Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2000. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2000. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 września 2013

BLAZE - Silicon Messiah (2000)

Pewne rozdziały zostają zamknięte aby mogły być otwarte zupełnie nowe. Kiedy Iron Maiden podziękował Blazowi za współpracę i razem spędzony czas to oczy fanów talentu tego wyjątkowego wokalisty zostały zwrócone właśnie na niego. Wszyscy zastanawiali się jako drogę obierze Blaze Bayley po tym jak miał do czynienia z punk rockowym Wolfsbane i heavy metalowym Iron Maiden, który przyniósł mu sławę i rozgłos. Czy będzie to heavy metal, a może hard rock? Czy będzie to granie w stylu Iron Maiden? Czy zupełnie coś nowego? Blaze zebrał szybko zespół i pod swoim imieniem wydał debiutancki album „Silicion Messiah”, który ujrzał światło dzienne w 2000r.

Blaze postanowił stworzył swój własny repertuar odcinając się od tego co robił z Iron Maiden. Ci którzy oczekiwali grania w stylu Iron Maiden mogli czuć się zawiedzeni, bo „Silicon Messiah” to kawał ciężkiego, mrocznego heavy metalu z posępnymi riffami. Na pewno słychać gdzieś tam echa Iron Maiden, ale najbardziej co tutaj może się rzucać z działalności Blaze'a w Iron Maiden to klimat. Podobnie jak na „the X factor” mamy tutaj mroczny, ponury klimat, który świetnie się komponuje z barwą wokalną Blaze'a. Trzeba przyznać że czuje on się świetnie w takich klimatach. Więcej tutaj słychać inspiracji Black Sabbath i twórczością Ozziego, co jest dużym plusem. Debiutancki album Blaze'a to nie tylko sam wokalista, to również zgrany duet Steve Wray/ John Slater, który wie jak wygrać ciężkie, agresywne riffy, czy zapadające melodie. To, że Blaze stara się tworzyć własny materiał, który będzie utożsamiany z nim świadczy już ponury otwieracz „Ghost In The Machine” czy mroczny i ociężały „Evolution”. Warto tutaj zwrócić uwagę na stonowany „Silicion Messiah”, czy też ciężki „Reach For The Horizon”. Jednak wciąż największe wrażenie z tej płyty robią kawałki, w których słychać echo Iron Maiden. Przebojowy „Born As Stranger”, który jest idealny na koncerty, szybki „the Brave” czy rozbudowany „Stare At The Sun” to najlepsze przykłady tego typu utworów. Moim faworytem obok takiego „Born As Stranger” pozostał wciąż „The Launch”, który pokazuje, że nie tylko w mrocznych, ponurych kawałkach Blaze;a się sprawdza.

Blaze tym albumem pokazał, że jestem pracowitym muzykiem, który wie co chce grać, wie jak zaciekawić słuchacza. Nie ma problemów z tworzeniem solidnego materiału, w którym nie brakuje przebojów, ciężkich riffów i dobrych melodii. Soczyste, mocne brzmienie i mroczna okładka, tylko dopełniają całość. Takim mocnym uderzeniem Blaze rozpoczął swój nowy rozdział w karierze, który nie powinien być dla nikogo obojętny.

Ocena: 7/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

środa, 10 października 2012

PERSUADER - The Hunter (2000)

Każdy kto gustuje w power metalu, każdy kto kocha twórczość BLIND GUARDIAN, z pewnością słyszał na pewno nie jedno słowo na temat szwedzkiego PERSUADER. Najczęściej powtarzającym się słowem, czy frazą jest ...klon BLIND GUARDIAN z tych, starych wydawnictw, które oczywiście są najlepszą spuścizną niemieckiej formacji. Skąd takie określenie? Wystarczy posłuchać twórczości szwedów, żeby się przekonać że ich styl, który polega na dynamicznym, urozmaiconym instrumentarium, na melodyjności, ostrym, szybkim wydźwięku, lecz z pokręconymi melodiami, zwolnieniami i przyspieszeniami przypomina twórczość BLIND GUARDIAN z takiego „Somewhere Far beyond” czy też „Imaginations From The Other Side”. Podobieństwa z niemiecką kapelą nie są tylko pod względem wydźwięku kompozycji, struktury ich, melodyjności, urozmaiconej formy, przebojowości ale również pod względem sekcji rytmicznej, która jest mocna, dynamiczna niczym ta z BLIND GUARDIAN, no i przede wszystkim wokal Jensa Carlssona, który ma podobną manierę do Hansiego Kurscha, choć jego wokal jest nieco ostrzejszy, momentami troszkę thrash metalowy. Dlatego też do nowego zespołu założonego przez Thomena Staucha ( Ex BLIND GUARDIAN) o nazwie SAVAGE CIRCUS mającego grać pod ślepego strażnika został obsadzony w roli wokalisty nie kto inny niż sam Jens. Historia zespołu sięga roku 1997 i na swoim koncie mają póki co 3 albumy, z czego ostatni ukazał się w 2006 roku i od tamtego czasu kapela ma pewne problemy, głównie z znalezieniem wytwórni i stąd też nie mogą wydać nowego materiału. Ich pierwszym kontaktem z rynkiem muzycznym był debiutancki album „The Hunter” który ukazał się w 2000 r.

Ten album jest bardzo przesiąknięty muzyką ślepego strażnika i podobnych rozwiązań w ramach konstrukcji utworów, melodii, ekspresji wokalnych mamy sporo powiązań i czasami się zastanawiam czy to nie są jakieś zagubione tracki z płyt BLIND GUARDIAN, bo podobieństwo jest naprawdę sporo. Jednak mimo podobieństw w sferze wokalnej, dynamiki, sekcji rytmicznej, czy kompozytorstwa, to jednak można wyczuć pewne różnicy, coś co sprawia że nie ma mowy o kopii, plagiacie. Tymi różnicami jest to, że PERSUADER stawia na mocniejsze brzmienie, powiedziałbym wręcz thrash metalowe. Nie szczędzi też podobnych elementów w partiach gitarowych i Pekka Kiviaho na tym albumie dostarcza sporo mocnych, ostrych riffów, dzikich solówek i nie sposób nie wytknąć thrash metalowego charakteru. Nie ma takiej finezji, feelingu, klimatu jak na płytach BLIND GUARDIAN i trzeba przyznać, że PERSUADER gra nieco ciężej, ostrzej, jakby bardziej nowocześniej. Z kolei słuchając materiału, można stwierdzić jedno, muzycy z PERSUADER to specjaliści w graniu energicznego, mocnego, melodyjnego power metalu najwyższych lotów. Jest utrzymany równy poziom i nie brakuje kompozycji, które zapadają w pamięci. Mamy otwieracz w postaci „Fire At Will”, który ma intro niczym „Starlight” HELLOWEEN i ten motyw z radiem jest niemal identyczny. Utwór pojawił się na drugim albumie, ale wg mnie w o wiele lepszej wersji. Często się narzeka na ten utwór, że jest nijaki, bez wyrazu, cóż nie zgodzę się z tym poglądem. Fakt jest ciężki, agresywny, ale nie pozbawiony melodyjności, chwytliwości i jak dla mnie jest to pierwszy mocny punkt tego albumu. Więcej skojarzeń, więcej zespołów niż BLIND GUARDIAN usłyszymy w takim melodyjnym „As You Wish” gdzie jest coś z IRON SAVIOR, NOCTURNAL RITES, czy też bardziej heavy metalowymi kapelami. Oprócz agresywnych kompozycji mamy również tutaj nieco bardziej melodyjne, rytmiczne utwory jak „Cursed” który ma te charakterystyczne zwolnienia w stylu BLIND GUARDIAN, te podniosłe frazy wokalne i ten klimat budowany przez akustyczną gitarę. PERSUADER nie ma większych problemów z konstruowaniem czegoś bardziej rozbudowanego, mroczniejszego i taki „The Hunter” jest znakomitym tego przykładem. Ta szybkość, dynamika, urozmaicenie, mroczny wstęp, przebojowość, popisy wokalne Jensa no nie mogą się nie podobać, bo jest to power metal najwyższych lotów. Instrumentalny „Secrets” brzmi niemal identycznie jak ballady, spokojne kompozycje wykonywane przez BLIND GUARDIAN. Podobny klimat i konstrukcja, do tego ta akustyczna gitara. Jak słucham „Escape” to zawsze na myśl przychodzi mi album „Somewhere Far Beyond”, podobny klimat, dynamika, ekspresja. Z kolei w power metalowym „Heart And Steel” słychać riff ala HELLOWEEN i refren niczym MANOWAR. Zamykający „And There Was a Light” już samym tytułem przypomina BLIND GUARDIAN. Dodam że to kolejny przebój z ciekawie rozplanowanymi solówkami.

Tak o to narodził się jeden z najlepszych power metalowych zespołów. Tak o to powstał zespół z wokalem niczym Hansi Kursch, z muzyką identyczną niczym BLIND GUARDIAN. Akurat kiedy najlepszy okres ślepy strażnik miał za sobą, powstał właśnie PERSUADER – zespół który postanowił kontynuować tą misję dalej. „The Hunter” to dopracowany, przemyślany album, który dostarcza słuchaczowi sporo emocji, a wszystko dzięki energii jaka kipi z kompozycji, melodyjności, dzięki umiejętnościom muzykom, dzięki dynamice. Dla fanów power metalu i BLIND GUARDIAN jest to pozycja obowiązkowa

Ocena: 9.5/10

sobota, 4 sierpnia 2012

WHITE SKULL - Public Glory, Secret Agony (2000)


Nagranie dwóch świetnych albumów podrząd to nie lada sztuka i potrafią to zrobić zespoły, które są u szczytu formy i WHITE SKULL w okresie 1999 – 2000 był w takowej czego dowodem są dwa znakomite albumy, które uświadamiają nas że zespół bez wątpienia własny styl który przejawiał się dynamicznym graniu, gdzie główną rolę odgrywał zadziorny, drapieżny i podniosły kiedy trzeba wokal Federica De Boni, na rytmicznych i melodyjnych partiach gitarowych czy rozpędzonej sekcji rytmicznej. Było to coś innego od tego do czego przyzwyczaiły nas włoskie zespoły stawiające głównie na symphonic metal. I tak po znakomitym przyjęciu „Tales From The North” kapela rozpoczęła pracę nad nowym albumie, jednocześnie spędzając czas na trasach koncertowych który odbywały się wspólnie z GRAVE DIGGER, który promował „Excalibur” Forma była, świetni muzycy, którzy ze swoim wyszkoleniem technicznym byli gotowi nawet na bardziej wymagające granie, był już własny styl, który był połączenie epickich, podniosłych refrenów z power metalową formułą, tak więc nie było jakiś przeciwwskazań żeby wydany w 20o0 roku „Public Glory, Secret agony” był gorszy od swojego poprzednika. Tutaj zastosowano podobny chwyt, podobną formułę, a mianowicie album koncepcyjny, gdzie tym razem skupiono się na losach Imperium Rzymskiego. Również słychać podobną strukturę i pomysłowość w tworzeniu kompozycji, gdzie jest i melodyjność, zapadające motywy, energiczne solówki i w tej roli Nick Savio się sprawdza jak mało kto. Wygrywa i ostre, dynamiczne riffy, ale również finezyjne, melodyjne i energiczne solówki, które napędzają całość i sprawiają że się chce więcej i więcej. Nie każdemu udaję się zadbać o tak wysoki aspekt gitarowy, gdzie zazwyczaj wszystko idzie w kierunku łatwizny i wtórności, ale nie tutaj. Tak jak w stosunku do poprzedniego albumu słowo „arcydzieło” tak i do „Public Glory, Secret Agony” pasuje idealnie. To co muzycy wyprawiają, ich forma, bardziej dojrzałe struktury kompozycji, równie unikatowe pomysły co do utworów, przejrzyste brzmienie, równy i zróżnicowany materiał sprawiają że ten album nie można inaczej nazwać jak arcydziełem.


Gdyby się tak przyjrzeć temu co mamy tutaj a co mieliśmy na poprzednim albumie można wyczuć pewne podobieństwa. Jak choćby otwarcie albumu instrumentalnym intrem. Występowanie zarówno dynamicznych petard jak melodyjny „High Treason” z rozbudowanymi solówkami, które cechują się energią i melodyjnością, czy też przebojowy „The Roman Empire” z podniosłym i chwytliwym refrenem. To że mamy do czynienia z power metalowym albumem nie ma najmniejszych wątpliwość i o tym się przekonujemy na każdym kroku. „Greedy Rome” to kolejna petarda, która zaskakuje rytmicznością i jest to kolejny rasowy przebój. Skoro mowa o przebojowości to nie można tutaj pominąć „Valley Of The Sun”z shredowym motywem głównym i dobrze wpasowanymi partiami klawiszowymi czy też nieco ocierająca się o symfoniczny metal spod znaku NIGHTWISH „Cleopathra” którego mocnym atutem jest chwytliwy, prosty refren. Jednak podobnie jak na poprzednim albumie tak i tutaj znajdziemy coś więcej poza szybkimi, power metalowymi kompozycjami. Drugą linię ataku stanowią tutaj kompozycje rozbudowane oparte na sporej ilości zróżnicowanych motywach, pokazując że zespół radzi znakomicie z kompozycjami bardziej epickimi. W tej kategorii mamy „In Cesear We trust” z stonowanym tempem, gdzie pojawiają się wyraźne cechy heavy metalu, gdzie jest sporo różnych motywów, a epicki charakter świetnie się tutaj sprawdza. Drugim kolosem jest „Time For Glory” który jest przeciwieństwem wcześniej wspomnianego kolosa, gdyż tutaj jest dynamika, power metalowa formuła, niezwykła przebojowość i zadziorność. Choć i tutaj nie brakuje podniosłości i innych wcześniej stosowanych chwytów. Urozmaicenie zapewnia również piękna, romantyczna ballada „The Field Of Peace” z ciekawym motywem zagranym na pianinie. I nie do końca rozumiem niektórych osób, które narzekają na dynamiczny i ostry „Mangler” który niczym nie ustępuje pozostałym kompozycjom, a tajemniczy klimat i świeże pomysły stanowią atut tego utworu.

Jeden z najbardziej znaczących albumów w kategorii power metal, najlepszy album WHITE SKULL, jeden z najbardziej znaczących albumów włoskiego metalu. Jest to dzieło perfekcyjne, gdzie wszystko zostało zapięte na ostatni guzik, przez co album zachwyca pod względem technicznym jak i pod względem zawartości. Jeden z tych krążków które trzeba znać i posiadać w swojej kolekcji. Tym mocnym uderzeniem kończy się pewien okres zespołu, odchodzi Federica de Boni i później zespół stracił nieco na wartości, aż do czasu kiedy powrócili z nowy albumem, na którym śpiewa Federica De Boni. Ten nowy album jest jakby kontynuacją tej wielkiej formy z tamtych lat. Gorąco polecam.

Ocena: 10/10

czwartek, 26 stycznia 2012

RUNNING WILD - Victory (2000)

Na wstępie uzgodnijmy, że mam słabość do niemieckiej formacji RUNNING WILD i zapewne nie potrafię krytycznie spojrzeć na ten zespół, ale kiedy ludzie, w sensie słuchacze ich płyt piszą, że następca genialnego „The rivarly” czyli „ Victory” jest słaby, że jest tak zwanym kryzysem wieku średniego to zaczynam się zastanawiać czy niektóre osobniki przypadkiem nie są zbyt krytyczne w stosunku do tej formacji. Zgadzam się, że zespół nie nagrał tak genialnego tworu jakim był „The rivarly” , zgadzam się że automat perkusyjny w postaci Angello Sasso który zastąpił Jorga Micheala zabił naturalność, zgadzam się że styl gdzieś też dostał jakby lekkiej dywersji, ale materiał jest tak jak zawsze dynamiczny, melodyjny, pełen wigoru, dalej są te charakterystyczne melodie dlatego zespołu, no i te podniosłe hymnowe wręcz refreny.   Ciekawe jest to, że RUNNING WILD momentami gra tutaj wręcz jakby nieco bardziej w typowym heavy/.power metalowym stylu, gdzież zacierając swoją tożsamość, ma się nawet wrażenie, że gdzieś podwiewa tutaj era pierwszych płyt. Można zarzucić brak ładnej okładki, można zarzucić brak świeżości,  można zarzucić brak takiej różnorodności, ale nie można odmówić „Victory” energii, a przede wszystkim melodyjności i przebojowości, która czasami jest wspierana przez taki wspomagacz jak komercja, która daje o sobie znać w przeróbce utwory THE BEATLES a mianowicie „Revolution”.Utwór pełen luzu, rytmiczności i co ciekawe tutaj mamy ukazane to co liczy się na tym wydawnictwie, a mianowicie melodyjność. Ta sama myśl przychodzi kiedy słucham rockowego, nieco jakby nie w stylu RUNNING WILD „When Times Runs Out”.  Skoro mowa o odbieganiu od standardów RUNNING WILD to myślę, że śmiało można tutaj wymienić dynamiczny otwieracz „Fall Of Dorkass”. Perkusyjne otwarcie tutaj jest dość nie typowy dla kapeli Kasperka i właściwie w połączeniu z riffem i motoryką to na myśl przychodzi mi choćby JUDAS PRIEST. Wymieszane to z genem RUNNING WILD dało w efekcie ostry, przebojowy otwieracz, który stanowi grupę najlepszych utworów. Jeśli już takim wytaczamy najcięższe działa, to śmiało można zdradzić tajemnicę że album ciągną do góry takie speed/power metalowe petardy jak „Timeriders” będący miksturą albumów „The Rivarly” i „Masquverade”. Drugim udanym tego typu utworem jest „Return Of The Gods” z kolejnym popisem umiejętności Thilo Hermenna, który jest autorem tego kawałka. Trzeba przyznać, kompozycja udana pod względem technicznym jak i wyrachowanych partii gitarowych. Dobra jeśli już tak słodzę, to dokończę listę moich ulubieńców. Ciekawie wyszedł instrumentalny „The Final Waltz” robiący za najspokojniejszy utwór na płycie, przygotowując słuchacza jednocześnie do podniosłego „Tsar” będący jedynym przejawem epickości na albumie. Kompozycja nie tylko podniosła, nie tylko złożona z różnych motywów, nie tylko przyozdobiona różnymi smaczkami jak choćby atrakcyjną partią perkusyjną w części środkowej, ale też bogata pod względem lirycznym, opisująca historię rosyjskiej dynastii Romanów. Czy tylko ja słyszę podobieństwo do „War And Peace”? Najbardziej pirackim utworem na albumie jest bez wątpienia luzacki, rytmiczny „The Hussar” z ciekawie rozplanowaną sekcją rytmiczną. Zanim omówię najlepszy utwór z tego albumu, chciałbym zwrócić uwagę że tradycyjnie znalazło się też kilka kompozycji utrzymanych w średnim tempie jak choćby nieco jednostajny „Into the Fire”, rockowy „The Guardian”, czy też typowym utwór heavy metalowy jaki nie raz RUNNING WILD nam serwował. Nie da się ukryć, że to właśnie te kompozycje stanowią klasę średnią tego albumu i gdyby tak zamienić ja na takie kawałki jak mój ulubiony z tego krążka - „Victory” to na pewno nie jeden słuchacz by zachwalał ów materiał. Piractwo pełną parą i do tego jest to kawałek z zachowaniem tradycji RUNNING WILD. Porywający i dość oryginalnie brzmiący riff, pędząca, urozmaicona sekcja rytmiczna, atrakcyjne solówki, oddające to co najlepsze w muzyce heavy metalowej. Niech sobie wszyscy gadają ja uznaję ten utwór za jeden z ich najlepszych w ich całej historii. Bardzo solidny album, a przede wszystkim bardzo melodyjny. Warto znać, choćby dla tych paru jakże interesujących kompozycji. Ocena : 9/10

niedziela, 27 listopada 2011

NIGHTWISH- Wishmaster (2000)


Idąc za ciosem w roku 2000 fiński NIGHTWISH nagrał trzeci album zatytułowany „Wishmaster” , który jest swego rodzaju kontynuacją stylu z poprzedniego albumu. Choć jest kilka znaczących zmian w kwestii muzycznej. Po pierwsze ten album jest prostszy w swojej formule, jest bardziej przystępny dla słuchacza, nawet tego nie będącego zwolennikiem takich klimatów no i co najważniejsze, cały materiał jest nasycony przebojowością i to w większym stopniu niż „Oceanborn”. Brzmienie też jest bardziej klarowne, choć w dalszym stopniu krystaliczne czyste i nasycone baśniowym klimatem, ale to nie powinno dziwić, skoro dalej mamy tego samego człowieka odpowiedzialnego za sprawy techniczne. Również mamy tego samego autora okładki, a także liczną listę gości, którzy są odpowiedzialni za bogatszą stronę albumu, czyniąc go bardziej urozmaiconym pod względem aranżacji i melodii. Co łączy „Wishmaster” z „Oceanborn” to również baśniowy klimat zakorzeniony w tematyce fantasy, a dokładniej Dragonlance autorstwa Margaret Weis. Nie brakuje zapadających w pamięci partii klawiszowych i chwytliwych melodii i to już od pierwszych sekund słychać za sprawą przebojowego „She Is My Sin”, czy bardziej komercyjnego „Come Cover Me”. Również nie brakuje utworów z kopem i dynamiką power metalową i w tej roli sprawdzają się znakomicie drapieżny „The Kinslayer” z jakże urozmaiconą linią wokalną, „Wanderlust” z rozpędzoną i różnorodną partią perkusyjną Jukkiego Nevalainena . Do tej śmietanki power metalowej należy również zaliczyć dynamiczny „Crowless” z najlepszym motywem gitarowym w historii zespołu, a przynajmniej jednym z najlepszych i takie wyczyny to dla NIGHTWISH przeżytek, a szkoda bo w takiej stylizacji przekonali mnie do siebie. Skoro już omawiam power metalowe kompozycje i te najlepsze to nie można pominąć wg mnie najlepszy utwór NIGHTWISH jaki kiedykolwiek powstał, a mianowicie tytułowy „Wishmaster”. Potęga i siła tego utworu tkwi jego przebojowym refrenie i zadziornej linii wokalnej Tarji. I taką przysłowiową wisienką na torcie jest w tym utworze najlepsza solówka gitarowa nie tylko mam tu na myśli ten album, a całą dyskografię. Emppu Vuorinen na „Wishmaster” odgrywa znaczącą rolę i nie raz się przekonałem, że nie mniejszą niż Tarja, czy Toumas Holopainen. Analogicznie jak na debiucie nie obeszło się bez nastrojowej ballady i „Two For Tragedy” jest skromny w aranżacji, ale bogaty w emocje. Bardziej rockowy jest 'Bare Grace Misery”, ale przez klimatyczną solówkę i zapadający refren jest kolejny przebojem na tej długiej liście. Żeby się zbyt długo nie rozpisywać, pozwolę sobie jeszcze wyróżnić rozbudowany, klimatyczny „Fantasmic”. Album jest w takim stopniu dopracowany że ciężko się do czegoś przyczepić i w przypadku tego albumu można mówić o jednym z najlepszych krążków NIGHTWISH. Jeśli chodzi o mój osobisty ranking albumów tej formacji, to podium zajmuje ten krążek. Pewnie przez swoją przebojowość oraz pokaźną liczbę killerów i motywów, które zostały na długo w mojej pamięci. „Wishmaster” odniósł sukces komercyjny ponieważ zdobyła ona status złotej płyty i przez dłuższy czas nie schodziła z pierwszego miejsca list przebojów w Finlandii i to jest najlepsza rekomendacja tego albumu. Ocena: 9/10

czwartek, 6 października 2011

DORO - Calling the Wild (2000)

Z biegiem czasu przy DORO zostali najwytrwalsi fani. Muzycznie zespół sięgnął samego dna nagrywając dwa eksperymentalne albumy jakimi są „Machine II Machine” czy „Love me in black”. Gorzej już być nie mogło. Jednak rok 2000 to rok kiedy heavy metal zaczął na nowo odżywać i znów się stawał się bardzo popularnym gatunkiem muzycznym. Na fali tego odrodzenia popłynęła też wokalistka Doro Pesch. Już kolejny album zatytułowany „Calling the Wild” to już ukłon w stronę starych albumów Doro. Sama Doro dedykuje ten album zmarłemu ojcu. Tak więc, muzycznie słychać heavy – hard rockowe granie, z elementami nieco nowoczesnymi, które są najwyraźniej pozostałością po przednich albumach. Jednak tutaj już słychać dużą poprawę w stosunku do takiego „Love me in black”. Nowe wydawnictwo, nowa wytwórnia płytowa, którą zostało SPV/Steamhammer. Warto dodać, że album został wydany w dwóch różnych wersjach i ta druga, czyli amerykańska miała nieco inną okładkę i tracklistę. Aby dać światu znać, że DORO wraca do heavy metalu zaproszono dość długą listę gości, wśród których jest choćby Lemmy z MOTORHEAD, czy Slash z GUNS N' ROSES.

Jednak to nie gości mają być wyznacznikiem poziomu tego albumu, to muzyka musi być na pierwszym planie i to ona ma sama za siebie mówić. Co może się podobać na tym albumie, to że mamy w końcu heavy metalowe riffy, bez zbędnego udziwnienia, bez tego elektronicznego wydźwięku. Jasne słuchając otwierającego „Kiss me like a Cobra” ma się wrażenie, że coś z poprzednich albumów przemycono, ale na szczęście nie decydują one o całym utworze, czy albumie, a są raczej jako taki dodatek. Niestety zespól w dalszym ciągu ma problem zagrać jakaś atrakcyjną melodię i to słychać w takim „Dedication”, który jest miksem stylu z „Force Majeure” z tym znanym z dwóch poprzednich krążków. Ta wymuszona brutalność i nowoczesność, jakoś do mnie nie trafiła. Jednak muszę przyznać, że kawałek ma przynajmniej taki typowy refren dla działalności Doro. Tak na dobrą sprawę rozpatrując karierę metalowej królowej to zawsze kojarzyła mi się ona z przebojowym, koncertowym heavy metalem, który bazuje na takich klasycznych zespołach jak MANOWAR, ACCEPT, czy też JUDAS PRIEST. I przez długi czas brakowało mi tego na płytach DORO, ale po długoletniej przerwie zespół prezentuje singlowy „Burn it up” i to jest klasyczny styl Doro Pesch i można się tutaj doszukać sporo analogii do WARLOCK. Nic dziwnego, że ten utwór został wybrany do promocji albumu, bo to jeden z najlepszych utworów niemieckiej formacji, szkoda tylko, że przyćmiewa pozostałe kawałki na tym albumie. Ostatnim czasem DORO serwuje pełno ballad, także i tym razem jest nie inaczej. Mamy wręcz popowy „Give me Reason”, nieco nowocześniejszą balladę czyli „Scarred”, a także akustyczną „Constant Danger” która skupia się na anielskim wokalu Doro, a także na pięknym, wręcz anielskim motywie. Oczywiście nie zbrakło też na albumie grania pod komercyjne albumy „Doro” czy „True at heart”, a więc hard rockowego wcielenia DORO. „Who do you love” to hard rockowy kawałek, w który można się doszukać patentów charakterystycznych dla ballady. Nie uświadczymy tutaj szaleństwa, ani ostrego grania. Ale czy to jest powód do narzekania? Na pewno nie, a sam utwór jako przebój się sprawdza. „Calling the Wild” również promował „Ich will Alles”, który nie jest taki zły jakby to mogło się wydawać. Jest nieco nowocześnie, ale jest też przebojowo, a jedynie niemiecki jeżyk irytuje i nieco odsiewa. Oprócz utworów autorstwa zespołu Doro mamy też dwa covery, a mianowicie „White Wedding” BILLA IDOLA, a także „Love Me Forever” MOTORHEAD. Obie propozycje należy traktować jako ciekawostkę.

Powrót do korzeni, a raczej próba, bo jest kilka wad z poprzednich albumów, których nie dało się wyzbyć. Do największych minusów tego albumu zaliczę przede wszystkim nierówny materiał, a także przeciętne kompozycję. Brakuje porywających melodii czy też refrenu, ale kierunek obrany na tym albumie okazał się właściwy i od tego zacznie się mniej komercyjny etap w historii DORO i będzie tak jak za czasów „Force majeure” czy też WARLOCK. Natomiast „Calling the wild” jest przeciętnym albumem, z kilkoma przebłyskami.. Ocena: 5/10

środa, 14 września 2011

RHAPSODY - Rain of thousand flames (2000)

Niektóre zespoły nagrywają albumy w długich odstępach czasowych, a inne w krótkim, tak jak choćby Rhapsody. Ten zespół niczym mrówki, pracuje, pracuje i jeszcze raz pracuje. Albumy powstają w odstępach jednego roku lub dwóch lat. To jest imponujące biorąc pod uwagę co i w jaki sposób zespół gra. W roku 2000 wyszedł znakomity „Dawn of Victory” i fani oczekiwali już ostatniej części „Sagi Szmaragdowego Miecza” jednak zespół pokusił się o coś co wiąże się z tym tematem, ale nie jest kolejną częścią Sagi. Co ciekawe „Rain of thousand flames” jest kontrowersyjny pod względem, czy jest to mini album – Ep czy pełnometrażowy album. Jakby nie było krążek trwa 40 minut czyli można by uznać to za album, jednak większość fanów i sami muzycy traktują to jak Ep, czyli w takim razie chce żeby każdy zespół nagrywał takie mini albumy. Co ciekawe nie ma tutaj jakiś starych utworów w nowych wersjach, nie ma jakiś dem, nie ma też coverów czy innych tego typu rzeczy, mamy prostu nowy materiał. Cały materiał po raz kolejny potwierdza, że określenie „hoolywood metal” pasuje do tego co grają włosi idealnie. No bo już nie chodzi tylko o przepych i rozmach, ale też że owa muzyka i cały klimat ma iście filmowy, a to nie każdemu zespołowi wychodzi, inni w ogóle tego się nie podejmują. Mini czy pełny album, muzyka nie zmieniła się, ba jest nawet dojrzalsza i za powiada, że następny album będzie killerski, który w rzeczywistości jest.

Tym razem zespół darował sobie intro czy coś w ten deseń. Od razu dostaje pierwszy killer z owego krążka. Tytułowy „Rain of thousand Flames” to jeden z najlepszych utworów zespołu. Tutaj Rhapsody zawarł wszelkie elementy bez których ich muzyka nie mogła się obyć. Mamy więc hymnowy refren, który w łatwy sposób w pada w ucho, pędzącą sekcję rytmiczną, a także wyrażające emocje Fabio poprzez wokal oraz Luca przez gitarę. Na plus,że partie gitarowe nie zostały przytłoczone przez symfonikę. Utwór podniosły, ale bardzo przebojowy. Szkoda tylko, że trwa nie całe 4 minuty. Zupełnie inny wydźwięk ma króciutki „Deadly omen”. Instrumentalny przerywnik, którego można potraktować jako balladę. Utwór jest z dominowany przez partie wygrywane na pianinie. Może nie wiele z tego grania wynika, ale podniosłość i taki smutny klimat da się wyczuć. Słuchając tego albumu można odnieść wrażenie, że wszystko się skupia wokół dwóch najdłuższych utworów. Pierwszym z nich jest "Queen of The Dark Horizons". Jest to najbardziej rozbudowana kompozycja na albumie, która trwa 13 minut. Przez ten czas zawiera wszystkie patenty do jakich nas przyzwyczaił. Są zwolnienia, przyspieszenia, różnego rodzaju motywy radosne jak i te przygnębiające. W tym utworze można też wychwycić motyw z thrilleru „Phenomena”. Utwór jest bardzo epicki i podniosły, ale to akurat żadna nowość w przypadku tego włoskiego zespołu. Jednak największe wrażenie robi „Rhymes Of A Tragic Poem - The Gothic Saga” , który właściwie dzieli się jeszcze na 4 utwory. Pierwszy z nich „Tears of Dying Angel” i właściwie jest to utwór, w którym to narrator przybliża nam historię i wydarzenia z tego albumu. Więc mamy nasz owy filmowy aspekt tego albumu i ten prawdziwy „hollywood metal”. Muzycznie za wiele uniesień tutaj nie znajdziemy, ale tym którym zależy na fabule, to kawałek istotny. Jedną z moich ulubionych kompozycji na tym krążku jest „Elnor's Magic Valley”, w którym mamy skoczną średniowieczną muzyczkę, wygrywaną przez flety i czuć ten biesiadny klimat. Sam kawałek pozwala doznać nam tego klimatu spokoju ludu, który w każdej chwili może zostać zaatakowany przez potwory z głębin piekła. Ten instrumentalny kawałek, który trwa nie całe 2 minuty to uczta dla ucha, serca i duszy. „The Poem's Evil Page” kolejny dynamiczniejszy utwór, który potrafi zachwycić melodyjnością, szybkością, a także klimatem. Pośród podniosłości i rycerskiego klimatu, znalazły się też patenty iście balladowe. Mogłoby się wydawać, że przeszkadzają, to jednak potrafią one urozmaicić ów kawałek. Na uwagę tutaj zasługuje przede wszystkim riff Turilliego. Dalej mamy ukłon w stronę Allegro con fuoco symfonii From The New World Antonina Dvoraka, którą słychać w ostatniej części tego kolosa, czyli w „The Wizards last rhymes” i w sumie jakoś nie przeszkadza fakt, że zaczerpnięto tutaj co nieco z obcej symfonii. W tym kawałku nawet jakby więcej jest muzyki poważnej niż metalu. Kawałek jest bardzo bogaty pod względem warstwy instrumentalnej i samych melodii. Kolejny mocny punkt na albumie.

Powodów do narzekania nie ma. Fani zespołu będą zadowolenie, malkontenci będą narzekać że to znowu to samo, że nie ma nic nowego, że nuda i tyle. Tylko po co zmieniać coś, co przyczyniło się do tego, że zebrali sławę i liczne grono słuchaczy i fanów? Nie zmienia się zwycięskiego konia, czyż nie? Album w moim odczuciu jest bardziej filmowy niż poprzednie albumy, choć daleko mu do najbardziej filmowego moim zdaniem Symphony of enchanted lands 2. Materiał w miarę równo, choć moim zdaniem zabrakło więcej killerów pokroju tytułowego. Kolejny solidny album tej włoskiej formacji. Nota: 8/10

RHAPSODY - Dawn of Victory (2000)

Każdy album włoskiej legendy symfonicznego power metalu Rhapsody jest tak przewidywalny jak obiad niedzielny. Zespół od 1997 roku nagrywa to samo, ani nie myśli zmieniać stylu ani tematyki i właściwie przy zespole zostali tylko prawdziwi fani ich stylu. Zespół cały czas gra bardzo bogaty power metal, gdzie poza gitarami i sekcją rytmiczną, mamy też wiele innych instrumentów: flety, wiolonczela i cała plejada nie metalowych instrumentów i wiele innych patentów symfonicznych. Dla jednych powód do śmiechu i wyzywania od pedalskiej muzyki,dla drugich coś więcej niż power metal, coś więcej niż muzyka. Zespół miał znakomity początek kariery, dwa znakomite krążki już za nami, ale to trzeci krążek jest uważany za istotny album, bo udowadnia czy zespół jest w stanie utrzymać siłę przebicia i czy potrafi wciągnąć słuchacza w tą samą rzekę jeszcze raz? Rok 2000 i światło dzienne ujrzał „Dawn of Victory” poprzedzony singlem Holy thunderforce. Wraz z nowym albumem przyszły zmiany personalne i to dość znaczące. Bo o to w zespole pojawił się nowy perkusista – Alex Hozwarth Trzeci album i trzecia część"Sagi o Szmaragdowym Mieczu". Muzycznie właściwie ciężko do szukać się zmian, bo dalej jest power metal, dalej jest symfonika, ale tym razem słychać bardziej wysunięte gitary, a symfonika tutaj zeszła jakby na drugoplanową rolę. Produkcją po raz kolejny zajął się Sascha Peth. Na albumie znalazło się 10 kompozycji utrzymanych w stylu do jakiego przyzwyczaił nas zespół.

Tak więc zaskoczenia nie ma w tym, że album otwiera preludium „Lux Triumphans” gdzie oczywiście jest narrator, który opowiada historię światła zwycięstwa, które ma pomoc mieszkańcom magicznego świata przezwyciężyć najgorsze dni. Oczywiście jest skoczna, epicka melodia i są chórki, czyli to co do czego nas przyzwyczaił zespół. Jeśli chodzi o zaskoczenie to uświadczyłem go w tytułowym „Dawn of Victory”, który jest jednym z najlepszych utworów zespołu i jest mocnym punktem na albumie. Zaskoczenie słyszę w grze Luci, który wygrywa ostrzejszy riff, jakby bardziej energiczny i co ciekawe nie jest on tak przytłoczony symfoniką. Sam utwór należy rozpatrywać w kategoriach hymnu. Sam refren jest bardzo wzniosły, bardzo epicki, normalnie nic tylko iść w jego rytmach na wojnę. Poza nie zwykłym klimatem, mamy też jedne z najlepszych solówkowych popisów Turilli. To jak usłyszałem wstęp do „Triumph for my magic steel” to od razu nasunął mi się neoklasyczny power metal, Turilli wygrywa podobną solówkę. Sam utwór również jest dynamiczny, podniosły i bardzo melodyjny, choć moim zdaniem refren tutaj jest przytłoczony niesamowitą warstwą instrumentalną, z której wydobywa się wiele znakomitych melodii, a także klimat fantasy. Kolejny bardzo dobry utwór. Podoba mi się oczywiście te dialogi między poszczególnymi instrumentami, to akurat jest nie do podrobienia. "The Village of Dwarves" utwór który ciężko ocenić. Ma ciekawą linię melodyjną, ciekawą partię wygrywaną przez flecistę, a także klimat krasnoludkowej wsi. Kawałek jest bardzo przyjemny dla ucha, do tego potrafi zabujać. Nie ma może szybkiego pędzenia, ale jest klimat i niezwykła pomysłowość, a to nie raz ma większą siłę przebicia, jak granie tego samego tylko w inny sposób. Jeden z moich ulubionych kawałków na tym albumie. Na albumie znalazł się też „Dargor, Shadowlord Of The Black Mountain” który jest krótszą wersją tego kawałka z singla. Jest kilka zmian, inny tekst, fabio też nieco inaczej śpiewa. Utwór zaliczyć należy do tych dynamicznych, jednak jest to tylko dobry kawałek, nic ponadto. Na płycie znalazła się też ballada w postaci „The Bloody Rage Of The Titans”. Choć taką typową wolną kompozycją też nie jest. Sporo się dzieje, sporo motywów, ale jakoś nie wiele wyniosłem z tego. Kolejny dobry kawałek, ale jakiś taki mało wyrazisty. Czego nie można powiedzieć o genialnym „Holy Thunderforce” który zaliczam do najlepszych kawałków na płycie. Utwór który posłużył do promowania albumu w postaci singla, utwór do którego nakręcono klip. Utwór w którym to liczy się przede wszystkim partia gitarowa i to słychać, gdzie mamy drapieżną i dynamiczna partie gitarową i melodyjne solówki. Fabio też w ciekawy sposób i to musi się podobać. Szkoda tylko, że ten jak i tytułowy przyćmiewają inne utwory, przebiją je hymnowym wydźwiękiem i wyrazistym wydźwiękiem, którego brakuje nie którym utworom. Świetny kawałek, który pokazuje, że można grać ostro,szybko, melodyjnie i do z gracją i przepychem. Drugi instrumentalny utwór to "Trolls In the Dark" i muszę przyznać, że ciekawy pomysł z tą dziewczynką z początku. Zespół nie co odszedł od klimatycznego przerywnika, na rzecz bardziej ostrego, bardziej power metalowego popisu gitarowego Turilli. No i co jak co, ale te partie gitarowe, te melodie zostają w głowie. Bardzo dobrą kompozycją jest "The Last Winged Unciorn" , który jest kolejną szybką kompozycją. Też słychać, że gitary odgrywają znaczącą rolę, a cała reszta wspiera je. Oczywiście nie zabrakło prostego i chwytliwego refrenu, ani podniosłych melodii. Do tego na tym kawałku jest jedna z lepszych opowieści jak to wojownik ludu został złapany i o tym jak Akron ma zamiar użyć szmaragdowego miecza w następnej bitwie. Tak jak na płytach Rhapsody wstęp należy do krótkiego preludium, tak koniec należy do epickich, rozbudowanych kompozycji. Tym razem jest nie inaczej, gdzie mamy 9 minutowy „The Mighty Ride Of The Firelord”, Trzeba przyznać, że zespół wszedł wprawę w robieniu kolosów i ten do udanych na pewno należy. Ma sporo ciekawych melodii, które najczęściej wygrywa Luca turilli, jest sporo podniosłych momentów, które buduje chór, jest sporo szybkich motywów i ogólnie jest to jedna z najlepszych kompozycji na albumie.

Trzeci album włochów umocnił ich pozycję i udowodnił, że zespół może długo tkwić w tym co robić, grac przepełniony przepychem, bogactwem symfoniczny power metal, pisać powieści fantasy i nagrywać albumy dość w regularnym odstępie. Zespół nie zmienił nic w muzyce, poza tym, że na albumie mamy bardziej wyraziste partie gitarowe, jest bardziej znacząca ich rola niż na poprzednich albumach i pod tym względem album powinien się podobać. Album jest równy, choć jest mała wada, niektóre kawałki są bardziej wyraziste. Zamykający album, singlowy Holy thunderforce, wioska krasnoludków, czy tytułowy Dawn of Victory. Ale reszta nie jest gorsza, czy coś, po prostu nie mają takiej siły przebicia. Poprzedni album był znakomity, genialny, ale ten jest ciut lepszy i poziom jest bliski tego z power of dragonflame, to też jest to mój drugi ulubiony album tej formacji. Ci którzy szukają prawdziwego epickiego, rycerskiego metalu, pełnego podniosłości, niesamowitej opowieści, czy też znakomitej muzyki, w której słychać bogactwo i przepych, to znajdą to w tym albumie. A ci którzy szukają zniszczenia i totalnego rozpierdolu? Też mogą sięgać po ten krążek. Hail Rhapsody! Nota : 9.5/10

wtorek, 13 września 2011

STRATOVARIUS - Infinite (2000)

Niemcy mają Helloween i Gamma Ray jeśli chodzi power metal, a Finlandia Stratovarius. Choć są to nieco inne zespoły, to jednak Stratovarius gdzieś poniekąd kojarzył mi się z Helloween. Podobnie jak w tamtym zespole, Tim Tolkki lider zespołu, śpiewał na gitarze i śpiewał. To on miał największy wpływ na ten zespół, to on wytworzył w nim specyficzny styl, który jest nie do podrobienia. Podobnie jak Hansen ma własny styl gry na gitarze, który jest rozpoznawalny bez najmniejszego problemu i podobnie jak Hansen napędza on cały zespół. Podobnie jak Hansen w Helloween, tak również Tolkki w Stratovarius znalazł sobie wokalistę, który świetnie radzi sobie w górnych rejestrach. W sumie Kiske i Koltipelto mają wiele wspólnego. Choć Stratovarius gra nieco inaczej, jest jakby bardziej słodszy co daje do zrozumienia nie raz partia klawiszowca z tego finlandzkiego zespołu. Mamy rok 2000 i światło dzienne ujrzał kolejny album tej formacji, którego tytułem jest „Infinity” i jeśli miałbym wskazać najbardziej Helloweenowy album to właśnie wybrałbym ten album. W porównaniu do poprzednich albumów, jest bardziej przebojowy, ma więcej ciekawych melodii, więcej przyswajalnej muzyki. Choć z drugiej strony, jest to jeden z najsłodszych albumów tej formacji, tutaj mamy nie tylko słodkie melodie, ale tez takie łagodne brzmienie, które pasuje idealnie do muzyki i do wokalisty tego zespołu. Słodki czy nie, jest to mój ulubiony album tego zespołu i jeden z nie wielu albumów Statovarius, które potrafię wysłuchać od początku do końca.

Najlepszym utworem tego zespołu jest „Hunting high and low” klasyk i utwór do którego nakręcili klip. Nie ma się czemu dziwić, że to właśnie ten utwór promuje album. Jest przebojowy, skoczny i bardzo melodyjny i co ważne łatwo wpada w ucho. Tutaj najwięcej słychać tego Helloween z ery Kiske. Szybki i dynamiczny riff, którego by się nie powstydził Hansen i refren wyśpiewany przez Koltipelto nie odbiega od tych wyśpiewanych przez Kiske wyśpiewane na Keeperach. Tolkki dał upust swojemu geniuszowi i słychać tutaj ten jego charakterystyczny styl. Jednak to dopiero jest pierwszy utwór, a historia zespołu i ich wcześniejsze albumy przyzwyczaiły mnie że najczęściej otrzymujemy kilka dobrych utworów i na tym koniec. Więc, wolałem powstrzymać się od wczesnej radości. Ku mojemu zaskoczeniu dostałem kolejny killer w postaci „Millenium” i to jest czyste Stratovarius, szybkie bardzo melodyjne, gdzie jest idealna chemia i zrozumienie między Timo Tolkim, a Jensem Johansonem. A Koltipelto to kolejny nieodzowny element tej finlandzkiej układanki. Najbardziej spodobał mi się ten energiczny riff, a także odrobina ciężkości i ostrości, która wyszła tutaj na dobre. Na plus jest także wokal Koltipelto, który wyczynia tutaj niesamowite cuda, a to wyciąga niezwykłe górki, a to śpiewa bardzo łatwo wpadający w ucho refren. Zespół lubi się zagłębiać w dłuższe kompozycje, takie z odrobiną progresji. Taki”Mother Gaia” nie zbyt zachwyca. No bo jak może to robić, kiedy większość czasu prezentuje się jako ballada. Średniej klasy, bez ciekawego motywu. Atrakcją są solówki, ale przez 8 minut powinno się jednak więcej dziać. To jest kolejny przykład tego, że ten zespół najlepiej sprawdza się w szybkich kompozycjach i powinien unikać takiego No i proszę „Phoenix” to kolejna szybka petarda, gdzie zachwycają te popisy i ta chemia jaka panuje między klawiszowcem, a Tolkkim. Podoba mi się tutaj moment przed skocznym refrenem, kiedy to słychać uderzającą sekcję rytmiczną i ostry riff Tolkkiego. Tak jak przystało na power metal jest szybko, melodyjnie i słodko. Kolejny mocny punkt na albumie. Typowym rasowym kawałkiem dla Stratovariusa jest „Glory of The World” i choć minęło 11 lat od tego albumu to podobne patenty Tolkki dzisiaj stosuje w swoim nowym zespole Symfonia. Prosty i łatwo wpadający w ucho riff i tutaj na plus wychodzi partia Johannsona i to dowód że bez niego Stratovarius nie brzmiał by tak melodyjnie tak jak brzmi. Jak dla mnie kolejny killer z ciekawą aranżacją w wykonaniu klawiszowca. Stratovarius lubi zapychać albumy taki lajtowymi kawałkami jak „A million light years away” gdzie można się do szukać nieco hard rocka, nieco ciepłego grania, ale to dziś towarzyszy temu zespołowi. Ciekawy główny motyw i refren, a reszta pozostawia niedosyt. Mogło być lepiej, a tak jest co najwyżej bardzo dobrze. Dobrze, że na tym albumie dominuje jednak szybkie granie takie jak w „Freedom”gdzie główny motyw jest wyjęty jakby z Freedom Call. Jasne jest słodko, jasne jest energicznie, jest melodyjnie, ale grunt to przyjemność z odsłucha, a ta tutaj jest. W przypadku tego zespołu, można w ciemno strzelać, że tytułowy utwór jest najdłuższy na albumie. Tak jest i tym razem „Infinity” trwa prawie 10 minut. Najbardziej rozbudowana kompozycja w której dominuje wolne tempo i taki tajemniczy klimat. Można do szukać się wiele ciekawych melodii, motywów, ale totalnego zniszczenia nie uświadczyłem. Zakończenie w postaci balladowego „Celestial Dream” to lekki nie dosyt. Choć kompozycja bardzo udana, to jednak mogli się pokusić o kolejną szybką petardę.

Stratovarius najczęściej kojarzy mi się ze słodkością, specyficznym klimatem i stylem Tolkkiego, a także z nierównym materiałem, gdzie często trafia się na typowe wypełniacze. Tym razem materiał jest równy i bije na łeb większość albumów Stratovariusa. Najlepszy album tej finlandzkiej formacji, który pokazuje jak grać słodki, melodyjny power metal, a także ukazuje 100 % stylu Stratovariusa. Oczywiście o potędze tego albumu stanowi fakt, że zdominowany jest on przez szybkie utwory, które porywają energię i melodyjnością i po tym względem Infinity wypada najlepiej z dyskografii Stratovariusa. Album, który jest idealny do rozpoczęcia przygody z tym zespołem. Nota: 9/10

sobota, 10 września 2011

PRETTY MAIDS - Carpe Diem (2000)

Chwytaj każdy dzień, każdą chwilę. Ileż w tym mądrości czyż nie? Proza Horacego, a raczej myśl owego autora posłużyła duńskiej formacji Pretty Maids jako motyw przewodni na płycie z roku 2000. Ów album nosi tytuł „Carpe Diem”. Zespół w roku 2000 opuścił Dominic Gale' i zespół był bez klawiszowca. Na albumie jako sesyjny muzyk wystąpił sam Alan Owen. I moim skromnym zdaniem ten album jest kolejnym bardzo dobrym album, tuż zaraz za „Spooked” tutaj zespół stara się grać bardziej równiej, bardziej dynamiczniej czy melodyjniej i album pod tym względem ma więcej do zaoferowania niż poprzednik. Na Carpe Diem zespól serwuje praktycznie tą samą muzykę co zawsze, aczkolwiek tutaj jakby są próby grania ciężej, nieco nowocześniej, ale wszystko odegrane w ramach starych sprawdzonych patentów, szybki, melodyjny heavy metal z hard rockowym feelingiem, gdzie duży nacisk kładzie się na łatwo wpadające w ucho refreny, melodie i partie gitarowe. Fanom „Spooked” i dwóch pierwszych albumów mogą zacierać rączki, bo tym materiałem Pretty Maids wspiął się na wyżyny, może jeszcze nie są to góry jak na Red Hot and heavy czy Spooked, ale kierunek i styl jaki prezentują na tym albumie, musi się podobać.

Pretty Maids w jednej rzeczy przypominają mi Iron maiden, oba zespoły stawiają na wstępie zawsze killer, będący jednym z najlepszych utworów w historii. Tym razem Pretty Maids zaczyna z marszu, bez rozgrzewki w postaci intra. Z jednej strony szkoda, a z drugiej nie ma co narzekać, bo „Violent Tribe” to killer w czystej postaci. Kawałek jest ciężki i to chyba nawet cięższy niż te z porpzednika. Tutaj właśnie zespół prezentuje próba grania nieco nowocześniej, ale wszystko zostaje w rodzinie, bo nie ma kombinowania, dalej jest ten sam styl,struktura, a więc ostra partia gitarowa Hammera, który wygrywa naprawdę melodyjne partie gitarowe. Do tego wszystkiego mamy ostry wokal Atkinsa i hard rockowe klawisze Owena, które nadają więcej przestrzeni i melodyjności. Utwór jest przebojowy i łatwo w pada w ucho. Ciekawym utworem jest tytułowy „Carpe Diem” gdzie mamy taki hard rockowy riff, który bardzo fajnie buja. Ale nie martwcie się, jest ciężar, melodyjność i szczypta heavy metalu. Co porywa oprócz partii gitarowej, to pięknie wyśpiewany przez Roniego refren. No i to była zawsze taka ukryta broń tego zespołu i taki sposób na urozmaicenie materiału, nie wpływając na poziom danej kompozycji. Pod względem mroku i ciężaru „Tortured Spirit” zajmuje wysoką pozycją na albumie. Kawałek potrafi tym ciężarem zauroczyć, ale jedno trzeba przyznać. Refren jest tutaj z najwyższej półki. No i Owen też przyczynia się do wytworzenia znakomitego, futurystycznego klimatu. Luzacką kompozycją na albumie jest „Wouldn't Miss You „ i co tu dużo pisać, hard rockowy przebój, który mógłby podbijać radia. Spytacie czemu? Ma taki romantyczny, słodki i nieco irytujący refren, łatwo wpadające w ucho klawisze i skoczne tempo. Jednak to nie ten utwór posłużył do promocji, nie ten utwór rozkruszył serca słuchaczy. Zrobił to kolejny utwór, który się zwie „Clay”. Zespół wciąż ma to coś przy robieniu ballad i to wciąż jest ich mocnym atutem. W tym przypadku muszę po raz kolejny napisać, świetna ballada którą zaliczam do tych najlepszych a trochę ich jest. Słychać tutaj sporo wpływu Aor. To co mi się poda w utworze to jego swoboda, chwytliwy riff wygrywany przez akustyczną gitarę , a także ten niebiański refren, coś pięknego. Kolejnym mocnym punktem na albumie jest „Poisened Pleasures”. Znów mamy dynamiczną partię gitarową, znów sporo melodyjności i sporo ciekawych melodii. Choć nie ma w tym nic specjalnego, choć nie niszczącego riffu, ani prze genialnego refrenu to i tak fajnie się tego słucha i to bez ziewania i wyczekiwania końca. Ciekawą kompozycją jest „Until it Dies” i to pod tym względem, że kawałek ma jakby 3 oblicza, raz jest balladowo, raz jest posępnie, a raz nieco szybciej. Utwór brzmi bardziej nowocześniej, nieco bardziej pokręcono. Jednym może przypaść do gustu, a innym po prostu zbrzydnąć po czasie tak jak mi. Kawałek dobry, ale szybko się o nim zapomina. Imprezę nie co psuje rockowy „The unwritten pages” gdzie niby jest wszystko, ale nic z tego wynika. Kawałek po prostu grzeszy rzemiosłem i brakiem pomysłu na jego wydźwięk. Kolejną balladą jest „For Once In Your Life” na innym poziomie i w innym stylu niż Clay. Jest skoczniej i bardziej luzacko i chyba przez to kawałek jakoś mniej mnie zachwyca. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest „They're all alike” i to jest prawdziwa petarda z pędząca sekcją rytmiczną i z ostrym riffem na czele i trzeba przyznać, że nie brakuje tutaj chwytliwych melodii. Poziom albumu zaniża też taki wolny rockowy kawałek jak „Time Awaits For No One” i też więcej smętów niż konkretnego grania. Znów słuchacz się nudzi, a tak być nie powinno. W sumie w podobnej stylistyce jest utrzymany „Invisible Chains” i jest to kolejny rockowy kawałek, choć tym razem nieco atrakcyjniejszy, przyjemniejszy dla ucha.

Album nie jest zły, ba jest nawet dobry i ociera się o bardzo dobry poziom. Jednak zapał i zachwyt trzeba natychmiast ostudzić. Nie ma do końca równego materiału, końcówka albumu zaważyła u mnie ostatecznym wyniku tego albumu. Znów gdzieś 2-3 utwory przesądzają o całości i tego zespołu chyba się już nigdy nie wy rzecze. Album jako tako należy zaliczyć do tych bardzo dobrych jeśli chodzi o ten zespół, wyprzedza on kilka albumów, ale klasyków, ani „Spooked” nie przebija. Czego zabrakło? Pomysłów na 12 utworów, zabrakło rozegranie tego w taki sposób jak było na początku. A tak pozostaje nie dosyt, bo gdy słyszy się taki „Violent Tribe” czy „Clay” to się wie od razu, że mogło być lepiej, o wiele lepiej. Ode mnie : 7.5/10

niedziela, 26 czerwca 2011

DIO - Magica (2000)

Koncept i Ronnie James Dio? Mogłoby się wydawać nie możliwe, ale jednak nadszedł w końcu ten dzień w którym to światło dzienne ujrzał pierwszy koncept album mistrza Dio.
Sama historia jest z pogranicza s-f , są obcy ,jest niby walka dobra ze złem i trzeba przyznać, że wszytko zostało otoczone niesamowitym klimatem.
Magica to album, który można uznać za powrót Dio to konkretniejszego grania, 2 poprzednie były nieco dziwne,a tutaj jest muzyka, która bardziej odpowiada, przynajmniej mi. Ten album został przyrządzony w dość mocnym składzie Dio -wokal, Goldy -gitara ,Bain-bas oraz Wright -perka.
Czy ten skład mógł zawieść ? Otóż NIE! Ale powodów do skakania z radości też nie ma.
Uważam że można było nieco podkręcić śruby, nieco przysiąść i nagrać naprawdę coś unikatowego, coś potężnego. No cóż jest dobrze, bardzo dobrze, ale o o genialności nie ma mowy.

No to przejrzyjmy się bliżej temu krążkowi........
Pierwszą rzeczą na jaką zwróciłem uwagę to na niezbyt udaną okładkę
Ale olałem to bo przecież najlepsze w tym wszystkim jest przecież zawartość, a nie jakaś głupia okładka. No na albumie znalazło się trochę tych kompozycji bo aż 14.
I postaram się wam je nieco przybliżyć:
No jak to bywa w tego typu albumach, trzeba zacząć od klimatycznego intra, w tym przypadku jest to „Discovery” i cholernie mi się poda utrzymanie tego w klimacie sience -fiction.
Ale nie bardzo rozumiem obecność takiego drugiego intra- „Magica Theme” ?
Dobra szybko przeleciało i już słychać prawdziwy utwór z prawdziwego zdarzenia- „Lord of The Last Day”, który jest udaną wycieczką w przeszłość, kiedy to Dio był wokalistą Black Sabbath. Ano tak, kawałek mocno czerpie z tego okresu.
A co do wykonania, to nie ma się zbytnio do czego przyczepić, wszystko brzmi tak jak powinno i zwrócę uwagę na znakomitą formę Ronniego!
I mogło by się wydawać, że album będzie ala Black Sabbath,no ale gdy wkracza „Fever Dreams”, który jest jednym z najlepszych utworów na albumie, to przypomina mi się nikt inny jak Ritchie Blackmore i Rainbow, z którym Dio też miał do czynienia. Już sam riff iście Blackmurowy i chyba gdzieś kiedyś podobny stworzył,ale co z tego skoro tutaj się prezentuje znakomicie. I zwrócę tutaj uwagę Wrighta, który wali znakomicie w gary, kto by pomyślał, że kiedyś był członkiem hard rockowej legendy- Ac/Dc?
Genialnym kawałkiem jest też „Turn To Stone”, który podobnie jak poprzednik też ma nieco zapędy pod Rainbow.
Utwór bardzo energiczny i utrzymany w znakomitym tempie,noi jak fajnie buja,czyż nie?
No no no nawet taki „Feed My Head” zaliczam do czołówki najlepszych utworów na albumie, a to za sprawą mistrzowskiego refrenu! Ale nie tylko, partie instrumentalne, zwłaszcza gitarowe niszczą. No i bardzo udane zmiany temp, zwolnienia i przez to robi się bardzo klimatycznie.
Nawet jeśli się nie jest fanatykiem tego gościa to trzeba docenić owy utwór,bo jest tego warty.
Nie mogło też zabraknąć czegoś w stylu „Holy Diver” czy też „Egypt”, no myślę, że „Ebeil” nie jest gorszy od tych kultowych kawałków. Podobne tempo, wybijający się bas z pośród reszty instrumentów. No i są podobnie rozbudowane . Co jest jeszcze tutaj warte uwagi?
Klawisze drodzy czytelnicy, momentami sprawiają jakbym był w operze
I pierwsza część albumu była można by rzec fantastyczna, no cóż druga może nieco co być już monotonna i nieco inna od pierwszej.
„Chails” choć nieco bardziej rockowy to jednak jest co najwyżej dobry i nie umywa się do początkowych kompozycji.
Nie powala też kolejny utwór- „As Long its not About Love” niby taka ballada, ale czy jest genialna? No właśnie nie bardzo, choć muzycy starają się wyciągnąć ją na wyżyny swoich możliwości to jednak nie uratowało tego utworu od nudy.
Dobrze się prezentuje „Losing My Insanity”, ale też jest to utwór tylko dobry, choć ma potencjał na coś więcej. Dobre tempo, mocny wokal Dio oraz udany riff. No, ale nie powala, a w przypadku Dio powinien, a najlepsze co tutaj słuchacza może spotkać to godne uwagi solówki!
Choć poprzednie utwory już nieco mogły przynudzać,to uważam że punktem kulminacyjnym jest „Otherworld” którego ciężko słucha się tego, bo i riffy jakieś takie nijakie, a refren też nie rzuca na kolana, i w ogóle ciężko napisać coś pozytywnego na temat tego utworu.
I gdy zawsze docieram do „Magica -reprise” to się zastanawiam po jaką cholerę to wstawiali?
Podobnie ma się rzecz z kolejnym utworem „Lord of the Last Day- reprise”
I mogło by się wydawać, że nic już nas nie zaskoczy to jednak wkracza Magica story i robi taki zamęt i psuje tylko dobre wrażenie jakie sobie wypracowali na początku, no wiem, że bardzo fajnie jest poznać o czym jest historia,ale można to było napisać w środku książeczki do płyty, a nie zapychać album taki czymś. Tak zmarnować 18 minut,no porażka.

I kiedy płyta się kończy ja jako słuchacz i jako fan mam mieszane uczucia, no bo album pod koniec jest monotonny i zapchany nie potrzebnymi utworami .Pierwsza 7 była znakomita bardzo fajnie zróżnicowana i utrzymana na poziomie do jakiego nas przyzwyczaił Ronnie James Dio! Jednak końcówka albumu psuje nieco efekt albumu.
Szykując wad w innych kwestiach jest ciężko, bo i produkcja jest bardzo dobra, aranżacje również, podobnie jest z formą muzyków. Problem tkwi w samych kompozycjach. Choć są zróżnicowane to jednak nie utrzymane na takim samym wysokim poziomie, a szkoda,bo mogło być naprawdę lepiej.

Choć w roku 2000 było o wiele ciekawszych albumów to jednak Dio wydał naprawdę ciekawy album,godny jego dokonań. Może nie jest tak genialny jak choćby the Last in Line, ale prezentuje się całkiem przyzwoicie. Za ten album dam przynajmniej 7/10

poniedziałek, 20 czerwca 2011

HALFORD - Resurection (2000)





Rob Halford to jedna z najbardziej znanych osobistości w heavy metalu, czołówka najlepszych wokalistów i człowiek który współtworzy jedną z najlepszych potęg heavy metalu, czyli Judas Priest. Jednak często fani pomijają jego okres poza Judas Priest, co jest bardzo drażniące.
Bo choć Rob odszedł od swojego pierwotnego zespołu z powodu brakiem zainteresowania heavy metalem i zmęczeniem graniem ciągle tej samej muzyki co wcale nie oznacza, że w okresie poza JP nie nagrał już heavy metalowego albumu. Kiedy w 1991 odszedł z JP maczał palce w takich zespołach jak Two,grający pop rock z domieszką elektroniki oraz Fight,grający heavy metal z którym nagrał 2 całkiem przyzwoite albumy,które jednak nie dorównały temu co Rob osiągnął z poprzednim zespołem, w którym spędził większość życia. Gdzie należy się doszukiwać przełomu?
A mianowicie w dniu, kiedy Rob po trasie z Two miał wrażenie, że oddala się od tego co kocha, czyli heavy metalu i wtedy stworzył właśnie „Silent Screams”,który później trafił na pierwszy album. Wtedy Rob zrozumiał, że musi wrócić do korzeni i tworzyć heavy metal i tak się narodził zespół zainicjowany jego nazwiskiem – HALFORD.
Najciekawsze jest to, że 10 lat po Painkilerze Halford powraca do interesu z heavy metalowym
albumem, którego by się nie powstydził sam Judas Priest. Tak,choć zespół narodził się w 1992,to jednak album „Resurection” ukazał się w 2000 roku. Nie wiem czy słowo „debiut” jest tutaj na miejscu?Dlatego, że tak naprawdę nie mamy do czynienia z chłopakami, którzy po raz pierwszy mieli do czynienia z nagrywaniem albumu. A samą produkcją zajął się Roy Z, człowiek który zadbał o solowe albumy innego sławnego wokalisty – Bruca Dickinsona i podobnie jak u Bruca tak i u Roba maczał tez palce w utworach. Wkład w album miał nie tylko Rob, bo tak naprawdę każdy z muzyków się do tego przyczynił, ale teksty są autorstwa Halforda.
Wspomnę, że Jarzombek ,perkusista jest z pochodzenia polakiem.

Zastanawiacie się czy jest to kopia Judas Priest? No nie do końca, bo brzmi to poniekąd jak album solowego Bruca Dickinsona tylko, że mamy tutaj szczyptę JP,ale o kopii można zapomnieć!
Można doszukiwać się jakiś podobieństw z JP ,ale jaki jest tego sens? Nie trudno oderwać się od przeszłości,ale jednak Rob postawił na swój własny charakter i za to duży plus u mnie.
Roy Z nigdy nie nawalił jeśli chodzi o produkcję tak jest i tym razem. Nie wiele gorzej prezentuje się ...szata graficzna. Nie wiem czemu, ale harley i skóra od razu skojarzyła mi się z tym jak Rob wyjeżdżał na scenę harleyem podczas koncertów JP, może taki był zamiar, żeby pokazać że Halford wraca jako „ Metalowy Bóg”? Nie inaczej.
Największą zagadką był jednak materiał, bo jednak 10 lat przerwy to szmat czasu i byłem ciekaw czy wciąż potrafi komponować i czy Rob wciąż ma moc w swoim głosie.
I nie zawiodłem się na żadnym z tych czynników, bo i wokalnie Rob tak jakby zatrzymał się w czasie i pod względem kompozycyjnym też jest jak za dawnych lat.
Już można się o tym przekonać na wstępie za sprawą tytułowego „ Resurection”.
Jak że trafne określenie”zmartwychwstanie” i jak że jest to mocny otwieracz.
Pierwsze skojarzenie? Oczywiście Painkiller, zwłaszcza jeśli chodzi o wokal. Rob udowadnia, że jest jednym z najlepszych krzykaczy w tej branży i nawet lata tego nie zmienią.
Wokal to tylko jedna strona medalu, drugą jest warstwa instrumentalna i tutaj jest równie imponująco. Taka mieszanka JP oraz solowego B.Dickinsona.
Bardzo znajomo brzmi też „Made In Hell”, który jest jednym z największych przebojów Halforda.
I nie ma się czemu dziwić, bo jest to kawał porządnego metalu, gdzie ciężar stanowi harmonię z melodią. Znajomy mi jest ta wspólna solówka, bo gdzieś kiedyś już coś podobnego słyszałem,ale gdzie dokładniej, to ciężko ustalić. Dwa szybsze utwory za nami, to teraz czas urozmaicić materiał za sprawą „Locked And Loaded”, który jest powolny i zdominowany przez ciężar. Jednak w żadnym wypadku nie psuje albumu, ani nie jest gorszy choćby od tych dwóch wcześniejszych. Innym kalibrem jest też„Nightfall”, w którym mamy mocną partię gitar, ale w przeciwieństwie do poprzedniego utworu, tutaj mamy dominację melodii nad ciężarem. Mocnym punktem utworu jest oczywiście refren, który nadawałby się nawet na balladę. Tak dotarliśmy do kolejnej perły z tego albumu,czyli do „Silent Screams”, który jako pierwszy powstał do tego albumu. I zaskoczeniem nie będzie jeśli nadmienię fakt, że jest to kawałek najbardziej zakorzeniony w Judas Priest.
Co można więcej powiedzieć o tym kawałku? Że jest to najwolniejszy utwór i zarazem najbardziej rozbudowany, a co za tym idzie mamy niezwykłe zmiany temp oraz partii wokalnych, prawdziwa uczta nie tylko dla fanów JP. Na szczególne wyróżnienie z tego albumu zasługuje „The One You Love To Hate”. Zastanawiacie się dlaczego? Bo mamy tutaj pojedynek dwóch weteranów heavy metalu jeśli chodzi o wokal: Rob Halford( Judas Priest) oraz Bruce Dickinson( Iron Maiden) i wyszło to wręcz genialnie. A na takie pojedynki zwłaszcza w takim wykonaniu czeka się z utęsknieniem i przyznam się, że zawsze o tym marzyłem, żeby tych dwóch dżentelmenów usłyszeć w jednym utworze. Jeśli chodzi natomiast o szybkość,to „Cyberworld” zajmuje pierwsze miejsce w rankingu kompozycji „Resurection”. Poza szybkim riffem, uświadczyć tutaj można niezwykłą melodyjność oraz chwytliwy refren, który ciągnie się za słuchaczem całe życie.
Na koncertach Roba Halforda, zawsze jest tez grany” Slow Down” i nie dziwię się bo kawałek oddaje to co najlepsze w heavy metalu z szczyptą JP. Najciekawsze jest to, że nie ma tutaj jakiś dzikich partii gitarowych, ani tez diabelnej szybkości, a pomimo tego utwór zasługuje na uwagę.
Tym co spodobał się otwieracz, na pewno przypadnie też do gustu kolejny killer – „Hell'S Last Surviver”, który pojawił się jako dodatek dla Japończyków. Natomiast co do utworu, to jest to prawdziwa petarda, z szybkim riffem oraz niezwykłą rytmiką oraz diabelnie chwytliwym refrenem. Tym co nie mieli okazji posłuchać radzę to nadrobić, bo warto.”Twist” może nie należy do genialnych utworów, ale do gniotów tez nie, ot co dobry utwór, któremu nieco brakuje do takiego otwieracza. Nie co lepiej się prezentuje „Temptation”, którego mocnym punktem jest wokal oraz refren. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o riffie.
Na szczęście szybko niesmak po dwóch poprzednich kawałkach nadrabiają 2 ostatnie utwory: „Drive” i „Savior”, które zaliczam do najlepszych kompozycji na albumie.
Aha, jeszcze żeby mieć pełny obraz bonusów dla Japończyków, był jeszcze drugi bonusowy utwór : „Sad Wings” i powiem wam, że te dodatkowe kawałki wypadły lepiej niż taki „Temptation” czy „Twist” i gdyby zastąpiły je to album otrzymał jeszcze wyższą ocenę,a tak jedynie sposobem żeby usłyszeć te utwory jest dorwać ową wersję lub zakupić remasterowana wersję na którą trafiły jeszcze 2 dodatkowe utwory: ciężki,wręcz momentami thrashowy „ Fetish” oraz luzacki „God Bringer Of Death” i są to równie mocne utwory, które wypadałoby znać.

Gdy Judas Preist kombinowało nad utworami na nowy album, pogrążając się w eksperymentowaniu, były członek JP Rob Halford wrócił do korzeni, wykorzystując najlepsze cechy tego zespołu i doświadczenie jakie wyrobił przy albumach JP.
Czy można mówić o kopii JP? Nie, bo nie ma kalki, ani wykorzystywaniu znajomych riffów czy coś, ale brzmi to jak kontynuacja JP. Mimo 10 lat Rob Halford nie stracił swojego talentu do tworzenia niezwykłych albumów, a ten z pewnością taki jest i nie ma co ukrywać, jest to najlepsza rzecz od czasów Painkillera, a Rob pokazał że wie jak tworzyć świetny heavy metalowy album i w roku 2000 nie było zbytnio konkurencji dla tego albumu. Nota: 9.5/10