Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 września 2014

ASTRAL DOORS - New Revelation (2007)

Dla fanów Astral Doors album „New Revelation” okazał się nie lada zaskoczeniem. Płyta była daleka od typowego dla kapeli grania pod heavy metal z lat 80 spod znaku Dio. Niby kapela dalej obracała się w tych samych gatunkach, czyli melodyjny heavy metal z domieszką power metalu i hard rocka. Jednak można dostrzec sporo różnic. Nils Patrik szukał swojego stylu i bardziej przypominał swój występ z Space Odyssey, klawisze straciły charakter lat 80 i nadały albumowi bardziej hard rockowego wydźwięku, może nawet i progresywnego. Brzmiały już świeżo i nieco nowocześniej. To jak są tutaj komponowane kawałki, jak zrobiono aranżację to można tutaj śmiało przytoczyć bardziej bojowe granie spod znaku Sabaton. Astral Doors na „New Revelation” pokazał, że tez potrafi tworzyć podobne przeboje i refreny co Sabaton. Nieco inne oblicze Astral Doors, może chcieli tutaj być bardziej twórczy niż odtwórczy i to odbiło się na odbiorze tej płyty. Dla jednych nie zrozumiała i niespójna, a dla drugich równie ciekawa co poprzednia. To, że Astral Doors jest inny słychać w otwierającym „New Revelation”. Symfoniczne klawisze, które są czymś więcej niż tłem do gitar i wokalu Nils. Jest bojowy refren na miarę Sabaton, a sam riff bardziej jest bliższy Bloodbound niż Dio. Rasowy heavy metal, ale nie na miarę z lat 80, a bardziej na miarę naszych czasów to właśnie cały „Freedom war” Tutaj słychać, że Nils też chce dać coś od siebie i nie chce być tylko i wyłącznie następcą Ronniego James Dio. „Penecostal Bound” to szybki, energiczny utwór przesiąknięty Rainbow i power metalem. 3 minuty zniszczenia najwyższych lotów. Pozycja godna starych płyt Astral Doors. Potem jest dłuższa chwila z balladami i tutaj zespół wdaje się w romantyczne i emocjonalne granie. Ma to swój urok, ale nie jest to czego oczekuję od tej formacji. Astral Doors obdarty z wtórności, grania pod fanów Dio stawia na nowoczesny wydźwięk, na nutkę progresywności i nawet agresywność. „Planet Earth” to obraz nowej jakości Astral Doors. To już inny zespół, ale wciąż grający ciekawą muzykę. W przypadku tego kawałka można też pochwalić to co gitarzyści tutaj robią. Riffy są ciężkie, ale nie pozbawione melodyjnego charakteru. Znakomity balans tutaj został osiągnięty. Tak Astral Doors jeszcze nie grał, a to mogło się podobać. „Quisling” to kolejny przykład czerpania z Sabaton. Pomyłką okazał się „The gates of Light”, który miał zawierać sporo motywów i zabrać nas w hard rockowy świat, ale okazał się nie spójnym i zakręconym kawałkiem, który niczego nie wnosił do albumu. Na szczęście na koniec dostaliśmy już bardziej klasyczny kawałek w postaci „Mercenary Man”. Wyszedł z tego ostatecznie ciekawy album, który pokazał, że Astral Doors stać na własny styl, że nie muszą kopiować patentów z twórczości Dio. Może nie jest to tak genialny krążek jak dwa poprzednie wydawnictwa, ale wnosi powiew świeżości i dobrze rokował jeśli chodzi o przyszłość zespołu. Pytaniem było tylko w jakim kierunku zespół pójdzie.

Ocena: 7.5/10

środa, 5 grudnia 2012

OLYMPOS MONS - Medievil (2007)

Jednym z tych zespołów power metalowych, który na długo nie zagościł na rynku muzycznym, a mimo to wpisał się do listy tych zespołów z górnej półki jest fiński OLYMPOS MONS. Zespół, który potrafił stworzyć ciekawe melodie, nawiązując do klasyki typu HELLOWEEN – Keeper Of The seven Keys czy GAMMA RAY – Land Of The Free, a jednocześnie wymieszać power metal radosny i energiczny, prosty i melodyjny, z epickim charakterem i podniosłością, z mrocznym klimatem, które wypełniały teksty dotyczące historii czy mitologii.

Fiński band, który został założony w 2002 roku z inicjatywy gitarzysty Jari Sundströma i wokalisty Ian E. Highhill. Ich celem było połączenie melodyjności, połączenia kilka patentów nasuwających symphonic metal, epic metal czy w końcu progresywny, a wszystko zdominowane przez energiczny, dynamiczny power metal. To wszystko można usłyszeć zarówno na debiutanckim albumie jak i na drugim krążku o tytule „Medievil” który ukazał się w roku 2007. Na drugim wydawnictwie pojawia się nowy basista, a mianowicie Krister Lundell jednak nie zmienia to drastycznie stylu formacji. „Medievil” to dzieło skończone, to wydawnictwo o którym można dyskutować przy herbacie, dzieło którym można się zachwycać mimo upływu 5 lat, to album który wciąż brzmi świeżo, który wciąż porywa i zaskakuje. Fiński zespół nie odkrywa ameryki i nie robi niczego nowego, jednak potrafił mimo owej wtórności wykreować swój własny styl, ukształtować ciekawe, melodyjne, energiczne kompozycje, które przesiąknięte są epickim charakterem. Tak też zespół się prezentował na swoich dwóch albumach, a „Medievil” to ich ostatni krążek i ostatni przejaw działalności. Szkoda, bo zespół znakomicie radził sobie z kompozytorstwem, z stworzeniem energicznego, zróżnicowanego, melodyjnego, a przede wszystkim równego materiału, który brzmiał atrakcyjnie w dużej mierze dzięki wyczynom muzyków. Ian to wokalista, który nasuwa takie nazwiska jak Kotipelto czy Kiske. To wokalista, który śpiewa czysto, podniośle, ukazując na każdym kroku swój warsztat techniczny i emocje jakie niesie śpiewając. Również rozpędzona i dynamiczna sekcja rytmiczna napawa optymizmem, ale i tak to wszystko jest niczym w porównaniu z ostrymi, zadziornymi, szybkimi riffami Jariego, który stawia na szybkość, melodyjność i energiczność, które dostarcza słuchaczowi pewnych emocji. Świetnie on współpracuje z klawiszowcem Villi Oillia, który jest muzykiem tylko sesyjnym. Oboje muzycy tworzą ciekawą wieź, uzupełniają się, tworzą klimat, przestrzeń i taką lekkość, a przez co melodyjność jest przeniesiona na jeszcze wyższy wymiar.

Dopracowanie daje o sobie znać na każdym kroku. Piękna, taka typowa dla gatunku okładka autorstwa Jean Pascal Fournier czy mocne, soczyste brzmienie, to tylko część tego. Słuchając materiału można tylko się utwierdzić w tym przekonaniu, że nie ma mowy o wpadce i kiepskim, nudnym i męczącym power metalu. Każda z 10 zawartych kompozycji to rasowy przebój co słychać po otwierającym „One Word” który przypomina HELLOWEEN - „Keeper Of The Seven Keys” czy GAMMA RAY - „Land Of The Free” i to wymieszanie z epickim charakterem i klawiszami jest bardzo ciekawym rozwiązaniem, który sprawia, że kapela wpisuje się do czołówki gatunku. Podobna konwencja przewija się w zadziornym „Frozen”, w bojowym „The Emperors Return” gdzie daje się wyłapać nieco epickiego heavy metalu, czy w melodyjnym „The Price” odzwierciedlający to co najlepsze w gatunki, czyli melodyjny motyw, zadziorna sekcja rytmiczna, czy przebojowy refren. Mrok i ciężar to cechy „Wolves” zaś spokój i romantyczny wydźwięk to cechy ballady „Fire And Ice”. Oprócz szybkich petard typu „Kingdom Of Winter” na albumie pojawia się epicki kawałek w postaci „Locked In Chains”.

„Medievil” to przykład jak grać power metal na wysokim poziomie, to przykład że można stworzyć własny styl mimo zapożyczenia kilku sprawdzonych patentów, to przykład że można nagrać wyśmienity album na patentach odkrytych kilka lat wcześniej. Szkoda, że zespół się rozpadł niedługo po wydaniu, bo drzemał w nich ogromny potencjał. Pozycja obowiązkowa dla prawdziwych fanów power metalu.

Ocena: 9.5/10

środa, 17 sierpnia 2011

POWERWOLF - Lopus Dei (2007)


 Wilki przyzywam was, niech krew będzie waszym pożywieniem, szatan waszym przewodnikiem, a wszyscy wokół będą się modlić do Chrystusa, Maryii. Waszym źródłem energii jest... heavy metal. Heavy i power metal. Waszym domem są Niemcy i Romunia. Wzywam was Powerwolf. Jeden z niewielu zespołów, który skupia w sobie wilki, teksty o szatanie, jednocześnie gloryfikuje Chrystusa, łączy klimat dość mistyczny, łączy heavy i power metal, łączy humor z powagą. Mało komu się to udaje i mało komu tak dobrze idzie przez tyle lat. Swoje pierwsze kroki Powerwolf stawiał w 2003 roku i dziś wyrósł na prawdziwą bestię. Dziś mamy rok 2011 i 4 album powerwolf na horyzoncie, jednak sukces i poruszenie wśród słuchaczy nastąpiło kilka tak wcześniej bo w 2007 miał premierę „Lopus Dei”. Tytuł jak i teksty zespołu są dość oryginalne, a mając Rumuńskiego lidera w postaci Atilli Dorna można osiągnąć niezwykle oryginalny wizerunek i styl zespołu. Nie jest to jakiś kolejny Bruce Dickinson, czy Rob halford, jego maniera i styl jest nie powtarzalna. Jego korzenie i znajomość starożytnego języka pozwala być unikatowym i za to go należy cenić. Nie można też zapomnieć o założycielach, który też sporo krwi zdobywają dla powerwolf i są jego sercem i płucami, mowa o braciach Greywolf, trzeba wspomnieć że tak miał się nazywać pierwotnie zespół. Oprócz tego na Lopus dei zagrał Stéfane Funèbre – perkusja, Falk Maria Schlegel – ograny. Jedno trzeba przyznać, zespół stara się grac oryginalnie nie patrząc na nikogo, ani to co jest modne, to co teraz jest na topie. Grają swoją i ze swoim pomysłem. Oryginalność i bycia sobą zaprowadziła ich do punktu w jakim są dzisiaj. Właściwie mamy do czynienia z koncept albumie, gdzie główną rolę gra oczywiście wilk, i zatraca on wiarę w Boga i powierza swoje życie złu, i żyje dla krwi jednak światło Boga cały czas zanim podąża i na koniec mamy nawrócenie Boga. Produkcją albumu zajął się Fredrik Nordrstróm.

Tak jak na obecnym albumie, tak i na tym sprzed kilku lat, wszystko rozpoczyna się od intra w postaci „Lopus daminus” który też postawiony jest na klimat, na podniosłość i mroczną narrację. Tak właśnie brzmiał Powerwolf w owym czasie i jak można było usłyszeć w tym roku, zespół dalej tak brzmi. "We Take It From The Living" druga kompozycja najczęściej jest bardziej taka heavy metalowa utrzymana w średnim tempie, tak będzie na następnych albumach tak jest i tutaj. Mamy gotyckie chóry, mamy melodyjną sekcję rytmiczną, mamy mocne partie gitarowe, choć tutaj jakby bardziej surowe niż na kolejnych albumach. Wszystko brzmi wręcz teatralnie, ale wciąż słychać że to heavy/power metal. Oczywiście wszystko utrzymane w mrocznym klimacie, takim wyjętym z filmów o wilkołakach. Jak dla mnie jedna z najlepszych kompozycji na albumie i tak o to zaczyna się album przepełniony przebojami taki jak ten. To cecha charakterystyczna ostatnich albumów Powerwolf. Solówki tutaj nieco dłuższe niż te prezentowane na nowym albumie, ale z podobną pasją i polotem są grane i to też zaliczyć do ich cech charakterystycznych. Kiedy bestia o nazwie Powerwolf wyrusza na łowy, wszystkie potencjalne ofiary modlą się o swoje życie w ciemnościach. Nie inaczej „Prayer in The dark” i tutaj słychać coś w stylu naszego polskiego Monstrum, gdyż owy riff brzmi podobnie jak ten z albumu „Siódmy dzień tygodnia”. Oczywiście tym razem bardziej wyeksponowane są organy choćby z początku, jednak trzeba przyznać, że znów słychać surowość i więcej heavy metalu w partiach gitarowych. Jest to jedna z szybszych kompozycji na albumie, choć i podniosłości nie brakuje, mistycyzmu nie brakuje, no i jeszcze ten tekst również przykuwa uwagę. Poza zalotami pod Monstrum, słychać Sabaton, czy też nawet Iron maiden w końcówce, ale kto nie czerpał inspiracje od nikogo, niech rzuci pierwszy kamieniem w Powerwolf.
Zespół umiejętnie przechodzi od tekstów o wilkach do tekstów o szatanie jak choćby ten w „Saturday Satan” i jest to kolejny przebój i taki szybszy kawałek. Co ciekawe zaczyna się w dość typowy sposób tak jak większość kompozycji na następnych albumach. Tak więc wyeksponowanie organów, spokojne tempo, wyeksponowanie wokali Atilli, gdzie porywa swoją mroczną i taką epicką manierą. Klimat tutaj gra jedną z głównych ról. Potem nieco szybsze granie i znów gdzieś żelazna dziewica, gdzieś pancerny Sabaton, ale wszystko utrzymane w koncepcji Powerwolf. Znów chwytliwy refren, taki koncertowy, znów spora dawka melodii. Podziwiam zespół, że z taką łatwością tworzą przeboje i do tego na takim wysokim poziomie. No i ten tekst, zwłaszcza idealnie wypada motyw, kiedy cały zespół krzyczy: „Satan, satan”. Warto podkreślić, że i sama solówka jest taka jak być powinna w takim energicznym zespole. Jedną z takich krótszych kompozycji na albumie jest „In Blood We Trust” i tutaj znów zespół idealnie miesza heavy metal i power metal, choć dominuje w tej miksturze ten pierwszy składnik. Klimat identyczny co na poprzednich utworach, podobna koncepcja, tym razem dostajemy taki dość ciekawie zaśpiewany refren, prosty, ale jakże poruszający. No, ale największy rozpierdol robią te podniosłe chórki. Czy w końcówce też słyszycie Iron Maiden? Następna kompozycja tj „Behind The Leathermask” to istna petarda, bodajże taka jedna z tych najszybszych. Oczywiście nie brakuje podniosłego klimatu w refrenie i dużej dawki melodii, warto zwrócić większą uwagę na sekcję rytmiczną, która wszystko tutaj napędza. Kolejnym przebojem i typowym killerem jest „Vampires Dont' Die” i ten motyw z „łoo, łoo” brzmi znajomo. Tutaj oprócz Sabaton, słychać coś z Bloodbound. Kolejna jedna z najszybszych i najbardziej melodyjnych kompozycji na albumie. W innym klimacie utrzymany jest „When the Moon shinnes Red”, choć i tak styl i wykonanie to samo. Wyeksponowanie wokalu Atilli, podniosłość w refrenie i tym razem postawiono na wolne tempo, choć i tak jakie by nie dali, też brzmiało by to fantastycznie. Sporo fajnych motywów i najgroźniejszy klimat na całym albumie. Dalej już zespół nie zaskakuje, bo mamy kolejny przebój w postaci "Mother Mary is a Bird of Prey" i z podobnym polotem został zagrany i taki to typowy kawałek dla stylu Powerwolf. No i refren tutaj naprawdę pierwszej klasy jest, szybki,chwytliwy. Nieco słabszy motyw, nieco odstający refren ma "Tiger of Sabord", ale nie które chórki, tempo i sam wydźwięk bardzo dobry. Szkoda jednak że nie ma jakiegoś porywającego riffu. Atilla wyciąga kawałek na wyżyny, bo bez niego nie wiem czy byłoby tak genialnie. No oczywiście na koniec tytułowy kawałek „Lopus Dei” będący oczywiście bardziej epicki, bardziej podniosły i do tego odśpiewany w łacinie. Tam gdzie przeszkadzają mi inne języki niż ang, tak tutaj uważam to za geniusz. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby odegrali kiedyś cały album w tym języku. Tak jak i w następnych odsłonach tych końcowych, epickich utworach tak i tutaj słychać spore zmian temp, motywów, całość tutaj brzmi niczym symfonia samego Lucyfera. No kogo nie ruszy „ łoo,łoo” wyśpiewane przez Atille, to znaczy że się nie zna. Koniec typowy, a więc burza,skowyt wilka, wrzaski.

Czy jak napiszę, że słychać Sabaton, Iron Maiden miejscami to was zachęcę do zapoznania się z albumem? Czy jak napiszę, że to albumem pełen przebojowości, mistycyzmu i klimatu grozy to was zachęcę do zapoznania się z albumem? Czy może jak napiszę, że mamy jedną z najlepszych odkryć jeśli chodzi o zespoły grające heavy/power metal? A może po prostu że Powerwolf na tym albumie jest po prostu oryginalny, bo ma swój styl pomimo skojarzeń, ma własny pomysł na granie, własną otoczkę. Chcą być wilkami i są nimi po dzień dzisiejszy. Nie są małą bestią, ale wielką i sieją postrach wśród słuchaczy i każdy się z nimi liczy. Lopus dei to album wyrównany i przebojowy, energiczny i mroczny. Jednak nie ma jakiegoś poważnego gloryfikowania szatana czy coś tam, zespół ma dystans do tego co robi i dobrze, odrobina humoru przy takiej tematyce wręcz jest potrzebna. Nie ma smętów, nie ma upodabniania się do jakiś wielkich sław, zespół nie patrzy na nikogo i robi swoje. Lopus Dei to jest punkt zwrotny w ich karierze, to tutaj wszystko się zaczęło. Niesamowita muzyka, dla tych którzy cenią sobie klimat i energię, melodię i przebojowość. Ciekawe jest to że album jakby na fali ich genialności zyskał u mnie sporo, kiedyś był granicach 7-8 Nota: 9.5/10 Polecam, może ponowne odsłuchanie zmieni wasze nastawienie do tego albumu, tak jak to było w moim przypadku.

sobota, 13 sierpnia 2011

LION'S SHARE -Emotional Coma (2007)


Szwedzki Lions Share po wydaniu całkiem niezłego albumu „Entrance” wydanym w 2001 roku popada w śpiączkę. Śpiączka była dość długa i wytrwali z niej tylko najsilniejsi, a więc Lars Chriss, który był w zespole od początku i tylko on przetrwał ze składu „Entrance”. 6 lat zespół był nie aktywny i dopiero w 2007 roku światło dzienne miał ujrzeć nowy krążek o tytule „Emotional Coma”. Co ciekawe zespół zapowiadał najcięższy album w swoim dorobku, a skład który wypełniał Sampo Axelsson:  - bas i klawisze, Richard Evensand  - perkusja, jednak prawdziwą gwiazdą zespołu został  Nils Patrik Johansson i trzeba przyznać, że jest to muzyk dość zapracowany, bo udziela się bądź udzielał się w Space Odyssey, Wuthering Heights, czy też Astral Doors. Fakt każde band prezentuje nieco inny styl ale jedno je łączy, poziom prezentowanej muzyki zawsze był wysoki i to dawało nadzieję, że w końcu nowy Lions Share będzie czymś więcej niż rzemieślniczym graniem. Ten album wyznaczy nowy kierunek, rozpoczyna nowy rozdział a mianowicie odejście od progresywnego grania, na rzecz melodyjnego heavy metalu. Wciąż słychać inspirację Black Sabbath, czy też Mercyful Fate. Co ciekawe krążek miał być ukazany w 20 rocznicę zespołu, a zespól dopiero szykował 5 krążek swojej karierze. Całość wyprodukował lider Lars Chriss, zaś za okładkę do albumu jest odpowiedzialny Robert Sammelin. Co jeszcze może niektórych zainteresować do sięgnięcia po album? No goście, choć nie ma ich za wielu, ale są znani- Glen Drover (obecnie Megadeth) i Bruce Kulick (eks-Kiss).Czy zapowiedzi o najcięższym albumie w karierze zespołu były prawdziwe? No jak nie jak tak.


Zaczyna się od otwieracza tj 'Cult of Denial” i akustyczna przygrywka nasuwa nam Black Sabbath. Lecz to w jaki sposób brzmi, to jak brzmi riff, to że jest taki ponury i zarazem skoczny riff i do tego ten mrok, to akurat kojarzy mi się z King Diamond. Taki Lions Share nigdy nie był, nie był przebojowy i melodyjny i do tego ciężki. Zawsze dominowała progresywność i nijakość, gdzie wszystko psuło przeciętne kompozytorstwo. A tutaj Nils wyciąga zespół na wyżyny. Bo jest nie tylko świetnym wokalistą, ale też świetnym właśnie kompozytorem. Utwór może mógłby być prze aranżowany na Astral Doors, z tym że są to dwa inne zespoły, w ogóle jest to coś innego niż wcześniej wspomniany zespoły Nilsa. I to jest zaskakujące, bo tyle zespołów i każdy inny, to świadczy od wszechstronności i uniwersalności tego muzyka. Jest ciężki riff, jest mrok, jest melodyjność i chwytliwy refren. Ba można mówić o pierwszym przeboju. Choć otwieracz jest genialny, to ja jednak bardziej cenię sobie „The arsonist” gdzie coś z Astral Doors i tych szybszych utworów słychać.  Nawet refren jakoś taki zagrany na wzór AS. Jednak riff i owy mrok sugerują od razu z czym mamy do czynienia. Bardzo porywa mnie sekcja rytmiczna i maniera Nilsa w momencie zwrotek. Na plus zwolnione tempo podczas zwrotek i skąd my to znamy. Zespół nie bawi się w długie utwory, ale stawia na szybkie i przebojowe utwory i to jest zaleta tego albumu. Jednym z takich najcięższych utworów na albumie jest sam tytułowy „Emotional Coma” Choć mroczny, ciężki i utrzymany w wolnym tempie riff dominują, to jednak są tutaj też nieco wolniejsze klimaty. Najwięcej w tym utworze oczywiście Black Sabbath. Riff dość taki znajomy, a refren taki nastawiony na emocje. Dobry i tylko dobry, nie umywa się do tych wcześniejszych hymnowych refrenów, ale może taki był zamysł muzyków? Warto podkreślić, że tutaj wystąpił gościnnie gitarzysta Megadeth. Może jestem wybredny, a może to moja fascynacja, ale kocham takie szybkie petardy jak „Clones of Fate” w tym utworze mamy riffy i partie gitarowe, których by się nie powstydził Judas Priest na „Painkillerze”, mamy agresję i dynamikę w głosie Nilsa, której by się nie powstydził Dio w Black Sabbath. Ano właśnie mroczne brzmienie instrumentów czy też bas to kojarzyć mogą się ekipą Tonego. Jest to dla mnie jeden z najlepszych utworów na płycie i jedno z najlepszych dokonań zespołu. To w jaki sposób brzmi riff, to w jakiej tonacji jest utrzymane tempo i to jaki jest klimat „The Edge of the Razor „ można mówić  o doskonałym graniu pod mistrzów tj Black Sabbath. Wszystko pięknie, tylko czy nie można było się pokusić o jakąś ciekawszą melodię, o nieco bardziej wyrazisty refren? Hmm no i jeszcze ten Bruce Kucklick. Kompozycja co najwyżej bardzo dobra, ale mogło być coś więcej. Agresji z kolei nie można odmówić „Toxication Rave” i nic dziwnego, skoro sporo tutaj thrash metalu, nie tylko w sekcji rytmicznej. Nawet refren też zaśpiewany w klimacie takiego zespołu thrash metalowego. Bardzo dobra kompozycja, ale brakuje mi totalnego zniszczenia. Zaskoczenia nie ma w „Trafficking”, znów typowe granie do jakiego zespół  nas przyzwyczaił, ale tym razem mamy już refren i te chórki, które już będą charakterystyczne na następnym albumie. Taki właśnie jest Lions Share, ostry i drapieżny w gitarach, mroczny i przebojowy w refrenie. Ciekawie brzmi taki „Bloodstained Soil” - wolne tempo i znajomy riff oraz brzmienie gitar to istne apogeum Black Sabbath, a zespół czerpie to co najlepsze z tego zespołu i przerabia na swoje granie, na swój styl. Właśnie sekcja rytmiczna i partie gitarowe są największym atutem tego utworu. „Soultaker” to kolejna szybka petarda i tutaj znów skrzyżowanie Judas Priest i Black Sabbath, choć i coś z thrash metalu zespół przemycił. Kolejna jedna  z moich ulubionych kompozycji ido takich zaliczam też „Hatred's My Fuel”, który jest idealną zapowiedzią następnego albumu. Sam refren brzmi jak to co zespół zaprezentował na „Dark hours”. Mój numer. 1 i taki Lions Share kocham. To jest właśnie to po czym można poznać ich styl. Te refren wsparty chórkami, mroczne, ciężkie granie nie pozbawione atrakcyjnych melodii. Bo to nie jest progresywny metal lecz melodyjny i w takiej formie zespół prezentuje atrakcyjniejszą muzykę. Zespół jeszcze dał nam chwilę rozrywki w postaci coveru Angel Witch „Sorcerers „. Który utrzymany jest w koncepcji wcześniejszych utworów i zrobiono to tak, że nie wtajemniczona osoba nie pozna że to cover.

Zespół wyszedł z 6 lat śpiączki, powrócił silny jak nigdy przedtem. Prezentuje się w nieco innej formie, w nieco innym stylu, z nowym składem. Nie ma nijakiego grania, nie nudzenia, nie ma nie atrakcyjnych melodii. Lions Share obiecywał najcięższy album w swojej dyskografii i dotrzymał słowa. Co ciekawe, zespół nie odkrył ameryki, swoje fundamenty ma zakorzenione w Black Sabbath, czy też Mercyful Fate i zespół tego nie kryje. Ba chwali się tym, nawet wykorzystując następcę Dio – Nilsa. Lions Share pokazał, że można grac już obstukany melodyjny heavy metal do tego ciężki i melodyjnym za jednym razem. Można grać wtórnie, ale z pomysłem i z polotem. Można brać sprawdzone patenty, ale dodając coś od siebie. Tak o to Lions Share w takiej formule zdobył największe grono fanów i w roku 2009 podbił serca nie jednego słuchacza heavy metalu ,a  przecież nic nowego nie wnoszą. Jednak sztuczka polega na tym, żeby porwać słuchacza za wszelką cenę, wszelkimi środkami, nawet jeśli trzeba ich szukać u innych zespołów. W roku 2007 krążek zrobił swoje, a więc spodobał się słuchaczom i tak o to ma dziś mocną pozycję. Nota: 8.5/10 Gorąco polecam bo jest to pierwszy tak mocny krążek tego zespołu.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

ICED EARTH - Framing Armageddon: Something Wicked part 1 (2007)

Iced Earth to dla wielu zespół, który nie może istnieć bez swojego frontmana Matta Barlowa. Jednak nic nie trwa wiecznie. I coś co mogło się wydawać wiecznie, nagle zaczęło ulegać niszczeniu. Zespół właściwie przez kilka ładnych pale lat wydawał solidne albumy, a ich reputacja i sława nie malała i się tylko umocniło. Tragedia z Września 2001 jakoś wpłynęła na Matta Barlowa na tyle, że przestał czuć popęd do muzyki. Co za tym poszło? Nie był już tak aktywny przy produkcji kolejnego albumu, to jest „Glorius Borden”. Tak o to w zespole pojawił się znany i ceniony śpiewak Tim Owens, który występował w Judas Priest. Album wywołał spore zamieszanie wśród fanów dzieląc ich na tych którzy wielbią IE z Barlowem, a także na drugich, którzy kochają wszystko co wyjdzie z pod ręki Jona Schaffera. Po kontrowersyjnym albumie Schaffer wskrzesił po raz drugi Demon & Wizards. I tak po 3 latach od pierwszego albumu z nowym wokalistą zespół wraca z nowym albumem za tytułowanym „Framming Armaggedon”. Nic w tym by nie było kontrowersyjnego, gdyby nie pod tytuł, a mianowicie Something Wicked part 1. Co dawało dwie jasne podpowiedzi: 1) jedna z dwóch części albumu 2) nawiązanie do najlepszego moim zdaniem albumu zespołu tj "Something Wicked This Way Comes". Tak więc w 2007 roku dostaliśmy ósmy album zespołu będący drugim i zarazem ostatnim albumem z Owensem. Cieszył mnie fakt, że zespół postanowił kontynuować opowieści fantastyczne o końcu świata. Właściwie Jon Schaffer miał ową historię i tematykę przygotowaną już od dawna przygotowaną tylko wytwórnia mu nie zezwoliła na wydanie. Ten krążek został wydany pod skrzydłem wytwórni SPV, a za produkcję jak za i kompozytorstwa odpowiada nie kto inny jak sam Schaffer. Również ciekawie na tle tego wszystkiego wypada dość elektryzująca okładka autorstwa Franco. Czy jest to jeden z najlepszych albumów zespołu? Czy wypada lepiej niż poprzednik? Na pewno tak....

Już sam wstęp jest kontrowersyjny i daje do zrozumienia że „Overture” jest wstępem do albumu koncepcyjnego. Zabieg dość istotny jak na zespół, ale nie pierwszy. Jest klimat, jest nie pewność i bogactwo instrumentalne. Ale do czego to prowadzi? Prowadzi do killera w postaci „Something Wicked part 1”, który brzmi jak kawałek idealnie skomponowany pod talent i warsztat Owensa. Jest ciężar, jest pazur, jest agresja, jest też progresji trochę, ale tutaj jest granie do jakiego Owens nas przyzwyczaił przy swoich wcześniejszych zespołach. Sam warstwa instrumentalna brzmi jak Iced earth z najlepszego okresu. Jest to na swój sposób melodyjne i chwyta, co nie jest akurat łatwe w przypadku tego zespołu, gdzie wszystko jest toporne na swój sposób. Często na albumie na tkniemy na przerywniki w stylu „Invasion”, gdzie mają nas przeprowadzić przez historię. Z jednego krótkiego utworu przenikamy do dość dynamicznego „Motivation of Man”, gdzie też jest krótki czas trwania. Właściwie ma sporo cech do tego aby rozgrzać fanów na koncertach. Znów można pochwalić zespół za atrakcyjne granie, a przede wszystkim w miarę melodyjne i łatwo przyswajalne. „Setian Massacre” to jeden z bardziej rozpoznawalnych kawałków na płycie, gdzie przeplata się dynamika i atrakcyjne melodie, nawet refren chwyta. Tim Owens sprawdza się przy takich petardach. Innym rodzajem killera jest „A charge to Keep” gdzie są chórki, którą podnoszą atmosferę, jest prostota w melodiach, w partiach gitarowych, no i ten refren. Na korzyść wychodzi tutaj nieco wolniejsze tempo. Ciekawie się prezentuje akustyczny przerywnik „Reflections”, ale i tak jest niczym w porównaniu z „Ten thousand strong”. Utwór, który posłużył do promocji albumu i do którego nakręcono ciekawy klip, do którego obejrzenia zachęcam. Sam utwór uważam za jeden z najlepszych wypieków zespołu i za najostrzejszy na płycie. Drapieżność, szybkość, melodyjne i ostre partie wokalne Tima to cechy charakterystyczne tego utworu. Kolejny przerywnik „Executions” zaczyna nieco drażnić no bo ile można słuchać razy te niezbyt ciekawe przerywniki, które nie oferują zbyt wiele jeśli chodzi o muzykę. Tempo nieco siada wraz z kolejnym utworem tj „Order of The Rose”, gdzie prostota nie wyszła okazała się ślepym zaułkiem. Jednostajne tupanie, smęcenie w zwrotkach nieco męczy i jedynie ciekawie się prezentuje refren. „Catyslysm” prezentuje ciekawe dźwięki różnych tam zjawisk przyrodniczych. „Clouding” nie wiem co słuchacze słyszą w tym utworze takiego genialnego. Dla mnie to są smęty. Może i jest to wzruszające, niesie ze sobą emocje, dla mnie to jednak zbyt smutne i przygnębiające. Druga połowa tego utworu nieco atrakcyjniejsza, ale też nie do końca przekonuje. Dla mnie jeden z słabszych momentów na albumie. Tylko dobrze prezentuje się 'Infiltrate and Assimilate”, gdzie słychać praktycznie to co do tej pory aczkolwiek podane w gorszej formie. Nieco lepiej się prezentuje bardziej żywszy i bardziej energiczny „Retribution Through the Ages”, gdzie znów jest spora dawka melodii, choć też nie podoba że jest to jednostajne i nieco monotonne. Ciekawie brzmi „Something Wicked part 2” taki instrumental z motywem z części pierwszej, jednak brzmi to dość ciekawie ze względu na bogactwo różnych dźwięków. Nie wiem czemu, ale najbardziej przypadła mi do gustu kompozycja, w której to maczał palce Owens, a mianowicie „the Domino Decree”. Jest posępnie, jest sporo fajnych motywów, są atrakcyjne melodie no i ten refren- czysty Ripper. No właśnie więcej tutaj patentów z wcześniejszych bandów Rippera. Wokalnie tez mnie Ripper zniszczył w tym utworze. Dla mnie perła. Nie wiem czemu, ale jak słyszę solówki to mi się kojarzy z „Mad arab” wiadomo kogo. Oczywiście album zyskuje jedynie przy takich utworach jak tytułowy „Framming Armaggedon”. Taki drapieżny, bardzo dynamiczny utwór utrzymany w konwencji power/heavy czyli to co Ripper lubi najbardziej. Jak dla mnie kolejna istotna kompozycja na tym albumie. I to jest przykład jak powinien brzmieć cały album. Z kolei „When Stars Collide (Born Is He)” jest nastawiony na klimat, jest nieco podniośle w refrenie, ale całość ma wywołać wśród słuchacza emocje. Zabieg udany. Całość zamyka kontrowersyjny „The aweking”. Jest tutaj znów podniośle, ale to nie koniec opowieści, trzeba czekać na kolejną odsłonę, która ma miejsce rok później. W takim wielkim stylu kończy się album i wzbudza mieszane uczucia.

No bo tak brzmi „Framming Armageddon” fantastycznie i śmiało mogę go zaliczyć do najlepszych albumów zespołu. Ciekawie została poprowadzona historia, jest ciekawo zrealizowana poprzez różne wzbogacenia instrumentalne, a to jakieś odgłosy i inne dźwięki natury. Pod względem wykonania i całej produkcji nie można mieć zastrzeżeń. Zarówno Ripper, Schaffer odwalili kawał dobrej roboty. Jednakże miejscami słychać zmęczenie, brak pomysłów co przedkłada się na nie wydolność w odsłuchu. Jest sporo killerów i grania do jakiego przyzwyczaił nas zarówno Iced earth jak i Ripper, szkoda jednak że nie postawiono na większą ilość energicznych utwór jak choćby tytułowy. No nic tak czy siak album wypada naprawdę dobrze, a jedynie co jest minusem to że zespół wydał drugą część tej historii z nowym/starym wokalista Mattem Barlowem. Dla mnie dziwny zabieg, bo skoro zaczęto to z Ripper to z nim to powinno być zakończone, a tak no cóż zamiast tworzyć całość, jest to dla mnie odrębna nuta, odrębne krążki. Minęły 4 lata i zapał do słuchania tego albumu nieco opadł, ale Ripper jest jak magnes wciąż przyciąga i zachwyca. Nota : 7.5/10. Polecam

piątek, 22 lipca 2011

HELLOWEEN - Gambling with the devil (2007)

Dziwnym trafem w roku 2007 zarówno Gamma Ray i Helloween znalazły się w wytwórni SPV i dziwnym trafem oba zespoły szykowały premierę nowych albumów w tym samym roku. Konfrontacja była nieunikniona. Co więcej to Helloween miał coś do udowodnienia, a nie Gamma Ray. Pewnie większość z was(mam na myśli fanów tego zespołu) oczekiwała na ten album z nie cierpliwością , jak na coś naprawdę go wielkiego po niezbyt udanym Kepperze 3.Również i ja miałem ciche marzenie, że zespół pozbiera się po ostatnim albumie. I tak odliczałem każdy dzień ,który coraz bardziej zbliżał mnie do premiery nowego albumu Helloween.
Ten tytuł który został ujawniony w sieci tj „Gambling With the Devil” i okładka pomimo że jest zrobiona w 3d przez Hauslera to jednak spodobała mi się i jeszcze bardziej narobiły mi smaku. Pomyślałem sobie wtedy: Kurwa chyba Helloween naprawdę szykuje coś mocnego.
No i w końcu doczekałem się upragnionego dnia 29 pażdziernika 2007r-była to bardzo ważna data dla mnie. Wtedy helloween w końcu wydał nowy album! Każdy z zespołów przeżywa w swoim życiu moment zmęczenia, braku pomysłów, taki prawdziwy czas w którym zespól kuśtyka , i wydaję się ze to już koniec zespołu. Takie chwile, przeżywał Iron Maiden ,Judas Priest, no i z pewnością Helloween, który ostatnio troszkę się potknął na Keeperze 3, który niezbyt przypadł fanom do gustu. Ale Helloween nie poddał się i postanowił wynagrodzić to swoim wiernym fanom ich nowym albumem Gambling With The Devil. Na pierwszy odsłuch ma się wrażenie, że album jest cięższy i o wiele lepszy od poprzednika. No właśnie na pierwsze. Też są wady, też słabsze kompozycje, ale w przypadku tego albumu nie ma dwóch krążków, nie ma takiego czasu trwania i przez to album sporo zyskał. Mamy tutaj naprawdę bardzo przemyślany materiał, który trwa nie całą godzinę. Produkcją zajął się Charlie Bauerfriend, a najwięcej skomponował utworów nie kto inny jak Deris. Każdy utwór, a jest ich 12, jest naprawdę dobrze skomponowany na swój sposób, a że jeden jest dobry, a inny słaby to inna kwestia. Jest co najmniej 4 kompozycje słabe. Słychać, że każdy z muzyków troszkę urozmaicił swoje umiejętności. Deris pokazał znów klasę, stara się tutaj bardzo zróżnicowanie śpiewać, podobnie jak było na Bbetter Than Raw.Pan Weikath i Gerstner naprawdę zamiatają swoimi riffami oraz pomysłowością. No i Deni Lóble, które też świetnie sobie radzi w roli perkusisty. Aczkolwiek słychać, że nie jest to Kusch Ale album jest bardzo zróżnicowany od mocnych killerów, po ballady i kawałki bardziej techniczne. Jest naprawdę w czym wybierać i wg mnie każdy znajdzie coś dla siebie. Choć trzeba uważać na co się trafi bo nie wszystko jest na takim samym poziomie.

A wszystko zaczyna bardzo mroczny „Crack The ridlle”, który jest wg mnie bardzo przyjemnym intrem ,który wprawia słuchacza w tan cały klimat, który przyprawia o dreszcze. Głosu udzielił wokalista Saxon. I trzeba zwrócić uwagę, ze zespół już dawno nie miał intra na albumie. Później wkracza „Kill It”- pewnie większością słuchaczom utworek troszkę będzie się kojarzyć „Push”, podobnie ja mam. Na pewno przyczynia się do tego wokal Derisa, który zmiata z powierzchni ziemi no i bardzo podobnie brzmi do tego z Puscha, również i refren również zalatuje troszkę pod Pusha. Ale nie zmienia to faktu ,że mamy tutaj do czynienia z cholernie mocnym killerem,który od razu opanowuje słuchacza i trzyma go w napięciu do końca. Największym jego atutem jest melodyjność, która towarzyszy nam podczas riffu czy też refrenu. I jest to jeden z moich ulubionych nagrań na płycie. Później zespół dobija nas kolejnym killerem na miarę Eagle Fly Free czy choćby All over the nations oraz Salvation- mowa o „Saints”, którego autorem jest Weikath!
Od pierwszych sekund słychać, że niema mowy o nudzie. Powiem tak, utworek wam dostarczy dużo wrażeń. Jest to najdłuższa kompozycja na albumie. Ciekawie jest urozmaicony kawałek, poprzez zmiany temp, poprzez wplątywanie różnych ciekawych melodii. Refren też taki w stylu Helloween. Jak dla mnie co stanowi o potędze tego kawałka to warstwa instrumentalna, a to zwłaszcza słychać w solówkach, gdzie słychać popis na miarę wcześniejszych albumów. No i tak zabujani na maksa z zwalniamy przy „As Long As Ifall”- od razu uprzedzę was, że nie ma tutaj mowy o mocnym łojeniu dupska. Po prsotu bardzo miły kawałek, który ni to chłodzi ni to grzeje! Szczerze, wolę ten numerek niż rais and fall,czy choćby take me home. Riff, jest w miarę łatwo wpadający w ucho, Deris również daję radę! No i solówki również trzymają się kupy, więc chyba nie co narzekać! Wg mnie warto umieścić czasami troszkę wolniejszy kawałek, który dobrze rozluźnia słuchacza przed mocną dawką , tego co ma nastąpić po tym utworku. Choć utwór nie jest zły to i tak znów uważam, że zespół źle trafił z singlem. No jak taki popowo- rockowy kawałek ma zachęcić? W sumie utwór ma sporo cech z ballady. No nieco uśpieni przez poprzedni numerek od razu budzi nas kolejny killer „Paint new World” dla mnie kolejny utworek ,który mocno kopie w tyłek. Uważam ,ze numer ma same zalety, i żadnego minusu. Do plusów zaliczę na pewno,świetną grę Saschy i Micheala. Chłopcy zrobili na mnie ogromne wrażenie. Prawdziwy power metaolowe granie , na bardzo wysokim poziomie. Na uwagę zasługuję ciężar, który został idealnie połączony z świetną melodyjnością( nie wiem czy tylko ja tak mam, ale momentami słyszę w tym utworzę The Dark Ride, czy choćby Rabitt Dont Come Easy). W skrócie każdy członek zespołu dołożył starań,żebyśmy otrzymali zajebisty killer, który brzmi naprawdę świeżo. Warto dodać, że to jeden z najlepszych utworów zespołu ostatniej dekady. Utwór autorstwa Weikatha i Gerstnera.
Dalej mamy bardzo melodyjny 'Final Fortune”, który powala słuchacza świetnymi partiami gitarzystów, zajebistym popisem Derisa, który naprawdę idealnie pasuje do takich porywających kawałków. Utwór brzmi nieco jak nieco odmieniony „I want Out” a to pewnie ja tylko tak mam. Utwór jest lekki w odbiorze, jest skoczny podczas zwrotek i podniosły podczas refrenu. Warto podkreślić, że utwór skomponował Markus i po raz kolejny to on tworzy najlepsze utwory na albumie. Jest kolejny mój ulubiony numerek na tej płycie. Później mamy świetny „The bells Of The Seven Hells”, który jest troszkę wzorowany na Ocassion Avanue.W skrócie: jeden z najmocniejszych i najszybszych kawałków na tym albumie. Prawdziwy niszczyciel, no mój nr1.
Na pewno album byłby lepszym albumem bez takiego „Falllen to Pieces”- który nie jest ani balladą, ani jakimś tam killerem, przy którym włosy stają dęba.Po prostu jest to taki bardziej klimatyczny i bardziej zróżnicowany utwór, który nie ma ani ciekawego refrenu, ani melodyjnego riffu. Dla mnie to jest jeden z najgorszych utworów na tym albumie. Bardzo ciekawym utworem jest „I.m.e”.-bardzo przyjemnie się go słucha na tle tych mocnych killerów, które mieliśmy okazje usłyszeć wcześnie. Utwór jest krótki i bardziej nastawiony na techniczne granie. Może nie ma szybkości, ani drapieżności. Ale jest ciężar, jest prosty i chwytliwy refren i całościowo brzmi to jak kawałek wyjęty z „Better than Raw”. Po raz kolejny autorem jest Deris.Kolejnym gniotem na albumie jest wg mnie niezbyt udany „I can do it”- porażka pana Weikatha. Dla mnie jest to za bardzo wesołe, za bardzo takie jakieś rozlazł. Wg mnie najsłabszy utworek , którego można było zastąpić jednym z drugiej płyty(mam na myśli tej bonusowej z digipacku, bo tam są kompozycje, które biją nie jedną kompozycją zawartą na właściwym albumie). Ale zespół kolejny raz stara się naprawić swój błąd po niezbyt udanym ican do it! No serwuje nam kolejny mocny utwór w postaci „Dreambound” ,który zawiera wszystko co jest wizytówką tego zespołu. Świetny wstęp, który od razu zapowiada jazdę na maksa. I tak się też dzieje, kiedy wkracza bardzo szybki i zarazem bardzo melodyjny riff, którego mógłbym słuchać w kółko. No ale cóż szybko roztajemy się z riffem , i przechodzimy do zwrotki nr.1 która jest naprawdę w stylu helloween! Deris śpiewa bardzo imponująco, a w tle słychać tylko bas Markusa oraz pana Daniego i później dobiera słyszymy nieumiarkowane umiejętności obu gitarzystów. Nie wiem jak wam ale mnie ten refren powalił na ziemie. To jest Helloween jaki kocham. Później wkracza zwrotka nr.2 i już jest naprawdę gorąco. Bo panowie od razu podkręcili śruby i jest naprawdę cholernie ostro! Potem również mocno jest podczas solówek, które pokazują jak panowie świetnie się rozumieją i nic im nie przeszkodzi.
Tak to jest to co lubię w helloween. Sami posłuchajcie a zrozumiecie co mam na myśli.
I ostatnim mocnym punktem albumu jest „Heaven tell No lies”- który jest na pewno kolejnym świetnym kawałkiem, który niszczy nas naprawdę idealną pracą gitarek oraz naprawdę świetna forma Andiego! Dla mnie ten refren to istne dzieło pana Markusa, który jest autorem tego nagrania.
Świetny refren, który od razu wpada w ucho! Kolejny zajebisty utwór, który ukazuje piękno tego bandu no i również nietuzinkowe umiejętności Markusa jako kompozytora! Brawo, bo jest naprawdę czołówka tego albumu!

Otrzymaliśmy naprawdę solidny album, który jest zróżnicowany i którego naprawdę świetnie się słucha pomimo kilku niezbyt udanych numerków:mowa tutaj o przeciętnym As long As I Falls, średnim Fallen To pieces i słabym I can Do It. Zamiast tego mogli wrzucić te 2 bonusowe tracki i byłoby naprawdę zajebiście. A tak jest tylko bardzo dobrze. Uważam,że zespół nabrał sił i stworzył album, który jednak mimo wszystko nie ma tylu wypełniaczy co Keeper 3 i dlatego pod tym względem jest lepiej. Album naprawdę zawiera mnóstwo mocnych kilerów,k tóre nieźle łoją tyłek od samego początku po sam koniec.
W moim przypadku album zrobił na mnie pozytywne wrażenie, bo spodziewałem się gorszego albumu. Tak nie jest źle, ale rewelacji tez nie ma.
Dla tego album dostał u mnie 7/10 Za swój styl jaki prezentuje, za zróżnicowanie, które nie do końca wypaliło, no i za pracę jaką włożyli w to zarówno Deris jaki gitarzyści i cała reszta zespołu!
Uważam,że tragedii nie ma i mimo wszystko warto znać ten album.

środa, 20 lipca 2011

SILENT FORCE - Walk the earth (2007)

Czy S-f to tylko Iron Savior, Space Odyssey i Stratovarius?
Ano nie a ostatni album niemieckiego Silent Force jest tego najlepszym dowodem.
Bo " Walk The Earth" ma właśnie taki klimat nadający się do tematyki s-f, i choć tutaj jest ona bardziej pod fantasy to jednak nie można odmówić tutaj klimatu spod znaku sience fiction.
To, że nie nagrają drugiego „ Worlds Appart” każdy wiedział, ale że nagrają nie wiele gorszy album nikt się nie spodziewał, nawet ja. Choć rok 2007 był bogaty w ten gatunek, to jednak kto jak kto ale Silent Force utrzymał poziom i nie zawiódł swoich fanów, a nie którym sprawił miła niespodziankę, nawet tym co w nich nie wierzyli. To czym album może się różnić od poprzedniego to tym że tutaj klawisze odgrywają znaczącą rolę, to one stanowią o bardzo dobrym poziomie tego albumu i tworzą niezwykły klimat. Choć muzycy zostali ci sami, to jednak styl faktycznie uległ zmianie, nie wielkiej ,ale zawsze to zmiana. Co do albumu, to mam nie odparte wrażenie, że jest tutaj nieco nie równo pod względem poziomu utworów, bo mamy faktycznie parę perełek, ale niestety znajdą się też słabsze utwory, które wymagają dopracowania. Bo jeśli chcecie szukać wad wśród produkcji czy też formy muzyków to może to być nie wykonalne, bo tutaj ciężko się do czegoś przyczepić,coś potępić skoro jest to dobre. Tak więc,problem tkwi w kompozycjach i nie mam tu na myśli wykonania,aranżacji, lecz pomysłu na same utworu. Bo z tego co słychać to zawiódł właśnie ten drugi czynnik, zabrakło pomysłów na 12 utworów, które trafiły na album.

Gdy słucha się takiego otwieracza- „Man & Machine” to ma się wrażenie, że album będzie tak samo dobry jak poprzednik. Niezwykły wokal, który jest wspomagany przez bardzo podniosły chór. Oczywiście duże brawa za warsztat muzyczny. Drugą perłą jest tytułowy kawałek- „Walk The Earth”, który może i brzmi znajomo, ale sztuczka polega na tym, żeby umiejętnie to zrobić i zatuszować, tak żeby nikt cię nie oskarżył o mistyfikację i im się to udało, bo ciężko określić źródło pomysłu na ten utwór. Dobry start czyż nie? Idąc za ciosem trzecią perłą jest szybki i prawdziwy killer - „ Point of No Return”. Takie utwory zawsze się słucha z zachwytem i jak słychać zespół nie wyszedł z wprawy przy szybkich, pełnych energii utworach.I teraz się zaczną schodki. Bo 3 genialne utwory za nami, a „In From the Dark” jest co najwyżej dobry. Ratuje go niezła praca gitar oraz całkiem udany refren. Hmm dziwnie się zaczyna „The King Of Fools” co nie? I ciekawie czyżby się domyślili, że za tym nijakim wstępem kryje się jeden z najlepszych utworów na płycie? Raczej Nie.Utwór ma bardzo imponujący riff oraz niezwykłą melodyjność. Ale nie tylko instrumentalnie niszczy, bo również świetnie sobie radzi Cooper, ba jest to najlepszy utwór pod tym względem. Totalną klapą jest „The Child Within”, na szczęście szybko złe wrażenie zaciera kolejna perła na tym albumie - „Goodby My Ghost”, który ma najlepszy refren!
Nigdy nie ceniłem reguły, żeby praktycznie na każdym power metalowym albumie była ballada, bo nigdy nic nie wiadomo co z tego wyniknie i w przypadku Silent Force i „ Walk The Earth” moje obawy się spełniły, bo „Save Me From Myself „ to miałka ballada, w której nie ma się czym zachwycać. O wiele lepiej się prezentuje „My Independence Day”, który wg mnie jest najcięższym utworem, ale w żadnym wypadku nie od różnią się od stylu jaki zespół prezentuje na albumie. Natomiast w „Blind Leading the Blind” bardzo cenię sobie wysunięty bas.
Na deser dostajemy 2 świetne utwory: „Running Through the Fire „ , „Picture of a Shadow”.
Są one szybkie, krótkie i bardzo melodyjne, ale wierzcie mi są one mocnym punktem albumu.

Jeśli chodzi o power metal w roku 2007 to był to udany rok i co ważne było w czym wybierać.
Choć Silent Force żadnej rewolucji nie zrobił, ani nie pokonał innych to jednak nie ma się czego wstydzić, bo nagrali naprawdę bardzo dobry album, który powinien się spodobać fanom tego gatunku. Najważniejsze jest to, że nie spadli poniżej swojego poziomu, ani tez nie zaczęli pogrążać się w innym stylu. Za porządny warsztat muzyczny i miłe wrażenie z odsłuchu, należy się przynajmniej 7/10.

piątek, 1 lipca 2011

AGONIZER - Birth/ The End (2007)

Bycie muzykiem zwłaszcza heavy metalowym nie jest łatwo, bo założyć zespół to nie wszystko. Trzeba umieć grać, umieć tworzyć dobrą muzykę i przede wszystkim przekonać do siebie słuchaczy, a to nie jest łatwe i często młode zespoły kończą swoją karierę na wydaniu dema. Agonizer zespół z Finlnandii. W sumie może pochwalić się podobną historią. Choć tutaj zakończyła się ona Happy Endem. Zespół po wielu próbach wydał mini album w 2004 roku, a 3 lata później pełnometrażowy album. Został zatytułowany „Birth /End”. Co pomogło zespołowi osiągnąć wymarzony cel? Bez wątpienia fani z rodzimego państwa. Tak, zespół znany w swoim otoczeniu, ale brakowało mu rozgłosu na inne tereny. Z tym albumem mogło to być możliwe. Zespół w komponowaniu i w stylu jaki to robią nieco może przypominać Kiuas. Muzycznie nieco przypomina mi Ride The Sky. Do Kiuasa podobieństwa słyszę w wokalu i w klawiszach. Podobne czy nie, album zrobił nie małe zamieszanie w roku 2007. Cóż jeśli o mnie chodzi cenię go wysoko, choć są ludzie co nie sobie ten krążek jeszcze wyżej. Dlaczego taką furorę zrobił młody zespół,który praktycznie dopiero zaczynał swoją prawdziwą podróż z muzyką? Odpowiedź jest prosta. Zespół pokazał, że można grać nowocześnie, z pomysłem i melodyjnie, nie zapominając o tradycjach. Jest to chwytliwy, momentami bardzo przebojowe, aczkolwiek są momenty gdzie robi się to nieco monotonne. Brzmienie i aranżacje są warte grzechu i piszę to bardzo obiektywnie.

Zaczyna się od mocnego „Prisoner”, który jest bardzo dynamicznym utworem. Zespół nie szczędzi tutaj chwytliwych melodii, zresztą całość jest bardzo przebojowa, a to za sprawą niezwykłych partii klawiszowych wygrywanych przez Patrika Lainego. Może i nieco dyskotekowe, ale mają w sobie moc. Refren nieco znajomy, ale w niczym to nie przeszkadza. Jeśli miałbym kogoś wyróżnić z muzyków to jest to osobą Atte Palokangas. To co on wyprawia na perkusji jest godne podziwu. Bardzo fajnie się zaczyna „Hardless Hero”, tak troszkę luzacko i z jajem. Główny riff znów dość znajomo brzmi. Jest melodyjne, aczkolwiek zespół popuścił nieco z dynamiki. Pierwsze co znów wysuwa się nad resztą elementów to perkusja i klawisze. Jest i gitarowo to słychać na każdym kroku, ale refren nieco psuje końcowy efekt. Innym utworem też jest „Everyone of Us”, taki bardziej luzacki, taki nieco hard rockowy. Riff prosty, ale bardzo fajnie buja. Znów niezwykłe są partie klawiszowe i bez nich nie byłoby to takie atrakcyjne granie. O ile w poprzednim utworze został położony refren o tyle tutaj rekompensuje nam to zespół. Porywający refren i łagodny wydźwięk i to może się podobać. Jeszcze inaczej brzmi taki „Hazardous”, który nawet można podciągnąć pod kategorie ballady. Jest to wolniejszy utwór, w którym postawiono na łagodność i emocje. Nieco mnie drażni tutaj sama aranżacja i główny motyw. Najlepiej prezentuje się w tym utworze refren, taki nieco bardziej przekonywujący, który ma przynajmniej jest porywający, o czym nie mogę powiedzieć w przypadku reszty elementów tego utworu. Najlepiej zespołowi wychodzi granie takiego dynamicznego melodyjnego metalu jak w „Prophecy”, dla mnie jeden z mocniejszych punktów na albumie. Jest on zagrany z energią i pomysłowością. W końcu można posłuchać jakiegoś klimatycznego refrenu, który też ma zaloty pod hard rocka, czy nawet aor. Zachwyca tutaj aranżacja, taka urozmaicona, z lekkim przepychem. Co więcej jak na taki melodyjny heavy metal, sporo brutalności takiej nie wymuszonej. Nieco łagodniejszy jest też kolejny utwór o tytule „Slepless” no i nie usypia, co mógłby sugerować tytuł. Zespół pokusił się, nieco urozmaicić owy utwór. Tutaj pierwszą rolę odgrywają gitary i w końcu mamy jakiś popis ze strony gitarzystów, którzy zawsze ustępują wszędobylskim klawiszom. Tutaj zostało wszystko zagrane z pasją, co zresztą słychać. Taki znów hard rockowe zacięcie słychać w „Black Sun”. Po raz kolejny klawisze tworzy niezwykłą melodyjność i taki łagodny klimat. Jeśli miałby wskazać taki najlepszy kawałek, który jest zdominowany przez melodie to właśnie wskazałbym na ten kawałek. Jest melodyjność, ale zespół też nie żałuje nieco ciężaru, nawet mroku co słychać w wokalu nie raz. Refren to arcydzieło same w sobie. Innym rozwiązaniem okazał się zamykający tytułowy „Birth/ The end”. Który jest jakby połączeniem dwóch obliczy, dwóch światów. Łagodnego i melancholijnego, co słychać na początku. Jest też w niektórych momentach dość często eksponowane dynamiczne oblicze zespołu. Jednak utwór zdominował ten pierwszy świat. Również i tutaj nie brakuje rozmachu, melodyjności i hard rockowego zacięcia. W pewnym momencie nawet wchodzi operowy motyw. Dobre zakończenie krążka.
Całościowo album prezentuje się okazale, mimo pewnych znajomych melodii, jest to nowoczesne granie, odważne przede wszystkim. Melodyjne, dynamiczne, momentami drapieżne, a momentami łagodne, ale całościowo jednak dominuje owa chwytliwość. Są czasami jednak momenty monotonności, lecz w drobnej mierze. Zespół grając nowocześnie nie zapomina o tradycjach. Słychać tutaj melodyjny metal, momentami Aor, a innymi momentami taki nieco hard rockowe zacięcie zespołu. Album jednak robi nie małe wrażenie, bo sporo się słyszy, sporo jest tym do czego przywykliśmy i na częściej są oklepane patenty, a tutaj proszę, coś innego. Za to szacunek dla młodego zespołu, który zamiast odtwarzać i kalkować wielkie zespoły, tworzy i sam się nim staje. Przed oceną maksymalną stopuje mnie jedna rzecz, było kilka momentów, które nieco mało poruszające, takie nijakie i nieco przynudzają monotonnością, aczkolwiek jest to w małej ilości i jakoś nie wpływa na końcowy efekt. Ostatecznie daje mocne 9/10 i polecam bo to właśnie tego szukałeś w roku 2007, ale nie było ci to dane znaleźć.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

GAMMA RAY - Land of the Free 2 (2007)

Na początku gardziłem albumem Land of The Free part 2 Gammy Ray, nie podobał mi się jakoś ten album z początku, wyżej ceniłem sobie „Gambling With the Devil” Helloween . Powiem szczerze to nie było spowodowane tym, że są zapożyczenia,bo jakoś nie na to zwracałem uwagę jak nie którzy. Po prostu oczekiwałem coś w stylu NWO czy też majestic, a otrzymałem nieco łagodniejszy materiał, ale nie był też tak tragicznie, ponieważ połowa kawałków od razu wpakowała się do mózgu. Co mnie też nieco zniesmaczyło to wokal Kaia, nieco słabszy niż na ostatnich albumach no i jakieś niedopracowane brzmienie perkusji. Ale kiedy zacząłem się prać tym albumem było co raz lepiej,był moment że uważałem part 2 za lepsza od jedynki, hmm może dlatego że te utwory są bardziej przebojowe czy też koncertowe. Ale teraz po takim długim czasie mogę napisać co nieco o tym albumie.......

We współczesnym świecie bardzo popularne jest nagrywanie kolejnych,nowych części starych i kultowych płyt. Takie zabiegi przeprowadził choćby King Diamond z Abigail ,czy też Helloween z Kepper of the seven Keys. No i nadszedł też czas na nagranie drugiej części Land of the Free, albumu który był przełomowym nie tylko dla gammy, ale także dla tego gatunku, bo przecież dzięki nim napłodziło się tyle bandów power metalowych. Pewnie większość z was myśli. że to był skok na kasę albo coś, o tóż nie. Kai chciał zaznaczyć, że wracają do radosnego powerka, który był charakterystyczny dla nich od początku. Cały zespół był bardzo chętny, żeby grać właśnie taką muzę ,a że miedzy nimi była odpowiednia chemia, żeby taki krążek nagrać to też żeby daleko nie szukać postanowili właśnie tak nazwać swój kolejny album. Kai nie chciał, żeby to była kopia jedynki to też nie zaprosił tych samych gości, nie ma też Charliego Bauerfrienda. Nie ma też kontynuacji jeśli chodzi o teksty. Jedynka opisywała jedna osobę, jej przygody co było coś na miarę fantasy, natomiast dwójka ma jeden wspólny motyw który przewija się przez cały album: Wolność w różnych postaciach. W przeciwieństwie do Helloween , o Gamme byłem spokojny, dlatego że to Kai był odpowiedzialny za jedynkę, to on stworzył większość utworów, to on śpiewał i grał na gitarze, no a na dwójce, cóż mamy nawet lepszy skład. Dużym plusem jest to że album jest wyrównany, zróżnicowany i stanowi całość. A na album składa się 12 utworów, które dają ponad godzinę zachwytów przy przyjemniej dla ucha muzyce.

Album otwiera jakby szum,wiatr, po paru sekundach słychać typowy dla Hansena riff, melodyjny i wpadający w ucho i w ten sposób zaczyna się „Into The strom” Pierwsze co my się nasunęło na myśl to że gdzieś coś podobnego słyszałem. Dobra od pierwszych sekund kawałek nieźle buja, słychać niszczącą grę Hansena i Richtera, to jest 100% gammy ray, bez jakiś zapożyczeń. Trzeba przyznać udany otwieracz. Podczas refrenów Kai naprawdę zajebiście śpiewa, pomimo że nie jest tak ostro jak na Majestic czy też Nwo. Sam tekst pcha się do głowy, który opisuje kogoś kto wyrywa się z normalnego świata, skacząc z burzy w burzę, szukając swojej krainy wolności.
Do tego ten prosty ale jakże niszczący refren. Jeden z mocniejszych utworów na albumie. Po nie całych 4 minutach słychać przepiękny riff ,który na myśl nasuwa od razu stary Land i tak zaczyna się w „From The ashes” szybki naszpikowany przyjemnymi melodiami. Już podczas refrenów genialna praca gitarek daję się we znaki. Myślę że udanym zabiegiem jest śpiewanie przez Kai :”ohh ho”. Utwór jest bardzo dynamiczny i radosny nie ma jakiś powiewy nudy. Na uwagę zasługuje solówa oraz refren. Tym razem tekst jest o podnoszeniu się z popiołów nudy. Często jest tak że wszytko się toczy po naszej myśli , popadamy w marazm .Jest to sygnał aby zebrać kolegów i poszukać czegoś nowego. Sam utwór jest bardzo dobrym utworem, który idealnie się sprawdził na koncercie. „Rising Again” to instrumentalny utwór, których o podobnym charakterze czy tez konstrukcji było sporo na jedynce. Nie mogło i tutaj czegoś podobnego zabraknąć!
Następny utwór to wg mnie najszybszy utwór na płycie.... „To Mother Earth” tak się zastanawiam dlaczego ten utwór wzbudził takie niezadowolenie wśród fanów czy też słuchaczy tego albumu, ale zakładam po tym co można przeczytać na forach, że to za sprawą „durnego” wg nich tekstu. Zaczyna się szybkim riffem, niesamowita praca gitar przez cały utwór z naciskiem podczas zwrotek. Co mnie pierwsze ujęło w tym utworze to akcent Kai podczas zwrotek, bardzo fajnie mu to wyszło. Nie obeszło się tutaj bez zapożyczeń. Ano słychać tutaj w pewnym momencie „How Many Tears” Helloween. Najsłabszym momentem w tym utworze jest oczywiście nie co słabawy refren,ale za to solówka nadrabia wszystko z nawiązka. Jedna z lepszych solówek jakie Gamma miała. Tekst tym razem o tym jak niszczymy naszą planetę i o tym jaka ona musiała być piękna.
Może i banalny tekst ,ale jak się zastanowić ile w tym prawdy,ciekawy czy w ogóle kogoś obchodzi nasze środowisko, może Kai kogoś ruszy swoim przesłaniem. Poprzednie kawałki były autorstwa Kai, kolejny „Rain” jest autorstwa Richtera i może nie jest tej klasy co „Send me Sign” czy też „Fight” ,ale to wciąż porządne granie. Po dzień dzisiejszy uważam, że to jest najcięższy utwór na tym krążku, już sam riff jest otoczony mocnym, nieco cięższym brzmieniem gitar. Bardzo fajny riff wymyślił Henjo taki bardzo wpadający w ucho. Co mnie też urzekło to jak Kai zmienia tony w swoim śpiewaniu. Raz ciszej, raz głośniej. Dobry zabieg. Do tego trzeba dorzucić bardzo chwytliwy refren. To zwolnienie w połowie jest takie dość podobne jak to miało miejsce an jedynce. Bardzo lubię jak Kai tak łagodnie śpiewa: „I try, but it's so hard to find ...” . Z naciskiem na końcową cześć gdzie Kai tak świetnie wykrzyczał. Utwór opowiada o tym jak bohater ma depresje, zawsze idzie przed siebie, a ta chmura deszczu zawsze jest za nim, ale zawsze z tej depresji jest jakieś wyjście. Bardzo udanym utworem jest „leaving hell”, który od razu wkradł się w moje łaski
Zaczyna się solówą Kai'a, dość nie typową bo w historii podobnie się zaczynał „March of time”
Świetny riff, melodyjny i zarazem zapadający w głowie. Podczas zwrotek Kai rządzi, świetnie jak tylko słychać bas i perkę. Udanym momentem jest : „Oh no, here it comes again..”Kai zawsze był zdolny wy myśleć jakiś niezwykły refren tak jest i tym razem. Ale do tego już się przyzwyczaiłem. Kolejnym mocnym punktem jest popis umiejętności Kai gry na gitarze . A tym razem tekst jest o relacjach w związkach. Nadchodzi czas że wiele z nich przypomina wojnę niż miłość .Zostawmy za sobą życie, które prowadzimy donikąd śpiewa Hansen. Czas poszukać czegoś nowego. Stąd takie słowa: "Opuszczam piekło .Zbuduje nowe jutro .Pocałuj mnie w dupę na pożegnanie bo już nigdy się nie spotkamy." I co to nie jest niby kawałek o życiu?
Podobnie jak na poprzednich albumach tak i tu Zimmermann dorzucił swoje 3 grosze. Jego autorstwa jest .... „Empress” bardzo udany kawałek, który okazał się idealny na koncertach. Kawałek świetnie bujał publikę .Słychać w tym wpływy choćby Accept. Utwór bardzo radosny, rozbudowany, który nieco się różni od poprzednich utworów. Tutaj pokazał naprawdę solidną robotę pod względem wokalnym. Kolejną rzeczą jest klimat, może nie jest jakiś nieziemski,ale przenosi mnie po prostu w inny świat. Kolejną rzeczą jest refren śpiewany przez chór niczym jak w Accepcie. Bardzo podoba mi się druga połowa utworu kiedy to następuje zwolnienie, wchodzi akustyczna gitarka, a potem ta melodia i tutaj jest panowie zniszczenie. I w ten sposób otwiera się znakomita gratka jeśli chodzi o solówki. Tym razem tekst jest o tym ze każdy z nas chciałby trafić na królową wampirów i namiętnie ja pocałować po to żeby wyrwać się ze codzienności i pójść za swoimi żądzami. Uważam że i tym razem Daniel stworzył znaczący dla całego albumu utwór.
Idąc dalej znów mamy kawałek Kai'a...”When The World”, który zaczyna się szybkim riffem, który kojarzy się z IM z okresu poverslave. Ale czy podobnie nie było z „Hell is thy Home”. Po paru sekundach , kojarzy mi się to już bardziej z gammą. I znów wpadający tekst śpiewany przez Kai'a podczas zwrotek i znów chwytliwy refren, ale to jest oczywiste że nie może być inaczej, bo przecież Kai zawsze miał głowę do tworzenia przebojowych utworów. Bardzo fajnie buja utworek podczas: „Save me, Hold me, Help me .Free me, Love me, Heal me”. Tym razem porusza kwestie tego że czasami ma się na sobie ciężar całego świata ,modli się wtedy aby się tego pozbyć. Nie daje na spokoju jaka będzie przyszłość zła czy dobra. Największe kontrowersje wywołał utwór Schlachtera ...”Opurtunity”, dlatego że ma dużo zapożyczeń z IM, ale piękności tego kawałka jako całości nie można odmówić ze względu na to co słychać podczas zwrotek, refrenu czy też ze względu na klimat. Nie jedyne co słychać to IM .Uważam że to nie fair. Zaczyna się spokojnie, słuchacz w czuwa się w klimat i po paru sekundach uderza mocny riff i wkracza Kai i bardzo udanie śpiewa zwrotki tak że wchodzą do głowy. Utwór fajnie przekombinowany, podobają mi się zmiany temp,wplątanie tylu wspaniałych melodii poza tymi zaczerpniętymi z IM. Bardzo fajny, podniosły jest refren czego można chcieć więcej. Tekst bardzo ciekawy. Opowiada o tym jak to jest być szczęśliwym mimo tego, że inni twierdza że to nie możliwe. Żyje się spokojnie kiedy nagle pojawi się szansa. To osoba, która chce coś sprzedać, coś bez czego jest się nie szczęśliwy np.sława czy pieniądze. Ale w końcu główny bohater odmawia, twierdząc że sam jest dla siebie szansą bez względu na to jaka ona jest. Track numer 10 to jeden z najlepszych utworów na tym albumie...”Real World”,oczywiście autorstwa Kai i trzeba przyznać, że utwór spełnił swoją rolę na Hellish Rock. Bo przecież to jest idealny utwór na koncert. O ile poprzedni kojarzył się z IM to ten znów mi się nieco kojarzy z „I want out” Helloween. Zaczyna się zajebistym riffem, od razu słychać rękę Kai'a. Bardzo fajny jest moment zwrotki, kiedy Kai śpiewa na tle basu i perki, podobny zabieg jak na I want Out. Oczywiście nie mogło się obejść bez chwytliwego refrenu. Tym razem tekst opowiada o tym jak pewni ludzie pod chodzą zbyt poważnie do spraw religijnych. Kai śpiewa że nie ma raju, Bóg jest iluzją, nie ma piekła czy też nieba. Na albumie jest jeszcze jeden utwór autorstwa Richtera...”Hear me calinng”, który jest krótszy od rain, ale jest równie zajebisty, a może nawet i lepszy. Duże wrażenie zrobił na mnie refren oraz partie gitarowe. Tekst jest o poszukiwaniu odpowiedzi na różne kwestie filozoficzne. Album zamyka najdłuższy utwór - „Insurection”, który jest jakby kontynuacją Rebellion in Dreamland. Utwór imponuje liczna zmianą temp, melodyjnymi partiami gitarowymi, genialnym wokalem Kai. Bardzo mnie zaskoczył porywający refren. Co mi też pod pasowało to że riff jest nieco podobny do Rebelion in Dreamland. Potęgą tego utworu są oczywiście pojedynki na sola. Dla mnie to jest majstersztyk i nr.1na tym albumie. Tekst jest o gościu, który znudzony obecnym stanem rzeczy przeprowadza rewolucje i ma zamiar wszystko obrócić w pył,jednak pod koniec rebelii dochodzi do wniosku, że nic tak naprawdę nie zmienił, wszystko jest po staremu.

Pora przejść do krótkiej konkluzji: Nie ma mowy o tak genialnym albumie jak NWO czy też Majestic, no a do jedynki porównywać tym bardziej nie mam zamiaru. Co mnie troszkę zaskakuje,to że panowie pomimo tak wspaniałego talentu do tworzenia hitów muszą od kogoś zapożyczać jakieś może i nieznaczące elementy, choćby od IM. Przecież jest ich stać na stworzenie zajebistych kawałków bez zapatrywania się w IM czy JP. No a sam album jest na bardzo dobrym poziomie utrzymany, wciąż Gamma liczy się na rynku, wciąż nagrywa solidną muzę która jest na każdą okazję ,ale jej głównym przeznaczeniem są koncerty i tym razem panowie nagrali naprawdę przebojowy album nadający się idealnie na koncerty. Ja land 2 traktuje jako drogowskaz zespołu w kierunku melodyjnego grania, a nie jakieś powroty do korzeni. I w porównaniu do Helloween świetnie poradzili sobie z tytułem, który niby zobowiązuje do czegoś. Obiektywnie wychodzi 8/10, lecz ze względu na rdzewiejący poziom tego albumu daje 9/10 wciąż jest świeży i miło w odsłuchu.

piątek, 24 czerwca 2011

KING DIAMOND - Give me Your Soul...Please (2007)

King Diamond, jeden z z najbardziej rozpoznawalnych osobistości sceny metalowej ostatnio przeszedł ostatnio ciężką operację wszczepienia bajpasów. Najważniejsze, że wraca do zdrowia. Jednakże ze względu na zdrowie zawiesił na jakiś czas działalność, smutne ale prawdziwe. To też jego ostatnim dziełem jest „Give Me your Soul...Please” wydany pod szyldem King Diamond w 2007roku. Jest to kolejny bardzo udany album duńczyka. Tylko, że on taki poziom trzymał już od dawna, zawsze poniżej dobrego nie schodził. Album rewolucji jakiejś nie wszczyna. Jest to typowy krążek Kinga, styl ten sam i pomysł ten sam. Tym razem za temat na album posłużyła historyjka o dziewczynce czy też dzieciach, które wracają z zaświatów i zjadają ludzi aby pozyskać ich dusze. Historyjka całkiem fajna, przynajmniej wraz z poszczególnymi utworami zaczyna to nabierać rumieńców. Produkcja też została dobrze przyrządzona jak zawsze przez samego Kinga i Andiego, którzy odegrali też znaczącą rolę przy pisaniu utworów. A jakie są utwory?
Tradycyjnie wszystko zaczyna intro bo jakże inaczej. „The Dead” należy zaliczyć do mocnych wejść, w którym znów są szepty i jest chwytliwa melodia. Kinga to jak dla mnie specjalista od tworzenia klimatu grozy i przy okazji tworzy znakomite krążki. Wokale Kinga zarówno tutaj jak i na całym albumie są wspierane przez węgierkę Liva Zitę, która brała udział już choćby na Puppet Master. Wszystko dalej ciągnie szybki i bardzo energiczny „ Never Ending Hill” i słychać starego dobrego Kinga. Kto jak kto, ale Diamond potrafi stworzyć petardę. Zwrotki tak są śpiewane, że wszystko ładnie wchodzi. Jest melodyjnie, a duet LaRocque/Wead jak zwykle niszczy i udowadniają że bez nich King też by daleko nie zaszedł. Nie brakuje zmian temp, motywów i właśnie kilka krotnych popisów gitarzystów. Należy podkreślić, że King dostał nominację do prestiżowej nagrody Grammy w kategorii „Best metal perfomence” właśnie za ten utwór. Kolejny utwór „Is anybody here?” też trzyma wysoki poziom. Tutaj nieco wolniejsze tempo, ale wszystko napędza riff oraz solówki. Utwór naprawdę fajnie buja i to nie tylko za sprawą chwytliwego refrenu. Szybszego tempa też nie brakuje, tak więc Kinga nieźle sobie radzi ze zmianami tempa, ale to już wiemy nie od dziś. 3 mocne kompozycje za nami a „Black Of Night” przypomina nam najlepsze kompozycje Kinga. Lata 80 się kłaniają. Ze względu na tą diabelną melodyjność i chwytliwy refren, nieco mi to wszystko kojarzy się z albumem „The Eye” ale uważam że każdy dopatrzy się swojej interpretacji. Mamy tutaj wszystko co niezbędne jest killerowi, drapieżny i łatwo wpadający w ucho refren oraz niezwykła pomysłowość przy wyśpiewywaniu zwrotek. Taki już jest Kinga, na każdym kroku imponuje swoim geniuszem. Również genialnie wypada prosty „Mirror, Mirror” i tutaj słychać przede wszystkim popis wokalny Kinga, ale nie zabrakło też oryginalnego riffu, choć gdzieś kiedyś ktoś nagrał podobny. Bardzo fajny posępny klimat i do tego jest bardzo gitarowo. Prosty refren, do bólu powtarzany bardzo szybko wpada w ucho. Znakiem rozpoznawczym Kinga było zawsze wyśpiewanie kwestii „aah ahh”. Wow, połowa za nami, a Kinga trzyma poziom i gdyby dalej byłoby tak samo to nie wahałbym się wystawić maksymalnej oceny. „The Celler” trzyma poziom pierwszej połowy, choć wstęp jest nieco zbyt długi. Fajna melodia, ale nie potrzebnie wydłużona. Początek jest posępny i mało porywający, na szczęście Kinga jakby wyczuł moje narzekania i szybko podkręca tempo. Dalsze cześć utworu jest szybka, melodyjna i przede wszystka wywołuje dreszcze. „Pictures in red” hmm no krótkie intra wypełnione klimatem były zawsze wizytówką Kinga i jego albumów. Tutaj jednak poziom już nie ten, choć jakiś klimat jest utrzymany. Choć dla mnie to nieco słabszy utwór, na szczęście trawa nieco ponad minutę. No i tym sposobem dotarliśmy do kolejnego mocnego punktu albumu, jak dla mnie najlepszego utworu na tym krążku, a mianowicie tytułowego „Give me your Soul”. Do tego kawałka został nakręcony klip. Sam utwór jest perfekcyjny. Wszystko świetnie wyważone, ciężar, melodie, czy też szybkość, a do tego jeszcze ten porywający refren, w sam raz na każdy koncert. To jest kolejny dowód na to, że King ostatniego słowa nie powiedział. Warto też podkreślić, że tutaj słychać w pełnej okazałości talent obu gitarzystów tego zespołu. „The floathing head” tutaj słychać już nieco zmęczenie kompozytorskie. Niby jest mocny riff, który może skopać kilka tyłków. Niby jest jakieś prze tasowania temp. Ale jakoś zabrakło pomysłu na lepsze melodie. Najlepiej wypada tutaj chwytliwy refren. Lepiej prezentuje się taki „Cold As Ice”, gdzie można delektować znów żywszym graniem no i pomysłowością Kinga. Wszystko brzmi nieźle, zwłaszcza refren. Ta kompozycja nie jednemu przypadnie do gustu. Jednym z najbardziej klimatycznych utworów na tym albumie jest z kolei „Shapes of Black”. Utwór może ubogi w gitary, ale melodyjności nie można mu odmówić. No i te tempo to wszystko musi robić wrażenie. Utwór też mógłbym się znaleźć na takim „The Eye”. Niestety dwa ostatnie utwory to jest „ The Girl In the Bloody Dress” i „Moving On” tylko dobre, przy czym pierwszy wymieniony jest bardziej energiczny i ma więcej do zaoferowania.
Give Me your Soul wypada bardzo dobrze i przebija nie jeden ostatni album Kinga, ale nieco brakuje do klasyków. Fani Kinga nie będą zawiedzeni, bo przyzwyczaili się że co płyta to King prezentuje to samo. Zaś ci co go nie lubią, na pewno ten album nie przekona zresztą jak inne. Jest to granie, które się kocha albo nie nienawidzi. Tylko jednego anty fani nie zmienią. Faktu, że King jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i najbardziej wpływowych muzyków heavy metalowych.
Nota: 9/10

wtorek, 21 czerwca 2011

3 INCHES OF BLOOD - Fire up the Blades (2007)

Pamiętacie Advance and Vanquish zespołu 3 Inches of Blood? Pamiętacie jaki był fantastyczny?
No jeśli nie to ciężko wam będzie mniej więcej porównać z tym co zagrali na 3 albumie Fire Up The Blades ,który światło dziennie w roku 2007.Zastanawiacie się dlaczego?
Dlatego, że choć zespół gra w miarę w swoim stylu to jednak album różni się od poprzednika, a choćby tym, że jest cięższy, agresywniejszy ,momentami przypomina nieco inne gatunki niż tylko power/heavy metal. Jeśli to jest wasz pierwszy kontakt z tym zespołem, to ciężko będzie wam ich polubić za sprawą tego albumu, bo choć ma on parę imponujących momentów to jednak ciężko się z nim oswoić, bo jest dość niezły rozrzut stylistyczny dlatego,że mamy i trochę poweru, trochę heavy, momentami wskoczy jakiś element thrashu czy też hardcoru.
Ale najważniejsze jest to, że pomimo tych patentów to wciąż jest 3 Inches Of Blood i tego nie zmieni nawet najcięższy riff czy solówka. Wciąż grają w swoim stylu nie do podrobienia, a że płyta może się już tak nie podobać jak poprzednia to już inna kwestia.

Ale skupmy się na Fire up The Blades . Co towarzyszy temu albumowi to zmiany personalne i właściwie można to nazwać praktycznie zmianą zespołu, bo ze starego składu zostali dwaj wokaliści Pipes i Hooper, a reszta uległa zmianie. I powiem, że to słychać od pierwszych sekund albumu. Nie ma już takich genialnych utworów, brakuje takiego poziomu wykonania jak na poprzedniczce, ale jest to album któremu niczego zbytnio nie brakuje w tej kategorii .
Hmm nie tylko skład uległ zmianie, bo i szata graficzna też zupełnie inna. Czyli jak widzicie zespół doznał samych zmian, a jedynie co pozostało to nazwa zespołu oraz echa poprzednich albumów.

Ponownie zespół postawił na ilość i wrzucił na album 13 utworów, które można śmiało uznać za zróżnicowane, ale już gorzej z poziomem, bo obok świetnych utworów są tez nieco mniej zachwycające, który wymagałyby poprawek.
No to pozwolę sobie przestawić nieco bliżej owy materiał. Otóż na pierwszy ogień zespół dał „Through the Horned Gate”, który jest intrem może niezbyt jakimś tam wyrachowanym ani też nadzwyczajnym. Szkoda, że się nie pokusili o jakieś lepsze intro, bo tak jest niezbyt atrakcyjnie, a jedynie dobry warsztat muzyczny ratuje sprawę. Mocniejsze wrażenie na mnie wywarł „Night Muraders” , który nie bardzo przypomina to co można było usłyszeć na poprzedniku. Postawiono nieco na ciężar, co zresztą słychać. Partie gitarowe, które mogłoby się nadawać do thrashowego grania, ale też do metalcoru czy bliskich temu gatunkom i jednym może się to podobać, a innym już nie bardzo.
Fakt są momenty melodyjne i zapadające w pamięci, ale nie jest już to samo co na poprzedniku.
„The Goatriders Horde” jest to utwór, który jako pierwszy reprezentował ten album i wg mnie niezbyt trafny wybór. Choć jest to dobra kompozycja to jednak mogła zmartwić fanów tego zespołu,bo większość z nich czekała na kawałki zbliżone do tych z Advance and Vanquish czego nie udało się dokonać zespołowi. Uważam, że lepiej prezentowałby się taki „Trial of Champions” ,który ma zadatki na przebój i nieco może kojarzyć się z „Deadly Sinners”.
Sporo tutaj chwytliwych melodii i refren który nie szybko wyleci z głowy no i jeszcze te solówki, w których można się zakochać przy pierwszym zetknięciu.
Na albumie nawet pojawiły się ciężkie kolosy takie jak choćby „God of the Cold White Silence”, który w większości męczy i nie wywołuje jakiś pozytywnych uczuć. Jak słychać ciężar, moc i ciekawa melodyjka to nie wszytko, trzeba mieć jeszcze pomysł i pojęcie jak to ma brzmieć.
Tutaj zespół przesadził i nie podoba mi się takie ich wcielenie.
Mocnym punktem albumu jest „Forest King”, który przypomina mi nieco to co zespół prezentował na poprzedniku. Sporo zmian temp, zróżnicowane partie gitarowe i przyjemne dla ucha melodie a wszystko oparte na imponującej pomysłowości. Takich utworów powinno być więcej.
Niestety wszystko co piękne szybko się kończy, a to za sprawą „Demons Blade”, który można zaliczać do ostrych killerów, które kopią w tyłek, ale czy takie jest prawdziwe oblicze zespołu?
Nie, tutaj mam wrażenie jakby nie byli sobą,jakby udawali kogoś innego.
Szybko złe wrażenie po przednim utworze zaciera luzacki i dla mnie taka perełka z tego albumu, a mianowicie „The Great Hall of Feasting”, co za swoboda, co za lekkość, nie ma jakiegoś sztucznego grania, ale jest tutaj to co najlepsze w zespole. Znakomicie wybrnęli z tego tempa,które może niektórych irytować. Ale tak się robi moi drodzy przeboje, które mają na celu przyciągnąć większą rzeszę fanów. Tym którym spodobało się to cięższe oblicze zespołu, to mogą zacierać ręce bo „Infinite Legions” to kolejny utwór gdzie mamy „ bezmózgie „ granie byle do szybko ostro i do przodu, a szkoda bo zespół stać jednak na więcej.
Nie powiem ,ale taki „Assassins Of The Light” dobrze się prezentuje, bo jednak jest tut jakiś pomysł a same wykonanie tez warte uwagi. Co może tu lekko kuśtykać to refren. No jakiś trochę bez życia, a zespół zawsze potrafił o ten szczegół zadbać.
Dobrze, że przynajmniej kolejne dwa utwory nie przynoszą im wstydu,bo „Black Spire” i „The Hydras Teeth” to prawdziwe rarytasy jeśli chodzi o ten album. No i s poro w tym cech z tego co prezentowali na poprzedniku a właśnie takich ich lubię,bo te ostre i do przodu granie bez jakiś pomysłów nie bardzo mnie przekonuje. A ostatnim utworem na albumie jest „Rejoice in the Fires of Man's Demise”, który jest przyzwoity ,ale wg mnie można już było go sobie odpuścić, bo co on tak naprawdę wnosi do albumu? Ano nic.

Zbierzmy teraz wszystko to do kupy: Zmiany personalne, nieco zmiana stylu, który nieco odstaje od tego co prezentowali na poprzedniku, nie równość jaka panuje na albumie oraz brak pomysłu w niektórych kompozycjach to jedne z takich podstawowych wad jakie ma ten album.
Jasne, są też plusy takie jak produkcja czy też parę dobrych kompozycji, ale nie są one wstanie uratować albumu od porażki,bo w porównaniu do poprzedniego albumu to niestety jest porażka, a i w roku 2007 były lepsze rzeczy niż Fire Up The Blades. Album zgubił się w końcowych przedbiegach i praktycznie nikt o nim nie pamiętał.
To też należy się 6.5/10 za ten materiał.