Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2003. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2003. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 września 2014

ASTRAL DOORS - Of the son and the Father (2003)



Nagrać wtórny materiał, który do bólu przypomina pierwowzór to żadna sztuka. Bo w końcu wykorzystujemy styl i sposób grania taki jaki został przed laty opracowany przez innych muzyków, a naszym zadaniem zostaje stworzenie kompozycji i zagrania tego z pasją, jakby pochodziło od samych muzyków na których się wzorujemy. Ta pierwsza sztuka jest łatwa do osiągnięcia i nie wymaga większego wkładu ze strony zaczynającego zespołu. Prawdziwa sztuka zaczyna się kiedy bazując na czyimś stylu chce stworzyć coś własnego, coś równie genialnego. Odtworzyć erę Dio, muzykę tego wielkiego wokalisty to mogłoby się wydawać rzucenie się na głęboką wodę. Nie wszystkim udało się przypomnieć nam tamte czasy i wielu poległo. Problem tkwił głównie w komponowaniu i osobie wokalisty. Wiadomo Ronnie był tylko jeden. Ale szwedzki band o nazwie Astral Doors okazał się jedynym zespołem, który wie jak odtworzyć muzykę Dio i co ciekawe nawet nie odczujemy różnic pod względem wokalu. Powstali w 2002 roku i już w 2003 ukazał się „Of the son and father”.

Nikt przed nimi, ani po nich nie odważył się zmierzyć z twórczością Dio. Może jego kompozycje z czasów „Holy Diver” czy „Last in Line” tnie były skomplikowane i trudne do odtworzenia, ale wymagały pomysłowości, wymagały tego pazura i najważniejsze, wokal. Bez agresywnego, mrocznego i głębokiego wokalu daleko się nie zajdzie. Astral Doors ma to wszystko co potrzeba i choć nie zależy im na oryginalności, kierując się miłością do heavy metalu lat 80 wykreowanego przez Dio, Rainbow czy Black Sabbath z ery Tonego Martina to jednak wiedzą jak to wykorzystać na ich korzyść. Sposób tworzenia melodii, kreowania motywów, budowania klimatu nasuwa stare dobre lata Dio. Martin Hanglund i Joachim Nordlund postarali się by brzmiało to autentycznie, jakby wyszło od samego Ronniego.  Brzmi to autentycznie i świeżo, nie ma mowy o nudzie ani też o sterylności. Udało się uciec od sztuczności i nachalności.  Debiut Astral Doors to badanie czy fani są jeszcze głodni na taki klasyczny heavy metal zakorzeniony w latach 80. Gwiazdą tutaj jest bez wątpienia Nils Patrik Johannson, który brzmi jak brat bliźniak Dio. Ta sama charyzma, mrok, styl, maniera, nawet technicznie obaj panowie brzmią podobnie. Najlepszy i właściwie jedyny jego godny następca. Co ciekawe zespół postawił na krótkie utwory i to można uznać za zaletę. Zaczyna się dynamicznie bo od szybkiego „Cloudbreaker” i to taka miła mieszanka Rainbow i Dio. Klawisze może nieco schowane, ale odgrywają znaczącą rolę. Solówki są tutaj wręcz zjawiskowe. Proste, zagrane z pasją, polotem i podobać mogą się te pojedynki gitarzystów. Materiałem na dłuższą kompozycją był „Of the Son and the Father”. To taki stonowany i epicki kawałek na miarę „Heaven and Hell”. Nie uświadczymy tutaj słodkich refrenów, czy do bólu chwytliwych, słodkich melodii, bo nie o tutaj chodzi, ma być prosto i szczerze, ma to być hołd dla Dio. W „Hungry People” słychać echa „We Rock”, ale kompozycja troszkę ospała i momentami nieco drażni. Nie zabrakło elementów bardziej hard rockowych, a przykładem tego jest „Slay the Dragon”, który bardziej osadzony jest w stylizacji Deep Purple czy Rainbow. W końcu Joakim Roberg  jest bardziej wyrazisty i jest bardziej zauważalny. Jeden z najlepszych kawałków na płycie, które nie jest typową kalką twórczości Dio. Miłym zaskoczeniem jest „Ocean of Sand”, w którym zespół zabiera nas w rejony muzyczne określane neoklasycznym metalem, słychać to choćby za sprawą głównego motywu gitarowego. Kolejny raz też można wyłapać wzorce zaczerpnięte z Rainbow. Jeden z najszybszych i zarazem najlepszych kawałków Astral Doors na tym albumie. Tak samo można napisać o rozpędzonym „Burn down the wheel”. Zespół znakomicie się bawi i nie popada w rutynę, ani nie przestaje nas zaskakiwać. Radość słychać w pogodnym „Night Of The Witch”, zaś „Rainbow in Your Mind” wykazuje cechy hard rocka lat 70 i to nie są typowe, rasowe kawałki w stylu Dio, co też cieszy. Był człowiek na srebrnej górze, to teraz jest człowiek na skale. „Man on the rock” to oklepany motyw i znajomo brzmiący refren, ale to właśnie cieszy fanów starego heavy metalu.

Tyle lat wyczekiwano zespołu, który podejmie się tematu twórczości Dio, który będzie kontynuował tą właśnie ideologię heavy metalu z lat 80. Brzmi to o tyle świeżo, bowiem takich formacji jak Astral Doors nie ma za dużo no i nie każdy może się pochwalić wokalistą, który śpiewa jak sam Dio. Znakomity debiut, który otwarł Szwedom drzwi na świat.

Ocena: 8.5/10

środa, 28 maja 2014

AGENT STEEL - Order Of the Iluminati (2003)

Choć w 1999 r powrócił Agent Steel, to jednak nikt już nie był do końca tym zespołem z lat 80. Inne czasy, inna moda, inne priorytety. Powrót był o tyle ciężki dla formacji, bowiem John Cyriis nieustannie walczył o prawa do nazwy Agent steel, co przyczyniło się do zmiany nazwy w pewnym momencie na Order Of Iluminatii. John Cyriis nic nie wywalczył, a Agent Steel jak na złość Cyriisowi poszło zaciosem i nagrała kolejny znakomity album o tytule „order Of Iluminaty”. Jest to drugi album po reaktywacji z 1999r i najlepsze dzieło z następcą Cyriisa, a mianowicie Bruce'a Halla. Może nie spełnili swoich obietnic o powrocie do korzeni, ale jest to dzieło, które śmiało może konkurować z klasykami z lat 80.

W roku 2003 ukazało się wiele ciekawych pozycji, a power metal rósł w siłę, pokazując pazur. Można było uświadczyć rozwój i także większy nacisk na agresywność w tym gatunku, co mogło się spodobać. Ci co lubią heavy/power metal w stylu Helstar czy Metal Church wiedzą o co mi chodzi. Agent Steel i power metal? Właśnie tak wyglądał kolejny krok w karierze tej znakomitej formacji i tak właśnie objawiła się ewolucja Agent Steel. „Omega Conspiracy” była czymś nowym dla zespołu, bowiem tutaj była dominacja technicznego thrash metalu i w tym stylizacji zespół też znakomicie się odnalazł. Może nie do końca porzucił ten styl, bowiem na „Order Of Iluminatii” jest sporo pozostałości z tamtego krążka, to jednak postanowił tutaj też nawiązać do swojej przeszłości, stawiając na speed metal. Efektem ubocznym tego połączenia okazał się element power metalu, co bardzo mi się spodobało. W końcu Bruce Hall to wokalista, który ma predyspozycje do śpiewania takich muzyki i daje mały popis swoich umiejętności w rozpędzonym „Dead Eyes”. To co zrobił Agent Steel było odważnym zagraniem, ale tez przyniosło rozgłos kapeli i większe zainteresowani. Dla wielu fanów jest to jeden z najlepszych albumów Agent Steel i w sumie trudno z tym stanowiskiem się nie zgodzić. Po 4 latach przerwy udało się stworzyć coś wyjątkowego. Brzmienie tutaj jest soczyste, bardziej thrash metalowe, ale dzięki temu materiał ma moc i potrafi dać nam mocnego kopa. Na pierwszych dwóch płytach roi się od pojedynków na solówki i przepychanki między Juan i Bernie. Podobały mi się te pojedynki i miło jest usłyszeć że na „Order of Iluminati” też jest pełno takich właśnie takich zagrań. Dobrze to odzwierciedla „Avenger”, który otwiera ten album w wielkim stylu. „Ten Fist of Nations” to taki miks heavy metalu, thrash metalu, a wszystko podane w nowoczesnym opakowaniu na miarę Nevermore. W takim „E.U.L” słychać wyraźnie że kapela nie otrząsnęła się z thrash metalu. Jest bardzo technicznie, ale to wciąż wysoki poziom grania. Płyta poraża dynamiką, energią i mocą, a każdy utwór potrafi porwać. Tak też jest z żywiołowym „Enslaved”, który nasuwa bardziej power metalową formułę. Wyróżnia się spośród całego materiału „Insurection”, który początek ma bardziej stonowany, mroczniejszy, a końcówkę bardziej power metalową. Mocnym atutem płyty jest agresywny i bardzo szybki „Forever Black” i to jest przykład nowej jakości Agent Steel a także udanej mieszanki power i thrash metalu. „Human Bullet” nieco lżejszy, nieco bardziej progresywny, ale z pewnością nie odstaję od reszty.

Bruce Hall wniósł powiew świeżości do Agent Steel i choć był to już nieco inny zespół, to jednak wciąż grali muzykę na wysokim poziomie. Nie inaczej jest z „Order Of Iluminati”, który pokazuje też że można grać agresywny speed/heavy/ thrash metal w nowoczesnym opakowaniu. Jedno z najważniejszych wydarzeń roku 2003 i jak dla mnie jest to równie świetny album co „Unstoppable Force” czy „skleptic Apocalypse”.

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 21 października 2013

BLAZE - As live As it gets (2003)

Blaze Bayley dla jednych jest znakomitym wokalistą o specyficznej manierze i mrocznym wydźwięku, zaś dla drugich słuchaczy jest mało technicznym śpiewakiem, który gubi się w wyższych partiach. Bez względu na to po której stronie się opowiadasz trzeba zaliczyć byłego wokalistę Iron Maiden do tego grona frontmanów, którzy potrafią zrobić niezapomniane show, którzy potrafią rozgrzać publiczność. Udowodnił to nie raz, a najlepiej ten fakt potwierdzają płyty koncertowe, zarówno te sygnowane marką Wolfsbane jak i Blaze. Pod tą ostatnią nazwą ukazał się „As Live As It gets”, który śmiało można zaliczyć do jednych z najlepszych koncertowych albumów w kategorii heavy metal. Co o tym przesądza?

Przede wszystkim forma wokalna Blaze'a na tym albumie jest wyborna i słychać jego postępy, jakie dokonał od czasów Iron Maiden. Brzmi bardziej naturalniej, bardziej przekonująco i zadziorniej. Oczywiście znaczącą rolę odgrywa tutaj jego charyzma i komunikacja z publicznością i słychać to niemal w każdym kawałku i dobrym przykładem jest tutaj choćby „Kill and Destroy”. Atmosfera tego show tez tutaj jest znakomita i ma się wrażenie jakby się uczestniczyło w tym wydarzeniu, co przecież też nie zawsze udaje się odtworzyć. Jednak nie tylko Blaze tutaj wypada znakomicie. Dynamiczna sekcja rytmiczna i atrakcyjne pojedynki na solówki duetu Slater/ Wray czynią to show wyjątkowym i zapadającym w pamięci. Nie byłoby mowy o znakomitym albumie koncertowym bez odpowiedniego brzmienia, a te tutaj jest naturalne i słychać niewielką ingerencję producentów. Po raz kolejny Blaze wykazał że ma talent do nagrywania albumów koncertowych i do tworzenia znakomitych setlist. Kawałki jakie tutaj usłyszymy to prawdziwe hity i perełki jeśli chodzi o działalność Blaze'a. Znalazły się tutaj kompozycje z dwóch pierwszych albumów, czyli „Silicon Messiah” i „Tenth Dimension”. Tak więc nie zabrakło takich hitów jak : „Speed Of Light”, „ Tenth Dimension” czy „the Brave”. Na żywo jak zawsze niszczy utwór „Born As stranger”. Nie zabrakło też odesłań do wcześniejszej twórczości Blaze'a, bowiem mamy utwór Wolfsbane w postaci „Tough As Steel” czy też utwory Iron Maiden w postaci „Futureal” czy „Sign Of The Cross”. Czego można chcieć więcej?

Jeśli ktoś ma obiekcje co do Blaze'a bądź jego śpiewania, czy też twórczości to może niech sięgnie po ten album koncertowy i przesłucha od początku do końca. Jest to płyta dobra na zmienienie swojego stosunku do tego wokalisty i jego muzyki. Znakomity album, który oddaje niesamowity klimat i emocje tego koncertu. Jeden z najlepszych metalowych albumów koncertowych, które trzeba znać.

Ocena: 9/10

P.s recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

sobota, 13 października 2012

ORPHAN GYPSY - Aftermath (2003)

Nie przeszkadza wam wtórne granie? Nie brzydzi was kolejny zespół power metalowy, który czerpie garściami z HELLOWEEN, STRATOVARIUS czy INSANIA, jeżeli ktoś lubi prosty, melodyjny power metal z klawiszami, z progresywnymi elementami, kto lubi klimatyczne klawisze, melodyjne partie gitarowe i wokal ala Micheal Kiske ten powinien się zainteresować szwedzkim zespołem ORPHAN GYPSY, który zbyt długo nie zagościł na rynku muzycznym i jedynym śladem jaki został po nich pozostawiony to debiutancki album „Aftermath”, który ukazał się w 2003 roku. I świetnie go opisują pierwsze słowa które przytoczyłem na wstępie. Jest to album o charakterze wtórnym, nie ma tutaj niczego odkrywczego, słychać wiele znanych kapel power metalowych, mamy taki nieco oklepany wokal w stylu Kiske i wokalista Per Wilhelmsson technicznie spisuje się dobrze i jest to właściwie rasowy power metalowy wokalista. Partie gitarowe wygrywane przez gitarzystę Woodiego są może mało energicznie, może brakuje świeżości, ale z drugiej strony jest melodyjność i lekkość, tak więc powodów do większego narzekania nie ma. Jeśli chodzi o warstwę instrumentalną to warto zaznaczyć, że znaczącą rolę ogrywają klawisze, które tworzą tajemniczy klimat i sprawiają że wszystko jest bardziej melodyjne, no i jeszcze dynamiczna, dość dobrze urozmaicona sekcja rytmiczna. Gdy się spojrzy na album to można stwierdzić, że ma ciekawą, miłą dla oka okładką i właściwie album jest bardzo dobrze opracowany, bo nawet brzmienie nie budzi większych zastrzeżeń. Choć album został wydany w 2003 roku to jednak historia tego albumu i zespołu sięga do początku lat 90 kiedy to kapela została powołana do życia za sprawą Pera i jego brata Erika początkowo pod nazwą TALEGATE i w tym okresie wydali demo „Eye Of The Storm” które było utrzymane w stylistyce mrocznego heavy metalu. Z czasem zespół zmieniał się pod względem składu, stylistyki udając się w rejony melodyjnego power metalu i z czasem też zmienili nazwę na bardziej chwytliwą i ORPHAN GYPSY z pewnością taką jest. Jak kogoś interesuje bardziej szczegółowa historia to odsyłam do oficjalnej strony my space.

Materiał jest utrzymany w jednym stylu i większych zaskoczeń nie ma. Również poziom kompozycji nie należy do jakiś powalających, ale jest to dość solidne wydawnictwo i tego trzeba się trzymać. Najlepiej oczywiście wypadają kompozycje utrzymane w stylistyce power metalowej i świetnie to odzwierciedlają : otwierający „Darkland”, rytmiczny „Past Time Memories”, melodyjny „Nightwalker” , nieco cięższy „Nothing more”, energiczny, przebojowy „Satan's Own”, czy też melodyjny „Murder in Cold December”. A poza tym znajdziemy też przesiąknięty heavy metalem „Thorn Of Love”, stonowany „The Promise”, spokojny, balladowy „The Aftermath”, czy też przesiąknięty progresywnym rockiem „Silence”

Może w dużej mierze materiał nie rzuca na kolana, bo z jednej strony jest to wtórne i przesiąknięte różnymi sprawdzonymi patentami przypominające dokonania innych znanych kapel, a z drugiej strony kompozycje nie powalają pomysłowością czy też wykonaniem, to jednak album może być ciekawym pomysłem na spędzenie wolnego czasu, bo słucha się tego nawet przyjemnie, bo mamy dobre brzmienie, dobre melodie i można spokojnie wytrwać do końca. Jednak nie jest to album do którego się często wraca i to też mogło odegrać znaczącą rolę w tym że zespół po wydaniu tego albumu się rozpadł.

Ocena: 6/10

piątek, 28 września 2012

MASTERPLAN - Masterplan (2003)

Na czym polega sekret wielkich zespołów, które tworzą ponadczasowe albumy? Gdzie tkwi źródło albumów, które mają cechy znanych kapel, ale prezentuje zupełnie coś nowego? Właściwie jak się spojrzy to zawsze w takowych kapel wszystko zależy od wielkości osobistości, to właśnie wszystko skupia się wokół wielkich indywidualności, które potrafią pociągnąć zespół kiedy coś nie idzie zgodnie z planem. To właśnie takie osobistości potrafią przetrwać na rynku muzycznym. Co z tego że Kai Hansen pożegnał się z HELLOWEEN, skoro potrafił założyć własny równie silny zespół, co z tego że również podobny los podzielił Roland Grapow i Uli Kusch, którzy zostali wyrzuceni z HELLOWEEN po nagraniu „Dark Ride”? Nie zatracili się, nie zmarnowali się, bo w obu przypadkach ich wielki talent, wielki indywidualizm pozwolił im przetrwać i stworzyć równie wielkie zespoły. Kai Hansen stworzył GAMMA RAY, a Roland Grapow I Uli Kusch założyli w 2001 r MASTERPLAN, który początkowo miał być projektem gdzie wokalistą miał być Russell Allen, jednak potem Roland i Uli postanowili zrobić z tego prawdziwy zespół. Do współpracy zaprosili nie jakiś amatorów, lecz osoby znany w metalowym światku i są to kolejne wielkie indywidualności w zespole MASTERPLAN. O kim mowa?O wokaliście – Jorn Lande, który jest obdarzonym wielkim, mocnym głosem zalatującym pod Ronniego James Dio i nic dziwnego że jest on obecnie bardzo rozchwytywany i rozpowszechniany, nic dziwnego że jest wymieniany wśród najlepszych metalowych śpiewaków, bo pod względem techniki, maniery, charyzmy, emocji jakie niesie ze sobą, pod względem interpretacji tekstów jestem obecnie jednym z najlepszych wokalistów. W roli basisty obsadzono Jana S. Eckerta znanego niektórym zapewne z świetnego IRON SAVIOR, zaś w roli klawiszowca obsadzono Axela Mackenrotta i jego partie sprawiają że muzyka zespołu brzmi fenomenalnie świeżo, inaczej niż to co grały inne zespoły. I tak też należy rozpatrywać debiutancki album tego zespołu o nazwie „Masterplan”, który ukazał się w roku 2003. Jest to album utrzymany w stylistyce power metalowej, jakże inaczej. Ale nie ma mowy o drugim HELLOWEEN, choć w pływy tego zespołu słychać, nic dziwnego skoro Roland z HELLOWEEN nagrał całkiem sporo albumów, jednak tutaj jest coś całkiem innego. Można rzec, że Roland na „Masterplan” postanowił zaprezentować się z nieco innej strony...bardziej progresywnej, oj tak słychać sporo progresywnych zacięć, ale takie podejście do tematyki power metalu uczyniło ten zespół jednym z najlepszych i na pewno jednym z tych które wykształciły swój własny styl oparty w dużej mierze na mocnym, zadziornym wokalu Jorna, który sprawia, że muzyka MASTERPLAN jest ciężka, agresywna, ale nie pozbawiona melodyjności. Drugim ważnym elementem układanki stylu MASTERPLAN jest tutaj oczywiście Roland Grapow i jego partie gitarowe. Roland jest ambitnym muzykiem i to słychać w jego grze, melodie wygrywane przez niego są świeże, wyszukane, są one ciężkie, szybkie, mocne, energiczne i zarazem melodyjne, jednocześnie ukazując wyczucie Rolanda, jego finezyjność. MASTERPLAN wyróżnia się na tle innych kapel nie tylko znakomitym Rolandem i jego grą, ale też klawiszowcem Axelem, który wtóruje Rolandowi, uzupełnia jego partie, nadaję muzyce zespołowi większej melodyjności, głębi, nadaje im więcej progresywności i jeżeli ktoś lubi klawisze zalatujące pod STRAVARIUS, czy też mroczniejsze, bardziej progresywne kapele, ten dostrzeże piękno tych partii. Dopełnieniem stylu jest soczysta, energiczna, urozmaicona i mocna sekcja rytmiczna i tutaj Kusch pokazuje się z naprawdę dobrej strony i nie wiem czy tutaj nie pokazuje swojego prawdziwego talentu.

5 wielkich indywidualności i nie ma chaosu, jest harmonia, a materiał jest różnorodny i bardzo przemyślany, bo kompozycje są idealne pod względem pomysłów, jak i aranżacji, wszystko jest tutaj perfekcyjne zagrane, każdy utwór zapada w pamięci, każdy utwór trzyma wysoki poziom i nie ma tutaj wypełniaczy. Charakterystyczne dla tej grupy są utwory będące utrzymane w stylistyce power metalowej z wyraźnymi cechami progresywnymi i świetnie odzwierciedlają to otwierający „Spirit Never Die” mający przebojowy wydźwięk, klimatyczny "Kind Hearted Light", czy też przebojowy „Sail On” gdzie słychać coś z STRATOVARIUS, coś z GAMMA RAY czy też HELLOWEEN. Więcej power metalu uświadczymy w zwartym, elektryzującym, przebojowym „Heroes” z gościnnym udziałem Micheala Kiske i skojarzenia z erą strażnika siedmiu kluczy są tutaj jak najbardziej na miejscu, a także w nieco cięższym, drapieżniejszym „Crawling From Hell”. Jak wspomniałem wcześniej, album jest zróżnicowany i choć wszystko kręci się wokół power metalu i progresywności, to jednak pojawiają się pewne odskocznie, urozmaicenia. Pojawią się elementy hard rockowe w przebojowym „Enlighten Me” który kojarzyć się może poniekąd z solową karierą Jorna, podobnie jest z mroczniejszym, cięższym „Crystal Night” który jest utrzymany w średnim tempie i podobać się powinna również oprócz ostrego wokalu Jorna praca Rolanda, który wygrywa tutaj ciężki, mroczny riff, który nadaję odpowiedniego klimatu kawałkowi. Pojawia się też na debiutanckim albumie, bardziej epicki kawałek w postaci „Soulburn”, który jest najbardziej rozbudowaną i progresywną kompozycją na płycie. Tutaj można poczuć pewne cechy RAINBOW z Ronnie James Dio, trochę solowego Jorna i trzeba przyznać, że mroczna, demoniczna atmosfera, podniosłe, też budzące grozę partie klawiszowe, chórki, orkiestrowe patenty sprawiają że kompozycja jest pewnym powiewem świeżości w gatunku power metal. Dopełnieniem płyty są dwa piękne utwory o charakterze ballady czyli „Into The Light” oraz „When Love Comes Close”. Mówiąc o materiale nie można zapomnieć o genialnym, ciężkim i orientalnym „Bleeding Eyes” pokazując jeszcze inne oblicze zespołu.

Choć kapela zrodziła się na przykrym wydarzeniu związanym z HELLOWEEN, to jednak indywidualności, wielkie osobistości potrafi stworzyć zespół równie wielki co HELLOWEEN i co najważniejsze w nieco innej formule i MASTERPLAN to kapela która ma swój własny styl. Album powinien znać fan HELLOWEEN, owych muzyków, fan power metalu, czy tez progresywnego metalu, ale także fan porządnego, ambitnego grania na wysokim poziomie. Jeden z najlepszych debiutów jakie znam i bez wątpienia jeden z najlepszych albumów jaki wyszedł w 2003 roku. Wstyd nie znać, bo jest album ponadczasowy i wyjątkowy w swojej stylistyce.

Ocena: 10/10

niedziela, 29 stycznia 2012

DEAFING SILENCE - Edge of life (2003)

Jak komuś brakuje muzyki w stylu HELLOWEEN, EDGUY, czy też HAMMERFALL to śmiało może się zainteresować młodym francuskim power metalowym DEAFENING SILENCE, który został założony w 1997 roku. Po licznych demach kapela zadebiutowała w 2003 roku swoim pierwszym pełnym albumem zatytułowanym „Edge of life”. Ten album jak i muzyka może podzielić słuchaczy. Z jednej strony barykady mamy zagorzałych fanów wyżej wspomnianych zespołów którzy łykną bez problemu każdy klon, który przybliża im dokonania swoich ulubionych kapel, a z drugiej strony słuchaczy którzy dyskwalifikują każdy taki mało oryginalny zespół na wstępie. Tak ta kapela może nie grzeszy oryginalnością, ale ma za to kilka innych atutów, które potrafią przechylić szalę zainteresowania na ich stronę. Zespół potrafi zaskoczyć dobrą melodią, nie ma też problemów z stworzeniem hitów, a umiejętności muzyków też przyczyniają się do tego, że debiut jest całkiem przyjemnym albumem z dużą dawką energii i radości. Recepta francuzów jest prosta, a więc proste łatwo wpadające w ucho melodie, dynamika, a także sporo widowiskowych pojedynków na solówki a także chwytliwy refren i gotowe. Takie cechy już można wyłapać w ramach otwierającego „Deafining Silence”, który do bólu przypomina erę Hansena w HELLOWEEN.  Julian Milbach jest dobrym w tym co robi, ale to już było. Kiske, a może Cans z HAMMERFALL? Nie ma elementu zaskoczenia,  nawet w „The Black Swansong”, który przecież został przyozdobiony naprawdę melodyjnym riffem. Jednak gdzieś ten patent już kiedyś był wykorzystany. I tak z jednej strony jest to bardzo wtórne, a z drugiej bardzo chwytliwe i energiczne. Bardzo ciekawie została poprowadzona sekcja rytmiczna oraz riff. „Heavenly Dream” to ten sam kaliber tylko, że w innym opakowaniu. Nieco zmieniona melodia i gotowe. Tym razem nawet partie basu przypominają te wygrywane przez Markusa Grosskopfa na Keeperach. Pierwszym takim pozytywnym zaskoczeniem na tym albumie okazał się „Edge Of Life”, który jest mniej słodki, jakby ostrzejszy i co ciekawe gdzieś odpada nalepka „Klon Helloween”. Ciężki riff został tutaj bardzo dobrze trafiony, zaś linie wokalne i niektóre motywy mogą przypominać choćby HAMMERFALL, ale w takiej formule zespół nieco bardziej autentycznie. Nie muszę chyba chwalić za bardzo melodyjne solówki, które są potęgą tego albumu i to one napędzają każdy utwór, ratując go nie raz przez większą klęską. Nie obyło się bez wpadek w postaci nudnego „Nothern Starr” czy stonowanego „Strong we are” które ponad przeciętność nie wykraczają. Zespół najlepiej sobie radzi w power metalowej koncepcji w stylu HELLOWEEN, EDGUY i tego dowodem jest przebojowy „Save My soul”, czy też dynamiczny „Terror And Despair”. Niby fajnie się tego słucha, niby jest to co lubię, ale wtórność, brak jakiś własnych autorskich cech, sprawia że na dłuższą metę potrafi zmęczyć. To tez płyta kierowana do zagorzałych fanów power metalu spod znaku HELLOWEEN. Ocena: 6.5/10

środa, 14 grudnia 2011

KING DIAMOND - The Puppet Master (2003)


Ileż to recenzji, ileż to opinii na temat jedenastego albumu KINGA DIAMONDA się pojawiło w sieci to głowa mała. A powodem tak licznego komentowania owego albumu jest owe powrót samego mistrza do wysokiego poziomu. „The Puppet Master” to dla mnie jeden z tych albumów, który do końca nigdy mnie nie przekonał. Ale za nimi opiszę moje wrażenia na temat owego albumu, warto wspomnieć kilka jakże ważnych kwestii. Przede wszystkim po wydaniu „Abigail 2” nie odbyło się żadne tournee i wszystkie pieniądze które miałby być przeznaczone na ten cel, zostały wykorzystane przy produkcji „The Puppet Master”. Wytwórnia była wobec zespołu oszczędna, to też Andy La Rocque sam zajął się produkcja albumu, co mu wyszło naprawdę bardzo dobrze. Sam album ukazał się w roku 2003 i miał być one kontr atakiem na te wszystkie spekulacje związane z muzyką zespołu, że uległa procesowi starzeniu i że Kinga nie stać na żadną ciekawą i przerażającą historię. „The Puppet Master” na pewno zachwyca pod tym względem, bo jest zarówno zarówno przerażająca historia opowiadająca o władcy marionetek, który robi je z fragmentów ludzkiego ciała. Oprócz tego mamy upiorny klimat, a także urozmaicenie partii wokalnych, przez odstąpienie niektórych kwestii na rzecz wokalistki Livi Zity. Co przedkłada się na urozmaicenie całej opowieści. Do tego wszystkiego mamy klika sprawdzonych chwytów takich jak: przerażający, charyzmatyczny, teatralny wokal Kinga, klimat grozy, wciągająca historia, a także dopracowanie pod względem instrumentalnym, za które odpowiadają dwaj gitarzyści, a mianowicie Mike Wead/ Andy La Rocque, którzy zachwycają niezwykła techniką i energicznością. Jednak tym razem muszą przyznać, że album jest zbyt monotonny, zbyt melancholijny, przez co czasami nieco przynudza. Niektóre melodie, riffy są mało wyraziste, na pewno mniej niż na takim „Abigail 2” i w tej kwestii odczuwam słabszą formę muzyków. Największa bolączką albumu są same kompozycje, w których słychać że proces komponowania został zaniedbany, co przedkłada się na fakt, że mamy mocne momenty jak i słabsze. Intro w postaci „Midnight” ma ciekawy motyw, ale klimat gdzieś został zatracony i nie wywołuje to takich dreszczy jak to z „Abigail 2”. „The Puppet Master” to taki do bólu typowy kawałek Kinga. Dynamiczny, chwytliwy, pełen różnych wstawek, motywów i bez wątpienia jest to jeden z ciekawszych utworów na płycie. Również nie wiele gorszy jest dynamiczny, melodyjny „Magic” z dużą ilości partii klawiszowych co poniekąd przypomina album „The Eye”. No i refren śpiewany wspólnie z Livią stanowi jeden z atrakcyjniejszych fragmentów tego albumu. Inny wydźwięk ma „Emergencia”, który stawia na mrok i klimat, a jedynie co mi w tym utworze się nie podoba to nieco toporny główny motyw gitarowy. Jeśli chodzi o podobny nastrój i klimat grozy to zapewne świetnie się też prezentuje „Blue Eyes” z chwytliwym głównym motywem i kontrastem między ostrością i lekkością. Choć „Ritual” ma ciekawe, porywające tempo, choć ma ostry riff, to jednak brzmi jak większość utworów na tym albumie i to jest też poniekąd ujma dla tego materiału. Brak charakteru i jakiś bardziej wyróżniających się motywów. I to jest dziwne, bo przecież utwór sam w sobie nie jest taki zły, jak ja to widzę. Jeśli chodzi o najlepsze kompozycję, które najbardziej utkwiły mi w pamięci to oprócz „Magic” czy tytułowego to wymienię tutaj jeszcze najbardziej energiczny utwór z tego krążka, a mianowicie „Blood To Walk”.Słuchając rozpędzonej sekcji rytmicznej, ostrego riffu, a także łatwo wpadającego w ucho refrenu można śmiało stwierdzić że to jeden z najlepszych utworów autorstwa Kinga Diamonda. Również dobrze się prezentuje nieco posępny „Darkness” czy też zadziorny „Christmas”. Zamknięcie albumu w postaci „Living Dead”, który pomimo 7 minut potrafi porwać swoją energią, klimatem i ostrymi riffami, co jest tylko przykładem, że album mógłby być o wiele ciekawszy gdyby od początku by tak brzmiał. Cóż wszystkie mieć nie można. Jest sporo mocnych utworów, ale jest tez kilka strasznie przynudzających utworów i właściwie album jest rozbity i nie trzyma równego poziomu. Co z tego, że wszystkie elementy muzyki Kinga Diamonda zostały zachowane, co z tego że odświeżono formułę wprowadzając kobiecy wokal, co z tego że jest ciekawa historia i nie przeciętna forma muzyków, jak proces komponowania został położony i pomysłów wystarczyło na kilka kompozycji. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest w mniejszości, ale mnie ten album nie zachwycił na tyle, żeby mówić o jednym z najlepszych albumów KINGA DIAMONDA, ale też nie rozczarował tak jak choćby „Voodoo”. Szkoda tylko, że postawiono taki nacisk na melancholijność i na teatralność kosztem ciekawych melodii czy motywów gitarowych. Solidna pozycja w dyskografii KINGA DIAMONDA, która zajmuje dolną część rankingu. Ocena: 7/10

środa, 7 września 2011

HELLOWEEN - Rabbit don't come easy (2003)

Kiedy Helloween zaczynał odradzać się na nowo, kiedy nagrywał znakomite albumy, cios przyszedł w najbardziej niespodziewanym momencie. Po albumie „The dark Ride” znów zgrzyty wewnątrz zespołu i do starcia dochodzi właściwie między Rolandem i Weikathem. W wyniku braku kompromisu Rolanda odchodzi, a wraz z nim Uli Kusch. W tym momencie zespołowi pomógł ich producent Charie Bauerfriend, który znał kogoś, kto mógłby się wpasować do stylu Helllowen. Tym kimś był Sascha Gerstner z innego znanego power metalowego zespołu – Freedom Call. Zaś perkusistą został Schwarzmann, Stefan Schwarzmann, jednak w owym czasie muzykiem sesyjnym był Mark Cross i Mikkey Dee, którzy zagrali partie perkusyjny na następcę „The dark Ride”, a mianowicie „Rabbit Don't Come easy”. Jak zespół zapowiadał miało to być powrót do weselszego grania i w sumie tak się stało. Nie ma takiego mroku co na poprzednim albumie, jest więcej radości i weselszych melodii. Ale nie jest to znów słodkie i wesołe power metalowe granie. Oj nie. Tutaj zespół połączył agresję z poprzedniego albumu, z przebojowością i weselszym klimatem znanym choćby z Time of the Oath czy wcześniejszych albumów. W sumie jeśli miałbym wybrać najlepszy album z Derisem to chyba bym wybrałbym ten album, bo jest agresywny, dynamiczny, melodyjny i przebojowy, tutaj słychać power metalową jazdę, której zespół gdzieś potem zespół nieco zatracił. Album jest zróżnicowany i wyrównany, więc gniotów tutaj nie ma i myślę, że zespół udowodnił że nie zamierza iść na emeryturę. Choć nie ma filarów zespołu który się odradzał od porażki Chameleon tj Grapow , Kusch, to jednak zespół nie daje tego po sobie poznać, a Gerstner bardziej pasuje mi do stylu Helloween. Jest to jeden z najbardziej nie doceniany album tej niemieckiej formacji. To pomysłową, lecz mało atrakcyjna dla oka okładkę zrobił scmidtdesign. Brzmienie na tym albumie jest naprawdę godne podziwu, ale to nie pierwszy raz u Helloween słychać takie ostre soczyste brzmienie.

Album otwiera baśniowa melodia. Po paru sekundach słychać już pędzący riff „Just a Little Sign”, który jest autorstwa Derisa, jak większość kompozycji na tym albumie. Słychać od pierwszych sekund, że zespół wraca do weselszego grania. Jest pędząca i radosna melodia , który przypomina nieco te z Walls Of jerycho i właściwie zespół mimo weselszych melodii, nie zrezygnował z agresji i ostrości, która była ważnym elementem „The dark Ride”. Słychać, że Geerstner to świetny i trafny wybór. Pasuje on przede wszystkim do stylu w jakim gra Helloween. Poza tym wygrywa on bardzo ostre i melodyjne partie gitarowe o czym świadczy choćby pierwsza solówka na tym albumie. Moim zdaniem Sascha stylem bardziej przypomina Hasnena niż Grapowa. Poza o0strością, nie raz dadzą o sobie znać klawisze, no i są one na tym albumie dość wyraźne. A wygrywa jest Ellerbrock znany nie którym choćby z dwóch pierwszych płyt z Andim. Poza świetną warstwą instrumentalną, mamy wesoły tekst i helloweenowy refren. Helloween odzyskał dawną klasę i styl i to słychać. W końcu coś na miarę płyty z Hansenem. Pierwszy killer i nic dziwnego, że ten kawałek promował album. To że Gerstner jest świetnym gitarzystą już słyszeliście, ale że jest równie genialnym kompozytorem to jeszcze nie mieliście okazji posłuchać. No to proszę, o to mamy „Open your Life” i tutaj mamy taki styl do jakiego przyzwyczaił nas Hansen i należy posłuchać tego refrenu, a zwłaszcza partii gitarowych. Tutaj Gerstner pokazał swoją klasę i talent i udowodnił, że zespół dokonał właściwego wyboru. Kawałek jest skoczny i bardzo chwytliwy. Tutaj Deris oczywiście napisał znakomity tekst i udowodnił, że jest liderem zespołu. Ileż energii i melodii się wydobywa z tego kawałka. Kolejny killer i przykład, że można grać świetny power metal, ba nie wiele gorszy od Gamma Ray. Znów słychać klawisze, które odgrywają znaczącą rolę na tym albumie, bo zwiększają melodyjność i chwytliwość tego materiału. Solówki zawsze były marką tego zespołu i to się póki co nie zmieniło, bo na tym albumie mamy najbardziej Helloweenowe solówki od czasu The Time Of he oath”.Drugi Killer. No nie mogło na albumie zabraknąć kompozycji autorstwa Weiketha i właściwie jego kompozycje wciąż brzmią tak samo. No bo „The Tune” słychać echa wcześniejszych kompozycji, ale taki styl ma właśnie Micheal. Helloween pełną gębą, power metalowy, szybki i melodyjny i do tego radosny. Znów muszę pochwalić za solówki, bo z takich solówek zespół znany za czasów Hansena i w końcu zespół może powalczyć z ekipą Hansena jak równy z równym. Jedna z najlepszych kompozycji Weikatha w historii zespołu. Materiał jest urozmaicony o czym wspominałem. Najbardziej komercyjnym kawałkiem jest „Never be a Star” i tutaj słychać coś w stylu perfect Gentleman, rockowy kawałek z prostą melodią będąca głównym motywem utworu. Cóż utwór może irytować, ale kawałek podoba mi się bo ma koncertowy wydźwięk, a trzeba dodać, że zespół w swojej karierze nagrał gorsze kompozycje od tego. Tak wiem, agresywny i mroczny jest „The dark Ride”, dynamiczny i melodyjny jest „Walls of Jerycho” ale taki „Liar” mógłby znaleźć się i tu i tu. Powiem więcej to jeden z najostrzejszych kompozycji tej power metalowej formacji. Tutaj zespół wkracza nawet w krainę thrash metalu. Nie ma słodkiego Helloween, nie ma śmiechów chichów. Jest brutalny power metal z agresywną grą gitarzystów, z dynamiczną i szybką partią Mike Dee, z mrocznym i drapieżnym wokalem Derisa. Kawałek ma nie zwykłą dynamikę, ciężar i dzikość, a mimo to znalazło się miejsce na chwytliwość i melodyjność, który słychać w początkowej fazie, czy tez w solówkach. Kolejny killer, który skomponował...Grosskopf i dziwię się że do tej pory tak rzadko tworzył. Jeszcze w innym klimacie i stylu jest utrzymany „Sun for the world” którego na początku nie doceniałem. Bo tutaj mamy taki bardziej stonowany riff, mniej chwytliwy, bardziej prosty, ale tutaj słychać ducha starego Helloween tą ich melodyjność i szybkość, która najbardziej słyszalna jest w refrenie i solówkach. Kolejny kiler, choć jest mniej agresywny i mniej dynamiczny, ale kawałek nie ustępuje poziomowi poprzednim utworom. Warto dodać, że to kolejny kawałek autorstwa Saschy. Wśród tego ostrego materiału znalazło się miejsce dla ballady „Dont stop being crazy” i tutaj mamy fajny motyw, melodia sam wpada w ucho. Na plus także to wsparcie klawiszami i sam klimat. Jedna z najlepszych ballad zespołu. Drugą kompozycją Weiketha na tym albumie jest „Do you feel Good” i to jest taki typowy Helloween, skoczny, wesoły, chwytliwy i przebojowy. Kolejny killer i kolejny power metalowa jazda bez trzymanki. A skoro już o jeździe mowa, to ten wyraz idealnie pasuje do najszybszego na płycie „Hell was Made in Heaven” i tutaj mamy podręcznikowy przykład power metalu. Utwór skomponowany przez Grosskopfa i mamy tutaj stary styl zespołu. Jest szaleństwo power metalowe przez cały utwór, gdzie jego punktem kulminacyjnym są solówki, które brzmią jak wyjęty z ery Hansena. Power metal w czystej postaci,szybki, dynamiczny, energiczny, przebojowy, rytmiczny i szybki i do tego pod rasowym ostrymi partiami gitarowymi. Coś starego i coś nowego zarazem. Niedoceniony jak cały album jest również „Back agints the wall” autorstwa Weikatha. To był okres kiedy Micheal miał pomysł na granie i jego pomysły były nie wiele gorsze od Kai'a, o czym świadczy choćby ten mroczny, ponury i ciężki kawałek. Mamy tutaj fajny posępny riff, który może nie przypomina nam stylu Helloween, ale to kawał brutalnego heavy/power metalu i do tego chwyta od pierwszych minut. Dla śmiałków, którzy wątpią w genilaność i w gatunek jaki zespół gra, niech posłucha sobie kolejnej petardy an albumie którą jest „Listen to the flies” autorstwa Gerstnera. Niesamowite brzmienie, niesamowita dynamika, energia, melodyjność i chwytliwość. Jest power metal pełną gębą, gdzie Sascha znów pokazuje swój geniusz i to jest Helloween jakie kocham. No i do tego świetna forma Derisa jako wokalistę, co słychać w typowym dla Helloween refrenie. Stary Helloween w nowej skórze. Zespół praktycznie co album zawiera nieco dłuższe kompozycje, które cieszą rozbudowaną formą i ciekawymi pomysłami. Tym razem album zamyka „Nothing to Say” i nie powiem jest do ciekawe podejście do power metalu/ czy heavy metalu. Jest sporo zmian temp, sporo ciekawych motywów i chyba najciekawiej wypada zawarcie patentów regee. Deris też momentami śpiewa niczym Elvis. Utwór bardzo rozbudowany i trwa prawie 9 minut. Tak więc mamy stonowany i chwytliwy riff, a także łatwo w padający w ucho refren. Jeden z najlepszych kawałków Helloween od bardzo dawna. Oprócz tego album zawiera bonusowy utwór w postaci „Far Away” i jest to killer na miarę tego albumu. Znów zespół prezentuje agresywny power metal ocierający się o thrash metal. Jednak mimo tej brutalności, da się wyczuć, że to Helloween a choćby dzięki radosnemu refrenowi, czy porywającym solówkom.

Pamiętam jak kręciłem na pocżatku nosem, a że to nie do końca Helloween taki jaki był za czasów Kuscha, Grapowa, a to że nie ma takiego poziomu itp. Nie doceniałem tego album podobnie jak większość słuchaczy. Jednak ten album to jest prawdziwy killer w dyskografii Helloween. Czy lepszy gorszy od poprzednika? Cóż kwestia gustu, mnie się podoba bardziej, bo jest bardziej Helloweenowy, więcej słychać ery Hansena, mnie tego mroku i więcej radości i to jest zmiana na plus. Jest agresja, dynamika i brutalność z poprzedniego albumu, więc powodu do narzekania nie ma. Same kompozycje prezentują perfekcyjny poziom. Jest to power metal taki jaki być powinien. Ostry, dynamiczny, szybki i rytmiczny. Jest przebojowo i radośnie. Materiał jest zróżnicowany, więc nie ma grania na jedno kopyto, nie ma przynudzań. Są killery jak otwieracz, są radosne kawałki jak never be a star, jest też ballada, a także rozbudowany i bardziej stonowany kawałek jak „Nothing to say” jest też dużo power metalowej jazdy jak „Hell was made in heaven”, a także jest mrok i ciężar jak choćby w „Back againts the wall” i pod tym względem jest to jeden z najbardziej urozmaiconych materiałów Helloween. Pomimo zmian w składzie, zespól nie zeszedł na psy i nagrał jeden z najlepszych albumów w historii zespołu i wg mnie to jest obok 7 sinners najlepszy album z Derisem na wokalu i wybierając miezy tymi dwoma to królik też stawiam wyżej. Tutaj wszystko zostało dopracowane, brzmienie, partie muzyków, wokal Derisa, solówki jak i same kompozycje. Deris wyrósł na lidera i obecnie Helloween to nie Weikath a Deris. Muszę też pochwalić Gerstnera który okazał się znakomitym nabytkiem zespołu, który wniósł powiew świeżości i energii, a styl jego gry na gitarze bardziej mi odpowiada niż Rolanda. Album doskonały Nota:10/10

wtorek, 28 czerwca 2011

JOE LYNN TURNER - JLT (2003)


Joe Lynn Turner to jeden z najbardziej rozpoznawalnych wokalistów w heavy metalowym czy tez hard rockowym świecie. Znany z takich legendarnych zespołów jak choćby Depp Purple, Rainbow, Yngwie Malmsteen. Jednakże takie osobistości jak Turner nie siedzą z założonymi rękami, nie wygrzewają się na Honolulu. Oj nie Turner to jest zapracowany gość, bo także tworzy albumy pod własnym nazwiskiem, a takich krążków już sporo wyszyło. Jedne lepsze, jedne gorsze, jednakże moją największą uwagę przykuł album zatytułowany „JLT” z 2003 roku. Turner skompletował po raz kolejny zespół w składzie: John O'Reilly na perkusji. I przy pozostałych instrumentach, jest nieco więcej rąk chętnych do grania u boku Turnera to też na gitarze mamy: Al Pitrelli, Chris Cafferty, Joe Bonamassa, Carl Cochran, Chris Marksbury, John Bongiovanni, a warto podkreślić, że i sam Joe przygrywa gdzieniegdzie na gitarze. Paul Morris, Carmine Giglio, Lloyd Landsman, Jane Mangini - klawisze, a bas to Eric Czar, Greg Smith. No sporo tych muzyków, aczkolwiek nie przekłada się to na materiał, który jest utrzymany na dobrym poziomie. Powrotu do świetnych lata 80 nie ma, ale album przynajmniej zawiera jakieś pozostałości z tamtych czasów. Nie chodzi o brzmienie, nie chodzi o wokal i produkcję , bo to akurat nie zawodzi. Jak dla mnie zabrakło nie przebojów, zabrakło tez kogoś, kto mógłby wygrywać jakieś fajne riffy. Więcej słychać tutaj rzemiosła, aczkolwiek z drugiej strony miło jest usłyszeć Turnera w takim graniu. Bo różnie u niego to było w solowej karierze, gdzie było i łagodniejsze granie, nawet czasami ocierające się o aor, czy tez nawet momentami o pop- rock, teraz wrócił nie co do cięższego grania,za co chwała mu się należy. Zaczyna się od dobrego otwieracza, czyli „In cold for Blood” , w którym słychać starego ducha z Depp Purple czy Rianbow. Tylko riff jest nieco mało porywający, aczkolwiek bardzo miło się to słucha. Bo są tutaj i dobrze dopasowane klawisze, mocny zadziorny wokal Turnera, tylko jedynie można się przyczepić do partii gitarowych, ale nie oczekujmy wielkich jakiś popisów, bo Blackmore tutaj nie ma. Bardzo fajny taki rockowy wydźwięk ma „Jump start”, w którym można się delektować naprawdę bardzo bujającym riffem. I jest to kolejna dobra kompozycja z pogranicza heavy metalu i hard rocka. Tutaj nawet niezła solówka jest, ale i tak największe brawa należą się Turnerowi za jego popisy wokalne. Takim utworem znów ocierający się o klimat utworów z Depp Purple jest „Dirty deal”, który jest jednym z tych najlepszych kawałków, pomimo że jest nieco spokojniejszy, utrzymany w nieco wolnym tempie. Pomimo tego faktu, mamy chwytliwy refren, a riff jest też zadziorny i nawet bujający. Może z Rainbow to ma nie wiele wspólnego, ale z graniem w którym obracał się Joe jak najbardziej. Warto najpierw posłuchać, za nim się podejmie zbyt pochopną decyzję w stosunku tego kawałka, jak i całego albumu. Turner dla mnie zawsze był specem od wolnych kawałków, to też i tutaj znakomicie wypada taki „Love don't Live Here”, w którym postawiono na emocje, choć klimat i wydźwięk nieco inny niż u Blackmora. Tak nasz bohater miał lepsze na swoim koncie, ta jest tylko...poprawna. Ale plusik za nawet chwytliwy refren. Bardzo mi się podoba „Excess” z bardzo ponurym klimatem. Tutaj już przynajmniej jest pomysłowy riff. Wolny, ale zapadający w głowie. Niektórzy zaraz wytkną, że to nudne itp., no to już kwestia gustu, ale w takich klimatach Turner sprawdza się znakomicie. Nawet solówki mają tutaj więcej ekspresji i uczuć. Mocnym punktem na albumie jest „Lets' go” taki mocny hard rockowy kawałek, z takim drobnym podcięciem pod Depp Purple. Prosty, ale bardzo chwytliwy jest to utwór. Takich klimatów trochę ma tez w sobie „Crying out Loud”, który jest też dobrze zagraną kompozycją. Znów wolniejsze tempo, znów nieco emocji się wylewa. Utwór nawet momentami buja, choć wszystko fajnie brzmi to jednak totalnego zniszczenia nie ma i nie będzie. Jednym z jasnych punktów na albumie również jest także”Fantasize” , bardzo energiczny, zagrany z pasją i z letkim ukłonem w kierunku Depp Puple. Znów tutaj należy pochwalić za riff i za chwytliwość.
Moim takim nr.1 jest bez wątpienia „Blood Fire” którym mógłby być gdzieś umieszczony na jakiejś płycie Depp purple. Jest taki fajny bluesowo – rockowy klimacik. Riff tez bardzo fajnie brzmi, tak właśnie w stylu Depp Purple. W końcu jakiś taki można rzec killer, choć ostrzegam, że też nie wszystkim przypadnie do gustu. „Drivin' With Eyes Closed” to killer w 100% taki zagrany z myślą o fanach Rainbow. Brzmi nieco jak taki Death Alley Driver, choć nie ma takiego kunsztu jak wygrywany przez Ritchiego riff. Jest szybko i energicznie i jest to kolejny mocny punkt tego albumu. „Hit The switch” wolny i ciężko zagrany, ale brzmi to nawet całkiem dobrze. Choć na ma już takiej klasy i takiej swobody co 2 poprzednie utwory. „Reprise” instrumentalny kawałek, który ma tez inny klimat niż te w Rainbow, jest ciężar i nie potrzebna spinka.
Dla fanów tego wokalisty płyta obowiązkowa, a dla reszty słuchaczy będzie to kolejny album tego wokalisty, który zawiera już pewien oklepany typ grania, bo co innego ma grac niż to co było prezentowane w Depp Purple, czy Rainbow, aczkolwiek nieco ten poziom i styl podania tego odbiega od tego prezentowane w tych 2 wcześniej przeze mnie przedstawionych zespołach. Jest to album równy i utrzymany na dobrym poziomie. Słychać sporo rzemiosła, ale nie które utwory zasługują na kilka krotne odtworzenie i wielbienie. 7.5/10 polecam.