Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 czerwca 2014

WOLF - Wolf (1999)

Początki są zawsze trudne. Czasami trzeba z pokorą oddać hołd prekursorom, pozostawiając swoje ambicje daleko w tyle. Nie każdy chce ryzykować. Z szwedzkim Wolf było podobnie. W pełni otworzył się później. Na początku swojej kariery byli kolejnym klonem Iron Maiden. Co pozwoliło im przetrwać, to że mieli w zanadrzu znakomitych muzyków, pomysły na wysokiej jakości materiał no i potrafili ewoluować nie porzucając NWOBHM jako głównego składnika ich muzyki. W 1999 udało im się wydać debiut zatytułowany po prostu „Wolf”. Jedna z tych płyt która wygląda jakby została wydana w latach 80, a nie w czasie kiedy został zarejestrowany.

Wiele zostało przerysowane z twórczości Iron maiden. Słuchając „The Parasite” można odnieść wrażenie, że słuchamy płyty Steve'a Harrisa i spółki. Ten charakterystyczny bas, ten znany nam sposób konstruowania riffów i melodii. To nie jest tania sztuczka, a jedynie znakomicie odegrany styl Ironów z lat 80. Utwór wtórny, ale ukazuje że Wolf to bardzo udany zespół, który grać potrafi i to jeszcze jak. Na szczęście na płycie można uświadczyć jeszcze w pływy innych zespołów typu Mercyful Fate, czy Judas Priest. Zwłaszcza otwieracz „In the Shadows of steel” który jest agresywniejszy, bardziej speed metalowy to przykład, że Wolf stać na granie urozmaicone i dalekie od monotonnego oklepywania patentów wyjętych z okresu NWOBHM. Nie trzeba być specem by określić styl szwedów i nie jest to żadna chluba grać muzykę bliźniaczą do Ironów, ale kiedy robi się to dobrze i znakomicie odtwarza się lata 80 to nie można tutaj pozostać obojętnym Atutem Wolf jest to że trzymają równy poziom od początku do końca, płyta jest przebojowa i pełna ciekawych melodii. Może wokal Niklasa Olsonna jest tutaj nie pewnym i mało dopracowany, ale z czasem pokazał, że Wolf to tylko z nim. Na tym albumie brakuje mi pazura i zadziorności, jednak znakomicie oddał klimat metalu lat 80. „Moonlight” swoim riffem przypomina „Hang, Drawn, Quartered” Running Wild. Podobna tonacja i motyw. Wolf potrafił też nieco ciężej zagrać kiedy trzeba było i dowodem na to jest „Eletric Rage”. Mogło się podobać umiejętność połączenia lat 80 i nieco nowoczesności. Wszystko oparte zostało na naprawdę znakomitych popisach gitarzystów. To właśnie oni odwracają uwagę tam gdzie coś nie wychodzi, to dzięki nim płyta jest drapieżna i godna uwagi. W tej kwestii na pewno nie można narzekać. Jak chcemy ponarzekać, to lepiej skupić się na nieco irytującym wokalu Olssena czy nieco słabej produkcji, która miała jeszcze bardziej odtworzyć lata 80.Największą frajdę sprawił mimo wszystko „The Voyage”. Taki nieco techniczny riff, energiczne tempo, radość z grania metalu i pomysłowe zagrywki. To jest właśnie cały Wolf i właśnie potem będzie słynął jeszcze bardziej z takiego grania. O „Desert caravan” można mówić jako o rasowym przeboju, wzorowanym na pierwszych płytach Iron Maiden. Smaczku płycie i jeszcze lepszego klimatu lat 80 dodaje instrumentalny „243” i rozbudowany „In The Eyes of The sun”.

Odtwórczy album Wolf, będący hołdem dla Iron Maiden i NWOBHM. Nie pokazali całego swojego kunsztu i można wytknąć kilka wad. Może drażnić wtórność i momentami nachalne granie pod Ironów czy śmieszyć kiczowata okładka, no ale cóż jest to kawał solidnego heavy metalu w starym stylu i prawidłowe zagrane. Na pewno debiut ważny i pozwolił narodzić się bardzo cenionej kapeli.

Ocena: 7.5/10

wtorek, 3 czerwca 2014

METAL CHURCH - Masterpeace (1999)

I w końcu miało się spełnić marzenie fanów Metal Church. Zapowiedziano, że w 1999 roku ukaże się nowy album zatytułowany „Masterpeace” i że będzie to pierwszy od lat krążek na którym znowu usłyszymy duet David Wayne/ Kurdt Vanderhoof. Na okładcę pojawiła się znana z debiutu gitara w kształcie krzyża. Wszystko wskazywało na to, że Metal Church zamierza powrócić do korzeni i zamierza nagrać bardziej klasyczny album. Jednak rzeczywistość okazała się bardziej brutalna.

To już nie ten sam Metal Church co na pierwszych albumach, co gorsze, nie jest to ten sam Metal Church co ery Mike'a Howe'a. Uleciała pomysłowość, chęć do grania, uleciała zadziorność i potencjał. Zostali doświadczeni muzycy i zespół o zasłużonej renomie. Od takich muzyków i takiego zespołu wymaga się bardzo dobrych albumów. Wydawnictw zagranych z pasją, z życiem i z miłości do metalu. Nawet jako prezent dla fanów „Masterpeace” nie nadaje się. Za mało w tym starego Metal Church, za mało udanych kompozycji. Co jest warte uwagi? Z pewnością szybki „Falldown”, ale jest to dalekie do grania z dwóch pierwszych płyt. Bliższe to „The Human Factor”. Zawodzą tutaj ci, którzy mieli zapewnić sukces. David brzmi dość łagodnie i niezbyt przekonująco, a Kurdt gra bez ikry i pomysłu. Sporo jego partii jest nudna i monotonna. Power Metalowy „Lb of cure” to udany kawałek, który cechuje się chwytliwym wydźwiękiem i solidnym riffem. Nie jest to ta moc co na debiucie, ale i tak lepsze to niż taki smętny otwieracz „Sleeps with Thunder”. Pojawiają się echa thrash metalu i agresji, choćby w takim „Faster Than Life” czy w „All You Sorrows”. Metal Church nie szczędzi lekki i przyjemnych melodii rodem z Iron Maiden, co słychać w radosnym „Toys in the Attic”. Solidny materiał, ale brakuje bardziej wyeksponowanych kompozycji, które od razu wyróżniałyby się na tle innych. Pod względem klimatu należy jeszcze tutaj wskazać na „They Signed in Blood”.

Fanom Metal Church mogło spodobać się stylistyka i powrót do bardziej metalowego grania i porzucenia eksperymentowania i rockowych elementów. Oczekiwania spore i nawet nie zostały w połowie spełnione. Nie jest to drugi debiut, ale wciąż Metal Church trzyma dobry poziom jeśli chodzi o muzykę. Brakuje jednak tego ognia, tego pazura jaki charakteryzował dawne albumy, brakuje też tej przebojowości i pomysłowości z czasów Mike'a Howe'a. Kryzys Metal Church trwa w najlepsze, a David Wayne założył swój własny zespół i znów Metal Church musiał usunąć się w cień.

Ocena: 6/10

środa, 1 sierpnia 2012

WHITE SKULL - Tales From The North (1999)


Złoty okres WHITE SKULL przypadł na lata 1999-2000 , a więc ostatnie lata przed rozstaniem się na kilka lat z kapelą przez Federice De Boni, okres w którym zostały nagrane dwa największe dzieła włoskiej formacji. Jednym z najlepszych osiągnięć power metalowej kapeli jest bez wątpienia wydany w 1999r „Tales From The North”, który można nazwać śmiało koncept albumem, który porusza kwestie skandynawskich legend. Trzeci album w przeciwieństwie do poprzednich wydawnictw niesie ze sobą pierwsze zmiany personalne, również stylistyczne i te zmiany dały efekt w postaci perfekcyjnego albumu. Skład zespołu zasila Nick Savio i jest to zmiana istotna, bo słychać jak technicznie jest znakomitym gitarzystą. Jego współpraca z Tonym Fonto wypada na tym albumie perfekcyjnie. Są pojedynki, jest mieszanie motywów, jest w końcu power metal pełną parą, nie ma pół środków, w każdym utworze znajdziemy energiczną solówkę, zapadający w głowie motyw, chwytliwe refreny, które porywają lekkością i przebojowością. Trzeci album to przede wszystkim perfekcyjne partie gitarowe, przemyślane i idealnie zaaranżowane, czego nie można było powiedzieć o tych z poprzednich albumów, to przede wszystkim ciekawsze pomysły, o czym może świadczyć choćby stworzenie koncept albumu, postawienie w dużej mierze na epickość, podniosłość, która nie raz w niektórych kompozycjach wręcz dominuje i długich kompozycje jest tu całkiem sporo. To pozostałość po przednim albumie i poza tym mamy w dalszym ciągu to samo. Tych samych muzyków, znakomitą Federicę De Boni za sitkiem, która śpiewa jeszcze ostrzej, jeszcze pewniej i zadziorniej. Ten album to jest również jej przedstawienie. „Tales Of The North” to bardziej dojrzalsze dzieło, gdzie są podniosłe i bojowe chórki, sporo epickiego charakteru, dużo power metalu czego brakowało na poprzednich wydawnictwach, ciekawe pomysły i masa przebojów, które zapadają w pamięci a nie przelatują nie pozostawiając po sobie śladu. Muzycy rozwinęli się i każdy z osobna wyczynia cuda na tym albumie. Wokal i gitary to motory które napędzają ten krążek, to czynniki, które brzmią o wiele lepiej niż na poprzednich wydawnictwach, jest większa różnorodność, jest perfekcja, to samo się tyczy dynamicznej i mocnej sekcji rytmicznej. Nawet brzmienie na tym albumie jest o kilka klas lepsze. Można by tak pisać i pisać w superlatywach o aspekcie czysto technicznym, ale was zapewne ciekawi zawartość, czyż nie?

Jak to bywa w tego typu albumach musi być intro i outro, a te tutaj są klimatyczne i świetnie odzwierciedlają to co mamy na okładce. Jest klimat i epicki charakter, a ten nie raz da o sobie jeszcze znać. Po kilku minutach wkracza pierwszy killer, a mianowicie „Tales From The North” który ukazuje to co najlepsze w tym zespole. Szybkie, melodyjne partie gitarowe, chwytliwy refren, wplątanie rycerskiego, bojowego feelingu, urozmaicona i pędząca do przodu sekcja rytmiczna, a wszystko prowadzone przez energiczne gitary i zadziorny oraz charyzmatyczny wokal Federicy. Tutaj można też usłyszeć wyrazisty wokal gościa, a mianowicie Chrisa z GRAVE DIGGER. Swoje zdanie spełnia użyte pierwszy raz w tym zespole klawisze. W takiej formie utrzymany jest ostry „The Killing Queen” , melodyjny i szybki „Horant” czy też świetny, rytmiczny „Here We Are” który nasuwa najlepsze przeboje GRAVE DIGGER, nic dziwnego skoro znów Chris daje o sobie znać, a sam kawałek jest znakomitym i jednym z najlepszych przebojów zespołów. Album ten jest zróżnicowany i znajdziemy tutaj właściwie wszystko. Mogłoby się wydawać, że zespół radzi sobie tylko z krótkimi kompozycjami, jednak bronią i silnym fundamentem tego albumu są właśnie...długie kompozycje. Pierwszą z nich jest power metalowy „Asgard” z epickim zacięciem w refrenie. Podoba mi się rytmiczność i żywiołowość jaką cechuje się ten utwór. W podobnej konwencji utrzymany jest dynamiczny „Gods Of The sea” z jakże epickim i oryginalnie brzmiącym refrenem, który niszczy klimatem, pomysłowością i chwytliwością. „Viking's Tomb” zaczyna się niczym ballada, jest spokój, romantyczny nastrój, jednak utwór przeradza się w rytmiczną galopadę i jest nacisk na dynamiczność i melodyjność i znów mamy kolejny znakomity utwór o epickim charakterze z licznymi intrygującymi smaczkami. Ostatnim długim kawałkiem jest „The Terrible Slaughter” który pełni role rasowej ballady. Nie ciągnie się ona, nie nudzi i potrafi złapać za serce. Zespół dobrze radzi sobie z heavy metalową konwencją co słychać w zadziornym i stonowanym” Kriemhild Story” . To co gra WHITE SKULL na tym albumie to podniosły, melodyjny i dynamiczny, z elementami epickości power metal, taki jak to słychać w przebojowym i szybkim „Fighting and Feasting”. 
 
Nikt by się nie spodziewał, że włoski zespół po nagraniu dwóch raczej średnich albumach nagra coś co będzie można arcydziełem, albumem ponadczasowym, który mimo upływu czasu wciąż brzmi świeżo. A jednak ta sztuka im się udała i na szczęście na jednym takiej klasy albumie nie poprzestali. Czysta perfekcja, której słucha się zaangażowaniem, z radością bo są melodie, jest i ostrość, jest też i podniosłość czy epickość. Jest wszystko, a nawet i więcej. Wstyd nie znać.

Ocena: 10/10

AFTERWORLD - Dark Side Of Mind (1999)


Dla fanów heavy/power metalu, gdzie słychać inspiracje BLOODBOUND, IRON MAIDEN i GAIA EPICUS z czystym sercem mogę polecić fiński AFTERWORLD, który został założony w roku 1993 i nagrał dwa albumy, przechodząc w roku 2000 w stan spoczynku. Zespół może nie tworzył niczego oryginalnego i sporo w tym wtórności, jednakże trzeba przyznać, że potrafili grać solidny heavy/power metal bazując jedynie na solidnych kompozycjach, cechujących się dynamiką, ostrymi i rytmicznymi partiami gitarowymi i pędzącą, mocną sekcją rytmiczną. Te cechy idealnie odnoszą się do debiutanckiego albumu „Dark Side Of Mind” z 1999 roku. Tak można by powiedzieć, że ten krążek brzmi jak wiele innych tego typu, lecz co napędza to wydawnictwo to solidność, melodyjność i dobrze wyważone gitary. Wszystko to jest opakowane w nawet ciekawą okładkę i soczyste brzmienie, które podkreśla ciężar i drapieżność materiału.

AFTERWORLD nie kombinuje, nie bawi się w tworzenie czegoś na siłę i w efekcie dostajemy prostą i przystępną zawartość, która stawia na proste i melodyjne motywy, które mają nas uraczyć przebojowym charakterem. Już otwieracz „Dark Side Of Moon” sygnalizuje dość wyraźnie, co będzie napędzać album. Melodyjność, dynamika, mocna, zadziorna praca gitar i charyzmatyczny wokal. Może Mika Kuokkanen nie jest jakimś wybitnym wokalistą, może nie zachwyca śpiewaniem w niskich rejestrach, może nie potrafi wyciągać wysokich rejestrów, ale pasuje do tego grania tak samo jak wokal Hansena w GAIA EPICUS. Przebojowy charakter daje o sobie znać w melodyjnym „Afterworld” który stawia przede wszystkim na obstukane, sprawdzone chwyty, ale to zdaje swój egzamin. Zespół znakomicie radzi sobie z szybkimi, dynamicznymi utworami, gdzie dominuje chwytliwa melodia, rozpędzona sekcja rytmiczna, przebojowy refren, a takimi symptomami charakteryzuje się choćby „Lost In The Dark”, czy też melodyjny „Never Endind Sleep”. Jednak zespół nie po przestaje na jednym motywie, stylu i znajdziemy kilka prób ubarwienia całości. „Sixteen Innocent Children” jest dobrym przykładem, gdzie jest dudniący bas, stonowane tempo, ostre, dość ciężko brzmiące gitary i wydźwięk bardziej heavy metalowy. Coś innego, ale w dalszym ciągu jest to solidne granie. Próba bycia nowoczesnym w „Power To kill” raczej mizerna i nie udana, bo utwór brzmi strasznie. Nie ma ani ciekawej melodii, ani czegoś co by sprawiło, że utwór byłby bardziej przyjazny. Jeden z najlepszych utworów na płycie jest bez wątpienia melodyjny „The End Becomes” czy też przebojowy, opakowany w stonowane tempo „Virtual Angel” gdzie słychać coś z ostatnich płyt HELLOWEEN, czy też GAIA EPICUS. Nieco gorzej wypada 7 minutowy „Touch of Fate” gdzie zespół na siłę ciągnie motyw, gdzie wszystko jest troszkę bez ognia, a szkoda, bo początek jest nadzwyczaj pomysłowy i bardzo klimatyczny. Dużym atutem tego krążka jest klimatyczna ballada „Are We Alone”.

Może debiut AFTERWORLD nie należy do jakiś nadzwyczajnych wydawnictw, może nie ma w tym za grosz oryginalności, ale forma podania, solidność i duża melodyjność sprawia, że miło się słucha tej płyty, mimo że ma parę wad, że nie ma jakiś kompozycji, które rzucają na kolana, ale jest solidność, w miarę wyrównany materiał. Warto poświęcić temu albumowi wolny czas.

Ocena: 7/10

piątek, 13 stycznia 2012

AGENT STEEL - Omega Conspiracy (1999)

Kiedy zawodzi nowo powstały zespół, kiedy zawodzą wszelkie środki przebicia się w natłoku innych kapel jak to miało w przypadku EVILDEAD, gitarzysta Juan Garcia postanowił wrócić do kapeli z którą wg mnie odniósł największy sukces, a mianowicie AGENT STEEL. W roku 1999 odrodziła się jedna z najbardziej kultowych kapel speed metalowych. W nieco odmienionym składzie i nieco odmienionej formule, która przede wszystkim kierowała się w kierunku technicznego thrash metalu zakorzenionym w speed metalowej stylizacji. W szeregach zespołu nie było Johna Cyriisa i Micheala Zaputilliego a w ich miejsce pojawił się wokalista Bruce Hall, który idealnie wpisał się w nową konwencję zespołu, dając upust swojej charyzmie, energii i umiejętności wkraczania w wysokie rejestry. Ale i mrok to jego specjalność. Drugą osobą znaną niektórym zapewne z thrash metalowego EVILDEAD jest Karlos Medina. W takim składzie został nagrany „Omega Conspiracy”, który światło dzienne ujrzał w 1999r.  Wszystko zaczyna się od „Destroy The Hush” który daje słuchaczowi przedsmak całości. Dynamika znana z poprzednich wydawnictw została, ale zmieniono brzmienie stawiając na bardziej nowoczesne i nie da się uniknąć skojarzeń z NEVERMORE. Jednak mimo wszystko słychać pójście w stronę technicznego thrash metalu, słychać ciężar, słychać większy przepływ agresji, na szczęście zespół nie zrezygnował z melodyjności i chwytliwego wydźwięku materiału znanego z poprzednich wydawnictw.  Warsztat techniczny jest imponujący na tym albumie i za każdym razem tak samo niszczy mnie „Illuminati is Machine” gdzie pogodzono nowoczesność, z agresją i szybkim pędzeniem, zachowując przy tym cechy melodyjnego grania. W podobnej formie jest „Into To Nowhere” , zabarwiony power metalem „Infinity” co słychać w momencie solówki. Ciężar i nowoczesność to nowa idea AGENT STEEL i w takim „New Godz” sprawdza się to znakomicie. Zespół poza utworami przyspieszające bicie serca oferuje też bardziej urozmaicone utwory, gdzie jest nastrój, jest duża liczba różnych motywów, a melodie też są wyszukane. Świetnie ten charakter oddają dwa bardziej epickie utwory, a mianowicie „Awaken The Swarm”,czy ”It's Not What You Think'”. Dowodem na to, że zespół nie ma żadnych większych problemów z urozmaiceniem albumu, ani z nagraniem pięknej ballady niech będzie nastrojowy „Bleed Forever”. Inny formuła, inna idea, nieco nowoczesne podejście do tematyki, nieco odmieniony AGENT STEEL, nieco ostrzejszy, nieco wierniejszy stylowi thrash metalowemu, jednak dalej tak samo skuteczny, dalej tak samo dynamiczny i melodyjny, a to budzi szacunek. A jak wiadomo powroty nie zawsze są oczekiwane i nie zawsze kończą się happy endem. Ocena: 9/10

czwartek, 6 października 2011

U.D.O - Holy (1999)

Czasami mam wrażenie, że niektóry albumy są cenione i faworyzowane ze względu na jeden wielki i genialny kawałek z owego krążka. Takich płyt by się trochę znalazło, a na pewno do nich zaliczę niemieckiego weterana heavy metalu Udo Dirkschneidera i jego zespół UDO. Weźmy takie wydawnictwo jak „Holy” z 1999 roku. Płyta jest dobra to nie podlega dyskusji, bo były frontman nie schodzi poniżej pewnego wypracowanego poziomu. Z tym albumem wiążą się pewne znaczące zmiany personalne. Po raz pierwszy pojawił się tutaj nowy gitarzysta, a mianowicie Igor Gianoli, który sprawuje tą funkcję po dzień dzisiejszy. Oprócz wyżej wspomnianej zmianie pojawił się także nowy perkusista, a mianowicie Lorenzo Milano. Jest też sporo stałych punktów programu jak choćby tejemnicza okładka Marschalla ( ostatnia klimatyczna okładka UDO), a także produkcja Stefana Kaufmanna. Muzycznie mamy w dalszym ciągu granie pod ACCEPT i to zrozumiałe, bo ktoś musiał w owym czasie wypełnić lukę po rozpadzie ACCEPT. A kto jak nie zespół byłego wokalisty ACCEPT? Wspomniałem, że album zdobył sławę dzięki jednemu z najlepszych utworów jakie UDO stworzył. Mowa w tym przypadku o tytułowym „Holy”, który jest grany na każdym koncercie zespołu. Jest w nim nutka tajemniczości, jest też hymnowy wręcz refren, który jest znakiem rozpoznawczym tego utworu. Co przesądziło o tym, że kawałek tak zachwycił słuchaczy? Bez wątpienia jego przebojowość, a także duża dawka starego, dobrego ACCEPT. A to słychać w partiach gitarowych duetu Kaufmann/ Gianola. Jest to wolne tempo i te charakterystyczne melodie dla ACCEPT. Dalej podtrzymuję tezę, że ów utwór przyczynił się do zamierzonego rozgłosu albumu i do tego, że do dziś zalicza się do krążków, po które najczęściej sięgają słuchacze. Utwór przyćmił pozostałe utwory to na pewno. Ale w żadnym wypadku nie można lekceważyć potencjału i energii reszty materiału. Na album trafiło sporo dynamicznych kompozycji, które cechują się szybkim riffem wzorowanym o stare albumy ACCEPT , a także bojowymi chórkami, czy też prostym, ale hymnowym refrenem. Do takich kompozycji należy zaliczyć:"Raiders of Beyond" czy też „Back off”. Jednym z moich ulubionych utworów na albumie jest „Shout it out”, w którym słychać charakterystyczne chórki, których nie powstydziłby się sam HAMMERFALL,a także jeden z najlepszych refrenów na albumie. Bardzo udanym zabiegiem okazało się wprowadzenie hard rockowego feelingu w ten heavy metalowy hymn. Muzyka UDO jest takim granie na jedno kopyto i każdy utwór jest utrzymanej w podobnej stylistyce. Wszystko, zależy tylko od tego jaki będzie riff, czy refren. Czy będzie melodyjny, czy nie będzie monotonny i czy będziemy w stanie zachwycać się melodiami? Cóż „Recall the Sin” to powtórka z rozrywki, z tym że gorzej podana. ACCEPT tutaj jest słyszalne choćbyśmy nawet tego nie chcieli, jednak nie to jest problem. Lecz nie atrakcyjny refren, czy też riff. Uważam, że można było to zrobić lepiej. Z podobnej gliny ulepiony jest "Friends Will Be Friends" i "Thunder in the Tower" . Ot co typowe średniej klasy kawałki, które co najwyżej mogą być dobre, jednak nigdy nic więcej ponadto. Jakoś nie pasuje do całego albumu taki "State Run Operation". Choćby z tego względu, że jest bardziej hard rockowy i brzmi niczym zaginiony track „Faceless World”. Jednak przewrotnie, jest to jeden z najlepszych utworów na albumie. "Danger" to również bardzo udana kompozycja, bo jest tutaj chwytliwy refren, który mógłby zdobić jakąś kompozycję ACCEPT, jednak to nie on gra tutaj pierwsze skrzypce lecz partie gitarowe. Również w podobnej stylistyce utrzymany jest "Ride the Storm". Wolne, bardziej stonowane tempo, ACCEPTOWE chórki, refren, czy też melodie. Jednak trzeba ze szczerym sercem przyznać, że to już nie ta sama liga. Często spotykam się z opinią, że „Trainride in Russia” czy też „Devil's Rendezvous” to styl jaki nigdy nie prezentował Udo. Czy aby na pewno? A co z takim „Cut Me out”? To jest właśnie geneza tego radosnego i nieco komercyjnego metalu. Słychać, ze utwór nastawiony jest na zabawę i w tej kwestii jest po prostu nie do pobicia. Jeden z najlepszych kawałków na płycie,a także w historii UDO. To jest dowód na to, że niemiecki heavy metal musi być toporny, kwadratowy i do bólu wtórny.

Po dzień dzisiejszy uważam, że tytułowy „Holy” to najlepsza kompozycja z tego albumu, która wypromowała ten album i jednocześnie przyćmiła resztę utworów. To niestety jest słychać. Materiał jednak na dobrą sprawę robi wrażenie równego i co chyba najważniejsze przebojowego. Sporo tutaj atrakcyjnych dla ucha melodii, refrenów czy też solówek, takich z rodem ACCEPT. Jest kilka killerów, parę hymnów metalowych, a także parę nowych świeżych pomysłów jak choćby „Cut me out”. Wada? Pewnie taka jaka od zawsze. Wtórność i granie w kółko tego samego. Cóż dla jednych to wada, dla jednych raj na ziemie. Jedno trzeba przyznać, UDO poradził sobie z bycia alternatywną wersją ACCEPT. Jeden z najlepszych albumów jakie nagrała ekipa udo Dirkschneidera. Ocena: 8.5/10

sobota, 24 września 2011

MERCYFUL FATE - 9 (1999)

„Ja jestem 9, ty jesteś 9, my jesteśmy 9”. Rok 1999 i światło dzienne ujrzał kolejny album Mercyful fate. Dlaczego taki, a nie inny tytuł? Licząc albumy i mini albumy to „9” jest dziewiątym albumem zespołu i to jest chyba logiczne wytłumaczenie. Choć mi często chodzi po głowie motyw z filmu „I stanie się koniec”, że rok 1999 to rok przyjścia na świat antychrysta. 9 to obrócone 6, a więc mamy 666. I jakoś mi się ten tytuł kojarzy z tym motywem. Album szybko powstał, bo praktycznie rok od słabego dla mnie „Dead Again”. Zespół podpisał kontrakt płytowy z metal Blade, na kolejne 3 albumy i tak po roku zostaje wydany „9” i tutaj zespół wyraźnie dał sygnał, że chce zbliżyć się do genialnego okresu „Don't Break the oath” i to widać zwłaszcza po okładce ...Thomasa Holma. Mamy znów rogatego diabła, jest też piekielny ogień i wszystko się zgadza i dla mnie jest to jedna z najlepszych okładek jakie zrobił Thomas. Ale o poziome albumy decyduje nie okładka, lecz muzyka. I teraz pewnie nie którym się wyda, że oszalałem czy coś. Bo album zbiera różne opinie, od zachwalających, aż po krytyczne. Najczęściej spotykam się z opinią, że album jest dobry, albo słabo. Cóż pewnie dla niektórych osób będę odmieńcem czy coś, ale dla mnie „9” to jeden z ...najlepszych albumów zespołu i stawiam go na równi z dwoma albumy z lat 80. Zespół nie wciska odgrzewanego kotleta, bo jest poziom lat 80 to jednak muzycznie jest nieco inaczej. Mercyful fate na tym albumie wręcz przeciwnie porzuca posępne granie, przechodzi na dynamiczne, szybkie granie łącząc przy tym stare sprawdzone patenty, jak mroczny klimat, ciężki riff Shermanna, teatralny wokal Kinga, czy też teksty poruszające tematy o lucyferze. Patrząc na całą dyskografię zespołu, to jest to najszybszy album duńskiej formacji, pełen energii i świeżości, czego mi brakowało na poprzednich albumach i jedynie Time był przejawem geniuszu, podobnie jak ten tutaj recenzowany przeze mnie. Album zachwyca nie tylko pod względem muzycznym i lirycznym, ale też pod względem technicznym. Produkcją którą dokonał Koll Marschall jest perfekcyjna. Jedynie co mnie smuci, to że jest to ostatni album tej formacji. Kiedy w końcu zespół wrócił do najwyższej formy, musiał przestać wydawać albumy. Problem leży po stronie wytwórni, że nie chce wyłożyć odpowiednich pieniędzy, a ostatnio doszło jeszcze zdrowie Kinga. Album nieco inny niż wszystkie inne albumy tej formacji, ale dalej jest to Mercyful fate, więc drastycznych zmian nie należy się spodziewać.

Zaczyna się takim nowoczesnym wejściem, gdzie słychać bas i szybko owo wejście „Last Rites” przeradza się w dynamiczny riff. Takich kompozycji Mercyful Fate nie miał swoich zbiorach. Podoba mi się to wcielenie MF. Bo został mroczny klimat, ciężkie partie gitarowe Shermanna, ale wszystko pod pasowano pod melodie, pod chwytliwość i przebojowość, a owa szybkość dodała więcej przestrzeni i swobody. Zaletą tego albumu jest też to, że zespół nie bawi się na siłę w długie kompozycje jak na „Dead Again” Utwór skomponował Shermann/ Diamond. Poza mrocznym tekstem, warto tutaj także zwrócić uwagę na naprawdę elektryzujące solówki i są one znaczącym elementem tego albumu. Takich solówek Shermann już dawno nie wygrywał. No i mamy pierwszy killer. Album jednak jest bardzo urozmaicony. Weźmy taki „Church of Saint Anne” tutaj słychać mroczny, złowrogi klimat, a do tego ten posępny, wolny riff, taki nieco w stylu Black Sabbath, ale jak pamiętamy zespół zawsze miał ich za wzór i inspirację. Od pierwszych sekund porwała mnie kwestia „Oh father”. I muszę przyznać, że przez te nie całe 5 minut sporo się dzieje, sporo zmian temp, motywów, nawet te nieco balladowe wtrącenia są urocze. Kolejny niesamowity utwór, który nie łatwo zapomnieć. W jeszcze innym klimacie jest utrzymany „Sold My Soul”. Mamy wejście gitary basowej, mamy taki nieco rockowy riff. Jest znów wolniejsze tempo, a sam utwór brzmi jak kawałek wyjęty z solowego albumu Kinga. Diamond śpiewa tutaj bardzo teatralnie, bardzo klimatyczne, zwłaszcza to grobowe „aahhh”. Choć utwór ma łagodny wydźwięk, to i tutaj znalazło się miejsce na nieco cięższe partie gitarowe. Popis kunsztu wokalnego Kinga, a także jego kompozytorstwa. Najwięcej jednak na albumie jest takich petard jak „House on The Hill” i tutaj nawet ma się wrażenie, że zespół na słuchał się Judas Priest z lat 90. To kolejny przykład, jak zespół powinien grać. Próbuje sięgnąć pamięcią w przeszłość i nie pamiętam, żeby tyle petard MF umieścił na jednym albumie i pod tym względem album się wyróżnia. A jako fan szybkich utwór doceniam ten zabieg. Bardzo energiczne wejście i znów bardzo słyszalna jest partia basowa. Shermann wygrywa tutaj znów ostry i bardzo szybki riff, a King wokalem buduje odpowiedni klimat. Kawałek potrafi zauroczyć nie tylko refrenem czy riffem, ale solówkami, te pojedynki przyprawiają o gęsią skórkę. Nie ma Dennera, a Wead udowadnia, że nie jest jakimś żółtodziobem, który pierwszy raz ma do czynienia z gitarą. Solówki są energiczne, melodyjne, a przede wszystkim mają sporo finezji, takie solówki to skarb i do tego bezcenny. Kończy się jedna petarda zaczyna kolejna. „Burn in Hell”to prawdziwy killer w wykonaniu Diamonda. Pomysłowe było rozpoczęcie utworu od solówki Weada. Tak pod względem solówek utwór jest bardzo bogaty i jak na utwór trwający nie całe 4 minuty jest ich naprawdę sporo. No jak dopisze się do tego sporo ciekawych motywów i chwytliwy refren to wychodzi nam kolejny killer, ale tak właśnie jest. Taki „The grave” przyprawia mnie o dreszcze i tutaj czuć siarkę i ogień piekielny. Jest to najmroczniejszy kawałek na płycie. Słuchając początku i ciężko i wolnego niczym walec riffu ma się wrażenie, że słuchamy „Jugulatora” Judas priest. Ale tutaj mamy 100 % MF. Teatralny popis Kinga, energiczne i pędzące do przodu solówki i choć utwór jest ciężki, stonowany i bardzo mroczny, to i tutaj zespół pozwolił sobie na chwilę szaleństwa i energicznego grania i takie zmiany temp są tutaj bardzo pożądane. Kolejny killer i jeden z ciekawszych utworów jakie MF kiedykolwiek stworzył. O i podobnie można napisać o najszybciej kompozycji jaką kiedykolwiek nagrał Mercyful Fate, czyli „Insane”. Utwór trwa 3 minuty i przez ten czas Shermann i spółka nie spuszczają nogi z pedału gazu, cały czas jest szybko, dynamicznie. Mamy prosty i łatwo wpadający w ucho riff i tutaj każdy z muzyków odwalił kawał dobrej roboty. Choć wciąż mam szacunek do sekcji rytmicznej w tym utworze, bo dla mnie to jest czyste szaleństwo. Najspokojniejszy utworem na płycie jest „Kiss the demon” ale pisząc spokojny nie mam na myśli ballady. Choć wstawki balladowe są, to jednak dominują tutaj heavy metalowe partie. Jest upiorny klimat i nasuwa się King Diamond solo, ale to jest zrozumiałe, bo King jest autorem tego kawałka. Kolejny utwór, który zostaje w pamięci na długo. Klimatem i warstwą liryczną potrafi zauroczyć „Buried Alive”, ale nie tylko tym. Znów mamy taki nieco z dozą Black Sabbathowego zacięcia riff, mroczny klimat, mamy też przebojowy wyraz refrenu i wszystko brzmi tutaj fantastycznie, nawet zmiany temp i liczne popisy gitarowe Shermenna i Weada. Jakie to jest uczucie kiedy Mercyful Fate serwuje nam takie killery? Na pewno przyjemny. Na szczęście zamykający album tytułowy „9” też zaliczam do killerów i nie dostałem żadnego wypełniacza co cieszy. W przypadku tego utworu mamy dość nowoczesny riff, taki nieco przekombinowany, ale ta jego dziwaczność daje się we znaki. Nie ma takiej dynamiki, nie może takiego ostrego grania, ale jest mrok, jest stonowane tempo i sporo ciekawych melodii, a także prosty jak budowa cepa refren. Słychać że utwór na stawiony jest na demoniczny klimat i to wyszło na dobre albumowi. Warto wspomnieć, że to jedyny utwór, w którym palce maczał drugi gitarzysta Mike Wead.

Ponad dekadę przyszło czekać na genialny krążek. Album bez wad, album dynamiczny i pełen energiczny solówek, pełen mroku i świeżości. Choć jest to styl do jakie przyzwyczaił nas Mercyful fate to jest kilka świeżych patentów i w sumie album brzmi nawet nowocześnie jak ten zespół. Od razu przypomina mi się „Jugulator” Judas Priest. Brzmienie tutaj też jest demoniczne, a do tego kompozycje, które zachwycają przebojowością, pomysłowością i klimatem. Nie ma słabych kompozycji, nie ma wypełniaczy, jest za to 10 killerów i do tego każdy inaczej brzmi, a to nie jest łatwa sztuka. Album inny nieco niż te z lat 80, ale na tym samym genialnym poziomie. I do dziś nie mogę pojąć, dlaczego fani MF piszą o tym albumie, jako o tym najsłabszym. Jak dla mnie „9” to najlepszy album od czasu ich rozpadu, szkoda tylko, że jest to ostatni album MF. Ja jestem 9, ty jesteś 9, wszyscy jesteśmy 9, a nota nie jest 9 tylko 10/10.

czwartek, 8 września 2011

PRETTY MAIDS - Anything worth doing is worth overdoing (1999)

Pretty Maids po udanym powrocie do korzeni poszło za ciosem i nagrało kolejny znaczący album w ich karierze, a mianowicie „Anything worth doing is worth overdoing”, którego tytuł zaczerpnięto z biografii Aerosmith. Zespół w tym samym składzie rozpoczął prace nad następcą „Spooked” w roku 1998, w którym to ukazała się składanka „The Best of...back to back”, będący przypieczętowaniem powrotu do starego stylu. „Spooked” zawiesił poprzeczkę następnym albumom bardzo wysoko. I choć żaden mu nie dorównał to są już to albumy na dobrym poziomie i zawierają sporo atrakcyjnej muzyki dla uszu. Nie ma już takiego kombinowania i takiego smęcenia, jasne trafią się też słabsze momenty, ale to już nie to co kiedyś. Myślę, że następca „Spooked” traci sporo przez swoją nierówność. Album ukazał się w 1999 roku i tym razem produkcją zajął się Ken i Ronnie. Zaś okładkę w stylu egipskiego Poverslave narysował Jakob Treneberg.

Pretty Maids miał wiele znakomitych otwieraczy, ale nic nie dorówna jednemu z najlepszych utworów jakie zespół stworzył. „Snakes in Eden” to czysty killer i 100 % Pretty maids. Ostrość, dzikość, chwytliwość, porywające partie gitarowe Hammera, podniosłość partii klawiszowych Owena. Do tego łatwo wpadający w ucho refren i elektryzująca solówka. Najbardziej tutaj imponuje dialog między klawiszami, a gitarą, coś pięknego. Ten kawałek przypomina najlepsze lata zespołu i wróży naprawdę killerski album, szkoda tylko że to jeden z nie wielu killerów na tym albumie. No i warto podkreślić, że utwór ma jedną z najpiękniejszych solówek jaką kiedykolwiek zespół stworzył. Mój ulubiony utwór tej formacji. Niczym otwieraczowi nie ustępuje „Destination Paradise”, który też jest kolejny killerem na albumie i też mamy tutaj wszystko co składa się na styl tej duńskiej kapeli. Mamy skoczny, porywający riff, który brzmi jak wyjęty prosto z debiutanckiego albumu. Oprócz riffu, mamy też prosty i bardzo melodyjny refren i z takich kompozycji zespół słynie. Natomiast „Hell on High Heels” brzmi jak kawałek wyjęty prosto z albumu „Future world”. Tak jest, jest bardziej hard rockowo, jest cieplejszy motyw i łagodny refren, ale coś dobrze wypada. Rockowa ballada z ciekawą solówką tak należy podsumować tą kompozycję. Nieco mieszane uczucia mam co do „When The Angels cry” bo słychać tutaj ciekawe partie gitarowe, ale są też nudne wstawki, jest momentami zbyt ospale. Dobrze nawet brzmi refren i jest to w sumie przeciętny kawałek z przebłyskami. Wracamy do ostrego i szybkiego grania w „Back off” i ten kawałek stylistyką i poziomem przypomina „Spooked”. Mamy tutaj proste i dynamiczne granie, gdzie zespół postawił na chwytliwe melodie i łatwo wpadający w ucho refren. Dużo tutaj zrobiły klawisze. Miło też wspominam z tego kolejny killerski kawałek na tym albumie, a mianowicie „Only in America”. Choć kawałek nie jest tak energiczny jak choćby otwieracz, to zachwyca ciekawym tekstem gdzie wyciągnięte są na tapetę to co stanowi o potędze USA i to co ich wyróżnia. Kawałek zachwyca melodyjnym refrenem i skocznością i jak ma się to nie podobać? Warto dodać, że kawałek ma bardzo udaną solówkę gitarową. Co mnie denerwuje na tym albumie to że jest za dużo tutaj wolnych kompozycji. Szybkich killerów jest naprawdę nie wiele. I na cholerę nam kolejna ballada w postaci „With these Eyes” i choć jest ładna i wzniosła, to jednak się już tymi balladami nieco przejadłem. Również na miarę „Spooked” jest tytułowy „Anything worth doing is worth overdoing” gdzie słychać przede wszystkim ciekawy riff który opiera się na partii basowej Kenna Jacksona. Kawałek też ma przyjemny dla ucha refren. Tak jest to dobry/ bardzo dobry kawałek, ale na kolana nie rzucił. Do udanych kompozycji trzeba też zaliczyć „Scent of My Prey” gdzie zespół wygrywa ciekawy riff i zmienia tempo raz na szybkie, raz na wolne i brzmi to nawet atrakcyjnie. Jednak dalej szału nie ma, ot co dobry kawałek. Takim wypełniaczem na albumie jest „Face Me” jakoś mi nie pasuje do tej całej układanki. Najlepiej tutaj się prezentują melodie wygrywane przez Owena, ale reszta znów jakoś mało przekonująca. Lepszego wrażenia nie robi na mnie ostatni kawałek czyli „Loveshine” znów taki rockowy kawałek, który ociera się o balladowe patenty. Jakoś nie zachwycił mnie swoim nędznym riffem, ani wiejskim refrenem. Ot co wypełniacz, który zamyka album pozostawiając niedosyt że mogło być lepiej.

Cóż album jest dobry mimo tyle wpadek, słabych momentów. Ma kilka killerów które należy znać, jak choćby Snakes in Eden. Mamy dobre, jedno z najlepszych brzmień jakie dorobił się zespół, mamy urozmaicony materiał,ale za dużo smętów, za dużo przynudzania i za mało łojenia jak w otwieraczu. Ale i tak Pretty maids gra tutaj o wiele lepiej niż na takim Jump the Gun za co chwała im. No tak to co często spotykane jest w tym zespole,to nie równy materiał. Nie dało się tak jak na „Spooked” utrzymać stabilności jeśli chodzi i poziom utworów. Dobry, solidny album Duńczyków. Nota: 6.5/10 warto znać choćby dla otwieracza.

sobota, 3 września 2011

GAMMA RAY -Powerplant (1999)

Bo nie jest to tylko muzyka, to droga życia. Piękne motto, czyż nie? Jaki zespół i jaki album powinien przyjść na myśl? Gamma Ray i „Powerplant”. I jak to bywa w przypadku Gamma Ray, nie ma dwóch takich samych albumów. Jasne styl i sama koncepcja grania jest ta sama, ale każdy album jest inny. „Land of the Free” – bardziej magiczny, bardziej podniosły, tematyka fantasy, „Somewhere...” nieco ostrzejszy, bardziej dynamiczniejszy, tematyka s-f, „Powerplant” cięższy, agresywniejszy, słychać inspirację Judas Priest, poza tym mamy bardziej rozbudowane kompozycje, co tez jest pierwszy raz w przypadku GR. Mamy 3 kompozycje nieco krótsze, a tak to minimum 6 minut trwa utwór. Jak to bywa na scenie metalowej, każdy zespół przeżywa upadki i wzloty ,każdy kiedyś musi coś nowego wprowadzić do swojej muzyki,aby była ona bardziej przystępna, bardziej porywająca no i spełniała wymagania fanów i brzmiała nieco świeżej. Cóż dla Kai i Gammy Ray przyszedł okres w, którym Hansen postanowił troszkę wlać do swojej muzyki nieco świeżości, sporo energii no i ciężaru. Lider zespołu chciał aby jego zespół zaskoczył fanów czymś nowym, chciał udowodnić,że zespół się rozwija I myślę, że to mu się udało. Choć nie należy oczekiwać jakiś drastycznych zmian stylu po tym albumie. Na nowy krążek zespołu przyszło czekać fanom 2 lata. Po Sois każdy miał na pewno niedosyt po niezbyt idealnym albumie, w którym było sporo słodkości i momentów, które nużyły. Tak więc Kai miał szanse naprawiać to co zrobił,czyli dostał szanse powalenia fanów na kolana. Ale czy tego dokonał? O tym za kilka paragrafów...

Produkcją albumu zajął się Kai i Dirk. Okładkę na której widać już znaną postać GR, a także piramidę przypominającą „Poverslave” narysował Darek Riggs, który narysował okładki do kultowych albumów Iron maiden. W sumie widać podobieństwo tytułów GR i IM tym razem – Powerplant – Poverslave. „Powerplant”w porównaniu do poprzedniego albumu jest bardziej dopracowany pod względem brzmienia, kompozycji, a także słychać zwyżkową formę muzyków, począwszy od Dana Zimmermanna, kończąc na Kai'u Hansenie, który z każdym albumem śpiewa coraz lepiej. Tematycznie Powerplant jest kontynuacją tematyki s-f i fantasy.

Różnie to było u Gamma Ray z tymi otwieraczami. A to intro, a to balladowe wejście, a to ostro z kpoyta. Tym razem Kai przeszedł sam siebie. Otwieracz „ Anywhere in the galaxy” może od razu nasuwać klimaty”Painkillera” Judas priest. Jedni potraktują to jako kopiowanie pomysłów od innych, a inny uznają to za znak geniuszu. Szczerze bliżej mi do tej drugiej grupy. Poza judasami słychać tutaj thrash metal w początkowej fazie, gdzie mamy taki riff zbliżający się po takie granie. Wejście jest godne uwagi, podniosłe z klawiszami w tle. Sekcja rytmiczna jest lepsza niż na poprzedniczce, zresztą jak cała reszta. Tak może i jest ciężki i ostry riff rodem z Painkillera. Ale jest to dalej Gamma Ray. Przebojowa i porywająca nie tylko w partiach gitarowych, ale także w refrenie. Tak kawałek bardzo dynamiczny i melodyjny, czyli to do czego przyzwyczaiła nas ekipa Kai Hansean. Udanie wyszło nawiązanie do tematyki z poprzedniego albumu, czyli s-f. Co jest pewną taką nowością, to dłuższe kompozycje. Ów otwieracz trwa 6 minut i pewnie się zastanawiacie, co spowodowało to wydłużenie kompozycji? Ano mamy więcej popisów gitarowych, solówki są dłuższe, bardziej atrakcyjniejsze dla ucha. Mamy piękne pojedynki Kai z Henjem. Kolejnym utworem autorstwa Hansena na tym albumie jest „Razorblade Sigh”, który jest już takim bardziej typowym kawałkiem dla Hansena i Gamma Ray, gdzieś porzucono granie pod Painkillera i grają bardziej w stylu do którego nas przyzwyczaili. Przede wszystkim, mamy rozpoznawalny dla Kai riff, taki nieco skoczny, taki przebojowy i bardzo melodyjny. Jest to jeden z krótszych utwór na płycie i zarazem jeden z tych, który idealnie by się nadawał na singla. Znów chwytliwości i przebojowości co niemiara, co zresztą słychać przez cały utwór jak i przez cały album. 5 minut i też sporo się tutaj dzieje, sporo ciekawych motywów się przewija przez ten krótki utwór. W sumie w podobnej stylistyce jest utrzymany „Send Me a Sign” autorstwa Henja Richtera. Tutaj słychać analogiczny riff co w „I want Out”. Klasyk i do tego często grany na koncertach. Znów nieco krótsza kompozycja, ale nie zmienia faktu, że to klasyk Gamma Ray. No i często fani pomijają „Strangers in The Night” gdzie oprócz Hansena, również Zimermann ma swój udział. Znów mamy dłuższy utwór, znów mamy Judas priest i „Painkiller”, znów mamy szybką petardę i znów killer. Jedna z najlepszych kompozycji na tym albumie, ze ciekawymi zmianami temp, melodii, to jest cała Gamma Ray. Dobra, teraz pora ściągnąć obuwie z nóg i przejść do ogrodu grzeszników. „Gardens of the Sinner' to kolejny klasyk ekipy Hansena, który również trwa 6 minut. Słychać patenty z „Walls of Jerycho” i utwór trzeba przyznać, nieco inny niż pozostałe, bo taki bardziej stonowany, bardziej...koncertowy. Pewnie każdy z was się zastanawiał jakby to było gdyby gamma grał nieco pod thrash? No cóż możecie się przekonać i to właśnie dzięki „Short as Hell”, który jest najcięższą i najostrzejszą kompozycją na albumie, a także w historii zespołu. Słychać w tym utworze przede wszystkim inspirację Megadeth. Kai nie tylko wygrywa taki riff pod ten zespół, ale i śpiewa pod Dava Musteina. No oczywiście kolejny killer na albumie. Gamma Ray weszło w krew granie coverów. Tym razem wybór padł na popowy Pet Show Boys i ich znany hit z lat 80 - „Its a sin” i może nie jest to taki killer jak poprzednie kompozycje, ale pasuje do stylistyki zespołu, jak i klimatu albumu. Kawałek łagodny, skoczny i bardzo melodyjny. Fajnie urozmaica i rozluźnia materiał na tym albumie. Było Heavy Metal is the law, był hołd dla metalu w postaci „Heavy metal mania” a teraz Kai dorobił się własnego hymnu metalowego - „Heavy Metal Universe”. Kawałek ma oczywiste zaloty pod Manowar, ale czy kogoś to rusza? Mnie nie, ważne że kawałek buja i chwali metal. Kompozycja obowiązkowa, jeśli chodzi o koncerty zespołu. Drugą kompozycją autorstwa Richtera „Wings of Destiny” Wiem, można zarzucić jej cukier, słodkość i zgadzam się z tymi osądami. Ale kawałek ma swój urok. Choćby podniosły i tajemniczy refren, a także naprawdę dynamiczną warstwę instrumentalną. To jest Gamma Ray do jakiej zespół nas przyzwyczaił i gdzieś znów przepadło granie pod Judasów lub pod Manowar. Na albumie znalazło się także miejsce dla kompozycji Schlachtera -”Hand of Fate”. Utwór wyróżnia się spośród innych, a to choćby za sprawą bardziej stonowanego tempa, bardziej podniosłego i bajecznego wydźwięku. Gdzieś echa starego Judas Priest są słyszalne, zwłaszcza to słychać w wokalu Hansena i w momencie zwrotki. Można rzec kolejna nie doceniona kompozycja. O końcu świata się mówi nie od dziś, filmów katastroficznych jest pełno, utworów poświęconych tej tematyce tez jest pełno, ale tylko koniec świata wg Kai Hansena mnie zniszczył totalnie. „Armageddon” to dla mnie najlepsza kompozycja na tym albumie, choć takową jest ciężko wybrać z tego przemyślanego i wyrównanego materiału. Armgeddon zaczyna się przede wszystkim ciekawym motywem i z tego właśnie słynie Kai, z genialnych łatwo wpadających motywów. Dalej już mamy czystą galopadę i power metalową jazdę bez trzymanki. Pod tym względem jest to najszybsza kompozycja na albumie. Przez te 9 minut dzieje się bardzo wiele, spora dawka melodii, pięknych pojedynków na solówki, motywów i chwytliwego refrenu. Gamma Ray w czystej postaci. To nie jest jednak koniec świata, a koniec albumu.


Gamma Ray udowodniła tym albumem kilka niezbytych faktów. Stanowią czołówkę power metalowego grania. Między muzykami panuje niezwykła chemia to słychać i widać. Dzięki zrozumieniu przetrwali w tym składzie po dzień dzisiejszy. Udowodnili też tym albumem, że jak mało kto trzymają poziom i nie upuszczają się. Od momentu Land of the Free nie nagrali, aż po dzień dzisiejszy gniota, co też świadczy o klasie zespołu. „Powerplant” jest bardziej dopracowanym albumem, bardziej przemyślanym i nie ma w nim wad. No chyba że ktoś, nie lubi wokalu Kaia, nie lubi cukru w „Wings of Destiny”, czy tez coverów popowych utworów. Jak przystało na elektrownię, jest sporo energii, chwytliwych melodii, porywających refrenów. Gamma Ray tym albumem rozpoczęła nowy etap, a mianowicie cięższej,ostrzejszej muzyki i nie będzie miejsca dla wesołej Gammy ray, o czym będą świadczyć dwa następne albumy. Album został dobrze wyważony i pozbawiony nudnych momentów. Powerplant jest prawdziwą wylęgarnią hitów: Send me a Sign, Razorblade sigh, Gardens of the sinner,Heavy metal universe czy Armageddon są to naprawdę kultowe kawałki, które przesądzają o tym że to Gamma Ray jest wymieniania wśród najlepszych zespołów power metalowych. Nota: 10/10 i dla mnie jest to jeden z najlepszych albumów Gamma Ray.