultowym zespołem jest znacznie więcej, a to w sferze tego specyficznego, nieco mrocznego brzmienia, a także pod względem umiejętności, gdzie Zeeb Perkes znakomicie imituje Ozziego Osbourne'a i został on obdarzony podobną manierą, zaś gitarzysta Phil Cobe nawiązuje do stylu Tonniego Iommiego i te charakterystyczne zacięcia lat 70 dają o sobie znać zarówno w posępnych riffach jak i emocjonalnych solówkach.

Na albumie trafiło tylko 7 utworów co zapewnia rozrywkę na jakie pół godziny i w sumie dobrze, bo nie wyobrażam sobie, żeby ten krążek trwał dłużej. Zawartość debiutu to właściwie zbiór bardzo udanych kompozycji, utrzymanych na podobnym poziomie, lecz w tym wszystkim brakuje mi większego urozmaicenia. Ciekawym zabiegiem było otwarcie albumu za sprawą „Invisible Hate” który jest najdłuższą kompozycją i najbardziej rozbudowano. No i oczywiście pojawiają się zróżnicowane motywy, tak jak choćby balladowe intro, potem nieco szybsze motywy, a rozbudowana i urozmaicona solówka to bez wątpienia największa atrakcja tego kawałka. Bardziej przemawiają do mnie dynamiczne utwory, który pod każdym względem przypominają najlepsze dzieła BLACK SABBATH w latach 70 i tutaj należy wymienić wyborny „Free Country” czy też zadziorny „Burning Sinner” który nawiązuje do kultowego „Sabbath Bloody Sabbath”. Choć mamy jasno określone granice owej stylistyki WITCHFYNDER GENERAL to jednak jest pewne urozmaicenie, tak jak to ma miejsce w przypadku tytułowego „Death Penalty” gdzie jest i mroczny klimat, stonowane, ponure tempo, gdzie mamy ciekawy kontrast między partiami gitarowymi, a mocnym basem, który budują tą całą mroczną, ponurą otoczkę i ten element odgrywa tutaj znaczącą rolę. Bas wypełnia pustkę, którą właściwie powoduje brak drugiej gitary i trzeba przyznać, że czasami te partie przyprawiają o gęsią skórkę tak jak choćby to w początkowej fazie „No stayer” który z pomysłowego kawałka, przeradza się w dalszej fazie w takim typowy kawałek nawiązujący nieco do JUDAS PRIEST lat 70. Identyczne skojarzenia mam przy „Witchfynder general” gdzie jest i ten ciężar i zadzior JUDAS PRIEST jak i ponury klimat i takie nieco przybrudzone partie gitarowe w stylu BLACK SABBATH. Te ostatnie oczywiście dominują w tym urozmaiconym i pokręconym kawałku. Całość zamyka psychodeliczny „R.I.P” który oczywiście świetnie oddaje to co się działa przez te 30 minut podczas słuchania tego albumu.

Choć album jest bardzo dobry i sporo tutaj porządnej muzyki, to jednak z czystym sumieniem trzeba wytknąć kapeli prymitywną i mało przekonująca perkusję, a także brak osiągnięcia takiego poziomu muzycznego co BLACK SABBATH, który posłużył im za wzór do swojego stylu grania. Mimo wtórnego charakteru, mimo że to wszystko już gdzieś było i mimo faktu niższego poziomu niż choćby kompozycje BLACK SABBATH, to jednak album może się podobać. Album wzbudził kontrowersje poprzez specyficzną okładkę, a także zainteresowanie poprzez dobrą muzykę.

Ocena: 8/10

niedziela, 8 kwietnia 2012

MANOWAR - Battle Hymns (1982)


Nikt nie będzie podważał wpływu MANOWAR na muzykę heavy metalową, bo odcisnęli dość mocne piętno na tej muzyce. Jest szacunek, nawet i skromne wielbienie z mojej strony, ale mam czasami wrażenie, że niektóry albumy właściwie się wielbi tylko dlatego że jest firmowane etykietą MANOWAR. Mam dziwne przeczucie że niektóry albumy się po prostu zbyt bardzo przeceniane, gdzie tak naprawdę niczym specjalnym się nie wyróżniają. Tak wiem królowie metal i jeden z najlepszych zespołów heavy metalowych, a przynajmniej tak uważa większość zapalonych słuchaczy heavy metalu. Z jednym się zgodzę, w roku 1980r narodził się zespół wyjątkowy, który tworzył właściwie muzykę oryginalną, we własnym stylu. Zgodzę się z tym że na MANOWAR składają się znakomici muzycy, czyli Eric Adams jeden z najlepszych wokalistów heavy metalowych, który ma swoją manierę i niezwykły wachlarz umiejętności i właściwie bez niego ciężko sobie wyobrazić muzykę MANOWAR tak jak i bez lidera zespołu Joego Demaio który również ma specyficzny styl grania na basie, gdzie jest ciężar i mocno wybijający się przez warstwę gitar i głośny wokal Erica. Jest też Ross The Boss, który wg mnie jest najlepszym gitarzystą MANOWAR i właściwie albumy z jego udziałem najbardziej przypadły mi do gustu. Lecz akurat na na początku jeszcze nie pokazuje swoich prawdziwych umiejętności, jakby się dopiero rozgrzewał wygrywając bardziej rockowe riffy, mniej porywające melodie. Zgodzę się że debiutancki album „Battle Hymns „ z 1982 roku miał ogromny wpływ na ukształtowanie się amerykańskiego heavy metalu, ale nie mogę się zgodzić z tezą że jest to dobry album. Jeśli chodzi o wkład muzyków w ten album, to najsłabszym ogniwem jest tutaj perkusista Donnie Hamzik który gra bez przekonania, bez jakiegoś polotu i jego partie są po prostu monotonne. Co mnie też bardzo irytuje na tym albumie to niedopracowane brzmienie, powiedziałbym wręcz garażowe.

Jednak najgorsze z tego wszystkiego jest fakt, że właściwie jest mało metalu na tym albumie, jest więcej hard rocka i jakby wczesnego BLACK SABBATH za którym nie przepadam do końca. MANOWAR w pełni nie ukształtowany, wygrywający nierówne i mało przekonujące kompozycje. Wiecie co? Ja mam wrażenie że debiut to właściwie album jednego utworu. Jakiego? Tytułowy i to nie powinno być zaskoczeniem bo ten utwór oddaje to co najlepsze w tym zespole i to jest definicja ich stylu. Epickość, patos w melodiach, marszowa sekcja rytmiczna i ten duch bitwy w tle. Niezwykły klimat i pomysłowość i tak narodził się ich niepowtarzalny styl MANOWAR. Jeden z ich najlepszych utwór, jedna z tych kompozycja która jest wzorem do naśladowania i nie bez przyczyny. Jednak reszta kompozycji na tym albumie jest w cieniu tego wielkiego kawałka i raczej porażają brakiem pomysłów i kiepskich czasami nie metalowymi aranżacjami. „Death Tone” jest jak dla mnie nijaki, nawet jako kompozycja hard rockowa nie zachwyca. Motyw jakiś taki chaotyczny, bez jakiegoś ładu i tylko odrobina rytmiczności i nawet udany refren ratuję przed totalną klęską. Co warto wynieść z tego albumu to dość znany szerszej publiczności heavy metalowy „Heavy Metal Daze” z hard rockowym zabarwieniem. Jednak tutaj w końcu jest pomysł na samą konstrukcję, jest porządna aranżacja, które opiera się na starannie dobranych melodiach i przebojowości. Dobrze też się prezentuje kolejny miks heavy metalu z hard rockiem czyli rozpędzony „Fast taker” jednak to też jest tylko dobra, bardzo dobra kompozycja. Punkowe zaloty w „Shell Shock” czy też w „Manowar” niezbyt mnie przekonują i raczej są pretekstem aby uznać owe kompozycje za najsłabszy moment na albumie. Bardzo dobrze wypada też mroczny, ponury, nieco z psychodelicznym klimatem z lekką dozą epickości „Dark Avenger” gdzie można wyłapać coś z wczesnego BLACK SABBATH. I choć jest to pomysłowa kompozycja z dobrą aranżacją to i tak pozostaje w cieniu wielkiego „Battle Hymns”.

„Battle Hymns” to na pewno znaczący album w historii metalu, bo w końcu ukazał nieco inny styl heavy metalu, odegrał znaczącą rolę w amerykańskim metalu, zaprezentował w końcu nieco inne podejście do tematy i w końcu tutaj rodzi się jeden z najbardziej znaczących zespołów heavy metalowych. Jednak album w sam sobie jest nie równy, nie dopracowany i jak dla mnie mało metalowy. Gdyby tak cały krążek był taki jak tytułowy utwór to nie miałbym żadnych wątpliwości co do sławy i wielkości tego albumu. A tak mam wrażenie że zachwyty nad tym albumem są nieco przesadzone, bo jak dla mnie jest to album jednego utworu. Wybacz im, bo początki są zawsze trudne.

Ocena: 6/10

czwartek, 22 marca 2012

IRON MAIDEN - The Number Of The Beast (1982)


Dzisiaj mamy 22 marca 2012 roku i mało kto może wiedzieć że dzisiaj właściwie mija 30 lat od premiery od jednego z najbardziej kultowego albumu heavy metalowego, czyli „The Number Of The Beast” nikogo innego jak IRON MAIDEN. Album, który dość szybko został okrzyknięty jednym z najbardziej wpływowych albumów heavy metalowych i do dziś jest to bez wątpienia najbardziej rozpoznawalne wydawnictwo godnie reprezentujące swój gatunek. Album nie tylko przełomowy dla nurtu ale również dla samego zespołu. Wraz z tym krążkiem zaczął powoli odchodzić od NWOBHM na rzecz heavy metalu. Choć dwa poprzednie albumy żelaznej dziewicy były znakomite to jednak zespół jeszcze wyżej podniósł poprzeczkę jeśli chodzi o muzykę, stawiając na bardziej zróżnicowany materiał, stawiając na bardziej wyszukane melodie, jednocześnie zachowując swoją charakterystyczną przebojowość. Zostawmy na chwilę muzykę i wróćmy do aspektu historycznego, który i tutaj jest przełomowy dla kapeli. Kapela musiała zakończyć współpracę z dotychczasowym wokalistą – Paul Di Anno, a to z tego względu że był on wirusem, który działał negatywnie nie tylko na niego, ale i na zespół. Jego punkowy styl życia doprowadził do jego wyniszczenia i kiepskich występów podczas koncertu, co raz częściej kapela musiała odwoływać swoje występy. Coś trzeba było z tym zrobić. Zatrudniono nowego wokalistę, a mianowicie Bruce'a Dickinsona udzielającego się w SAMSON. Zazwyczaj zmiany na tak ważnym stanowisku nie służą zespołom i są to przeważnie zmiany na gorsze. Tutaj mamy odwrotnie i był to strzał w dziesiątkę, bo Bruce odmienił zespół, wprowadził żelazną dziewicę na wyższy poziom, poziom światowy. Do dziś jego nazwisko wymienia się jednym tchem jeśli chodzi o najlepszych wokalistów i nic dziwnego, skoro jego skala możliwości jest ogromna, a znakiem rozpoznawczym wysokie rejestry, do których Paul nigdy by nie dotarł.

Gdy się spojrzy na całą twórczość żelaznej dziewicy to można zauważyć, że właściwie każdy album otwiera dynamiczna, zwarta, szybka, pełna energii kompozycja, który jest miłym zaproszeniem do zapoznania się z całością. „Invaders” nie jest tutaj wyjątkiem, ba jest to ścisła czołówka jeśli chodzi o otwieracza tej kapeli. Tutaj jest wszystko perfekcyjne, począwszy od sekcji rytmicznej ze wskazaniem na urozmaiconą partię Cliva Burra, któremu słusznie nadano miano „najlepszego perkusisty na świecie” po nagraniu tego albumu. Duet Smith/Murray wniósł swoją grę na jeszcze wyższy poziom. Solówki są jeszcze bardziej zadziorne, bardziej urozmaicone i bardziej elektryzujące niż na poprzednich albumach. Jednak wszystko przyćmiewa nie kto inny jak Bruce, który dysponuje wręcz operowym głosem pozwalającym mu na balansowanie w wysokich rejestrach jak i w dolnych, gdzie śpiewa z dużym zadziorem. Lirycznie mamy nawiązanie do najazdów wikingów. Ballad IRON MAIDEN nie dorobił się zbyt wiele, ale liczy się nie ilość tylko jakość. „Children Of The Damned” to właściwie kawałek o dwóch obliczach. Spokojny, nastrojowy, wręcz balladowy początek, który ukazuje emocje, a także niezwykłe umiejętności Bruce'a, który właściwie dzieli i rządzi tutaj wspólnie z Adrianem Smithem, który wygrywa iście piorunującą solówką przesiąkniętą melodyjnością i szybkością. Utwór tym razem zespół inspirował się przy pisaniu tekstu filmem o tym samym tytule. Adrian Smith to nie tylko wyśmienity grajek, to także mistrz kompozytorstwo i zawsze miał on dość spory wkład w albumy żelaznej dziewicy. Jeden z jego pierwszych wielkich dzieł to bez wątpienia „The Prisoner” nawiązujący do brytyjskiego serialu o tym samym tytule i bardzo pomysłowym zabiegiem okazało się danie na rozpoczęcie kawałka takiego mówionego intra, który trzyma niesamowity klimat grozy. Sam utwór jest dynamiczny i mamy naprawdę przebojowy refren, który porywa słuchacza i zachęca do współuczestnictwa. Za czasów Di Anno powstał kawałek „Charlotte The Harlot” no i tutaj zespół postanowił pociągnąć historię z tamtego utworu nagrywając „22 Acacia Avenue” który jest kolejną 6 minutową kompozycją w której dzieje się sporo od szybkich, charakterystycznych galopad, od dynamicznej motoryki, ostrych riffów, bo bardziej wyszukane melodie, czy też bardziej spokojne, stonowane motywy. Ten album świat kojarzy właściwie z dwóch przebojów, które posłużyły do promocji albumu i lepszych utworów na single nie można było wybrać. „The Number Of The beast” to jeden z najbardziej znanych utworów żelaznej dziewicy, który właściwie jest grany na każdym koncercie i nic dziwnego bo jest to jest przebój jak się patrzy. Dynamiczny, chwytliwy, z prostym motywem gitarowym jak i łatwo zapadającym refrenem, no i ta demoniczna tematyka, która była pewnym novum jeśli chodzi o lirykę żelaznej dziewicy. Kapela znów błysła pomysłowością dając na otwarcie mroczny fragment cytowanej kwestii z Biblii dotyczącej antychrysta, sam pomysł narodził się w głowie Steva Harrisa za sprawą filmu „Omen”. Utwór przeszedł do historii zespołu jak i kanonu muzyki heavy metalowej o czym może świadczyć liczne covery innych zespół i umieszczanie w różnych filmach np. „Śmiertelna Wyliczanka”. Drugim hitem, który również przeszedł bardzo szybko do grona największych hitów IRON MAIDEN to singlowy „Run To The Hills”. Jest to kompozycja opowiadająca o walce amerykanów z Indianami utrzymana oczywiście w szybkim, rytmicznym tempie z zapadającą partią perkusyjną Cliva Burra i popisem wokalnym Bruca, która ciągnie ku jak najwyższym rejestrom. Pozycja obowiązkowa w setliście koncertowej IRON MAIDEN. Choć Harris właściwie maczał palce niemal przy całym materiale, to właśnie tam gdzie sobie odpuścił to słychać, że gdzieś uleciała przebojowość i słychać to w takim „Gangland” który właściwie jest nieco inaczej wykonany, nieco w innym stylu niż poprzednie utwory. Ale jest to kompozycja solidna i sporo ratuje tutaj atrakcyjna partia perkusyjna Cliva Burra. Również za słabszy moment można uznać nieco mroczniejszy, nieco momentami cięższy „Total Eclipse” który jakoś nie pasuje mi do tej całej układanki. Na koniec mamy wielki finał w postaci kultowego już „Hallowed By The Name” który bez wątpienia jest jedną z najlepszych kompozycji jakie kiedykolwiek stworzył Steve Harris i żelazna dziewica. Jest to najdłuższy utwór i dzieje się tutaj w ciągu 7 minut sporo. Przeplata się sporo rozmaitych motywów począwszy od spokojnego nastrojowego wejścia, po rytmiczne w dalszej części, bardziej stonowane, by potem przerodzić się w rozpędzoną petardę. Napięcie narasta tutaj stopniowo i to jest bardzo perfekcyjne skonstruowane. Nie sposób tego opisać to trzeba posłuchać.

„The Number Of The Beast” to jeden z najbardziej rozpoznawalnych albumów heavy metalowych, album pełen przebojów i atrakcyjnych kompozycji. Dla wielu fanów jeden z najlepszych krążków żelaznej dziewicy i w sumie nie ma się czemu dziwić, skoro stąd pochodzą największe przeboje zespołu. Płyta trzyma w napięciu od początku do końca i szkoda tylko że znalazły się tutaj dwie słabsze kompozycje, które zachwiały równość owego wydawnictwa. Minęło 30 lat a „The Number Of the beast” wciąż brzmi świeżo, wciąż zachwyca i wciąż przyciąga nowych fanów muzyki heavy metalowej i to jest magia tego albumu. Album przełomy dla zespołu, bo kapela szybko wzniosła na jeszcze wyższy poziom i szybko stali się gwiazdami. Najbardziej sprawiedliwa ocena w tym przypadku to 9.5/10, ale mam straszny sentyment do tego albumu i nie boję się dać maksymalnej oceny, bo ta płyta zasługuje na to za całokształt i odbicie swojego piętna na muzyce heavy metalowej.

Ocena: 10/10

sobota, 5 listopada 2011

DEMON - The Unexpected Guest (1982)

Jeśli debiut został ciepło przyjęty i wyznaczał pewne standardy danego zespołu, to po co to zmieniać, kiedy można ulepszyć formułę o większą dawkę melodii, o lepsze brzmienie, dać nutkę tajemniczości i mrocznego klimatu, którym przesiąknięta jest warstwa liryczna i podać to jeszcze raz. Tak też zrobił brytyjski DEMON w roku 1982 wydając „The Unexpected Guest”. Muzycznie jakiś wielkich konwergencji w stosunku do debiutu nie ma. Ale wszystko jest jeszcze bardziej dojrzalsze i jeszcze bardziej dopracowane. Patrz w tym momencie wyselekcjonowane brzmienie, w którym jest szczypta surowości charakterystyczna dla heavy metalowych płyt tamtego okresu, ale jest też trochę ciepła, które jest wyznacznikiem udanej płyty hard rockowej. Postęp w graniu zrobili muzycy i mam tu głównie na myśli wokalistę Dave'a Hilla , który popracował nad techniką i charyzmą, a to dało oczekiwany efekt czyniąc z niego jednego z bardziej z charakterystycznych wokalistów z Wielkiej Brytanii. Duet Les Hunt/ Mal Spooner też poczynił postępy grając to bardziej zadziornie, bardziej melodyjnie i te ich pojedynki odgrywają tutaj znaczącą rolę, żeby nie powiedzieć najważniejszą. To wszystko jednak są poboczne czynniki, bo i tak pierwsze na co zwraca się uwagę to materiał i to tutaj słuchacz dokonuje porównań z poprzednim albumem. Analogicznie jak na debiucie, zaczyna się mrocznym intrem czyli w tej roli „Intro: An Observation” i jeśli chodzi o klimat grozy i demoniczny wydźwięk, to jak na tamte czasy było to pewne novum. I również w dalszym ciągu mamy melodyjny, energiczny materiał, otoczony ciepłem i przebojowością z szczyptą hard rocka, a to wszystko spięte klimatem i stylem NWOBHM. Dużą sławę zespołowi przyniósł „Don't Break The Circle”, i w sumie duża w tym zasługa BLIND GUARDIAN, który z coverował ów utwór, jednak pozbawiając tej przebojowości, zadziorności i hard rockowego zacięcia, co właśnie przesądza o niepowtarzalności tego utworu. O podobnej strukturze, o podobnej dynamice jest również rozpędzony „Total Possesion” z hard rockowym refrenem, czy też przebojowy „ The Grand Illusion”. Doszukując się większych rozbieżności pomiędzy debiutem, a drugim LP, to trzeba przyznać że na krążku dominuje znaczna liczba hard rockowych kompozycji, z łagodnym wydźwiękiem, z ciepłymi melodiami i to świetnie oddaje „The Spell” z dość wyrazistym tłem klawiszowym, inteligentny „Sign Of Madman” gdzie słychać wpływy RAINBOW i pod względem partii gitarowych też jeden z atrakcyjniejszych kawałków na płycie. Pod względem komercji, łagodności wyróżnia się ciepły „Victim Of Fortune” czy też nastrojowa ballada w postaci „Strange Institution”. Na koniec nie można pominąć jeden z najlepszych utworów jakie stworzył DEMON, a mianowicie „Deliver Us From Evil” i to jest moja ulubiona kompozycja z tego albumu. A to wszystko przez chuligański refren, który wyśpiewany przez chórek robi wrażenie, a także przez wyeksponowanie melodyjnego riffu. Jeszcze do tego ta niezwykła rytmika. Patrząc na powyższe argumenty można dojść tylko do jednej konkluzji, a mianowicie do tego, że „The Unexpected Guest” to bardziej dojrzały album aniżeli „Night Of The Demon” i do tego jedno z najlepszych osiągnięć DEMON. Ocena: 8.5/10

środa, 2 listopada 2011

SCORPIONS - Blackout (1982)

Mało kto wie, że po wydaniu „Animal Magnetism”, że w dobie sukcesu i swojej sławy SCORPIONS groziło zawieszenie działalności czy też rozpad. A wszystko przez chorobę strun głosowych Klausa Meine. Frontman udał się na roczne leczenie, które i tak nie dawało gwarancji, czy wokalista wróci do zespołu i do swojej funkcji. Producent Dieter Dierks, chciał zbudować nowy zespół, ale pomysł legł szybko w gruzach, bo SCORPIONS to prawdziwy zespół, który tworzy zgrana paczka przyjaciół na dobre i na złe. Jednak po nocy przychodzi zawsze dzień. Klause uporał się z groźną chorobą, a zespół wrócił na szczyty i to do sławnie. A wszystko za sprawą dość heavy metalowego albumu „Blackout” z 1982 roku. Jeden z najlepszych wydawnictw niemieckiej formacji i to powiem wam każdy. Album perfekcyjnie dopracowany, a to pod względem technicznym dając krążkowi, rasowe heavy metalowe brzmienie, wypełniając go dużą liczbą przebojów, czego brakowało na poprzednim albumie, no i co ważniejsze mamy do czynienia z równym materiałem i do tego zróżnicowanym. W skrócie wrócono do koncepcji z „Lovedrive”. Czego jest najwięcej na tym albumie? Bez wątpienia porywającego heavy metalu, pełnego dynamiki, ostrości i czadu. Jakże świetnie to odzwierciedlają otwierający „Blackout” krótki „Now”, czy też rozpędzony „Dynamite”, który robi za najostrzejszą kompozycję. Tradycyjnie nie obeszło się bez pięknych łamaczy serc i tu okazale się prezentuje kultowy „When The Smoke Is Going Down” czy też chwytliwy „You Give Me All I Need”. Są również takie typowe kawałki, które nastawione są przede wszystkim na przebojowość i to idealnie oddaje „No One Like You”, nieco irytujący „Can't Live Without You” który stanowi zaplecze tego albumu. Również nieco odstaje rockowy „Arizona”, który ma nieco monotonny riff. Jednak najbardziej zaskakuje „China White”, który trwa 7 minut i nie jest to w żadnym wypadku ballada czy smętne granie. Oj nie. Jest zadziorny motyw gitarowy, w którym słychać nawiązania do LED ZEPELLIN, czy też innych klasycznych zespołów. Utwór zachwyca pod względem posępnego klimatu, a także nie banalnej aranżacji, bez wątpienia jeden z najlepszych, ambitniejszych utworów SCORPIONS. Kto by pomyślał, ze po chorobie Klaus będzie w takiej formie? A jest i to w bardzo wysokiej i bez wątpienia jest to kolejna zaleta tego krążka. Również pod względem instrumentalnym jest o niebo lepiej niż na poprzednim albumie, są w końcu energiczne partie gitarowe, jest czad i melodyjność, a i przebojów nie brakuje. Klasyka SCORPIONS, którą zdobi najlepsza okładka zaprojektowana przez Gottfrieda Helnweina. Ocena: 9.5/10

wtorek, 11 października 2011

KROKUS - One Vice At a Time (1982)

Szwajcarski KROKUS nigdy nie krył swojej fascynacji i zamiłowania do legendy hard rocka, a mianowicie AC/DC. Już na początku lat 80 i muzyka stała się wręcz podobna do elektryków. Warto jednak podkreślić, że zawsze pojawiały się kwestie, które różniły oba zespoły. Takie jak choćby heavy metalowy charakter KROKUS, czy też kilka melodii, partii gitarowych, które nijak się mają do zespołu Angusa Younga. Pod względem analogii i skojarzeń z AC/DC punktem kulminacyjnym okazał się w latach 80 „One Vice At a Time”, który przeszedł do historii zespołu jako jeden z ich najlepszych albumów. Po raz kolejny zaszła zmiana na stanowisku producenta i tym razem zatrudniono do współpracy Toniego Platta, który współpracował z takimi zespołami jak choćby SAMSON, IRON MAIDEN, czy też AC/DC. Jednak to nie jedyna zmiana personalna w stajni KROKUS. Również w szeregach zespołu pojawił się nowy gitarzysta, a mianowicie Mark Kohler, który pod względem technicznym miał do zaoferowania więcej niż Kiefer. „One Vice At a Time” ukazał się w roku 1982. To co przesądza o tym, że mamy do czynienia z jednym z najlepszych albumów KROKUS to fakt, że został położony duży nacisk na przebojowość, którą można uświadczyć choćby na „Metal Rendez Vous”, czy też na albumach AC/DC i pod tym względem można „One Vice At a Time” porównać do słynnego „Highway to Hell”. Jednym z najsłynniejszych hiciorów z tego albumu jest "Long Stick Goes Boom" który jest najdłuższą kompozycją na płycie. To jest przykład, że można grać pod AC/DC do tego nie być przy tym nudnym, czy też przewidywalnym. Utwór nie tylko pod względem konstrukcji, stylu, czy też pod względem melodii jest identyczny do tych granych przez AC/DC, ale również pod względem hard rockowego brzmienia, które zagwarantował Tony, który również był odpowiedzialny za brzmienie „Highway to Hell”. Prosty riff, chwytliwy refren i energiczne popisy gitarowe to coś co charakteryzuje większość utworów na tej płycie. Słychać to w przebojowym „Bad Boys Rag Dolls”, w koncertowym „Playing The Outlaw, w którym słychać identyczny riff jaki AC/DC wygrywało przy utworze „TNT”. Nieco inny wydźwięk ma mój faworyt czyli „To The Top”. Jest stonowane tempo, jest więcej heavy metalu, choć też nie brakuje tutaj hard rockowego zacięcia pod KISS, czy też AC/DC. Kompozycja jest również pod względem rozbudowanych popisów gitarowych duetu Von Arb/ Kohler, którzy są w szczytowej formie co zresztą słychać choćby w rozpędzony „Rock' n Roll” w którym można się doszukać starego DEF LEPPARD. AC/DC to zawsze ta charakterystyczna nieco jednostajna sekcja rytmiczna i charakterystyczny wokal i to właśnie słychać w zadziornym „Down The Drain” czy też w chwytliwym „I'm On The Run”. Oba utwory to udane kopie stylu grania AC/DC. Podobnie jak na „Hardware” tak i tutaj znalazł się cover zespołu THE GUESS WHO. Tym razem wybór padł na „American Woman” i utwór brzmi jak ich autorski.

„One Vice At a Time” to album, który właściwie mógłby by się ukazać pod koniec lat 70 pod logiem AC/DC i zapewne każdy by się dał nabrać. Mamy Marca Storace, który jest drugim Bonem Scottem i to on jest jedną z osób odpowiedzialnych za sukces tego albumu. Potrafi śpiewać zadziornie i przede wszystkim z hard rockowym feelingiem i odrobiną szaleństwa, którą cechował się Bon Scott. Sekcja rytmiczna jest analogiczna do tej z albumów elektryków. Można temu albumowi zarzucić wtórność, czy też zbyt dużo nawiązań do AC/DC, ale to jest właśnie urok tego krążka. Jest przebojowość, szaleństwo i luzactwo, którego pełno choćby na albumie „Highway to Hell” jest też heavy metal co słychać w partiach gitarzystów, którzy są motorem tej całej machiny i słychać że z każdym albumem muzycy się rozwijają. Płyta jest kierowana przede wszystkim do fanów hard rocka spod znaku AC/DC, a dopiero potem do fanów heavy metalu. „One Vice At a Time” przyczynił się do tego, że KROKUS zaczął być rozpoznawanym w Europie czy też w Stanach Zjednoczonych. Klasyka heavy metalu/ hard rocka. Ocena: 9.5/10

sobota, 27 sierpnia 2011

ACCEPT - Restless and Wild (1982)

Fani muzyki heavy metalowej niemalże jednym głosem nazywają „Heaven and hell”, „The number of the Beast” albo „Restless and Wild” Acceptu i trudno się nie zgodzić z tym określeniem. 4 album niemieckiej kapeli ukazał się rok po wydaniu przełomowego „Breaker”, czyli w 1982 roku. Z zespołu odszedł Jörg Fischer, a jego miejsce zajął Herman Frank, z tym że partie gitarowe na albumie zagrywał tylko Homffamann. Mówi się, że Accept jest toporny i w sumie nie trudno się z tym zgodzić, ale albumy z Fisherem są łagodniejsze, bardziej hard rockowe niż te bez niego, przypadek? O ile „Breaker” jako pierwszy był taki heavy metalowy jeśli chodzi o Accept, ale zespół na „Restless and Wild' zrobił jeszcze krok do przodu i nagrał od początku do końca, rasowy, energiczny, nieco brudny i nieco toporny heavy metal, który jest wizytówką Niemieckiej sceny. Styl i komponowanie z poprzednika zostały zachowane, ale porzucono hard rocka na dobre. Znów nieco kiczowata okładka, ale i tak milsza dla oka. Album kultowy, album może i genialny, album jeden z najlepszych w dyskografii zespołu, ale czy perfekcyjny?

Wątpliwości co kultu nie ma w przypadku intra i samego otwieracza „Fast as Shark”. Nie mam wątpliwości co do tego, że to najszybszy, najostrzejszy kawałek Accept. Tutaj śmiało można się doszukiwać korzeni power i thrash metalu. Utwór od początku do końca jest dynamiczny. Mamy podwójną stopkę, ostry jak brzytwa riff, mamy też ostrzejszy i bardziej pewny wokal Udo i top jest ten wokal do jakiego przyzwyczaił nas Dirkschnieder. Kawałek ostry, ale też melodyjny i chwytliwy o czym może świadczyć jeden z najlepszych refrenów Accept. Można się doszukiwać inspiracji JP, ale tutaj mamy rasowy Accept, tutaj nakreślili swój styl, który stał się inspiracją dla kolejnych pokoleń muzyków heavy metalowych. Ta kompozycja przeszła do historii metalu i Accept. Klasykiem okrzyknięto też tytułowy „Restless and Wild” i tutaj nieco inny kaliber heavy metalu. Bardziej stonowane tempo, skoczny riff i sporo zmian melodii, riffów i słychać atrakcyjną grę Hoffmana. Oprócz charakterystycznej melodii i tempa dla Accept mamy też w końcu te charakterystyczne chórki, były inspiracją dla wielu kapel heavy metalowych. Kawałek bardzo koncertowy, co może zawdzięcza gorącemu i takiemu idealnemu pod publikę refrenowi. Utwór bardzo dobry, ale arcydziełem nie mogę go nazwać. Jak słyszę za każdym razem riff "Ahead Of The Pack" i to skoczne tempo to mi się przypomina Iron Maiden, ale to nie dziewica to Accept. Znów te charakterystyczne tempo, rasowe niemieckie riffy. Kolejny genialny kawałek, który pokazuje że można grać atrakcyjny, skoczny i bojowy heavy metal. Genialny poziom zespół utrzymuje w kolejny ciekawym utworze „Shake your Heads” tutaj Hoffmann gra pierwszoplanową rolę. To właśnie otwierający riff, to właśnie skoczne partie gitarowe w dalszej części utworu, a także rasowe i takie typowe dla Hoffmana i Accept solówki są najlepsze w tym utworze. Bo czy ten prosty refren z wokalem Udo dałby radę wycisnąć taki poziom? Wątpię. Tak Hoffmann jest motorkiem, jest tym którym napędza utwór, a Udo mu tu tylko towarzyszy i uzupełnia to czego brakuje. Refren taki w miarę przebojowy, jest łagodny i może nawet hard rockowy, ale ważne że jest chwytliwy i kawałek zaliczam również do tych najlepszych na płycie. Klasykiem tez jest „Neon Nights” który właściwie skomponowała ich menadżerka i żona Hoffmana – Deaffy. Kawałek ma niesamowity, taki mroczny klimat, jest też najbardziej emocjonalnym utworem, który sporo cech ma z ballady, ale taką do końca też nie jest. Jedno trzeba przyznać, kawałek oddaje to co najlepsze w Accept, oddaje ich charakter i styl. Mamy mieszane tempa, raz wolniej, a raz szybko, mamy te charakterystyczne melodie wygrywane przez utalentowanego Hoffmana, mamy też chwytliwy refren. Po raz kolejny mamy świetną solówkę, jedną z tych najlepszych w karierze Wolfa i trzeba przyznać, że pod tym względem album zachwyca i jest naprawdę killerski. Nieco loty obniża tylko dobry „Get ready”. Mamy rockowy riff, mamy też nieco w stylu Def Leppard czy Kiss refren i ogólnie jest to miks heavy i hard rocka. Nic specjalnego, ale jest miłe dla ucha. Najmroczniejszy i taki najbardziej demoniczny jest właśnie „Demon's Night” który utrzymany jest w średnim tempie, ale nieco żwawsze partie gitarowe też się znajdą. Znów Hoffmann popisuje się swoim umiejętnościami i co tu dużo mówić, gdyby nie on to nie wiem czy Accept byłby taki znany. Udo tak przez swój wokal, a zespół na pewno nie. Kolejnym klasykiem i jedną z takich najlepszych kompozycji na albumie jest „Flash rockin Man” słyszę nieco Saxon, nieco Judas Priest, ale jest tutaj najwięcej oczywiście samego Accept. Bardzo ostra partia gitarowa, taka soczysta, taka mięsista i do tego skoczna. Agresji i melodyjności nie można odmówić kawałkowi. Nawet krzyk Udo tutaj podgrzewa atmosferę. Nieco wyróżnia się hard rockowy "Don't Go Stealing My Soul Away" który jest ukłonem w stronę Ac/Dc. Kawałek jakoś mi nie pasuje do tego ostrego heavy metalowego łojenia. Ale cóż w sam w sobie jest to bardzo dobry kawałek, który ma jeden z fajniejszych, takich luzackich refrenów jakie Accept stworzył w całej karierze. Klasykiem i takim moim numer 1, który i tak ciężko wybrać na tym albumie jest zamykający „Princess of the dawn”, który znów skomponowała Deaffy na spółkę z Accept. 100% heavy metalu, 100% czystego Acceptu. Styl nie do podrobienia. Tyle zespołów grało w tamtych czasach, a zespół mimo to wykrystalizował swój własny, nie do podrobienia styl. Jak dla mnie Hoffmann zagrał jeden z najlepszych riffów w swoim życiu i jedną z najpiękniejszych solówek. Sekcja rytmiczna tutaj fajnie buja, taka bardzo skoczna i to od razu słychać że to Accept. Mamy też Udo który, stara się nieco tajemniczej śpiewać i też mu to wychodzi genialnie. Najdłuższa kompozycja na albumie i zarazem jak dla mnie obok szybkiego otwieracza najlepsza.

Restless and Wild to klasyk jeśli chodzi o heavy metal, to jedna z najlepszych płyt zespołu, a także tych z roku 1982 przynajmniej dla mnie. Album wyrównany i zagrany na bardzo wysokim poziomie. Jednakże do perfekcji troszeczku brakuje. Mamy odstający „Dont go...” czy „Get ready”, ale mamy tez długą listę klasyków. Zespół rozwinął się na tym albumie, zrobił jeszcze jeden krok do przodu jeśli chodzi o ich muzykę i w końcu wykrystalizowali swój własny,oryginalny styl, a tego nie da się kupić. To trzeba wypracować. Nota: 9.5/10

piątek, 24 czerwca 2011

RAINBOW - Straight between the eyes (1982)





Rok 1982 rozkwit Iron Maiden i całego gatunku NWOBHM. Z tym, że nie każdy zwracał uwagę , nie każdy uległ, nie którzy po prostu olali sprawę i grali..dalej swoje. Takim przykładem z pierwszej ręki jest Rainbow. Rok od wydania komercyjnego „Difficult To Cure” w którym pierwszy raz za prezentował się jeden z moich ulubionych męskich wokalistów – Joe Lynn Turner, który dla mnie jest specem od hard rockowego grania. W takim kierunku też podążał zespół Rithciego Blackmore'a. Difficult miał kilka dobrych kompozycji jednakże czegoś brakowało. Tym razem rok od tego albumu zespół wydaje kolejny krążek „Straight Between the Eyes”. W końcu nieco lepsza okładka zdobi krążek Rainbow, bo ostatnio z tym było kiepsko jeśli chodzi o ten zespół. Tym razem zespół ograniczył się wyłącznie do typowych utworów, gdzie nie ma czasu na instrumentalne popisy i wzdychania przy przeróbkach czy też nucenia sobie pod nosem pop rockowych kawałków. Zespół postawił na kompozycje swoje autorstwa, postawił na geniusz gitarowy Ritchiego w riffach jak i solówkach oraz na Turnera, który miał rozgrzewać słuchacza. Trzeba przyznać, że ten pomysł zrobił na mnie wrażenie, bo uzyskali w ostatecznym efekcie znakomity krążek. Album ma więcej werwy, ma więcej chwytliwych melodii, a i obciachu nie ma. Jeśli chodzi o personalia to w składzie Rainbow pojawił się nowy klawiszowiec David Rosenthal i trzeba przyznać że talentu mu nie brakuje i nie raz wyciąga utwór na wyższy poziom artystyczny. Całość otwiera „Death alley Driver” typowa petarda w stylu Ritchiego. Szybko, melodyjnie i chwytliwe. Jest to jeden z tych bardziej znanych i lubianych utworów z tego albumu, dziś często grany przez Turnera na koncertach. Nie ma się czemu dziwić skoro kawałek fajnie buja i porywa. Refren należy zaliczyć do tych bardzo udanych. Co pierwsze się rzuca też na słuch to lepsza forma Turnera. Słychać że jest bardziej pewny siebie i że poczynił postępy w śpiewaniu. No i w końcu można posłuchać też jakiś dłuższych popisów Ritchiego, bo ostatnio jakoś miał okrojone solówki. Przedsmakiem tego co będziemy mogli usłyszeć na następnym albumie jest również okryty sławą „Stone Cold”. Jest klimat, jest melancholia, jest wzruszenie. Tutaj Turner i Blackomore bawią się naszymi uczuciami. Sam utwór pretenduje do pięknej ballady rockowej. Refren roztopi każde zimne serce. Słychać w tym utworze znaczącą rolę Turnera jako kompozytora, ponadto warto podkreślić, że Turner jak mało kto pasuje do takich utworów. Nieco mniej wyrazisty jest „Bring on The Night” pomimo że jest bardzo skoczny i radosny. Jednakże riff nijaki, melodie też jakieś bez polotu. Szkoda, można było z tego nieco więcej wycisnąć. Dobrze się tego słucha, choćby za sprawą miłego refrenu, choć też gdzieś w popowych kawałkach lat 80 też gdzieś coś podobnego leciało, konkretnego przykładu nie podam bo nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. Czy popowy czy nie, dobrze że nie przeszkadza to w odbiorze i przyczynia się do tego że fajnie się tego słucha. Ritchie najwięcej dał z siebie przy solówce, szkoda że tylko tam. Każdy zawsze i wszędzie ma swoje jakieś faworyty na danej płycie. Podyktowane owe wybory są gustem i tym co komu w duszy gra. Jako że kocham hard rock z duszą, z polotem i bardzo skoczny, to też moim takim nr.1 jest „Title squeeze”. Takie utwory powstają rzadko, a Ritchie ich trochę stworzył, takie tempo i skoczny riff nasuwa mi tylko jeden album - „Rising”. Z tym, że utwór jest bardziej rockowy. Nie można się od niego uwolnić i muszę go słuchać kilka razy. Właśnie za takie cudeńka kocham Rithciego. Po bujającym kawałku, przeszła chwila na delektowanie się prawdziwie pięknym „Tearing Out my heart” i tutaj znów Turner udowadnia że jest jedynym w swoim rodzaju w takim graniu. Ileż w tym emocji, ekspresji ile w tym serca. Taka kompozycja jednym się spodoba, a innym może nie przypaść do gustu. Wszystko zależy od tego, czy ktoś docenia piękno w muzyce. Również bardzo hard rockowy jest „Power”, który nadawałby się na potańcówkę. Po raz kolejny można się do słuchać jak zespół położył duży nacisk na tym albumie na proste i chwytające refreny i łatwo w padający i bujający główny motyw gitarowy. Trzeba przyznać, że odniosło to swój sukces, bo płytę przez to się słucha z przyjemnością, a sporo część utworów odbija swoje piętno na słuchaczu. Kolejną nieco spokojniejszą kompozycją jest „Miss mistread” który idealnie by pasował do następnego albumu. Hard rock pełną gębą, prosty chwytliwy riff, wokal Turnera który stwarza miły klimacik, taki bardzo ciepły. Również i tutaj główną rolę odgrywa prosty refren. Dla mnie to jest kolejny mocna kompozycja na tym albumie. „Rock Forever” też hard rockowa petarda. Może momentami nieco wiejski, ale wrażenia po przesłuchania tego kawałka jak najbardziej pozytywne. Przecież nie wszystko musi być takie śmiertelne poważne, trochę radosnego hard rocka jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Płytę zamyka najdłuższa kompozycja na tym albumie „Eyes Of Fire”. Ten utwór nasuwa przy najmniej mi najlepsze lata tego zespołu. Przypomina okres z Dio, a to choćby za sprawą monumentalnego, nieco operowego klimatu. Ritchie zawsze miał talent do długich utworów. Tutaj nieco odstąpiono od zasady prosty riff i chwytający refren. Jest nieco progresywnie, ale w takich klimatach zespół też budzi podziw. Gwiazdą tego utworu jest nie kto inny jak Ritchie.
Płyta się kończy mocnym akcentem i jedyna rzecz jak mi się nasunęła : „Co to już?”. Album jest tak przyjemny w odsłuchu, że czas płynie szybko. Pomaga w tym również fakt, że album liczy 9 utworów, z czego większość trwa po te 4-5 minuty. Można było jeszcze coś skręcić. Są to tylko takie sprawy techniczne, bo pod względem kompozytorskim nie mam zastrzeżeń. Zespół wydał w końcu konkretny album na jaki się czekało od kilku lat. Poprzedni difficult To cure jak i Down To earth miało kilka drobnych potknięć. Tutaj ciężko się takowych doszukać, no chyba że ktoś ma problem z radosnym hard rockiem czy z popowym refrenem. Ode mnie 9,5/10 i gorąco polecam, Ritchiego Blackmore nigdy za dużo.