Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2002. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2002. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 czerwca 2014

WOLF - Black Wings (2002

Bo jeden album utrzymany w tonacji starego Iron Maiden to za mało dla szwedzkiego Wolf. Wyciągnięto wnioski z wpadek na debiucie i tak o to Wolf nagrał „Black Wings”, który można potraktować jak swoistą kontynuację „Wolf”. Z tym, że zespół jest już bardziej doświadczony, bardziej ograny i pewniejszy siebie. Z większą dumą starają się urozmaicić swój styl. W efekcie otrzymaliśmy niby to co w 1999, ale „Black Wings” okazał się lepszym wydawnictwem.

Przemawia za tym wiele aspektów. Co ciekawe zespół przywitał w swoich szeregach nowego gitarzystę, a mianowicie Johana Bulowa i sprawił on że partie gitarowe są bardziej techniczne niż na poprzednim albumie. Jest w tym wszystkim duch żelaznej dziewicy i a nawet żywa kopia, ale tym razem słychać że Wolf dał więcej z siebie. Dodał nutkę progresywności, jest mroczniejszy klimat, Olssen śpiewa agresywniej, ale śpiewa po swojemu i nikogo nie udaje. To dobrze, bo po co nam klon Dickinsona? Wolf z nieoswojonego debiutanta przerodził się w prawdziwego wilka, który jest głodny sukcesu i chce wygryźć konkurencję. Udało im się dopracować styl już niemal do perfekcji. Pozostała ta typowa dla nich brytyjska sekcja rytmiczna i wygrywanie serii ciekawych melodii i riffów. To jest to co napędza ten zespół. Duże ilości złożonych motywów, przejścia i przyspieszenia, czy bawienie się melodiami. Daje to pożądany efekt, co potwierdza „I Am the Devil”. Dzieje się tutaj naprawdę sporo i zarówno Olsson jak Bulow dwoją się i troją by nie brakowało nam emocji, zaskoczenia i dobrej heavy metalowej zabawy. To jest właśnie prawdziwe piękno heavy metalu i to jest co każdy fan gatunku doceni. Iron Maiden jest dalej z Wolf i otwieracz „Night stalker” to dobitnie ukazuje. Jest coś z czasów „Killers”, ale tym razem Wolf odważnie zabiera nas w rejony heavy/power metalu. To już stawia drugi album wyżej od poprzednika. Takiej energii, takiego dopracowania, takiego pazura brakowało mi na „Wolf”. Już w „Demon Bell” zespół wyraźnie daje sygnał, że potrafią też pójść w stronę mroczniejszego grania spod znaku Mercyful Fate”. Nawet dziwi tutaj obecność covera tego zespołu w postaci „A Dangerous Meeting”.Na wyróżnienie zasługuje rozpędzony „The Curse”, bardziej progresywny „Unholy Night”, który jest czymś zupełnie innym niż kalką ironów, no i power metalowy „Genocide”.

„Black Wings” można uznać za album przełomowy dla Wolf. Zadbano o profesjonalne, agresywne brzmienie, które podkreśla jak cenni są dla tego zespołu gitarzyści. Ten aspekt tutaj brzmi jeszcze lepiej niż na debiucie. Nie ma wałkowania w kółko jednego motywu, nie ma mielizn i nie potrzebnych dłużyzn. Dobrze to zostało wyważone. Zostało wzorowanie na NWOBHM, melodyjność, tworzenie równego materiału. Ten album to też potwierdzenie potencjału muzyków, a także ich osobiste podszkolenie swoich umiejętności, które odbiły swoje piętno na poziomie prezentowanej muzyki. Jeden z najlepszych albumów Wolf.

Ocena: 9/10

czwartek, 5 czerwca 2014

STEEL WARRIOR - Army of the Time (2002)

Gdy się przyjrzy brazylijskiej scenie power metalowej to można znaleźć wiele ciekawych zespołów i jednym z nich jest bez wątpienia Steel warrior. Formacja założona z inicjatywy braci Yu w 1996 roku, czyli w okresie wielkiego wysypu power metalowych kapel. Może nie odnieśli takiego sukcesu jak Angra, ale udało im się wybić na arenie międzynarodowej, a wszystko za sprawą europejskiego wydźwięku. Ich najlepszym albumem jest „Army Of The Time”, który ukazał się w 2002 roku.

To co czyni ten album godny uwagi to nie tylko klimatyczna, taka rycerska okładka, ale przede wszystkim znakomity, dopracowany materiał, który nas zabiera w prawdziwą podróż w najlepsze rejony power metalu. Uświadczymy granie wzorowane na Gamma Ray, Helloween, Running Wild, czy też Blind Guardian. Może i nie ma w tym za grosz oryginalności, to jednak Steel Warrior udowadnia, że można w takim oklepanym stylu się odnaleźć i coś jeszcze z tego wycisnąć. Uwagę od samego początku przyciąga wokalista Andre Fabian, który ma specyficzną manierę i styl śpiewania. Jednak ciężko sobie wyobrazić Steel Warrior z innym wokalistą. Andre i Boon dobrze sobie radzą w aspekcie partii gitarowych i właściwie to jest największy atut tej płyty. Spora dawka szybkich, energicznych riffów, złożone solówki, które ukazują jak powinno się grać power metal. „Army of the Time” znakomicie to obrazuje. Gdzieś tam słychać Running Wild i Gamma Ray, a wszystko podane w rycerskim klimacie. Jak tutaj nie zachwalać takiego grania? Klimat Blind Guardian zostaje osiągnięty w „Guardians of the desert Sea”. Spokojne, akustyczne otwarcie i podobna konstrukcja czyni ten utwór kolejnym hitem. Power metal pełną gębą mamy w „Spell of witche's world”. Zawsze śmieszą takie tytuły jak „Power Metal”, i w sumie jest to jeden z słabszych utworów na płycie. Po prostu za mało mocy, a sam pomysł na motyw nieco chybiony. Sporo tutaj udanych melodii i właściwie co utwór słychać coś intrygującego i godnego zapamiętania. Wystarczy posłuchać „The First warrior” czy „You'r magesty return” żeby w pełni to pojąć.

Gdyby tak popracować jeszcze nad brzmieniem i niektórymi aranżacjami to z pewnością płyta była bardziej agresywniejsza i miała prawdziwego kopa. Jednak i tak nie jest źle, bo „Army of The Time” znakomicie definiuje styl jakim jest power metal. Dla fanów tego grania pozycja obowiązkowa.

Ocena: 7.5/10

sobota, 21 września 2013

BLAZE - Tenth Dimension (2002)

Ciężka praca popłaca i czasami potrafi przynieść niezłe rezultaty. O tym się przekonał Blaze Bayley. Już od samego początku swojej kariery tym imponował. Potrafił tworzyć urozmaicone i pokręcone kompozycje które napędzały Wolfsbane i potem Iron Maiden. Brakowało stabilizacji, brakowało może własnego miejsca w heavy metalu. To udało się osiągnąć z własnym zespołem sygnowanym imieniem muzyka czyli Blaze. Po dobrym przyjęciu debiutu „Sillicon Messiah” ruszały pracę nad następcą i w 2002 roku pojawił się „Tenth Dimension”.

Słowo „kontynuacja” idealnie pasuje do koncepcji albumu, do stylu, do wydźwięku kompozycji i samego poziomu utworów. Kto poznał uroki debiutanckiego albumu Blaze ten nie mógł czuć rozczarowania, bo właściwie dostaliśmy udaną kontynuacją tego co prezentował debiut. Mroczny klimat, ciężkie i agresywne partie gitarowe Wraya i Slatera, dynamiczna sekcja rytmiczna i ponury, drapieżny wokal Blaze'a, który wszystko podkreślał swoją nietypową barwą głosu. Również i tym razem postawiono na soczyste brzmienie. Stylistycznie Blaze dalej gra heavy metal i to w dobrym wydaniu. „Tenth Dimension” to właściwie taka pigułka tego do czego nas przyzwyczaił już Blaze w przeciągu swojej dotychczasowej kariery. Mamy więc dynamiczne, przebojowe kawałki, które są przesiąknięte erą Iron Maiden. Wyraźnie to słychać w takich perełkach jak „Kill and Destroy”, „Speed Of Light”, czy „Tenth Dimension”. Z kolei takie rockowe kawałki jak „Meant to Be” czy „Land Of The Blind” przywołują na myśl Wolfsbane. Na co warto zwrócić uwagę jeszcze na albumie? Na rozbudowany „Stranger To The Light” czy też energiczny „Leap Of faith”, który mimo upływu czasu wciąż robi ogromne wrażenie.

Po raz kolejny Blaze nagrął solidny album umacniając jednocześnie swoją pozycję na rynku muzycznym. Na „Tenth Dimension” nie brakuje odesłań do przeszłości, ale Blaze postanowił dalej trzymać się własnego stylu, tworzyć własną muzykę, niekoniecznie bawić się w kopiowanie Iron Maiden czy Wolfsbane, za co należy się szacunek. Pozycja obowiązkowa dla fanów Blaze'a.

Ocena: 6.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

sobota, 16 lutego 2013

CRYONIC TEMPLE - Chapter One (2002)


Heavy/power metal to gatunek dość szeroki i zespołów świetnie grających nie jest tak łatwo policzyć i ten kto lubi VHALDEMAR, STORMWARRIOR, ten kto lubi HELLOWEEN czy GAMMA RAY w rycerskiej oprawie ala MANOWAR, z domieszką JUDAS PRIEST czy IRON MAIDEN ten z pewnością powinien zapoznać się z szwedzką formacją CRYONIC TEMPLE. Choć zespół potrafi przyprawić o uśmiech za sprawą śmiesznych ksywek jak Glen Metal, czy też nieco kiczowatą szatą graficzną, to jednak są to specjaliści od grania heavy/power metalu. Kapela powstała w 1996 roku i od tamtego czasu wydała 4 albumy, z czego „Chapter One” ukazał się w 2002 r. Niby debiutancki album, to jednak ma cechy albumu doświadczonej formacji, który wie jak zadowolić fana takiego grania, która nie ma problemu stworzyć album na wysokim poziomie, nie tworząc niczego nowego.

„Chapter One” to dobry przykład tego, że można grać wtórnie, że styl prezentowany przez ów zespół może być przesiąknięty oklepanymi patentami znanymi z płyt HAMMERFALL, VHALDEMAR, MANOWAR, IRON MAIDEN czy GAMMA RAY, że można grać jak wiele innych kapel, ale równie ciekawie, atrakcyjne, z zaangażowaniem i pomysłowością. Power metal jest w dużej mierze kojarzony z słodkością, jednak ta tutaj jest ograniczona, wręcz wyeliminowana, a wszystko za sprawą mocnego, heavy metalowego brzmienia i ostrych gitar, które brzmią tak jak powinny, a więc zadziornie, drapieżnie, z wyczuciem rytmu, melodyjności i przebojowości. Pod tym względem duet Collin/Ahonen spisał się znakomicie czyniąc debiutancki album bardzo melodyjny, energiczny, przebojowy i żywiołowy, a więc taki jaki być powinien album power metalowy. Większość słuchaczy nie cierpi power metalowych wokalistów, bo piszczą i nad używają śpiewania w górnych rejestrach. W CRYONIC TEMPLE nie ma tego problemu bo wokalista Johan Johannsson ( Glen Metal) ma naturę wokalisty heavy metalowego, co sprawia że całość brzmi o wiele drapieżniej. Dlaczego ten zespół zalicza się do tych najlepszych w tym gatunku? Receptą tej szwedzkiej formacji jest granie dynamicznego heavy/power metalu, z prostymi melodyjnymi motywami, solówkami i zapadającymi w pamięci refrenami, które przesądzają o tym, że to co gra CRYONIC TEMPLE jest atrakcyjne dla potencjalnego słuchaczy. Debiutancki album tego zespołu ukazało to, że proste granie nie oznacza faktu, że musi być nudne i męczące, że mało oryginalny styl nie oznacza, że zespół nie ma pomysłu na melodie, kompozycje, przeboje, zaś melodyjność nie musi oznaczać cukierkowatość. Choć jest to oklepane granie, to jednak jest to radosne i miłe dla ucha granie. Dopracowanie brzmienia, umiejętności muzyków nie budzą wątpliwości co do poziomu tego albumu, a jak jest z kompozycjami?

Mamy tutaj 9 znakomitych kompozycji, utrzymanych w heavy/power metalowej formule i żadnej kompozycji nie brakuje atrakcyjnych melodii, bojowego refrenu, który rozgrzeje nie jednego słuchacza, czy też ciekawych pojedynków na solówki. „Heavy metal never Dies” to przykład połączenie power metalu z heavy metalem i to połączenie jest naprawdę ciekawe. Słychać w tekście i rycerskim refrenie MANOWAR, zaś w sferze gitarowej europejskie kapele grające power metal, a więc coś z GAMMA RAY, czy HELLOWEEN. W podobnej konwencji utrzymany jest szybki „Warsong” , melodyjny „King Of transylvania” , przebojowy „Mighty warrior” z takim refrenem w stylu HAMMERFALL czy MANOWAR. Nie brakuje tutaj heavy metalowego hymnu w postaci „Metal brothers”, nie brakuje rozbudowanego kawałka i tutaj „Gatekeeper” to kolos o dość bardziej klasycznym wydźwięku, z chwytliwym refrenem i cięższymi gitarami. Nieco IRON MAIDEN słychać w „Rivers Of Pain”, który jest utworem utrzymanym w średnim tempie i nie brakuje tutaj również ciężaru. True metalowy „Steel Against Steel” utrzymany w stylu MANOWAR z mocną sekcją rytmiczną, która jest utrzymana w nieco wolniejszym tempie i nie trudno tutaj wspomnieć o świetnej melodii, która napędza ten utwór. Całość zamyka energiczny „Over And Over”, który znów nasuwa twórczość IRON MAIDEN.

Wiele wpływów tutaj słychać, nie ma w muzyce tego zespołu nic oryginalnego i wszystko wzorowane na twórczości innych kapel, jednak zespół nikogo nie kopiuje, a jedynie wykreował własny styl, który jest wypadkową heavy metalu tego z lat 80 i power metalu XXI wieku. CRYONIC TEMPLE nie odkrywa żadnych nowych rejonów na swoim debiutanckim albumie, ale ich intencje są zrozumiałem od pierwszych dźwięków. Nie jest im w głowie rewolucja gatunku, a jedynie granie tego co w czym się dobrze czują i to słychać. Znakomity album zespołu, który każdy fan power metalu powinien znać.

Ocena: 9/10

piątek, 15 lutego 2013

VHALDEMAR - Fight To the End (2002)


Power metal nie kończy się na GAMMA RAY, a heavy metal na MANOWAR, są też inne zespoły, które wypada znać. Jednym z takich zespołów jest z pewnością hiszpański VHALDEMAR, który spokojnie może pogodzić fanów tych dwóch wielkich kapel. Dlaczego? Mamy do czynienia z energią, przebojowością, dynamiką godną GAMMA RAY oraz z bojowym charakterem, taką rycerską otoczką,epickim wydźwiękiem, który kojarzy się oczywiście z MANOWAR. Skojarzeń z owymi kapelami jest znacznie więcej jeśli się w słuchamy w ich styl. Carlos Escudero to prawdziwy lider, który niczym Kai Hansen podejmuje się pełnienia dwóch funkcji, a mianowicie gry na gitarze i śpiewania. W obu aspektach, słychać wpływy Kaia i zarówno wokal przypomina charyzmę, manierę Kaia z starszych płyt, w tym „Walls Of Jericho”, ale są też wpływy Erica Adamsa. Tak więc można powołać również na przykłady takie kapele jak MAJESTY czy STORMWARRIOR i muzycznie też jest sporo odniesień. Z kolei w sferze gitarowej Carlos Escudero wraz z Monge stworzyli znakomity duet, który jest pod dużym wpływem Kaia Hansena i GAMMA RAY, a także MANOWAR, jednak mimo znanych cech potrafili wykreować swój własny styl, które może jest i wypadkową stylów innych kapel, jednak w dobie kiedy coraz ciężej o coś nowego nie jest to jakaś ujma, czy powód do narzekania. VHALDEMAR gra bardzo energicznie i melodyjnie i w swojej kategorii należy do czołówki i to nie tylko w ramach hiszpańskiej sceny metalowej. Ten zespół o niezbyt zachęcającej nazwie został założony w 1999 r z inicjatywy Monge i Escudero w celu stworzenia kapeli grającej heavy/power metalu. Dobrze, że kapela postanowiła wyjść przed szeregi i postawić na międzynarodową karierę wybierając język angielski, jako ten służący do przesłania owych kompozycji. Kapela ma na swoim 3 albumu, z czego pierwszy „Fight To The End” ukazał się w 2002 roku. Jaki jest to album? Czym zasłużył sobie na taką sławę?


Debiutancki album wcale nie brzmi jak dzieło żółtodziobów, którzy nie wiedza co grać i jak grać, lecz jest to album muzyków, którzy wiedzą co chcą grać, jak porwać słuchacza, czym zaskoczyć, jak stworzyć atrakcyjne kompozycje. Wszelkie cechy o których wcześniej wspomniałem, na czele z specyficznym, mocnym, heavy metalowym wokalem Carlosa i jego popisami gitarowymi z udziałem Monge, które są energiczne, finezyjne, momentami ocierające się o wirtuozerie słychać wyraźnie na debiutanckim albumie, który zachwyca nie tylko od strony technicznej, od strony umiejętności muzyków. Nie sposób tutaj dostrzec bojowej, epickiej, miłej dla oka okładki, czy też mocnego brzmienia, która łączy manierę europejskiego power metalu typu GAMMA RAY z epickim, amerykańskim heavy metalem, podkreślając dynamikę sekcji rytmicznej, które w tym zespole potrafi przyprawić o szybsze bicie serca. VHALDEMAR to zespół, który jest specjalistą od łączenie epickiego heavy metalu z szybkim, melodyjnym power metalem i ekspert od konstruowania chwytliwych przebojów, które mają w sobie to coś, ten element magii i zaskoczenia. Debiutancki album zaczyna się właściwie z grubej rury, bo od szybkiego „ Black Beast”, który przypomina twórczość STORMWARRIOR i tutaj nawet krótki wstęp ma podobny klimat. Odpowiednia szybkość, energiczny riff, wysokiej marki popisy gitarowe i ten wokal pod Kaia Hansena i trudno nie dostrzec podobieństw. Oczywiście skoro słychać STORMWARRIOR to słychać i GAMMA RAY czy MANOWAR. Bardziej epicki, bojowy, bardziej w stylu MANOWAR jest mocny, zadziorny „Energy”, czy też epicki, kolos w postaci „Old King Visions (part I). Debiutancki album VHALDEMAR to prawdziwa perełka, która jest wypełniona szybkimi, dynamicznymi kawałki, które cechują się prostotą, przebojowością i pozbawione są zbędnego smęcenia, kombinowania i słychać w nich to co najlepsze w GAMMA RAY, a jak ktoś ma wątpliwości co do tego, to proszę przesłuchać sobie takie petardy jak : „Feelings”, który przyozdobiony jest w ciekawą linię melodyjną i sekcją rytmiczną w stylu MANOWAR, przebojowy „Lost World” , agresywny i najszybszy na płycie „7”, czy krótki i zwięzły „Traitor”. Na płycie nie zabrakło smaczków w postaci instrumentalnego utworu „The helmet Of war”, gdzie gitarzyści ukazują swój kunszt czy też epickiego, klimatycznego przerywnika „Number”. Materiał jest właściwie bez skazy, bardzo dynamiczny i niezwykle przebojowy i tak się powinno grać heavy/power metal.

Nie ma mowy o czymś oryginalny, nie ma mowy o odkrywaniu czegoś nowego przez kapelę VHALDEMAR, jednak debiutancki album tej formacji to czołówka najlepszych płyt heavy/power metalowych. Dzięki temu albumowi kapela została zauważona i szybko wbija się do grona najlepszych kapel metalowych z Hiszpanii, pokazując, że można stworzyć styl będący wypadkową innych kapel, ale bardzo atrakcyjny i żywiołowy. Ten album to prawdziwa perła gatunku heavy/power metalu.

Ocena: 9/10

sobota, 9 lutego 2013

DRAGONHEART - Throne Of Alliance (2002)


Nie każdy zespół, który w nazwie ma „Dragon” musi być słodki, nie każda formacja, która pochodzi z Brazylii musi grać progresywny power metal jak ANGRA, a nie każdy Brazylijski wokalista musi być drugim Andre Matosem. Brazylijski DRAGONHEART niczym VIPER, HELLISH WAR czy HAZY HAMLET łamie te wszelkie stereotypy związane z brazylijskim power metalem. Akurat DRAGONHEART obok VIPER to mój ulubiony zespół i w czym tkwi atrakcyjność tego zespołu? Głównie w tym, że brzmi jak europejski zespół, że nie ma tutaj progresywnych wtrąceń, nie ma piszczącego wokalisty, który nie potrafi powstrzymać się od piszczenia, nie ma też wyszukanych mało atrakcyjnych melodii, czy też formy która czasami przerasta treść. DRAGONHEART to zespół, który stylistycznie nasuwa takie kapele jak HAMMERFALL, GRAVE DIGGER, MAJESTY, a także STORMWARRIOR. W muzyce tego brazylijskiego zespołu bez problemu można znaleźć patenty znane z wczesnego BLIND GUARDIAN, czy też coś z GAMMA RAY. Ten ostatni zespół daje o sobie znać w partiach gitarowych, zwłaszcza energicznych solówek czy też w dynamice kompozycji oraz przebojowości. Kapela narodziła się w latach 90, a dokładniej w 1997 roku, czyli okresie kiedy był wypływ power metalowych zespołów. DRAGONHEART został założony w celu prezentowania muzyki przesiąkniętej heavy/power metalem lat 80 czy też muzyką celtycką, stawiając nacisk na nieco epicki, rycerski charakter, na melodie i na przebojowość. Nazwa zespołu została zaczerpnięta z historii o rycerzu, który dla zemsty zabij smoka. W 2000 roku został wydany debiutancki album „Underdark”, który okazał się dobrym krążkiem, jednak prawdziwym dziełem, który każdy fan melodyjnego grania, fan power metalu, a także takich kapel jak GRAVE DIGGER, HAMMERFALL, czy STORMWARRIOR powinni znać okazał się „Throne of The Alliance”. A dlaczego o tym w dalszej części recenzji.

Jasne DRAGONHEART nasuwa wiele znanych kapel, nie gra niczego oryginalnego, a nie robi rewolucji w gatunku, ale w swojej kategorii jest mistrzem. Jeśli chodzi zarówno o melodie, o poziom muzyki zaprezentowanej na „Throne Of Alliance”, o klimat, formę, styl, czy umiejętności muzyków to mało kto im dorównuje i jest to zespół z górnej półki, który mając do dyspozycji sprawdzone patenty potrafi stworzyć niesamowity materiał, który zapada w pamięci, który nie jest zniszczalny mimo upływu czasu. „Throne Of Alliance” to album który z pewnością wyróżnia się niesamowitą, rycerską, klimatyczną okładką w wykonaniu Andre Marschalla, który robił okładki dla GRAVE DIGGER czy HAMMERFALL. Punktów stycznych z tymi kapelami jest znacznie więcej. Przede wszystkim bojowe chórki, brzmienie gitar, które jest bardzo europejskie i słychać w nich zarówno GRAVE DIGGER, STORMWARRIOR, HAMMERFALL, ale też GAMMA RAY. Duet gitarowy Eduardo Marques/ Marco Caporasso dostarczają sporo emocji i właściwie każda melodia, każdy riff, solówka przyprawia o dreszcze o euforie i kto kocha te wszystkie kapele i lata 80, ten będzie z pewnością zachwycony. Pewne punkty styczne można usłyszeć w wokalu, który również by odnalazł się w muzyce GRAVE DIGGER czy HAMMERFALL, a więc Eduardo ma specyficzną manierę, która wyróżnia go na tle brazylijskich wokalistów i przybliża do grona europejskich śpiewaków. Brzmienie jest soczyste, zadziorne i zarazem nieco toporne, co przybliża nas do niemieckiej sceny metalowej, a zwłaszcza do GRAVE DIGGER. Cały materiał jest bardzo dynamiczny, przesiąknięty chwytliwymi, bojowymi melodiami, kipi energią i cechuje się niezwykła przebojowością i zapewnia nam wycieczkę po twórczości GRAVE DIGGER, HAMMERFALL czy innych wcześniej wymienionych zespołów. „The beginning” to otwarcie godne RHAPSODY, czy GRAVE DIGGER, choć i klimat BLIND GUARDIAN daje o sobie znać i to głównie za sprawą elementów celtyckiej muzyki. Motywy te dają o sobie znać z szybkim, energicznym „Mountain of The Risisng Storm” , który utrzymany jest w starym stylu BLIND GUARDIAN, czy też w klimatycznej balladzie „Mystical Forest”, który mógłby spokojnie zdobić któryś z starych albumów BLIND GUARDIAN i tutaj muzyka celtycka o sobie najbardziej daje znać. „Throne Of Alliance” to kopalnia atrakcyjnych i energicznych melodii, to album w którym jest pełno killerów utrzymanych w formule power metalowej i już to słychać w tytułowym utworze „Throne Of Alliance”, w true metalowym „The Blacksmith”, czy też urozmaiconym „Ghost Galleon” który wyróżnia się niezwykłą melodyjnością godną IRON MAIDEN, dynamiką rodem z GAMMA RAY i bojowością niczym HAMMERFALL. Najszybszym i najcięższym utworem na płycie jest bez wątpienia „Hall Of Dead Knights” , zaś „Betrayal in the coast of Raven” to utwór, który też jest bardzo urozmaicony i przy ozdobiony w bardzo ciekawy motyw wygrywany na gitarze. Najbardziej epickimi kawałkami, które w pełni oddają bojowy charakter są „..And the dark Valley Burns” czy bardziej rozbudowany, trwający 6 minut „Sunrise in The Akronis Sky”. DRAGONHEART zaczynał jako zespół grający covery ACCEPT, BLIND GUARDIAN czy GRAVE DIGGER o czym świetnie przekonuje „Rebbelion” w wykonaniu tego zespołu, który znalazł się na wydaniu płyty z 2003 roku. Cały album można traktować jako koncept album opowiadający historię rycerzy DRAGONHEART, którzy starają się przepędzić złego wroga z ich terenu i dowodem na taki charakter albumu mogą świadczyć takie krótkie przerywniki jak „Facing The Mountain” czy „Into the Hall”.

Czy można mówić o jednym z najciekawszych albumów wydanych przez brazylijską kapelę? Z pewnością tak. „Throne Of Alliance” to jeden z tych albumów power metalowych, które trzeba znać. Prawdziwa perfekcja zarówno pod względem wykonania, pomysłowości, czy też umiejętności muzyków. Fani power metalu, GRAVE DIGGER, HAMMERFALL, czy STORMWARRIOR nie będą zawiedzeni. Szkoda tylko że od roku 2005 kapela nie wydała żadnego nowego albumu, ale na osłodę pozostają te już wydane , w tym arcydzieło w postaci „Throne Of Alliance” , który jest bardzo europejskim wydawnictwem. Hail to power metal ! Hail to the metal!

Ocena: 10/10

poniedziałek, 17 grudnia 2012

WASTELAND - Warriors Of Wasteland (2002)

Kiedy w składzie zespołu widać muzyków znanych z KASHMYR, PRIMAL FEAR, a więc kapel specjalizujących się w graniu heavy/power metalu to już można sobie mniej więcej kalkulować, że styl muzyki zespołu zapewne będzie przypominał właśnie TYRAN'S PACE, PRIMAL FEAR, czy UDO, że będzie to solidna porcja heavy/power metalu, gdzie nie brakuje wpływów JUDAS PRIEST i tak też jest z debiutanckim albumem niemieckiej kapeli WASTELAND, która została założona jeszcze w latach 90.

„Warriors Of Wasteland”, który po wielu komplikacjach ukazał się w 2002 to naprawdę album oddający to co najlepsze w niemieckim metalu, a więc mamy ostre gitary, który są pełne zadziorności, rytmiczności i każdy riff ma w sobie kop, każda solówka jest energiczna, melodyjna i taka rozegrane z dużym luzem i finezją. Pod tym względem słychać sporo nawiązań do JUDAS PRIEST, czy PRIMAL FEAR, ale nie ma się co dziwić, skoro duet gitarowy, który jest odpowiedzialny za całą warstwę gitarową tworzą Davoc Sertic, który występował również w TYRAN'S PACE oraz Stefan Leibing znany przede wszystkim z występów w PRIMAL FEAR. Mając takich gitarzystów w składzie można zdziałać dużo, można stworzyć prawdziwy heavy metalowy materiał z elementami power metalu, gdzie słychać wyraźne wpływy JUDAS PRIEST, które w połączeniu z specyficznym wokalem Rolanda Seidela, który przypomina mi manierę Kaia Hansena w niektórych fragmentach, a także Franka Knighta, ogólnie jest to taki rasowy niemiecki wokal, który pokazuje że specyfika czasami jest równie ważna co technika. Oba te dwa elementy współgrają sobie i ten układ sprawdza się co słychać najlepiej po samych kompozycjach, które mówiąc najprościej kopią tyłek aż miło. Nie ma próby udawania, próby tworzenia czegoś nowoczesnego, jest za to szczery heavy/power metal z ostrymi riffami, dynamiczną sekcją rytmiczną i specyficznym wokalem.

Jak ktoś lubi PRIMAL FEAR czy JUDAS PRIEST to z pewnością po lubi takie petardy jak choćby otwierający „X- Ray Eyes”, czy rytmiczny „Atomic Coffins”, które mają sporo nawiązań do wyżej wymienionych zespołów i wystarczy, że się posłucha warstwy instrumentalnej i wszystko już jest jasne. W tych utworach słychać też power metal, który jednak nie jest domeną zespołu, oni wolą postawić na bardziej heavy metalowy wydźwięk. Trochę ACCEPT, czy tez UDO słychać w true metalowym „Kill The Killer” gdzie świetnie został wyeksponowany bas Markusa Plattnera, no i do tego wszystkiego taki zalatujący pod MANOWAR refren. Z kolei w takim „Wasteland” słyszę nawiązania do utworu „Metal Church” METAL CHURCH, zwłaszcza pod względem motywu, całej pracy gitar oraz pod względem mrocznego klimatu. Na albumie znajdziemy dwa bardziej rozbudowane kawałki, czyli „Dreams Of Heaven” z pewnymi elementami hard rocka, co słychać choćby w nieco cieplejszym refrenie oraz nieco cięższy, bardziej stonowany, mroczny „Warning”, który przypomina gatunek Doom Metal oraz muzykę BLACK SABBATH. Takim typowym kawałkiem nadającym się na płytę JUDAS PRIEST czy PRIMAL FEAR jest tutaj z pewnością rytmiczny „Can't Wait”. Urozmaicenie i pewne miłe zaskoczenie zapewnia mocny instrumentalny kawałek "Bombastic chiefs" oraz klimatyczna ballada "Still The World Is Sad" . Warto wspomnieć, że prócz tych 9 utworów znajdziemy 4 bonusy, z czego warty uwagi jest rytmiczny "Calling Out your Name" z pewnymi elementami thrash metalu czy dynamiczny "Deceide your destiny"

Szukanie jakichkolwiek wad kończy się w przypadku tego wydawnictwa niepowodzeniem i choć album ma już 10 lat, to jednak nie stracił na swojej atrakcyjności i wciąż jest to mocna dawka heavy/power metalu, która zadowoli przede wszystkim fanów PRIMAL FEAR czy JUDAS PRIEST. "Warriors Of Wasteland" to dzieło dopracowane pod względem brzmieniowym i kompozycyjnym, a to się ceni. Jedyny album tej formacji, ale za to jaki.

Ocena: 9/10

środa, 7 listopada 2012

PLATITUDE - Secrets Of Life (2002)

A gdyby tak wziąć trochę z progresywnego metalu typu QUEENSRYCHE, SYMPHONY X, trochę z power metalu typu HELLOWEEN, SONATA ARCTICA, MASTERPLAN trochę finezyjności i lekkości nasuwającą RAINBOW i trochę neoklasycznego grania w stylu YNGWIE MALMSTEENA, zwłaszcza w sferze klawiszy, to co otrzymamy?

Szwedzki zespół PLATITUDE, która gra progresywny power metal z elementami neoklasycznego metalu i jeśli lubi się ambitne, świeże i pomysłowe granie to na pewno nie można pominąć tej kapeli. Co można więcej napisać o kapeli? Została założona w roku 1995 i dorobili się 3 albumów, po czym rozpadli się w 2008 roku. Jeżeli ktoś myśli o rozpoczęciu przygody z tym zespołem, to na pewno świetny debiut „Secrets Of Life”z 2002 roku sprawdzi się do tej roli znakomicie, bo jest to album, który zadowoli wymagających słuchaczy, którzy szukają ciekawych, świeżych melodii, ciekawej konstrukcji, ciekawego stylu, które nie trzyma się kurczowo jednego stylu, które będzie się składał z wielu zmiennych, muzyka, a także fanów melodii, przebojów i szybkiego, energicznego grania, takiego prosto z serca. Mogłoby się wydawać, że skoro jest to ich pierwszy album to będzie zlepkiem średniej klasy utworów i wtórnego łojenia. Nic z tych rzeczy. Zespół nie daje sobie poznać w żadnym elemencie, że są debiutantami. No bo jak można ich nazwać amatorami, debiutantami, kiedy słyszy się wyczyny wokalisty Erika Eza Blomkvista, który ukazuje swoje wpływy Jeff Scotto Soto, Jorn, czy Micheal Kiske i techniczne jest fantastyczny. Jest to wokal mocny, podniosły, energiczny, zadziorny. Również słuchając dynamicznej sekcji rytmicznej, czy też finezyjnych popisów duetu gitarowego Hall/Kollerstrom, który jest gdzieś inspirowany YNGWIE MALMSTEENEM, czy RAINBOW i słychać tą lekkość, pomysłowość i znakomitą technikę. Nie można w żadnym wypadku nie wspomnieć tutaj o klawiszowcach Lindlahl/Lundgren, którzy sprawiają, że utwory nabierają nieco kosmicznego wydźwięku co przypomina choćby taki SPACE ODYSSEY, ponadto sprawiają że utwory zyskują na melodyjności. Kto by pomyślał, że debiutancki album może być tak dojrzały pod względem kompozytorskim, aranżacyjnym i tak dopracowanym pod względem wizualnym jak i technicznym, gdzie znów popisał się Tommy Hansen jako producent.

Można by długo się zachwycać nad opakowaniem i muzykami, jednak moc tego albumu tkwi w samych kompozycjach, które stanowią zgraną, spójną całość. Mimo tego zespół potrafi zaskoczyć, urozmaicić ten jakże równy materiał. Całość otwiera klimatyczny „Deception” w którym pojawia się finezyjna i elektryzująca, pełna emocji solówka i pojawia się tutaj power metal, neoklasyczne zacięcie oraz nieco progresywnego metalu, a wszystko świetnie wyważone i wymieszane. W podobnej konwencji utrzymany jest szybki „Just One Try”. Owe klasyczny zacięcie zostaje znakomicie podkreślone w dynamicznym „Dance Thru the Fire”, który jest kolejnym rasowym przebojem z polotem i finezją, której dzisiaj często brakuje. Na tym albumie jest też chwila na chwilę spokoju, romantycznego klimatu i podniosłości czego dowodem jest „Memories”. Bardziej stonowane tempo i hard rockowy charakter to cecha „Anima”. Piękna, klimatyczna melodia wykreowana przez klawisze, szybki riff, melodyjne partie gitarowe i chwytliwość, do tego skojarzenia z HELLOWEEN, czy RAINBOW sprawiają, że „Last sunset” to prawdziwa perełka i kolejny rasowy przebój. Jeszcze inne wcielenie zespołu usłyszymy w „Rainning Tears”, gdzie jest ciężar, ponury klimat i duża dawka progresywności. W podobnym progresywnym zacięciu jest też utrzymany 'Illusions”, a zamykający „Evil Sky” to podniosły, dynamiczny i energiczny utwór, który w znakomity sposób podsumowuje całość.

Czy okładka i cała reszta innych rzeczy zdradzała od razu, że ma się do czynienia z znakomitym wydawnictwem? Świeżym, energicznym, pokazującym ciekawe zagranie power metalu łącząc przy tym progresywny metal i neoklasyczny. Album brzmi bardzo dojrzale, energicznie, melodyjne, nie brakuje ciekawych, intrygujących melodii, motywów, finezyjnych solówek, nie brakuje mocnego wokalu, dynamicznej sekcji rytmicznej. Jest to album wyjątkowy i na pewno warty zapoznania, bo każdy może znaleźć coś dla siebie. Szkoda tylko, że zespół się rozpadł, bo zapowiadali się nadzwyczaj dobrze, ale nic są jeszcze 2 następny albumy. Póki co zachęcam do zapoznania się z debiutem.

Ocena: 9.5/10

sobota, 28 stycznia 2012

RUNNING WILD - The Brotherhood (2002)

Wielkości i wkładu niemieckiego RUNNING WILD w heavy metal nikt nie podważy. Zespół swoje złote lata przeżył w latach 80 i 90, a wraz z nowym stuleciem zespół stał cieniem samego siebie. Wraz z odejściem Thilo Hermanna i Thomasa Smuszyńskiego RUNNING WILD stracił sporo atutów przekształcając się jakby w projekt Rock'n Rolfa. I to nie mija się zbytnio z prawdą w przypadku 12 studyjnego albumu „The Brotherhood”. Zrezygnowano z gitary prowadzącej, Kasperek dograł partie za dwóch gitarzystów, zrezygnowano również w inwestowanie w znanych muzyków, czy też w żywego perkusistę. Dalej mamy Angelo Sasso, który jakoś nie przeszkadza , ale kiedy pomyśli się o całym dorobku i wyczynach bandery Kasperka to aż się w głowie nie mieści że kapela takiej rangi pozwoliła sobie na takie znieważenie wg mnie przede wszystkim słuchaczy. Nie wyłożono pieniędzy na rysownika okładek, co dało w efekcie kolejny beznadziejny cover. „The Brotherhood” to po raz kolejny album inny od wcześniejszych wydawnictw. Mamy niby sporo wymielonych, nieco przerobionych sprawdzonych patentów, ale tak to słychać sporo prostych, heavy metalowych partii, które stawiają na riffowanie. Co ciekawe pierwszy raz słychać w muzyce RUNNING WILD tak wyraźną fascynację hard rockiem i właściwie całkiem sporo partii gitarowych gdzieś tam stara się być nieco luźniejsza, bardziej hard rockowa. Nieco inne podejście a i tak nie zatracono do końca charakter i dalej słychać że jest to RUNNING WILD, duża w tym zasługa Kasperka, wydźwięku gitary no i wokalu. W tym aspekcie kapitan cały czas radzi sobie całkiem przyzwoicie choć lata już nie te. „The Brotherhood” to kontrowersyjny album jakby nie patrzeć, daleko mu do poprzednich wydawnictw, a to pod względem brzmienia( tutaj jest niby bardziej nowoczesne, ale jak dla mnie nieco sztuczne), czy też pod względem kompozytorskim, gdzie na tym albumie dominuje prostota i hard rockowe podejście do tematu. Nie uświadczymy ambitnych kompozycji, nie skompletujemy dużej liczby atrakcyjnych melodii, czy też killerów, ale hej ten album całkiem przyjemnie się słucha. Jest bardzo rytmiczny, melodyjny i taki rzekłbym lekki w odbiorze. RUNNING WILD jak dla mnie zawsze słynął z otwarcia albumu w wielkim stylu i uważam że „Welcome To Hell” to kolejne udane rozpoczęcie krążka tej formacji. Nie jest to może największe dzieło kapeli, ale energia, swoboda, rytmika jaka panuje w tym utworze sprawia, że chce się więcej, a ciało samo poddaję się muzyce jaka się wydobywa. Riff prosty, bardziej hard rockowy, ale z zachowaniem wszelkich cech charakterystycznych dla RUNNING WILD. Słychać od razu że album będzie inny aniżeli „Victory” i że nie będzie tutaj już tak ciekawe rozplanowanych i złożonych partii gitarowych jakie można było usłyszeć za czasów Thilo i brak jego obecności jest słyszalny. Kolejny mocnym punktem na albumie jest „Soulstrippers” który o dziwo pod względem riffu nieco ostrzejszego, nieco toporniejszego utrzymanego w średnim tempie przypomina mi pewną kompozycję z „Black hand Inn”. Riff prosty, może daleki od tych z starych albumów, ale lekkość i hard rockowy łatwo wpadający w ucho refren potrafi umilić czas. Zespół nie zwalnia tempa i już na pozycji 3 znajduje się kolejna mocna kompozycja, a mianowicie „The Brotherhood” , który jest jedną z najdłuższych kompozycji na albumie. Co ciekawe jest to jedna z niewielu kompozycji która tak jasno, przejrzyście identyfikuje się z przeszłością zespołu. Utwór bardzo melodyjny, ale co ciekawe jest bardziej złożony, bardziej urozmaicony i daleki od tych prostych i przewidywalnych kompozycji, których tutaj całkiem sporo. Kompozycja bardzo piracka, a przynajmniej taki klimacik zapewnia wciągający podniosły refren, taki w starym stylu, a także precyzyjne, finezyjne, zagrane z niezłym wyczuciem solówki, które bez wątpienia można zaliczyć do tych najlepszych jakie ostatnio trafiały na albumy RUNNING WILD. Po tak mocnym wejściu było jasne, że trzeba sprzedać kilka słabszych utworów. No wymienię te bardzo hard rockowe kawałki, które są upchnięte w strukturę RUNNING WILD. Śmiało to słychać w luźnym „Crossfire” z chwytliwym refrenem, w przesiąkniętym AC/DC „Detonator”. W tym „wybornym” gronie znajduje się też nieco rozlazły „Unation”, który ma bardzo podniosły, taki piracki, no taki typowy dla tego zespołu refren. Szkoda że pomysł co do warstwy instrumentalnej już tak nie zachwyca. I w podobnej hard rockowej koncepcji jest utrzymany zadziorny „Dr Horror” który wyróżnia się bardzo prostym i łatwo wpadającym riffem. Do moich ulubionych kompozycji oprócz wcześniej wspomnianych 3 pierwszych utworach zaliczam również dynamiczny będący przejawem geniuszu, który był znany na starych albumach czyli „Siberian Winter”. Znów kawałek poświęcony Rosji, ale tutaj w końcu mamy atrakcyjny riff, melodie, utwór jest złożony, ma odpowiedni klimat i co ważne energię i dynamikę której brakuje pozostałym utworem. Z wyjątkiem oczywiście takie pirackiego songa jak „Pirate Song” który również śmiało mógłby zdobić jakiś wcześniejszy album. Szkoda że Rock'n Rolfa był w stanie stworzyć tylko parę takich petard. Gdyby taki był cały album to pewnie nikt by nie zwracał uwagę na automat, i sztuczne brzmienie. Na koniec zostawiłem sobie równie ciekawą kompozycję, a mianowicie nieco epicki „The ghost”, który jest najbardziej złożoną kompozycją od czasu „Genesis”. Nie pojmuję jak można pisać, że utwór jest monotonny, jest zbyt długi i takie tam. Jest przecież tutaj kilka rozmaitych motywów, melodii i ciekawie został zastosowany motyw arabski w ramach stylu RUNNING WILD. Solówki również bardzo udane, a najbardziej co mnie urzekło to wszelkie przyspieszenia. Kolejny udany kolos i o wiele milszy dla ucha aniżeli „The War”. Co ciekawe, bardziej udane pomysły, bardziej w stylu RUNNING WILD z „Black hand Inn” trafiły na płytę w postaci bonusu, tak więc jak ktoś nie słyszał to niech się zapozna z „Powerride” i „Faceless”. „The brotherhood” może nie jest najmocniejszym albumem zespołu i właściwe wszelkie argumenty przemawiają za tym, że jest to najgorszy album Niemców, to jednak z czystym sercem przyznaję się ze lubię wracać do tego albumu, lubię słuchać, lubię poczuć się bardziej swobodny a ten album tego mi dostarcza. Najgorszy album RUNNING WILD, ale nie jeden zespół heavy metalowy chciałby nagrywać tak słabe albumy jak ekipa Rolfa Kasperka. Ocena: 7.5/10

piątek, 7 października 2011

U.D.O - Man and Machine (2002)

Każdy dzień, w którym ukazuje się kolejny album UDO należy traktować jako święto muzyki heavy metalowej, ponieważ muzyki w stylu ACCEPT nigdy za wiele. Rok 2002 to rok w którym premierę miał album „Man and Machine” . Nie ma się co łudzić, że Dirkschneider przy krążku numer osiem, nagle zacznie grać coś innego niż niemiecki heavy metal wypracowany już na płytach z ACCEPT i że zaprezentuje świeży materiał. „Man and Machine” to kolejny typowy album UDO i po raz kolejny można stwierdzić, że krążek zdobył popularność dzięki kolejnemu hymnowi jaki stworzył zespół a mianowicie tytułowy „Man and Machine”. To jest podobny przypadek co na poprzednim albumie, ponieważ znów na pierwszy ogień dano najlepszy kawałek na albumie i jeden z znaczących utworów dla zespołu ponieważ, UDO często gra go na koncercie i to jest chyba najlepsza rekomendacja tego utworu. Co w nim tego elektryzującego? Przede wszystkim marszowy wydźwięk, a także hymnowy charakter, który daje o osobie znać podczas podniosłego refrenu. Przypadek ten sam co na „Holy” i dużo analogii można się doszukać między tymi albumami. Jedną z nich jest wrzucenie na album dwie prawdziwe petardy: „Private Eye” czy też jeden z najlepszych utworów jakie nagrał zespół czyli „Network Nightmare”. Oba utwory charakteryzują się rozpędzoną sekcją rytmiczną i dynamicznymi partiami gitarowymi. Trzeb przyznać, że wyżej wymieniony utwory pasowałby do stylistyki albumu „Timebomb”, a to nie lada zaszczyt. Analogiczne do poprzedniego krążka mamy również ten sam skład zespołu, tą samą produkcję, którą po raz kolejny wypracował Stefan Kaufmann. Jednak w porównaniu do „Holy” nie ma Marschala, który zrobił tajemniczą, mroczną okładkę, jest za to J.P. Rosendahl, który zrobił okładkę w stylu „Objection Overrulled” ACCEPT. „Man and Machine” w porównaniu do „Holy” nie ma tak równego materiału, bo album niestety jest przepełniony średnimi kawałkami, które nic nie wnoszą do wydawnictwa, ani do muzyki UDO. Do takich kompozycji śmiało można zaliczyć: „Animal instict” czy też „Hard to be Honest”. Ot co średniej klasy utwory, w których zespół nastawił się na prosty i łatwo zapadający refren, pomijając przy tym całą warstwę instrumentalną. Niestety, ale większość utworów na tym albumie taka jest. Z tej grupy należy jednak wyłączyć piękną balladę z gościnnym udziałem Doro Pesch czyli „Dancing with an Angel” czy też nieco hard rockowy „Like a Lion”, który świetnie by się wpasował w strukturę „Faceless World”. Analizując ten album nie można również wspomnieć o najdłuższym kawałku na „Man and machine” czyli „Unknown Traveller”, który łączy w sobie charakter ballady, a także utrzymanego w średnim tempie epickiego utworu. Takich kompozycji zespół już ma kilka na swoim koncie, ale ostatni taki był na...”Timebomb”. Sporo dawka melodii i zmian motywów przyczynia się do tego, ze utwór zaliczam do tych najlepszych na albumie.

„Man and Machine” to kawał heavy metalu do jakiego nas przyzwyczaił UDO. W dalszym ciągu mamy kontynuowanie stylu ACCEPT i niczego innego nie można odczekiwać od tego zespołu, jak właśnie granie pod stary zespół Dirkschneidera. Niby nic nowego nie ma na tym albumie, niby mamy sprawdzone patenty, a jednak album już tak nie zachwyca jak poprzedni. Przede wszystkim utwory są o kilka klas niżej i zbytnio poza chwytliwymi refrenami nie mają nic do zaoferowania. O ile na „Holy” jest przebojowość, o tyle na „Man and Machine” jest monotonność i wtórność. Muzycznie album jest strasznie nudny, no bo ileż razy można słuchać w kółko tego samego i na dodatek podanej w niezbyt przyswajalnej formie. Mamy kilka nawiązań do najlepszych albumów UDO czyli „Timebomb” czy też „Faceless World” i mamy jeden z najlepszych hymnów metalowych jakie stworzył UDO, ale to trochę za mało. Ocena: 5/10

wtorek, 13 września 2011

PRETTY MAIDS - Planet Panic (2002)

Pretty Maids nagrał sporo albumów i sporo w różnych klimatach. Pierwszy to taki heavy/ hard rock z wpływami NWOBHM, dalej mieliśmy typowe hard rockowe wcielenie zespołu, potem heavy metalowo było, potem nawet jakieś udziwnienia i próba nowoczesnego grania. To teraz przyszedł czas na najcięższy album tej duńskiej formacji. „Planet Panic” i to nie tylko próba cięższego grania, ale też bardziej nowoczesnego. Album rodził się w ciągu dwóch lat i pozostała melodyjność z poprzednich albumów,ale tym razem zespół zrobił krok na przód w celu grania cięższego heavy metalu z domieszką hard rocka. Choć jest to 10 album tej formacji, to jednak słychać, ze zespół wciąż potrafi nagrywać solidne krążki, a ten taki właśnie jest. Jest dobry, solidny, ale nic ponadto. Nie ma geniuszu, nie ma też konsekwencji i stabilności na tym albumie, a to by się bardzo przydało.



Mamy to co zwykle na albumach Pretty maids, a mianowicie dynamiczny i ostry otwieracz. „Virtual Brutality” szybko stał się hitem zespołu i nic dziwnego skoro mamy tutaj chwytliwą melodię, ostry i dość ciężki riff, a wszystko jest utrzymane w stylu do jakiego zespół nas przyzwyczaił zmieniło się tylko to, że zespół brzmi nieco ciężej i nowocześniej. Słychać to choćby w nowocześnie zagranych partiach klawiszowych. Do tego ten mroczny i ciężki riff Hammera, tak o to mamy jeden z najlepszych utworów na płycie. Równie genialny jest „Playing God” gdzie klawisze poszły w odstawkę, zamiast tego mamy paradę Hammera, który wygrywa dynamiczny i bardzo melodyjny riff, a także wygrywa jedną z najlepszych solówek na tym albumie. Poza warstwą instrumentalna mamy tez typowy dla Duńczyków refren, który chwyta od samego początku. Coś starego i zarazem coś nowego i o to chodzi. Dalej mamy „He who never lived” dalej mrocznie i ciężko. Jest troszkę to nijaki utwór, gdzie jest kilka ciekawych motywów, ale to wszystko. Raczej zawód i rozczarowanie i dowód na to, że ciężar nie gwarantuje nam killera. „Face of My Enemy” to dość dobry utwór, gdzie jest prosty i to bardzo ciężki riff, ale kawałek też przepełniony jest melodyjnością i potrafi zauroczyć, a to już coś. Podoba mi się to hard rockowe zacięcie podczas zwrotek. Solidny utwór, ale daleko mu do dwóch pierwszych utworów, które są po prostu killerami. Podoba mi się też taki 'Not What You Think' który ma łatwo wpadający w ucho riff, a także takie bujające tempo. A przecież nie ma tutaj ani atrakcyjnej melodii, ani jakiegoś ciekawego motywu, a mimo to utwór przypadł mi do gustu. Nawet fajny refren tutaj leci w tym utworze. Znów bardzo dobry kawałek, ale znów poziom dwóch pierwszych utworów nie osiągalny. Pretty Maids nie tylko mnie przyzwyczaiło do ostrego otwieracza na albumach, ale też do pięknych i solidnych ballad i to są ich stałe punkty programu. Tym razem „Natural High” to solidna ballada, ale bez ogródek. Zespół miał swojej karierze lepsze łamacze serc. Coś na miarę dwóch pierwszych utworów jest kolejny killer na albumie „Who's gonna change Our World ” . Mamy tutaj nie tylko ciekawy riff,który nasuwa klasyczne albumy tego zespołu, a najbardziej”Red Hot and Heavy” a to już nie małe wyróżnienie. Kawałek ma sporo energii i do tego warto tutaj zwrócić uwagę na ciekawą partię gitarową Hemmera, a także Micheala Festa. Kolejny killer na albumie, szkoda tylko, że cały album nie jest w takim stylu rozegrany. „Worthless” to też nieco nijaki kawałek, gdzie znów jest coś z hard rocka, coś z ballady, ale też heavy metal daje osobie znać. Więc taka hybryda z której nic nie wynika. Dobrym kawałkiem jest „One Way To Rock” ale też tylko dobrym , bo gdzieś daje o sobie znać wieśniactwo i brak pomysłów. Na plus bujający riff,a także rockowy refren, reszta pozostawia wiele do życzenia. Na szczęście na koniec mamy jeszcze jedną perłę, a mianowicie „Enter Forever”, który jest balladą, do tego klimatyczną i bardzo romantyczną, a tak powinno właśnie brzmieć ballada. Zespół jak słychać nie zapomniał jak skręcić świetną balladę.

Po dwóch pierwszych killera można było się spodziewać wszystkiego, że będzie to najostrzejszy album tej formacji, będzie to album tak dobry jak poprzednie. No ale, że będzie gorszy od poprzednich? No cóż rzeczywistość bywa okrutna. Naliczyłem 3-4 perełki, reszta to dobre lub słabe kompozycje i znów mamy to co zespołowi zawsze towarzyszy, a mianowicie nierówny materiał, a także wypełnianie albumu na siłę. Jest krok w dobrą stronę, jest pomysł na granie, jest też styl do jakiego zespół nas przyzwyczaił, ale znów gdzieś zabrakło pomysłów na więcej niż 4 kompozycje. Album nie jest tragiczny, ale jest nieco nudny i bardzo nie równy, to też więcej niż 5/10 nie mogę dać.

poniedziałek, 5 września 2011

RHAPSODY - Power of dragonflame (2002)

Dorobek włoskiej legendy Rhapsody, która wydeptała drogę innym zespołom grającym symfoniczny power metal jest ogromny. Liczy on : 9 albumów studyjnych, 4 single, 2 ep, 1 album koncertowy, 1 komplikację. Staż zespołu wynosi 16 lat. Choć zespół praktycznie gra od lat to samo, raz lepiej raz gorzej. Jednak tylko raz stanęli na podium i uzyskali najwyższe noty. To był rok 2002 i „Power of dragonflame”. Niby to co zawsze, ale jednak podane w lepszej formie. Jednak ów zmiany już były słyszalne na „Dawn of Victory”. Zespół nieco przemyślał sprawę i postawił na partie gitarowe, który był mroczniejsze i ostrzejsze, a patenty symfoniczne, były bardziej cofnięte, robiące za tło partii gitarowych i to się okazało ich złotym środkiem,a by pogodzić symfonikę i power metal. Włoska formacji jak mało kto pracowała w owym czasie szybko i bardzo wydajnie i praktycznie co roku przypominali o sobie, a warto zaznaczyć, że nie jest to taka prosta muzyka jak się wydaje. Mamy historie, które mogłyby tworzyć całą serię książek, mamy też ambitną, zrobioną z rozmachem muzykę i w sumie ciężko co roku wydawać krążki i do tego na takim poziomie co Rhapsody. W 2001 mieliśmy „Rain of Thusand Flames” i rok później zespół wydaje „power of the dragonflame” który moim zdaniem jest najlepszym albumem włochów. Choć styl ten sam, pomysły i patenty, to jednak słychać, że to najostrzejszy i najbardziej przebojowy album włochów. Album zamyka Sagę Szmaragdowego Miecza, który w sumie zajęła zespołowi 4 płyty. Oprócz drobnego przemeblowania stylu, zmiany również dotknęły zespół. Pojawił się Patrice Guers – basista, a także Dominique Leurquin gitarzysta. Za partie perkusyjne odpowiedzialny jest Thunderforce - muzyk, który chciał być po prostu anonimowy. Szkoda, bo jego partie są najlepsze w historii zespołu. Album jest dynamiczny, przebojowy, melodyjny, podniosły i zrobiony z przepychem, czego jakoś brakowało mi na poprzednich albumach, no i mamy zakończenie sagi w wielkim stylu, gdzie mamy gitary, skrzypce, wiolonczele czy pianino, więc o prostocie nie ma mowy.

Zaczyna się klasycznie bo od intra „In Terbis” i słyszałem różne zespoły grające epicki metal, słyszałem wiele walecznych zespołów, ale tylko tutaj, tylko na tym albumie w 100% poczułem klimat wojny, podniosłość, epickość i trzeba przyznać, że łacina, w połączeniu z ciężkim brzmieniem i muzyką orkiestralną robi nie małe wrażenie. A to tylko wstęp, i to w dodatku trwające nie całe 2 minuty. Tak napięcie zostało wypracowane. I tak o to wkracza jedna z najpotężniejszych kompozycji zespołu „Knighrider of Doom” i jest to jedna z moich ulubionych kompozycji zespołu. Mamy 3 języki: angielski, łacina i włoski. Mogłoby się wydawać, że to będzie chaotyczne i kiczowate, jednak nie jest i mało komu takie bawienie się językami wychodzi. Geniusz. Muzycznie jest również genialnie. Gitary grają ogromną rolę i nie robią za tło. Tutaj mam podporządkowanie całej reszty pod partie gitarowe, co okazało się najlepszym rozwiązaniem w muzyce Rhapsody. Nie ma słodkości, nie ma kiczu. Jest za podniosłość, epickość, waleczność, klimat fantasy, który również jest odczuwalny. Zespół też postawił na chwytliwe refreny, melodyjne i pełne energii riffy. Tak niby zawsze to robili, ale jakoś nigdy nie potrafili trafić w 100 % w mój gust. Jest przepych, słychać różne instrumenty, mamy też sporo gości robiących w chórkach, ze wymienię choćby Olivera hartmanna, mamy też Sasche Path grający gdzieniegdzie bas i także jest to człowiek odpowiedzialny za produkcję. Wokal Fabio Lione też o niebo lepszy niż na poprzednich albumach. Ale to dopiero rozgrzewka. Przykładem podręcznikowego symfonicznego power metalu jest tytułowy „Power of Dragonflame”. Słychać, że to gitary Luciego i Dominique dominują, albo inaczej są motywem prowadzącym, a patenty symfoniczne podążają za nimi, robią za tło, uzupełniają , wzbogacają partie gitarowe i to jest to. Mamy więcej jazdy power metalowej, a z drugiej strony wciąż symfoniczny i oryginalny. Jest tutaj przede wszystkim, szybki pędzący do przody główny motyw i Hellloween i inne zespoły w owym okresie nie miały za wiele do powiedzenia, bo to był rok Rhapsody. Jest dynamika, jest energia i przepiękny, bardzo chwytliwy refren, kolejny killer i najlepszy utwór zespołu. Album równy i killerski od początku do końca, ale moim ulubioną kompozycją Rhapsody z całej kariery i także z tego albumu jest „The March of the swordmaster”. Od pierwszych sekund się zakochałem w tej melodii takiej w klimacie średniowiecznym i od razu skojarzył mi się Running Wild, czy też Blind Guardian, choć to inne klimaty. No jak sam tytuł wskazuje mamy marszowe tempo i to się nazywa rycerski Hymn, tego jakoś nigdy zbytnio nie potrafiłem wyczuć w Manowar, no niby inne granie, ale waleczny klimat w wykonaniu Rhapsody o kilka poziomów jednak jest wyżej. Oprócz skocznej i chwytliwej melodii, mamy też jeden z najlepszych refrenów jaki kiedykolwiek słyszałem. Nic tylko chwytać swój miecz i stawać do walki. Najmroczniejszy na płycie jest „When Demons Awake” i mamy tutaj ciekawe smyczkowe intro, pędzący i bardzo dynamiczny riff. Tak demon się budzi nie tylko w gitarzystach, ale także w wokaliście Fabbio, który nawet śpiewa growlingiem, co świadczy o jego szerokiej skali wokalnej. Kawałek znów nie odstaję poziomem ani stylem od poprzednich utworów. Nadmienię tylko że to nr 2 pod względem długości trwania. Właściwie na albumie ciężko o wolniejsze kompozycje, bo praktycznie jest tu killer za killerem, o czym świadczy taka petarda „Agony is my name” i podoba mi się dialog z symfonicznymi patentami. Dalej jest przebojowo, podniośle i bogato jeśli chodzi o warstwę instrumentalną. Jedyną taką typową balladą na albumie jest „Lamento Eroico” i choć nie ma dynamiki, nie ma angielskiego języka, choć nie ma takiej dzikości, to jednak utwór oczarowuje niesamowitym klimatem, takie ballady to jednak rzadkość. "Steelgods Of The Last Apocalypse" to kolejna podniosła kompozycja z ciekawą i przede wszystkim chwytliwą melodią. Choć tutaj zespół znajduje miejsce żeby wpleść balladowe patenty i znów killer na albumie. Nic innego nie otrzymujemy w „The Pride of the Tyrant”, który robi również za szybką petardą, gdzie mamy sporo ciekawych patentów, jak choćby partie smyczkowe. Całość zamyka 20 minutowy „Gargoyles, Angels of Darkness” i wiem że niektórym się wydaję, że prze tyle czasu to można zanudzić słuchacza, choć w tym przypadku jest inaczej. Utwór właściwie dzieli się na 3 części. Pierwsza z nich jest Angeli di Pietra Mistica w którym to mamy akustyczne intro wygrywane przez Sasche Peth, dalej mamy Warlords' last Challange to szybka jazda bez trzymanki, gdzie przede wszystkim zespół skupia się na popisach instrumentalnych, and the Legend ends zaś idealnie to podsumowuje i tutaj słychać finalne zakończenie i to wielkim podniosłym stylu. Słychać, że coś się kończy i to nie tylko album.

Sam album opowiada dalej legendę o krainie która się zwie Alagord. Czym jest Alagord? Jest to świat wykreowany przez Rhapsody. Świat magiczny, pełen przedziwnych i fantastycznych potworów. Jednak owa kraina jest zagrożona przez wysłannika Krona – starożytnego boga, który przybywa z mrocznych krain. Ów wojownik chce zdobyć i zniszczyć Alagord. Ratunkiem dla owej krainy może być nordycki wojownik, którego wspiera mędrzec Areisus. I ten wojownik próbuje powstrzymać ogarniające ową krainę mroczne siły.

Tekst idealnie się komponuje z muzyką. Jest więc bogactwo nie tylko muzyczne, ale też liryczne. Na albumie nie ma słabych utworów, a godzina z pędzona przy tym albumie jest czymś wyjątkowym. To podróż w nieodkryte rejony, podróż do świata fantasy, magii i smoków. Jednym to się podoba, a inni mają powód do śmiechu. Jednak płyta jest genialna czy to się komuś podoba czy nie. Tutaj symfoniczne patenty jak i power metalowe stanowią harmonię i owa równowaga dała taki, a nie inny efekt. Same kompozycje też biją cała działalność tego zespołu. Tutaj mamy przebój za przebojem, nie ma smętów czy pół środków. Jak uderzyć to całą armią. Jest to najostrzejszy i najdynamiczniejszy album włochów. Arcydzieło nie będzie nad użycie w przypadku tego albumu. Nota: 10/10 Polecam fanom nie tylko gier rpg, nie tylko fanom Tolkiena, smoków, fanom fantasy, nie tylko fanom power metalu i symfoniki, ale także każdemu słuchaczowi co ceni sobie muzykę najwyższych lotów.

niedziela, 21 sierpnia 2011

KING DIAMOND - Abigail 2 : The revenge (2002)

Przyznam się że o ile taki „Them” czy też słynny „Abigail” opanowały mój umysł od razu o tyle jednym z nie wielu albumów KD z którymi miałem problem był „Abigail 2” .
Hmm wtedy był on dla mnie z byt długi i zbyt taki średni co było głupotą . Teraz o wiele bardziej doświadczony jako słuchacz oraz fan Kinga Diamonda postanowiłem napisać o jednym z najciekawszych koncept albumów KD, który jest kontynuacją słynnego i uważanego za najlepszy album KD - Abigail.

Po wyczerpującej trasie, która promowała House of God , zespół odpoczywał nie zbyt długo bo lider grupy zapędził muzyków do pracy nad kolejnym albumem . Tym razem presja fanów jak i zarazem producentów była ogromna ! Dlaczego? Bo po kilkunastu latach miała powstać kontynuacja znakomitego Abigail! Choć sam King miał obawy co do tego, no bo jakby nie było jest to kolejny powód do oskarżania artysty przez malkontentów o brak pomysłów i lecenie na kasę.
Ale w końcu nadszedł ten dzień, kiedy ten pomysł został zrealizowany ,a Abigail II ; Revenge ujrzał światło dzienne w 2002 roku i choć to był to rok pełen znakomitych albumów, ale na takie albumy jak Kinga czeka się z utęsknieniem .Pewnie się zastanawiacie dlaczego? Już śpieszę z wyjaśnieniem, ile pamiętacie konceptów, ile było utrzymane w klimacie grozy? Nie wiele prawda,a tutaj jednak mamy do czynienia z profesjonalistą, z mistrzem w tym co robi . Tak więc czy to się będzie zwać Abigail czy nie zbytnio nie robi różnicy, bo będziemy mieć do czynienia z tym samym co zawsze. Jednak tym razem nasi kochani tzw " Znawcy" obwiesili psy na albumie zanim wyszedł, dlatego ze ma w tytule abigail. Co wg mnie jest chore, no bo żeby oceniać płytę po tytule i nie dać jej szansy? Chyba nikt z was nie liczył na podobny sukces? Ale i tak płyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie, oczywiście nie od razu bo potrzebowałem czasu, żeby w pełni pojąć magię tego krążka. Teraz Abigail 2 stoi u mnie wysoko i powiem więcej, nie wiele brakuje mu do pierwowzoru.
Może zaoszczędzimy sobie czasu na dalszym owijaniu w bawełnę i od razu przejdźmy do świata Abigail i do tego co kryje ta wspaniała okładka.

Szczerze wątpię czy sensowne jest tutaj porównanie oby dwóch części, inny skład, inne czasy i do tego do rzucę to że nowe albumy są robione z większym rozmachem. Uważam, że skupmy się tylko na Abigail 2 ,bo mogłyby wejść kołomyje. Podstawą dobrego konceptu, jest wprowadzenie w opowieść, w klimat albumu, zrobienie odpowiedniego klimatu. Tym razem King rzucił na kolana, bo dał fanom najlepsze intro od czasu...Abigail!!!”Spare This Life” - mocne wejście nie ma co. Mroczna melodia z rodem dreszczowca i ten wokal Diamonda , co za kunszt, gość potrafi się wczuć w klimat. I po tym mocnym wejściu słychać burzę i deszcze, wszystko utrzymane w niesamowitym klimacie i po chwili wkracza naprawdę mocny i chwytliwy riff i zaczyna się „The storm”,który jest naprawdę znakomitą kompozycją w której mamy to co najlepsze w KD. Znakomity riff, świetne wokale Kinga oraz zapadający refren. Nie zabrakło ciekawych popisów gitarowych Andiego oraz Mikiego. No i od razu widać że zespół nie próżnował. Dalej mamy kolejny dobry utwór -
„Mansion in Sorrow” ,hmm na pierwszej części był utwór o podobnym tytule i podobnej stylistyce. Jest to jeden z bardziej energicznych i szybkich utworów na płycie. Szybki i bardzo melodyjny. Wszyscy muzycy naprawdę zrobili kawał dobrej roboty, ale kto mi utkwił w pamięci to Matt Thompson ,perkusista który fantastycznie wali w gary tutaj i nie tylko, bo w każdym utworze daje z siebie 200 % i to jest słyszalne. No nie można wszystko przepisać tylko jemu bo reszta też stanęło na wysokości zadania. Mocnym punktem tego utworu są naprawdę genialne zmiany temp.
Hmm 1 perełką na tym albumie jest „Miriam” w którym można się delektować pierwszej klasy riffem, który brzmi może i znajomo ale genialności nie można od mówić.
Oczywiście największą rolę w tym utworze odgrywa King, który bardzo umiejętnie zmienia style śpiewania. I trzeba przyznać że każda kompozycja ma w sobie to coś, każda prezentuje wysoki poziom, a co ciekawe żaden utwór nie zasługuje na miano gniota. Już kolejny utwór - „Little One” oczarowuje swoją pomysłowością ciekawe partie gitarowe oraz po raz kolejny Matt zachwyca waląc w gary. Pod względem aranżacji brzmi to naprawdę znakomicie, a dodatki w postaci dziecka wołającego "Mommy" idealnie się spisują w tym utworze . Powiem więcej są one mocną stroną albumu bo czegoś takiego brakowało na jedynce.
Gdybym miał wskazać kolejną perłę na Abigail 2 to wybór by padł na kolejny utwór na płycie- „Slippery Stairs” i tutaj mamy znów znakomity riff, który nieco mi przypomina Megadeth Ale skupmy się na reszcie ciekawszych cechach tego utworu. Choćby popisy wokalne Kinga czy też nie banalne popisy solowe gitarzystów. A najciekawsze jest to, że choć utwór trwa 5 minut to ma więcej zmian temp i zróżnicowanych partii gitarowych niż nie jeden 8 minutowy utwór.
I tak dotarliśmy do „the Crypt” który może troszeczkę odstaję od reszty, ale to już kwestia gustu, bo jest to utwór utrzymany na wysokim poziomie, w którym można się doszukać sporo plusów na czele z riffem czy też partiami Andiego czy mikiego ,ale jednak nieco słabiej wypada na tle poprzednich kompozycji. Kolejną perłą na płycie jest „Broken Glass”- utwór bardzo melodyjny i bardzo przypomina mi styl jaki panował na The Eye! Ciekawa melodia dominuje w tym utworze ,a reszta elementów utworu znakomicie uzupełnia ją. Nawet w tym utworze nie obeszło się bez zróżnicowania kompozycji po przez kombinowanie Kinga wokalnie, czy też zmiany temp.
Powiem wam że najciekawiej się prezentuje końcówka albumu - już „More The Pain”- choć bardziej postawiono tutaj na klimat, to jednak nie tylko to można usłyszeć . Mocne partie gitarzystów oraz wokale Kinga to znakomity tego przykład. Utwór trwa tylko 2 minutki tak więc wraz z biciem zegara która kończy ten utwór, wkracza kolejna perła - „The Wheelchair” i znów mamy tutaj chwytliwą melodię, która zapada w pamięci, bez względu czy się lubi muzykę Kinga czy też nie. I wciąż mamy wysoki poziom pod względem aranżacji a utwór naprawdę wyróżnia się na tle takich utworów jak Little One czy The Storm. Dobrze też się prezentuje „Spirits” który zaczyna się melancholijnie i choć utwór nie należy do najweselszych to jednak niszczy niezwykłymi partiami gitarowymi ,które wg mnie zdominowały kawałek, są po prostu wyznacznikiem potęgi ,wystarczy posłuchać bardzo przyjemnych solówek czy też riffu.
No w końcu dotarliśmy moim zdaniem do najlepszego utworu na płycie, jednego z najlepszych ever- „Mommy” -tym razem tytuł prosty i zarazem przemawiający do mnie,. Tym razem King przeszedł samego siebie i to pod każdym względem. Zacznijmy od tego że jest to najdłuższy utwór na płycie, najbardziej klimatyczny, bardzo mroczny i bardzo efektowny. Znakomicie wypada ten wolniejszy moment . Ale brawa nie tylko Kingowi się należą bo i Matt, Andi czy też Mike ,nawet Hal zachwycają swoją grą. Mądrym posunięciem było wstawienie płaczu, który tylko podwaja nastrój kawałka. Oj gdyby album miał więcej tego typu kompozycji to nie wahałbym się dać oceny maksymalnej. A album zamyka jedno z najlepszych outro ever - „Sorry dear” co tutaj dużo pisać horror metal najwyższych lotów, a ten utwór jest tego najlepszym przykładem.

Tyle jeśli chodzi o to co mamy na albumie, postarałem się wam mniej więcej przybliżyć kompozycje na tym albumie. Więc teraz czas na konkluzje.
Abigail 2 : revenge to naprawdę kawał dobrego horror metalu podanego w formie koncept albumu, gdzie historia jest kontynuacją to jednak wzbudza strach i niepewność co może być dalej. King po raz kolejny nagrał bardzo dobry który choć ma słynny tytuł to się broni nawet w zestawieniu ze swoim poprzednikiem. Album jest równy, sporo interesujących kompozycji i do tego ten klimat który jest tak naprawdę największą bronią tego albumu, bo kompozycje choć dobre ,to czy jednak przebijają te z pierwszych albumów raczej nie. Ale powodów do narzekań nie ma, bo na albumie nie ma gniotów , wszystko się trzyma kupy, nie ma jakiś kombinowań .
Muzycy stanęli na wysokości zadania i to jest słyszalne bo zarówno aranżacje jak i teksty robią wrażenie, a taką przysłowiową wisienką na torcie są różne smaczki w postaci płaczącej dziewczynki, burzy czy też tłukącego się szkła, a to wszytko ciągnie albumu do góry. Czy King Diamond zawiódł ? Jasne że Nie , uważam że nagrał jeden ze swoich najlepszych albumów który można postawić spokojnie tuż za Abigail, them czy tez The Eye Nie wierzycie? Posłuchajcie sami i przekonajcie się na własne uszy że choć najczęściej kontynuacje wielkich hitów są nie udane, to jednak kingowi udało się wybrnąć z honorem i płyta może się podobać a to już wielki sukces. Ode mnie 9/10

sobota, 9 lipca 2011

FRETERNIA - A nightmare story (2002)

Pamiętam jak dziś, byłem młody zapatrzony w dokonania Helloween zapoznałem się ze wszystkimi ich dziełami, wliczając w to single, komplikacje, koncertówki, nawet tribute. Owe a tribute było o tyle dobry wyborem, bo Keeper of Jerycho zawierało cover najlepszych kawałków grupy, a co więcej pozwolił się rozeznać w różnych kapelach. Te cover które mnie się podobały, od razu posłuży do poszukiwań danej formacji. Tak było choćby z zespołem Freternia prosto ze Szwecji. Zespół gra oczywiście power metal i do tego z pasją. Szkoda tylko, że zespół nagrał 2 albumy i przepadł. Ostatni album został wydany w 2002 roku za sprawą znanej wytwórni Arise Records. Album nosi tytuł „A nightmare Story” i jest to drugi i ostatni album tej formacji. Szkoda, że nie dołączyli do tego krążka, coveru Helloween – murder bo wyszedł im znakomicie. Słuchając tego albumu dziwię się jednej rzeczy, jak to się stało że zespół z takim stylem graniem, z takim poziomem kompozycji przepadł. Nie jedne zespoły wydają gnioty i nie upadają, a tutaj szok. Sam krążek jest tym wszystkim czym jest power metal. Może mało to oryginalne, ale ile radości niesie ze sobą ten album. Jasne każdy w power metalu liznął trochę od Helloween Gamma Ray i w tym przypadku nie jest inaczej. Wokalnie, kompozycyjnie może i przypomina nam wcześniej wspomniane zespoły,ale Freternia robi to w sposób genialny i co ważne gra po swojemu. Sam album i jego warstwę liryczną można uznać za koncept, który dotyczy fantastycznej opowieści o Grimborze, który stawia czoło złu. Zresztą okładkę to w sposób idealny przedstawia.

Kapela na albumie zamieściła 9 utworów dających łącznie 50 minut muzyki. Na wstępie mamy „Grimbor The great”. Jest tutaj melodyjność keepera i surowość czy też takie mniej wesołkowate granie, takie właśnie na miarę „Walls Of jerycho”. Co wyróżnia się z utworu to wokal Pasiego Humppiego. Coś tam z Kaia Hansena ma, aczkolwiek jest on nieco bardziej surowy i trzymający się średnich rejestrów. Zaś cała warstwa instrumentalna jest bardzo melodyjna i porywająca. Power Metal na bardzo dobrym poziomie, waleczny i pozbawiony wesołkowatości. Refren nasuwa kapele Hansena, ale nie tylko, tutaj można doszukać się jeszcze innych inspiracji. Czym byłby power metal bez melodyjnych solówek, które przeplatają różne motywy? Byłby kolejnym nudnym albumem.
„Arrival”to kolejna przebojowa petarda power metalowa. Tutaj nawet słychać nieco waleczności, a refren nawet powiedziałbym taki epicki. Wszystko znów bardzo chwytliwe i przemyślane. Natomiast partie solówkowe są utrzymane w nieco wolnej tonacji. W przypadku tego zespołu najbardziej mi zaimponowały utwory liczące około 6 minut, czyli te najdłuższe utwory. Choćby taki „The dark Side” nieco może i oklepany, może i brzmi znajomo przez refren, ale to co wyprawiają muzycy jest godne podziwu. Wszystko jest bardzo gitarowe, chwytliwe i napakowane różnymi melodiami. Podoba mi się przede wszystkim to zmiany motywów, bo zespół nie trzyma się kurczowo jednego pomysłu, urozmaica kawałek, stara się ochronić nas przed nudą i im się to udaje. Refren w sumie ma nawet taki wydźwięk w stylu Hammerfall, też taki waleczny. Jeszcze inaczej się prezentuje „Shadowdancers”, który można śmiało wpisać na listę najszybszych utworów na płycie. Tutaj można nieco usłyszeć GR, a to za sprawą skocznej i szybkiej warstwy instrumentalnej. Podobnie jak na poprzednich utworach tak i tutaj jest urozmaicenie utworu i budowanie mocy na prostych melodiach i chwytliwych refrenach. Właśnie refren tez jakoś znajomo brzmi. To, że zespół ma różnego rodzaju pomysły i nie trzyma się jednego patentu świadczy „The Saviour”, który umiejętnie łączy szybkie tempo jak to bardziej stonowane. Znów mamy sporą dawkę chwytliwych melodii i zapadającego refrenu, ale najbardziej poruszają zagrane z pasją partie gitarowe. Momentami jest ciężko, momentami bardzo melodyjnie, a mimo to nie ma mowy o słodkości, która dość często jest spotykana w takim graniu. Znów bardzo taki walecznym kawałkiem jest „The Unexpected”.Kawałek też nieco inny niż te dotychczasowe. Wolne i średnie tempo, wysunięta partia klawiszy, do tego skoczny riff. Słucha się tego z zachwytem pomimo 6 minut. Drugim takim długaśnym utworem jest „New Hope” i bardzo cenię sobie ten kawałek. Również ma takie nieco partie gitarowe pod GR, choć dominuje tutaj przede wszystkim średnie tempo i słyszalna partia klawiszowa. Jest tym razem epickość i waleczność. Słuchając refrenu nasuwa mi się z koeli Gaia Epicus. Sporo tutaj zespół przepchnął ciekawych motywów, to trzeba po prostu usłyszeć. „Battle Of Minds” ma zadatki na najcięższy i zarazem najbardziej mroczny kawałek na albumie. Na koniec mamy trzeci taki długi kawałek liczący sobie około 8 minut, mowa o „Requiem” i jest to kolejna porcja melodyjnego power metalu, z domieszką epickiego grania. Podobnie jak na całym albumie, tak i tutaj nie zabrakło atrakcyjnych melodii których nie powstydziłby się Helloween. Refren tutaj taki uroczy jest, podniosły i taki łatwo w padający w ucho. Wolne i średnie tempo jakoś nie psują ostatecznego wydźwięku kawałka.

A nightmare Story jest najbardziej dojrzałym albumem Freterni, szkoda tylko, że pomimo tego że jest to bardzo dobry album to jest on ich ostatnim dziełem. Kto wie jak by zespół brzmiał dzisiaj gdyby dalej istniał. Nie dorobił się bogatej dyskografii, ale może nie ilość się liczy a jakość? Zespół jako tako nie przetrwał, ale ich muzyka tak. Zresztą warto nadmienić, że muzycy dalej poświęcają się muzyce. Pasi i Tomas założyli Cromonic, więc nie jest tak źle. Album nie jest odkrywczy i może nie wywołał większych zamieszek w tej muzyce, ale to jest przykład jak można grać bardzo dobry power metal bez zobowiązań. Nota : 8/10 Polecam.

wtorek, 5 lipca 2011

AVANTASIA - Metal Opera part 2 (2002)

W dzisiejszym świecie muzycznym czy też filmowym jest sporo ,żeby nie rzec nadmiar kontynuacji kultowych serii, kultowych dzieł, które były wyznacznikiem w dziedzinie filmu czy też muzyki, nie wiadomo czy to jest spowodowane odcinanie kuponów od tych wielkich dzieł, czy twórcy chcą zarobić na danym tytule pieniądze ,pogrzebując zazwyczaj to co zostało osiągnięte czy robią to specjalnie dla fanów, którzy dali by wszystko żeby zobaczyć/usłyszeć kontynuację swojego ulubionego dzieła. Ja tam nic nie mam przeciwko kolejnym częścią danego dzieła, jeśli jest on przemyślany i robiony z głową. Niektóre projekty robią wrażenie, ale wg mnie złotą regułą na takie chwyty jest robienie czegoś za ciosem i najlepiej w takim składzie co pierwotnie. I lepiej żeby było w jakiś sposób połączone ze sobą. I jak wiemy takie chwyty nie przemyślane były zgnojone przez fanów, natomiast kontynuacje robione z głową i z taką pasją jak przy pierwszej części mogą przynieść niespodziewany sukces jak np. Kepper of The Seven Keys part 2, czy też właśnie......Avantasia- metal Opera part 2!Która umocniła pozycję zespołu, która jest uzupełnieniem pierwszej części. Tobias Sammet głowa Edguya, który ze swoim projektem AVANTASIA po raz drugi uderzył niesamowitym dziełem, który przez niektórych bije jedynkę choć ja tak nie uważam, ale bez wątpienia jest to bardzo udana kontynuacją tego przedsięwzięcia , ale jak było wcześniej wiadomo będzie to kontynuacja historii i tego co było na jedynce, więc nie można było mówić o porażce, zresztą Tobias postarał się skompletować podobny skład!Więc nie było mowy o porażce. Zresztą jak wiadomo płyta osiągnęła podobny sukces...

Na szczęście utalentowany Tobias od początku ukartował ,że będzie to dwu częściowa opowieść fantastyczna o gabrielu zrobiona w klimatach metalowej opery. Zawsze podziwiałem Tobiasa nie tyle co za wokal co za łeb do tworzenia utworów, w Edguyu tworzy majstersztyki, ale tak naprawdę w tym projekcie się otworzył i rozwinął skrzydła, pokazał całemu światu ,że Avantasia to nie pozostałości po Edguyu, lecz coś zupełnie świeżego, wręcz unikatowego jeśli chodzi o scenę metalową. Krążek ujrzał światło dzienne w Sierpniu, a dokładniej 26.08 2002 r.I muszę przyznać że tym razem album zdobi przepiękna okładka ,coś troszkę skojarzyła mi się z piękną okładką Keepera 2 ,ale idealnie przedstawia to co będzie nas czekało po odpaleniu krążka.

Dobra od razu pozwolę sobie przejść do zawartości krążka. bardzo ciekawym zabiegiem było wysunięciem najdłuższego kawałka na przód,tak album otwiera znakomity „THE SEVEN ANGELS”- utwór który niszczy nie tylko długością czy też rozbudowaniem i zmianami temp lub gościami (a jest ich sporo) lecz niesamowitą aranżacją. Ale trzeba przyznać ,że zabieg z rozpoczęciem od najdłuższego kawałka po raz kolejny się sprawdziło jak np w przypadku The X Factor IM. Zawsze miałem słabość do tego utworu,a to ze względu na klimat i niesamowitym przepychem jeśli chodzi o dźwięki czy też popisy wokalne, czy też unikatowe chórki które przypominają jakiś chórek dominikanów czy innych osób świętobliwych , kolejną mocnym atutem utworu jest to że co chwili coś się dzieje , nie trzymają się jednego motywu, nie usypiają ,ani też nie przynudzają nadmiarem ciężaru czy też słodkością, idealnie zostało wyważone, słuchając tego kawałka od pływa się w ten świat fantasy. Jedno jest pewne,drugiego takiego długiego kawałka już nie usłyszymy na tym krążku, więc jak można przeczuć reszta część płyty jest zdominowana przez 5min kawałki. A zaczyna się od utworu który jest zatytułowany jak jeden kawałek GR ,mowa o „NO RETURN” ,który oczywiście nie jest coverem GR. Ten utwór jest naprawdę niesamowity, gdyż jest bardzo chwytliwy i pełen znakomitych melodii, oczywiście rękę Richtera słychać, przez co mamy do czynienia z power metalowym killerem. Tym razem Tobiasowi towarzyszą w partiach wokalnych Kiske, Matos.Wiec zabójczy duet można by rzec. Jest to naprawdę genialny kawałek,którego nie można opuścić. Numer 3 na tym albumie zawsze przysparzał mnie o dreszcze, a to ze względu na niesamowitą aranżacje, klimat oraz na imponujący refren, tak mowa o „THE LOOKING GLASS” Bardzo interesujący kawałek, w którym główną rolę nie odgrywa ciężar,szybkość czy łupanka, ano nie to wszystko zostaje zastąpione powalającym refrenem ,ciekawym rytmem gitar oraz niszczącą solówą. Po dużej dawce melodyjnego powerka,pora się zrelaksować przy miłej dla ucha balladzie „IN QUEST FOR”- no co jest tutaj mocne to gra Tishera na pianinie. Ogółem fajna balladka, ale słyszałem lepsze. Dobra walić tam rozczulanie nad balladami, po raz przejść do jednego z lepszych kawałków Sammeta EVER,o to mam zaszczyt przedstawić wam najcięższy kawałek Avantasii - „THE FINAL SACRIFICE” i nie miałbym nic przeciwko, gdyby Edguy grał w taki stylu. Ten utwór od razu mi pod pasował, bo to co tutaj wyprawiają muzycy z szczególnym naciskiem na Sammeta to chylę czoło, bo brzmi to rewelacyjnie, a Tobias udowodnił że jego głosik nadaje się do nieco mocniejszych utworów.
Utwór wyróżnia się spośród tej płyty,co zresztą słychać Dla mnie jest to nr.1 jeśli chodzi o part 2.
„NEVERLAND”toż to kolejna dawka melodyjnego grania najwyższych lotów i po raz kolejny jest to kompozycja wypasiona pod każdym względem .Zarówno wokaliści niszczą jak i sama aranżacja. Ten kawałek również wpadł mi podczas pierwszego obrotu, bo nie mogło być inaczej. Ten kawałek aż się prosi żeby go sobie jeszcze z kilka razy odtwarzać i żeby nucić sobie zajebisty refren.
Zaczyna się naprawdę melodyjnym riffem , w którym od razu słychać styl Richtera, po paru sek Rob Rock niszczy swoim unikatowym głosem w pierwszej zwrotce. Refren to jak przystało na Sammeta, chwytliwy i zapadający w głowie. I oczywiście tym razem solówka należy do Richtera,który nie zawodzi po raz kolejny. „ANYWHERE”- o wiele lepsza ballada niż IN QUEST FOR, ale rozkręca się pod koniec, bo tak przez cały czas trzyma w napięciu i dominuje melancholia, no cóż na pewno nie mogło zabraknąć na tym projekcie nieco bardziej łapiących za serce wałków. Moim zdaniem na większą uwagę zasługuje kolejny utwór, który ma wszystko to co najlepsze w tym projekcie utwory ,mowa o „CHALICE OF AGONY” .
Też zawsze go wyróżniałem jeśli chodzi o drugą część metalowej opery. Genialne popisy wokalistów, porywający refren,świetna aranżacja na czele z riffem. Zaczyna się spokojnie,ale krzyk Tobiasa rozpoczyna prawdziwą rzeż, chwytliwy riff od razu wdziera się wmyśli, ale to co słychać podczas zwrotki to jest dopiero uczta:D Matos na zmianę z Tobiasem, świetny efekt. Pamiętam jak byłem nieco młodszy i dopiero rozpoczynałem przygodę z powerkiem to miałem odróżnić wokal Matosa i Tobiasa, cholernie podobne wokale mają. Zawsze uważałem ze podstawą perfekcyjnego utworu jest zabójczy refren, i tym razem taki otrzymałem. Chalice of Agony to prawdziwa kwintesencją avantasii. Na uwagę zasługuje również „MEMORY”,w którym po raz kolejny przewodzi gitarka Ludwiga, a więc po raz kolejny mamy nie co cięższy wałek, coś dla tych którzy polubili Final sacrififce. I oczywiście darze go równie wielką sympatią. Zaczyna się mocnym riffem,i muszę przyznać ze bardzo łatwo go zapamiętać. i tak prawie przez cały utworek towarzyszy ten motyw. Podczas zwrotek Ralf Zdiarstek daje popis swoich umiejętności wokalnych, i jestem pod wrażeniem bo idealnie pasuje do tego tła .No niema to jak zakończyć krążek w spokojnym,podniosłym stylu. Album zamyka „INTO THE UNKNOWN” który jest dobry, ale bez jakiegoś obesrania. Utwór zaczyna kwestia Sharon den Adel, która po raz kolejny zniszczyła swoim anielskim głosem. No a tak resztę utworu dominuje Tobias. Na szczęście solówkę wykonuję Timo Tolki. No więc tak wygląda pokrótce zawartość. Do tego trzeba wspomnieć,że i tym razem album został idealnie przygotowany, świetne brzmienie, soczyście brzmiące solówki itd .

Ale przejdę od razu do podsumowania:

No więc Avantasia part 2 jest z pewnością tym album, którym spokojnie można okrzyknąć arcydziełem, bo spełnia wszystkie kryteria, które powinien spełniać album walczący o to miano. Ten album jest idealnym przykładem ,że jak się chce to można stworzyć idealną kontynuację wielkiego dzieła, choć nie zawsze się to udaje. Tutaj trzeba zauważyć, że dwójka powstała tylko rok później, podobnie jak choćby Keeper part 2. Skład też ten sam,więc to co było gwarantem jedynki ,stało się tez podstawą dwójki. Również należy zwrócić uwagę,że tak naprawdę to nie goście się tu liczą,lecz pomysły Sammeta ,bo tak naprawdę to jest jego projekt, a goście mu tylko pomogli stworzyć coś unikatowego. To on tak naprawdę jest głównym autorem jak i bohaterem tej opowieści. To do niego zależało czy to będzie coś w klimacie jedynki a może czegoś innego.
Avantasia metal Opera, zarówno jedynka i dwójka są cenionymi wysoko albumami, zrobiły wielką furorę wśród fanów takiego grania, jak fanów danych osobistości,bo jakby nie było to one w dużej mierze przykuły uwagę słuchaczy. Do dziś robi niesamowite wrażenie podczas słuchania, wytrzymał próbę czasu i choćby nie wiem co będe go uważał za jednego z lepszych krążków na power metalowej scenie. Minęło już prawie 10 lat,a albumy są wciąż świeże i robią powalające wrażenie. Takie kawałki jak Seven Angels, Final sacrifice czy też Neverland pozostają długo w głowie i aż się proszą żeby odpalić je wraz z pozostałymi perełkami. Metal Opera part 2 to wg mnie arcydzieło,najlepszą rzecz jaką mógł stworzyć Sammet. Za to cudo należy się tylko jedna ocena...10/10 I jeśli ktoś nie miał przyjemności posłuchać Avantasia Metal opera to radzę to czym prędzej nadrobić.

sobota, 18 czerwca 2011

FIREWIND - Between Heaven and Hell (2002)

Firewind to na dzień dzisiejszy czołówka najbardziej rozpoznawalnych zespołów grających power metal . Osiągnęli to dzięki ciężkiej pracy jaką było nagranie 5 znakomitych albumów i wykształtowaniu własnego stylu jaki jest rozpoznawalny na całym świecie i bez względu na to kto się przeplatał przez zespół to zawsze kierował nim ich mózg i założyciel, a mianowicie Gus.G, którego najlepszym przyjacielem.... jest gitara. Jego umiejętności pod względem gry na gitarze są co najmniej imponujące. A jego wszechstronność pozwoliła na granie praktycznie w 4 zespołach!
Poza Firewind były to Mystic Prophecy, Dream Evil oraz Nightrage i na dzień dzisiejszy został mu tylko Firewind. Choć dzisiaj i on i zespół są sławne, to jednak początki jednak były ciężkie.
A początek wiąże się z ich debiutanckim albumem Between Heaven And Hell.
Był i jest to dla Gusa bardzo ważny album od którego tak naprawdę wszystko się zaczęło.
I właściwie to on przygotowywał dema utworów, to on już miał gotowy cały plan jak ma brzmieć album, w jakim kierunku ma podążać. Ale brakowało mu zespołu, który by mu pomógł w zrealizowaniu jego pomysłów. Dobrał : Briana Harrisa, Konstantine;a oraz Stephena Fredericka, który miał objąć funkcję wokalisty. Ale nie na tym się skończyła jego funkcja, bo miał on też swój wkład we wszystkie utwory jakie trafiły na debiutancki album.
Ciekawym zabiegiem było nadanie albumowi 2 okładek, jedna dla USA, a druga dla Europy i osobiście wolę tą drugą. Co do samego albumu, to wciąż jest to jeden z najlepszych albumów zespołu, który imponuje niesamowitą harmonią między ciężarem, a melodyjnością ! Nie każdemu udaje się tego dokonać. A w roku 2002 to był jeden z najciekawszych albumów w tym gatunku.

Na album trafiło aż 13 kompozycji, z czego jeden to jest bonus dla Japońców, którzy zawsze dostają taki utwór od prawie większości zespołów, dlatego że ceny płyt w tym kraju są bardzo wysokie i dla tego muszą dostać coś na zachętę. Natomiast materiał jaki znalazł się na albumie jest bardzo zróżnicowany i równy bez jakiś wypełniaczy, a bardzo dobra produkcja tylko podgrzewa temperaturę.
No jak przystało na power metal, muszą być tutaj szybkie i cholernie melodyjne petardy bo inaczej nici z sukcesu. A na Between Heaven And Hell ich nie brakuje! Zaliczyć do nich trzeba: „ Firewind Raging”, „ Destination Forever” czy też „Between Heaven and Hell”.
Wyżej wymieniony utwory, mają wszytko co powinny mieć przebojowe killery w tym gatunku.
Niezwykła melodyjność, zapadający refren, imponujące popisy talentów wokalisty oraz gitarzysty no i chwytliwa sekcja rytmiczna.
Ale na tym albumie jak widzicie nie ma aż tyle szybkich utworów. Więc się zastanawiacie co stanowi większość albumu? Ano nieco bardziej stonowane utwory, które są podlane sosem amerykańskiego grania. Oczywiście nie brakuje im mocy i wszystkich tych cech co miały te wyżej wymieniony utwory. Do takich utworów można śmiało zaliczyć : „Fire”, „ I Will Fight Alone”, „Tommorow Cant wait”, „ World of Conflict”czy też „Warrior”
I wszystkie te utwory mają nieco wolniejsze tempo, są nieco bardziej wyrachowane, ale cechują się taką samą energią jak te szybkie petardy, mają tak samo świetne partie gitarowe i chwytliwe refreny. To się nazywa zróżnicowanie materiału, dzięki któremu album nic nie traci, a wręcz zyskuje więcej, bo może przyciągnąć większą rzeszę fanów.
To co jest charakterystyczne dla Gusa.G i Firewind to utwory w których nie ma partii wokalnych czyli tzw instrumentalne utwory. Na albumie znalazły się aż 3 takie utwory, w tym jeden jest bonusem. Są to : „Oceans”, „ Nothern Sky”, który wg mnie jest najlepszym tego typu utworem oraz
„End of An Era”. Tego typu utwory są zawsze czymś więcej niż tylko zwykłymi instrumentalnymi popisami muzyków, bowiem ukazują duszę muzyka, uwalniają to co on kryje w swoim wnętrzu przez co są czasami najbardziej emocjonalnym momentem albumu tak też jest i tym razem.
Owe utwory naprawdę potrafią wywołać niezapomnienie przeżycia w słuchaczu.
Omawiając materiał tego albumu, nie można zapomnieć o „Pictured Life”, który jest bardzo udanym coverem Scorpionsów. I gdy się tak go słucha to trzeba przyznać że brzmi jak utwór Firewind i co ważne pasuje idealnie do reszty kompozycji na albumie.

I po dzień dzisiejszy uważam, że lepiej już nie mógł zadebiutować Gus.G i Firewind, po prostu nie można było tego lepiej zrobić. Dlatego, że album jest wręcz genialny i w ogóle nie brzmi jak debiut ino jak album doświadczonego zespołu. Gdzie każdy szczegół został dopracowany i nie ma właściwie się do czego przyczepić,bo i pod względem technicznym jak i zawartości jest świetnie.
Album ma i killery, przeboje ,nie ma zbędnych wypełniaczy a zróżnicowanie materiału jest tylko na korzyść zespołu. Jeden z najlepszych albumów Firewind i najlepszych albumów jakie ujrzały światło dzienne w roku 2002, to po prostu trzeba posłuchać aby się przekonać o tym że wszytko o czym piszę ...jest prawdą. Nota:9/10