Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 czerwca 2014

WOLF - Revenous (2009)

Niezwykle trudno jest nagrywać dobre albumy kiedy skład zespołu nie jest stabilny i często ulega modyfikacji. Mimo tych utrudnień szwedzki Wolf od samego początku robił swoje i nagrywał znakomite albumy. Każdy z nich to uczta dla fanów NWOBHM, heavy/power metalu i tych co lubią zapuścić w wolnej chwili mroczny Mercyful Fate czy melodyjny Iron Maiden. „The Black Flame” okazał się najostrzejszym i najcięższym wydawnictwem. Dobra passa trwała w najlepsze i w roku 2009 ukazał się „Ravenous” i to jest póki co najlepsze co nagrali młode wilki.

Owy werdykt może dziwić co niektórych, bo przecież każdy powie, że ten album jest słabszy od poprzednich i nie ma takiej agresji, ani mroku, a muzycy zaczynają się powtarzać. Nic bardziej mylnego. Wolf jest wierny swojemu stylowi i dalej jest to ten znany nam z poprzednich albumów Wolf, który gra mieszankę heavy/power metalu i NWOBHM. Choć pojawia się tutaj inna sekcja rytmiczna i mentalność jest nieco inna, to jednak wciąż jest to ten sam Wolf. No, może nie do końca taki sam, bo w końcu słychać pewne kosmetyczne zmiany. Za produkcję odpowiadał tym razem Roy Z, który ma do tego smykałkę. Tak jego inne albumy, tak i ten jest mocny i agresywny. Jest sporo nawiązań do Mercyful Fate i to już nie tylko o muzykę chodzi. Okładkę przyrządził Thomas Holm, który narysował klasyczne okładki Mercyful Fate. Jakby tego było mało, pojawia się gościnnie Hank Shermann, dając znakomite solo w tytułowym „Revenous”. Cytatów z twórczości Mercyful Fate nie brakuje, ale nie można to uznać za minus. Najważniejsza jednak zmiana Wolf to pójście w bardziej przebojowe grania i dało to ostatecznie chwytliwy, energiczny krążek, który od samego początku do końca oferuje nam hity i prawdziwe petardy. Zaczyna się od „Speed On”. Klasyczny, szybszy utwór w którym jest duch Iron Maiden, ale nie tylko. Niklas podszkolił się w śpiewaniu i to jest jego najlepszy album pod względem wokali, bo nie ma też nachalnego wkraczania w rejestry w stylu Kinga. Średnie tempo, mroczny klimat, nutka progresywności i złożona forma to cechy znakomitego „Curse You Salem”, który jest tym czym kiedyś był Mercyful Fate. Największy przebój Wolf? Jak dla mnie bez wątpienia ponury, pomysłowy „Voodoo”. Znakomicie wyśpiewany i skonstruowany. Niby prosty, a daje sporo radości. Troszkę Black Sabbath wdziera się do „Hail Caesar”, sam utwór należy do tych szybszych. Odnoszę wrażenie, że i popisy gitarowe są tutaj bardziej przejrzyste, bardziej czytelne i bardziej przemyślane. Słychać to przez całą płytę, zwłaszcza w energicznym „Mr. Twisted”. Z płyty bije niezwykła siła, witalność, lekkość i pomysłowość, która starczyła na więcej niż parę utworów. Jest też radość z grania metalu, swoboda i dobra zabawa. Nie ma tej powagi i słychać to dobrze w przebojowym „Love At First Bite”, które ma nawet pewne cechy hard rocka. W podobnej tonacji jest utrzymany kolejny radosny hit w postaci „Whisky Psycho Hellions”. Ani wcześniej, ani później Wolf tak nie grał. Wolne, ponure tempo i klimat, a także sposób wykonania „Secrets We Keep” podkreśla że tutaj jest jakby hołd dla Black Sabbath. Chłodniejszy i nieco mniej przekonujący jest bez wątpienia „Hiding in Shadows”. Rozbudowany „Blood Angel” też jakby okrojony z agresji, z mocy i też mogło to być inaczej rozegrane.

Mimo nieco słabszej końcówki to i tak uważam, że właśnie to jest najciekawsze dzieło Wolf. Bardzo urozmaicony album, zagrany z większym dystansem i luzem, nie ma silenia się, a wszystko jest nadzwyczaj melodyjne i zapadające w pamięci. Pierwszy raz można poczuć, że od początku do końca dostajemy rasowe przeboje, no jedynie dwa ostatnie utwory są pozbawione tego elementu. Tak moi drodzy gra się rasowy heavy metal w dzisiejszych czasach. Polecam

Ocena: 9.5/10

sobota, 5 października 2013

BLAZE BAYLEY - The Night That Would Not Die (2009)

Czy można wybrać lepszy moment na zarejestrowania koncertu niż podczas wyśmienitej trasy koncertowej, który promuje dobrze przyjęty przez fanów album? Bez wątpienia nie i Blaze Bayley o tym wiedział i chciał ten znakomity moment upamiętnić na koncertowym albumie „The Night That Will Not Die”, który się ukazał w 2009 roku. W historii Blaze'a jest to najlepsze wydawnictwo koncertowe, a co za tym przemawia?

Od czego by tu zacząć? Może od tego, że w 2008 roku ukazał się „The Man Who Would Not Die”, który uważam za najlepszy album Blaze'a Bayleya i to ten album promował muzyk podczas koncertu zarejestrowanego w Zeln. Zgrany zespół, w którym jest chemia, który się rozumie i który gra z miłości do heavy metalu to kolejny czynnik, który czyni to wydawnictwo znakomitym. Co jest tutaj równie ważne to że klimat jest iście koncertowy, a całość brzmi naturalnie i ingerencja w brzmienie i studyjne poprawienie jest tu ograniczona. Dzięki temu album ten zyskuje na jakości. Wiele tutaj zostało przerysowane z innych wydawnictw koncertowych Blaze'a. Jest energia, dobra zabawa, kontakt Blaze'a z publiką i inne znane smaczki, aczkolwiek tutaj zabrzmiały one tak jak powinny. Blaze mniej gada, więcej śpiewa, no i dobór kompozycji równie ciekawy. 8 kompozycji wzięto z „The Man who Would Not Die” co cieszy bo to znakomity album. Usłyszeć w wersji koncertowej „Samurai”, Robot” czy urzekający „While you Were Gone” to nie zapomniane przeżycie. Oczywiście nie zabrakło utworów z działalności Blaze'a w Iron Maiden. Mamy tutaj „Man On The edge” „Futureal” i „Edge Of Darkness”. Kawałki z płyt sygnowanych szyldem Blaze też są i najbardziej cieszy pojawienie się „Leap Of Faith”, który jest jednym z moich ulubionych kawałków Blaze;a Bayleya.

Dzięki tym czynnikom udało się stworzyć album koncertowy, który urzeka swoją naturalnością, energią, klimatem i zestawem utworów. Znakomita forma muzyków zapewniła odpowiedni wysoki poziom. Udało się zapisać ten wyjątkowy koncert, udało się upamiętnić ten wyjątkowy wieczór, który nigdy nie umrze i zostanie na długo w pamięci. Najlepsze wydawnictwo koncertowe Blaze;a Bayley, które jest idealne na start, jeśli ktoś nie zna twórczość byłego wokalisty Iron Maiden.

Ocena: 9.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

piątek, 28 czerwca 2013

PRODIGAL EARTH - Zenith II Zero (2009)

Na dzień dzisiejszy jednym z takich znanych zespołów metalowych z egzotycznego Cypru jest bez wątpienia Arrayan Path. Jednak początki tych muzyków należy się doszukiwać już w latach 90 kiedy to tworzyli pod nazwą Diptheria. Skoro są znani i ich muzyka cieszy się uznaniem, to dlaczego by nie stworzyć innego zespołu o podobnej stylistyce? Prodigal Earth, który powstał w 2006 roku to właściwie zespół, który stylistycznie jest zbliżony do Arrayan Path.

Duży udział w analogicznym brzmieniu Prodigal Earth do Arrayan Path zespół zawdzięcza wokaliście Nicholasowi Leptesowi i Parisowi Lambrou, którzy znani są właśnie zgrania w Arrayan Path. Znany nam wszystkim czysty, emocjonalny wokal Nicholasa z Arrayan Path w Prodigal Earth spełnia podobną rolę. Ma dostarczyć melodyjności, epickości i wzbudzić emocji. Jednak nie tylko wokal tutaj może kojarzyć się z tym co gra Arrayan Path. Również dynamiczna sekcja rytmiczna jest jakby przerysowana z tamtego zespołu. Nie brakuje w tym aspekcie wpływów Iron Maiden, co słychać choćby w takim „Broken World” czy w power metalowym „Disaster 211”. Podobieństwa można dostrzec w konstruowaniu kompozycji,w aranżacjach, w których nie brakuje różnych smaczków i wzbogaceń. Nawet stylistycznie można zakwalifikować muzykę Progigal Earth do gatunku progresywny heavy/power metal. Owy progresywny charakter podkreślają takie utwory jak „Once Upon a Crime” czy „The End (Ashes of Desire Pt.1)”. Gitarzystom udało się wykreować bardziej wyszukane melodie, stworzyć bardziej pokręcone aranżacje i w tym aspekcie jest co podziwiać. Szkoda tylko, że tak mało jest zapadających w głowie przebojów. Takim najlepszym jest tutaj „God's Children”.

Debiutancki album Prodigal Earth zatytułowany „Zenith II Zero” to nie lada gratka dla fanów progresywnego heavy/ power metalu oraz Arrayan Path. Może nie jest to dzieło ponadczasowe, ale solidne i godne uwagi.

Ocena: 6.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

czwartek, 2 maja 2013

DEMISE AWAITS - Demise Awaits Ep (2009


Demise Awaits to kolejna młoda amerykańska kapela, która za cel obrała sobie granie wtórnego, opartego na sprawdzonych patentach thrash metalu, ale solidnego i agresywnego. Założony w 2000 roku Demise Awaits stara się grać progresywny thrash metal o technicznym charakterze, przesiąknięty latami 80, a także heavy metalem. Właśnie z takiej strony zaprezentowali się na mini albumie „Demise Awaits”, który ukazał się w 2009 roku.

Nikogo nie zdziwi fakt, że zespół czerpie garściami z znanych i cenionych zespołów z kręgu thrash metalu jak i heavy metalu, tak więc słychać tu wpływy takich zespołów jak Metallica, Slayer, Exodu, czy Overkill, a także Iced Earth czy Judas Priest. Wtórność jest tutaj i to w dużych ilościach, ale ciężko też o oryginalność i świeżość, a w tej sprawdzonej, oklepanej formule zespół radzi sobie całkiem dobrze. Pod względem stylu też zespół nie zaskakuje, bo jest to styl, który opiera się na dynamicznej, energicznej sekcji rytmicznej, na mocnych, ostro ciętych riffach i rozbudowanych solówkach, gdzie położony został nacisk na agresję, brutalność, a w mniejszym na melodyjność i tutaj kawał dobrej roboty odwalili Jason Chatfield oraz Joel St Clair, choć nieco brakuje w tym wszystkim technicznego charakteru. Do tego taki uniwersalny, thrash metalowy wokal Jasona, który również stawia na naturalność, agresję, aniżeli technikę i melodyjność. Można również sporo zarzucić produkcji, która jest nieco niższych lotów, ale czego można się spodziewać po wydawnictwie wydanym na własną rękę. Materiał solidny i słucha się tych 4 utworów całkiem dobrze. Rozbudowany „Defender” to udane połączenie thrash metalu i heavy metalu z pewnymi cechami Judas Priest, zwłaszcza jak się wsłucha uważnie w główny motyw. Stylistycznie podobnie zagrany jest melodyjny „Omega”. Więcej thrash metalu słychać w dynamicznym „Extract” czy 7 minutowym kolosie „The Nothingsoul”, który znakomicie podkreśla styl zespołu.

Pierwsze kroki postawione przez Demise Awaits można uznać za takie nieco nie pewne, ale podkreślające to, że zespół grać potrafi tylko potrzeba im czasu, żeby nieco doszlifować styl, a także konkretnego kontraktu płytowego, żeby zaistnieć na rynku. Wszystko przed nimi.

Ocena: 5.5/10

P.s Podziękowanie dla Vlada Nowajczyka za udostępnienie niniejszego materiału :D

środa, 1 maja 2013

KUAZAR - Wrath Of God (2009)

Maiłem do czynienia z wieloma scenami muzycznymi, ale z trash metalem prosto z Paragwaju jeszcze nie i Kuazar i ich debiutancki album „Wrath of God” to mój pierwszy kontakt z tamtejszą sceną i muszę przyznać, że nie spodziewałem się niczego odkrywczego, ani niczego nadzwyczaj dobrego i tutaj nieco mnie zaskoczył ten młody zespół.

Oczywiście nie mają zamiaru dokonywać żadnych rewolucji w thrash metalu, a jedynie wykorzystać to wszystko co już się pojawiło w tej muzyce, czyli wykorzystać nieco patentów charakterystycznych dla Slayer, Testament, Exodus czy Kreator i podać to jeszcze raz słuchaczowi w całkiem atrakcyjnej formie. Kuazar gra thrash metal agresywny, dynamiczny zbudowany w oparciu o dynamiczną sekcją rytmiczną, która stawia na moc i szybkość, a także ostrych, niezbyt wyszukanych riffach José María González, który kładzie nacisk na prostotę, brutalność, nie zapominając o melodyjności co nadaję atrakcyjności całości. Nieodłącznym elementem stylu Kuazar jest wokal José María González, który nasuwa frontmanów Sodom czy Kreator i choć nie wyróżnia się techniką, to charyzmy i drapieżności nie można mu odmówić. Na płycie znajdziemy szybkie, rozpędzone kawałki, które kładą nacisk na agresję i thrash metalowy wydźwięk co znakomicie dowodzą takie utwory jak otwierający „The Truth Of Reality”, melodyjny „Alcatraz” czy rozpędzony „Hunter And Pray”. Ponadto znajdziemy bardziej rozbudowane kompozycje jak „Twenty Days in Hell” czy urozmaicony „The World is Destroying It Self” , gdzie zespół ukazuje również bardziej heavy metalowe wcielenie. „Wrath Of God” zawiera też elementy melodyjnego grania czego dowodem jest heavy metalowy „My Life Is My Own” czy szybszy „The Light Of Damnation”. Materiał jest bardzo równy i dynamiczny, a jedynym spokojniejszym utworem jest trwający ponad minutę „Inner Prison”.

Paragwaj wciąż pozostaje dla mnie egzotycznym zakątkiem świata jeśli chodzi o muzykę heavy metalową, ale thrash metal w wykonaniu Kauzar jest godny uwagi i poziom muzyczny jaki zaprezentowali na debiucie nie odstaje zbytnio od tego prezentowanego przez światowe kapele tworzące trzon tego gatunku. Dla fanów gatunku pozycja obowiązkowa.

Ocena: 7.5/10

P.s Podziękowania dla Vlada Nowajczyka za udostępnienie niniejszego materiału :D

sobota, 6 kwietnia 2013

SUDDENFLAMES - Death might be late (2009)

Co raz częściej spotykane wśród metalowych kapel amerykańskich jest zjawisko zapatrzenia na europejskie zespoły heavy metalowe. Tak jak kiedyś amerykański metal był jedynym w swoim rodzaju, z lekkim thrash metalowym zacięciem, z mocnym, agresywnym wokalistą i innymi cechami charakterystycznymi dla tamtego heavy metalu, tak ostatnia dekada pokazuje, że co raz częściej można znaleźć kapele, które czerpią garściami z Europy i nasuwa się tutaj choćby takie kapele jak CELLADOR, RAVAGE czy też w końcu kanadyjski SUDDENFLAMES, który będzie przedmiotem niniejszej recenzji.

Obecnie zespół przymierze się do wydania drugiego albumu „Under The Sign of The Alliance”, który ma się ukazać jeszcze w tym roku i jest na co czekać, bo zespół przeszedł kilka zmian personalnych. Zmieniła się sekcja rytmiczna po tym jak perkusista Eric Morissette i basista Pascal Landry opuścili szeregi zespołu z powodu odmiennych poglądów co do muzyki zespołu. W 2011 roku pojawił się też nowy gitarzysta, a mianowicie Daves Couture. Te zmiany mogą wpłynąć na jakość zespołu, ale to czas pokarze czy owe roszady personalne miały ogromny wpływ na muzykę zespołu. Póki co zostaje przyjrzeć się debiutanckiego albumowi „Death Might Be late”, który ukazał się w roku 2009, a w tym roku doczekał się remasteringu i ponownego wydania. Jaki jest album? Jaki styl muzyczny zespół obrał? Co można powiedzieć o samym zespole? Na te i inne pytania postaram się odpowiedzieć w dalszej części niniejszej recenzji.



Ta młoda kapela została założona w 2001 roku z inicjatywy wokalisty Jean Roberta Letarte i zespół ciężką pracą przygotowywał swoje pierwsze demo w postaci „Bewitched Boat”, które ukazało się w 2005 roku. Dopiero w 2009 roku zespołowi udało się wydać debiutancki album „Death Might be late”, który potwierdza, że mamy do czynienia z młodym i debiutującym zespołem, który ma jeszcze kilka nie dociągnięć, nie dopracowań, który wciąż krystalizuje swoje umiejętności, pomysły, czy styl. Ten album też znakomicie obrazuje owe zjawisko zapatrzenia się młodych amerykańskich zespołów w europejską scenę heavy/power metalową. SUDDENFLAMES gra właściwie muzykę, którą można sklasyfikować jako heavy / power metal z wyraźnymi wpływami taki power metalowych kapel jak HELLOWEEN, GAMMA RAY, INSANIA, czy HAMMERFALL, a także heavy metalowych formacji jak RUNNING WILD, IRON MAIDEN czy JUDAS PRIEST. Takich zespołów można rzec jest pełno dzisiaj na rynku, więc dlaczego niby ten kanadyjski zasługuje na uwagę?

Dość udany miks melodyjności i konstrukcji utworów w stylu europejskim z amerykańskim brzmieniem jest tutaj dość atrakcyjny. Choć jest tutaj sporo sprawdzonych patentów, nie ma za grosz oryginalności, choć brzmienie nie jest najwyższych lotów, choć sekcja rytmiczna nie powala techniką, ani mocą to jednak trzeba przyznać, że ostatecznie dominują tutaj pozytywne aspekty. Przypominający manierę Kiske, Hansena, Cansa wokalista Jean Robert Letarte, który potrafi zachwycić śpiewaniem w wysokich rejestrach, piskiem czy specyfiką. Może brakuje mu ognia, drapieżności, ale z pewnością nie brakuje mu potencjału i zapału, co dobrze rzutuje na całość płyty. Do kolejnych plusów można dorzucić przebojowość, wyrównany, urozmaicony materiał, chwytliwe melodie, czy w końcu niesamowite, dopieszczone partie gitarowe w wykonaniu Sebastiena Latulippe i Erica Vaillancourta. To właśnie ten aspekt tutaj najbardziej zachwyca, bo każda melodia, motyw, solówka odegrana jest z gracją, zadziorem i finezją. Jest na debiucie bardzo gitarowe i te pojedynki na solówki są bardzo atrakcyjne i przesądzają o solidności tego materiału. Latulippe jest tutaj odpowiedzialny za wygrywanie ostrych partii gitarowych oraz wzbogacenia kompozycji wokalami death metalowymi, zaś Eric Vaillancourt swoim stylem, shredowym zacięciem przypomina dokonania Axela Rudiego Pella, czasami nawet Yngwiego Malmsteena i słychać inspirację najlepszymi gitarzystami. Sam tutaj wygrywa melodyjne i godne zapamiętana partie, które sprawiają, że cały materiał jest bardzo melodyjny i gitarowy.

Mimo tego, że brzmienie jest niższych lotów, że perkusja brzmi jak automat, bez mocy i bez przekonania, mimo tego, że partie basu nie są atrakcyjne to jednak kompozycje tutaj są solidne i warte uwagi, nawet tych bardziej wymagających słuchaczy. Dobry otwieracz to podstawa udanego materiału i SUDDENFLAMES w tej roli umieścił energiczny, power metalowy „Son Of doom” z wpływami GAMMA RAY, czy też heavy metalowych kapel typu JUDAS PRIEST. Już od pierwszych minut kanadyjski zespół zachwyca melodyjnością i przebojowością, ale najbardziej co tutaj zachwyca to praca gitar. Gdyby owe shredowe solówki w wykonaniu Erica i Sebastiena były wsparte lepszym brzmieniem i sekcją rytmiczną to brzmiało by to jeszcze lepiej. Nieco RUNNING WILD wdziera się w heavy metalowy kawałek „Bewitched Boat” i to nie tylko za sprawą tematyki związanej ze statkiem i morzem. W tym utworze zespół też pierwszy raz przekonuje słuchacza, że nie mają większych problemów z stworzeniem bardziej rozbudowanej kompozycji i nie ostatni. Bowiem na płycie długimi utworami są „Nativitas in Tenebris” będącym skupiskiem rozbudowanych i złożonych solówek, czy też 8 minutowa opowieść o jeźdźcu bez głowy czyli „The Legend of the heandless horseman of Sleepy Hollow” z motywami gitarowymi nawiązującymi do „A light in the black” RAINBOW. Coś z GRAVE DIGGER i „Tunes of War” słychać w „The piper (hymn of sorrow)”. Power metal pełną parą z wpływami HELLOWEEN czy GAMMA RAY słychać w „Wonderland No More” nawiązujący do „I want out” czy „Suddenflames”. Zespół nie kryje swoich inspiracji, tak więc nikogo nie powinno zdziwić pojawienie się coveru JUDAS PRIEST w postaci „Hell Patrol”.

SUDDENFLAMES i ich debiutancki album „Death might be late” są żywym dowodem, że na amerykańskiej scenie metalowej coraz więcej kapel zapatrzonych w heavy/power metal europejskich spod znaku HELLOWEEN, GAMMA RAY czy heavy metalu spod znaku JUDAS PRIEST. Mimo słabego brzmienia, mało wyrazistej sekcji rytmicznej album się broni zwłaszcza za sprawą świetnie odegranych partii gitarowych czy przebojowego charakteru kompozycji. Udany debiut, który jest godny uwagi, każdego fana heavy/power metalu.

Ocena: 7.5/10

sobota, 27 października 2012

HELLFUELED - Emission Of Sins (2009)

Jeśli się lubi BLACK LABEL SOCIETY, BLACK SABBATH i OZZIEGO OSBOURNE, jeśli lubi się muzykę z pogranicza heavy metal i stoner rocka, to droga do polubienia szwedzkiego HELLFUELED jest bardzo krótka.

Co można więcej napisać o tej młodej kapeli? Że powstali w roku 1998 pierwotnie pod nazwą FIREBUG jednak nazwa ta nie przyjęła się ostatecznie i zmieniono ją na „HELLFUELED” i w 2004 roku ukazał się debiutancki album „Volume One”. I po upływie 5 lat kapela wydała swój czwarty i póki co ostatni album, który się się zwie „ Emissions of Sins”, który jest dobrym przykładem tego jak kapela dobrze się czuje w rytmach BLACK SABBATH, BLACK LABEL SOCIATY czy OZZIEGO OSBOURNE. Powiązania z owymi kapelami słychać przede wszystkim w instrumentarium, gdzie gitarzysta Jocke Lundgren stara się być drugim Zakkiem Wylde i słychać wyraźne inspiracje owym gitarzystą. Jest gdzieś ta zadziorność, nieco lekki mrok, ciężar. Może klasa nie ta, może wyszkolenie techniczne też nie te, jednak klimat identyczny i solidności też nie można odmówić Lundgrenowi. Idąc dalej tropem składu mamy Andy Alkmana, który brzmi niczym Ozzy Osbourne i nie żartuję. Ten styl, ta specyfika i na pewno nie jednego słuchacza zachwyci owym podobieństwem i bez wątpienia jest to najmocniejszy element muzyki szwedzkiej kapeli. Styl nie jest skomplikowany, bo wszystko idzie zgodnie z zasadą panującą w heavy metalu, a więc dynamicznie, melodyjnie, w oparciu o mocne riffy, zadziorny i zapadający w pamięci wokal, chwytliwe refreny i takie granie przesiąknięte elementy heavy metalu z lat 80. Jest to dla tego zespołu ciekawe zjawisko, bo początki tej formacji wiąże się bardziej z death metalem, ale to jest jeszcze inna bajka, którą można sobie darować. Wracając do opisywanego albumu, wartoz wrócić, że zespół nie ma zamiaru wytaczać nowych ścieżek w muzyce, nie ma zamiaru zaprezentować niczego nowego, a jedynie pokazać, że wychowali się na starym dobrym metalu i starają się oddać temu hołd, hołd dobrej muzyce, która pochodzi z serca, z miłości do muzyki i słychać, że zespół świetnie się przy tym bawi. Tak więc jest to wtórne i oklepane granie, jednak z dobrym brzmieniem, ciekawą okładką i melodyjnym materiałem sprawia, że jest to ciekawa propozycja dla fanów starego metalu, zwłaszcza BLACK LABEL SOCIATY czy BLACK SABBATH, OZZY OSBOURNE.

Materiał? Właściwie utrzymany w jednej tonacji, cały czas z naciskiem na ciężar, mroczny klimat, stonowane lub nieco szybsze tempo i to może nieco zmęczyć, zanudzić na dłuższa metę, ale to już zależy od tego jak mocno lubimy wpływy wcześniej wspomnianych kapel. Mocnych, z wykopem kompozycji nie brakuje, bo mamy cięższy „Where Angels Die” , rytmiczny „I am Blind”, dynamiczny „Stone By Stone”, energiczny „End Of The Road”, czy też nieco rockowy „For My Family And Satan”. Niczym im nie ustępują takie utwory jak „Los Forever” z ciekawymi partiami gitarowymi, żywiołowy „Save Me” czy też cięższy „I'm the Crucifix”, ale to właśnie te 3 utwory są dla mnie najciekawsze, takie najbardziej zapadający w pamięci, najbardziej wyraziste, że tak ujmę.

„Emissions of Sins” to kolejny solidny album heavy metalowy, to kolejny wtórny i nieco przewidywalny i nieco jednostajny album, jednak dla fanów BLACK SABBATH, BLACK LABEL SOCIATY, a także głosy Ozziego jest to pozycja obowiązkowa.i najlepiej po prostu samemu na własne uszy się przekonać, że muzycy dają radą i dostarczają słuchaczowi solidnego heavy metalu z elementami stoner rocka, że brzmienie jest mocne, dość ciężkie, podobnie jak partie gitarowe.

Ocena: 6.5/10

niedziela, 23 października 2011

SKULL BRANDED PIRATES - The Legend Of Salty Jim (2009)

Pierwsze kroki jakie postawił RUNNING WILD w pirackim heavy metalu odbiły piętno na muzyce heavy metalowej ukazując nowe, świeże spojrzenie na muzykę jak i warstwę liryczną w owym gatunku. W niedalekiej przyszłości, bo już w roku 2007 ową formułę odświeżył ALESTORM. To poniekąd ułatwiło pojawienie się heavy metalowego SKULL BRANDED PIRATES, który wywodzi się z kraju wyspiarskiego. Zespół łączy melodie charakteryzujące heavy metalowe granie oraz dynamikę thrash metalowych kapel. Rok założenia to 2007, rok pojawienia się pierwszego albumu to 2009. Debiut został zatytułowany „The Legend Of Salty Jim” i jest to poniekąd wariacja na temat muzyki prezentowanej przez ALESTORM, czy też RUNNING WILD. Jednak SKULL BRANDED PIRATES nie kopiuje owe zespoły, tylko bierze po kawałku z każdej kapeli i miesza to, czyniąc z tego bardzo przystępną miksturę. Z jednej strony jest radość i pirackie łobuziarstwo, które jest znakiem rozpoznawczym stylu ALESTORM. Z drugiej strony jest melodyjność i przebojowość, której nie powstydziłby się sam RUNNING WILD. Przed jednym należy ustrzec każdego słuchacza. Ich muzykę należy traktować z przymrużeniem oka, jako dobrą zabawę, aniżeli poważne i ciężkie heavy metalowe granie. Pod tym względem większość kompozycji na albumie się wyróżnia. Zarówno porywający „Cross-Skull Branded Thieves” w którym można doszukać się w partiach gitarowych pewnych nawiązań do RUNNING WILD. „Hempen Jig” może aranżacyjnie i technicznie nie zachwyca, ale ileż nie się ze sobą energii i zadziorności. W tym momencie zaczynam się zastanowić, czy na albumie nie mamy do czynienia z automatem perkusyjnym, czy One Eyed Willson nie jest zbyt słaby technicznie jeśli chodzi o wokal. Ale nie nie umiejętności techniczne mają tutaj znaczenie, a charyzma i piracki wydźwięk, a taki ma bez wątpienia kapitan Willson, jak sam się nazywa wokalista. Ci którzy lubią hymny pirackie i melodie oparte na twórczości niemieckiej legendy RUNNING WILD spokojnie mogą się wsłuchiwać w dynamiczny „Far Beyond Forever”czy też „The Stormed and Cursed Seas”. Natomiast takim utworom jak „The Legend of Salty Jim” czy też „Inside the Inn „ nie można odmówić dynamiki na miarę thrash metalowych kapel. A pośród tych szybkich i radosnych kompozycji znalazła się także nastrojowa ballada „Blackbeard’s Last Stand” , który niestety odstaję poziomem od pozostałych utworów na owym albumie. SKULL BRANDED PIRATES ameryki tym krążkiem na odkrył, a jedynie umocnił pozycję pirate metal, którym ostatnim czasie jest całkiem modne. To co jest miernikiem oceny tego krążka to radość, dobra zabawa, solidność i równość, a przede wszystkim przyzwoite melodie i kilka zapadających melodii. Ale to nie jest ta liga co RUNNING WILD, czy ALESTORM, ale czy musi, żeby się dobrze bawić przy pirackich nutach? Ocena: 6/10

wtorek, 27 września 2011

KREATOR - Hordes of Chaos (2009)

To ile wcieleń miał legendarny Kreator wie każdy. Był thrash metal z zabarwieniem speed metalu, death metalu, potem techniczny, potem trochę death metal, industrialnego rocka, czy coś z gotyckiego grania, potem zespół powiedział dość i wrócił do thrash metalu. Ale też już w nieco innym wcieleniu, a mianowicie bardziej melodyjnej i tutaj można doszukać się patentów, które zdałyby sprawdzian w power metalu. Sami Yli-Sirnio przychodząc do zespołu w 2000 roku wniósł trochę świeżości do zespołu, a jego popisy solówkowe są wręcz widowiskowe i bardzo atrakcyjne dla fanów szybkich i elektryzujących partii gitarowych. Od czasu powrotu do thrash metalu zespół nagrał 3 albumu i ostatnim z nich jest „Hordes of chaos”. Czytałem różne opinie na temat tego albumu, od tych skrajnie gnojących ten album, aż po te zachwalające i w sumie trzymam z tymi drugimi. Wiem, nie jest to ani pleasure to kill, Endless pain czy Coma of Souls, ale czy musi być?. Jest dynami, jest melodyjnie, przebojowo i dalej słychać Kreator. Ktoś może zarzucić, że produkcja jest do kitu, materiał jest wtórny, a melodie power metalowe. Co kto lubi, jeśli się kocha dynamiczne granie, do tego bardzo melodyjne, to nie można docenić tego albumu z roku 2009. Owa melodyjność to pewne novum jeśli chodzi o kreator, bo są one bardziej wyeksponowane niż w latach 80 czy 90 i takowy zabieg już można było uświadczyć na Enemy of God, choć tutaj jeszcze bardziej zespół rozwinął ten patent. Warto także podkreślić, że cały materiał jest bardzo koncertowy, a to z powodu tego, że materiał został nagrany „na żywo” bez używania jakiś technologii cyfrowej. Kompozycje jak zawsze skomponował Mille Petrozza. Produkcją krążka zajął się Moses Schneider, a mroczną okładkę narysował Joachim Lutke. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o wstęp.

Przejdźmy do 10 kompozycji trwających łącznie nie całe 40 minut. Na pierwszy ogień poszedł tytułowy kawałek „Hordes of Chaos” i jest to petarda i do tego bardzo melodyjna. No jest coś z thrash metalu co słychać w sekcji rytmicznej, czy też gitarze rytmicznej, również wokal Mille nam o tym przypomina. Melodia, która otwiera ów kawałek nie jest ostra, jakaś ciężka czy coś. Jest melodyjna, chwytliwa, może bardziej heavy/power metalowa, ale co z tego? Ważne, że miło się tego słucha. Jednak niebiańska niewinność nie trwa długo. Wystarczy, że wejdzie nieco odmieniony riff, sekcja rytmiczna i robi się prawdziwy killer. Bardzo rytmiczne są partie wokalne Mille i choć może nie drze się on jak kiedyś, to jednak to on jest wizytówką Kreator. Do tego doliczamy chwytliwy i bardzo koncertowy refren, a także bardzo melodyjna solówka Samiego i pod tym względem album jest niszczycielskie, dawno solówki tak mnie nie wciągnęły jak na tym albumie, to jest coś niesamowitego. Jeśli ten utwór jest dynamiczny i killerski, to jak nazwać „Warcurse”? Hmm może killer nad killerami? Jak by nie nazwać, to jest to najbrutalniejszy kawałek na albumie i tutaj Ventor po raz nty udowadnia swoją światową klasę. Ci którzy jeszcze pamiętają Endless Pain wiedzą o co mi chodzi i fani tamtego albumu powinien przypaść do gustu ów kawałek. Oczywiście też wdzierają się patenty power metalowe, ale jakoś nie psują całego efektu. Znów sporo porywających i urozmaicających utwór motywów. Znów ciekawy popis solówkowy Samiego, choć tym razem bardziej heavy metalowa solówka i jak tutaj nie pokochać tego kawałka? Również melodyjny jest „Escalation”, ale tutaj już nie ma takiej dynamiki albo inaczej takiej szybkości. Jest za to bardzo chwytliwa melodia, która jest tutaj bardzo wyeksponowana i jako główny motyw sprawdza się. Co mnie tez się spodobało w tej kompozycji, to nieco brudniejszy wydźwięk, bardziej stonowane i skoczniejsze tempo, no i ten chwytliwy i prosty jak budowa cepa refren to musi robić wrażenie na koncercie. Genialnie zaczyna się też „Amok Run” bardziej klimatycznie, bardziej balladowa, ale ten początek to tylko podpucha. W dalszej części znów można się delektować szybkim i ostrym jak brzytwa graniem. Kolejny killer z zapadającym refrenem czy solówkami. Wypisz, wymaluj Kreator. Niczym nie odstaję też „Destroy what destroys you” dalej mamy tą samo koncepcję, wyeksponowanie chwytliwej melodii, sporo rytmicznych motywów i tym razem bardziej stonowane tempo, ale nie zmienia to faktu, że jest to kolejny killer. Bardzo zapadający refren, zwłaszcza kiedy kwestia „Destroy what destroys you” jest dość często powtarzana. Niczego poza szybkim łojeniem nie otrzymamy w „Redical Resistance”. Ale żebyśmy się rozumieli, dalej są chwytliwe melodie, dalej mamy zapadający refren, nic ulega pogorszeniu. Słuchając albumu nie sposób pominąć genialnego „To the Afterborn”. Tutaj jest mroczny klimat, jest budowanie napięcia i to schodek po schodku. Znów nie obeszło się bez łatwo wpadających w ucho melodii i także rytmicznych linii wokalnych co tutaj przechodzi wszelkie pojęcie. Zaś zamykający „Demon prince” jest kwintesencją muzyki zawartej na tym albumie, a także stylu jaki prezentuje do jakie niegdyś przyzwyczaił nas zespół. Mamy tutaj oczywiście wszystkie patenty z poprzednich utworów, mrok, dynamit i melodie.

Nie potrafię znaleźć na tym albumie jakieś wady, a plusów jest pełno. Mamy równy materiał, nieco przybrudzone brzmienie, znakomitą formę muzyków, genialne pojedynki solówkowe i to takie które zachwycają polotem i melodyjnością, a nie ostrością, mamy zapadające w głowie refreny, a także sporo ostrych pędzących do przodu riffów do jakich przyzwyczaił nas zespół. Jest pewien nowy pomysł na granie, a mianowicie bardziej wyeksponowane melodie i do tego bardziej koncertowy wydźwięk. Jestem na tak i nie obchodzi mnie nic, czy mamy drugi Endless Pain czy Coma of Souls. To nieco inny Kreator i od gustu i uprzedzeń słuchacza zależy czy owy styl jest znakomity czy kiczowaty. Ode mnie nota: 10/10 i na dzień dzisiejszy jeden z z najlepszych albumów Kreator, przynajmniej dla mnie.

piątek, 26 sierpnia 2011

LAST EMPIRE - Heir to the Throne (2009)

Internet jako źródło informacji to dziś zjawisko codzienne, ale nie jest też bez wad. Czasami jest to nie rzetelne źródło, które może wprowadzić w błąd. Dlaczego tak piszę? Bo przejrzałem internet w celu poszerzenia wiedzy na temat amerykańskiego zespołu Last Empire, który gra wg internetu progressive power metal, czyli coś w stylu Symphony X? No i nie pasuje mi to za cholery. Co ja słyszę w muzyce tego zespołu, na ich drugim albumie „Heir To The Throne”? Helstar, Ironsword, Witchking, czy tez Steel Assasin, Virgin Steel. A więc Heavy metal? No jak najbardziej, taki nieco oldschoolowy, taki zakorzeniony w latach 80 i do tego z charyzmatycznym i wyróżniającym się wokalistą Brainem Allanem. Wokalista ma coś z Rippera Owensa, a także coś Cam Pipsa z 3 Inches Of blood i w sumie się nie dziwie, że został zauważony i zatrudniony przez Vicious Rumors. Zespół powstał w 2000 roku i od tamtego czasu wydał 2 albumy. Pierwszy w sumie muzycznie nie odbiega od tego krążka, więc ci co nie słyszeli, a lubią Heir to The Throne mogą śmiało sięgać. Album jak można usłyszeć po brzmienie, produkcji i szacie graficznej, został wydany przez zespół o własnych siłach, bez uzależnienia od wytwórni. Mogłoby się wydawać, że przez to album straci na wartości, na szczęście tak nie jest. Brzmi przez to bardziej surowiej, bardziej oldscholowo, bardziej w stylu lat 80.

Zespół nie traci czasu i od razu serwuje na początek albumu niezły otwieracz „Marked for death”. To jest próba dla słuchacza co sugerują pierwsza słowa: „Listen while you can” No właśnie potrafisz? No bo wielu słuchaczy nie dała rady i wymiękła przez wokal. Najwyraźniej ten sam problem co z Kingiem Diamondem. Słychać wcześniej wspomniane zespoły, choć ja najwięcej słyszę Helstar oraz Sacred steel. Zespół podobnie jak 3 inches of Blood łączy 2 różne wokale. Mamy ten czystszy, a także harsh wokal. Dobrze to brzmi, bardziej agresywniej. Sekcja rytmiczna czasami brzmi niczym ta z NWOBHM. Główny motyw jest agresywny, nawet melodyjny i nie ma tutaj bawienie się w jakieś udziwnienia, jest czysty heavy metal, prosty, agresywny i do tego melodyjny. Zespół nie trzyma się jednej tonacji, jednego motywu, przez co ich muzyka jest atrakcyjna. Może nie znajdziemy tutaj ballady, może nie ma jakiś tam wielkich zróżnicowań, to jednak ma urozmaicony materiał. No bo taki „Secrecy” jest nieco odegrany w wolniejszym tempie, jest bardziej stonowany, jest mniej melodyjny, a bardziej taki mięsisty. Sekcja rytmiczna i skoczne tempo w pewnym momencie, a także partie gitarowe nasuwają wczesny Iron maiden. Utwór brzmi dobrze i tylko dobrze, nie ma już takiego przebicia jak otwieracz. Nie ma takiego motywu jak w otwieraczu, który od razu w padł by do głowy, jest to nieco toporne, ale z drugiej strony zespół nie ułatwił sobie sprawy, nie dał tym razem jakieś chwytliwej melodii, jedynie refren stara się tutaj nadgonić pewne braki, ale niestety nie dosyt pozostał. No to wracamy do poziomu i stylu z otwieracza. „Enemy” to jeden z z najlepszych kawałków na płycie. Tutaj melodie są bardziej wyeksponowane, mamy też bardziej atrakcyjny motyw pod względem melodii, chwytliwości, podobnie jest z refrenem. Nie ma tego męczenia, nie ma toporności, a całość okazale się prezentuje. Na dobre wyszedł ten motyw skoczny tak zalatujący nieco pod Iron maiden. Znów też słychać Helstar. Jednak pośród tego mięsa armatniego można znaleźć też piękną muzykę, w której to gitary elektryczne zastępuje akustyczna, gdzie ostre, wręcz agresywne granie, porzucone na rzecz tego bardziej epickiego, bardziej wzniosłego. Dla mnie taki właśnie jest „The edge Of Doom” który jest dla mnie najlepszą kompozycją na albumie i zarazem najmniej metalową. Ale balladą tego do końca też nie można nazwać, mamy skoczne tempo, mamy też porywający refren. Słychać Virgin Steele, słychać Sacred steele, a także coś z Journeyman Ironów. Piękny kawałek, który pokazał jak grać epicki heavy metal. Gitary elektryczne wracają w „Metal Might” i jest to kolejna jedna z najlepszych kompozycji na albumie. Sekcja rytmiczna, motyw główny może nieco nie odbiegają od tych z pierwszych kompozycji, ale to skoczne tempo i w prosty sposób wyśpiewany refren muszą robić wrażenie. Oprócz takich krótkich killerów, zespół pokusił się o dłuższe kompozycje, na albumie 2 kolosy i pierwszym z nich jest tytułowy „Heir to the throne”. Pytanie jakie od razu się nasuwa, czy zespół grający w jednym rytmie będzie w stanie nas zaciekawić przez 8 minut? Ano tak, zespół przez te 8 minut nie próżnuje, zmienia motywy z szybszych na wolniejsze, bawi się melodiami. Bas i niektóre melodie nasuwają Iron maiden, choć najwięcej jest Virgin steele, czy Helstar, czy też Witchking. Mamy też popis wokalny Allena, gdzie bawi się swoim oryginalnym głosem. Bardzo dobry kolos, jednakże geniuszu nie ma i nie będzie. Jednym z krótszym utworów jest „Summon” i pewnie tutaj nie zaskoczę, ale jest to kolejny jeden z najlepszych utworów na płycie. Tylko że zespół zrobił drobny błąd. Stworzył kopię kawałka „Enemy”. Podobne skoczne tempo, podobny riff. Nieco refren inny i także główna melodia. A tak podobieństw między kawałkami sporo. Powtórka z rozrywki i to bardzo udana. Również na koniec zespół zostawił ciekawą kompozycję, a mianowicie „The falconer”, który jest drugim tak rozbudowanym kawałkiem na albumie. Jest 9 minut i mamy epickość, mamy krew, waleczność, mamy też bogactwo jeśli chodzi o melodie, motywy i wszystko to zostało podane w sposób atrakcyjny. Każda melodia uzupełnia następną. Dobre tempo zostało dobrane, takie w średnim tempie i takie skoczne. Słychać Helstar, Virgin steele, a nawet Ironów. Jeśli chodzi o solówki to tutaj mamy popis umiejętności i dość sporo czasu one zajmują. Dla mnie kolejny killer, który w sposób idealny podsumowuje krążek.

„Heir To The Throne” to dla mnie jeden z tych krążków roku 2009 do których lubię wracać, bo zawiera szczery, czysty, taki nieco oldscholowy heavy metal, zakorzeniony w latach 80. Przede wszystkim brzmi to nawet oryginalnie, nie ma jakiś konkretnych cytatów innych zespołów, nie ma też granie pod kogoś konkretnego. To co wyróżnia Last Empire przed szeregi to nie tylko fakt komponowania bardzo dobrych kompozycji, grania ostrych solówek, ale przede wszystkim charyzmatyczny wokalisty, a także umiejętność stworzenia epickiego klimatu. Jest sporo killerów, a moim numerem jeden pozostał ten najmniej metalowy kawałek „The edge Of Doom” takie kompozycje to rzadkość, dlatego trzeba to posłuchać i docenić. Album bardzo dobry, lecz czy można coś więcej z tego wycisnąć? No jakoś nie bardzo. Ameryki nie odkryli, popularności tez nie zyskają, bo nie są aż tacy znani, a ich krążki nie są tak rozpowszechniane i nie są tak dostępne jak innych zespołów będących pod skrzydłem wytwórni. Ale to jest przykład, że kolejny bardzo dobry zespół, mający potencjał może zginąć w gąszczu tych promowanych i nagłaśnianych przez wytwórnię. Cierpią na tym nie tylko muzycy, ale także słuchacze. Nota: 8.5/10

czwartek, 25 sierpnia 2011

HIGHLORD - The dead of artist (2009)

Są zespoły, które wypada znać choćby z nazwy, gdyż to co prezentuje dany zespół najlepiej przemilczeć. Jak dla mnie takim zespołem jest włoski Highlord grający power metal. Zespół działa na scenie ładnych kilka lat i dorobił się kilku płyt i często jest wymieniany wśród potęg tamtego kraju z tego gatunku muzyki. Potencjał mają i doświadczenie w sumie też, bo zespół został założony w 1996 roku, a pierwszy krążek ukazał się 3 lata później. Ja jednak ciągle staram się do nich przekonać. Moja przygoda z tym zespołem zaczęła się od coveru Helloween, który okazał się na tyle dobry, ze zagłębiałem się potem w dyskografię i dziwne bo to nie jest takie granie jakiego można by się spodziewać. Mam na myśli poziom prezentowanej przez nich muzyki, jest średni i właściwie tak trzymali przez większość albumów. I dopiero album z roku 2009 tj „The Death Of The Artists”, którego tytuł sugerowałby koniec działalności zespołu, ale wciąż zespół jest aktywny i pierwszy raz w szczytowej formie. Muzyka na tym albumie nasuwa na myśl, gdzieś Secret Sphere, gdzieś Rhapsody, a gdzieś nawet Silent Force. Po raz pierwszy w ich muzyce słychać takie wyraźne ślady progresywnego metalu i pierwszy raz płytę wysłuchałem do końca i nawet mi się to spodobało, choć trzeba ustrzec każdego czytelnika. To nie jest jakieś genialne granie, tutaj nie uświadczymy geniuszu, to jest dobre granie, melodyjne i w miarę chwytliwe, a więc coś dla mało wymagających słuchaczy.

Prosty riff, a przede wszystkim melodyjny słychać w otwieraczu „Simple man”, gdzie zespół najwyraźniej wyciągnął wnioski ze wcześniejszych nie powodzeń. Mamy i szybsze fragmenty, ale też i nieco wolniejszych, bardziej nastawionych na klimat. Refren troszkę zalatuje mi pod Stratovarius i Silent Force. Co ciekawe partie klawiszowe, które słychać w tle to Dark Moor ten neoklasyczny, którego można było choćby uświadczyć na „Tarot”. Solówki Stefano Droetto, krótkie bardziej zwarte, bardziej przemyślane, bez zbędnych popisów. Na plus nawet chwytliwy refren, o co było ciężko w kompozycjach tego zespołu. 'Every Thrash of Me” nazwa sugeruje Thrash i w sumie gdzieś tam w riffie jakieś elementy zespół przemycił. Kompozycja nieco ostrzejsza, bardziej progresywna co słychać w klawiszach. Bardzo podoba mi się to skoczne tempo i ten taki obstukany refren, bo gdzieś podobny słyszałem. Każdy znajdzie coś dla siebie, bo jedni usłyszą Sacret Sphere, a inni choćby tak jak ja Stratovarius , co słyszę zwłaszcza w sekcji rytmicznej. Dobra dynamika i chwytliwe melodie i mamy jeden z mocniejszych kompozycji na albumie. „Cantitacle Of Flesh” tutaj jeszcze więcej tego Stratovariusa słychać. W brzmieniu, w melodiach, w wokalu, w klawiszach. Refren zaś podciągnąłbym do Silent Force. Nieco słabsza kompozycja, bo gdzieś tempo nieco siadło, gdzieś zatracili energii po dwóch kompozycjach. Honor utworu ratuje jeden z najlepszych refrenów na płycie, taki nieco bardziej podniosły i mający odpowiednie szybkie tempo. Ogólnie album zdominowały ciepłe i takie nieco lżejsze melodie, nawet bardziej rockowe co słychać w „It takes No Passion” i może nie jest to jakieś genialne, ale to totalne dno też nie. Zwłaszcza warstwa instrumentalna mi się podoba, taka nieco bardziej przemyślana i bez tego silenia się na power metal. Jeden z takich bardziej komercyjnych kawałków na albumie. Jednak lepiej zespół brzmi w takim tytułowym „The death of artist” i tym razem główny motyw, melodie, partie klawiszowe przypominają mi choćby Pegans Mind i Symphony X, za którymi nie przepadam. Jakoś to nie wpłynęło to na moje zdanie o tym utworze. Jest ciekawy motyw, czy riff taki nieco cięższy i zarazem taki bardziej progresywny, ale jest to na swój sposób chwytliwe. Bardzo udane udaje się wpleść tutaj nieco wolniejsze fragmenty. Refren też taki bardziej rockowy, taki chwytliwy i znów szybko wpada to w ucho. Helloween, Stratovarius, Silent Force można usłyszeć w „Dance in a flame” i jest to jedna z takich szybszych petard, jedna z takich która się wybija ponad przeciętność. Mamy szybką pędzącą wręcz sekcję rytmiczna, mamy łatwo w padający w ucho riff, a sam refren też jest przebojowy. Czyżby powrót do poprzedniego stylu? Może i tak, ale w tamtym stylu zespół jakoś nie dał mi takich hiciorów. Solówki wreszcie świadczą o gatunku, w jakim zespół się obraca, bo poprzednie troszkę wprowadzały w błąd. Dobrym kawałkiem jest „The scream” Słychać tutaj neoklasyczne patenty w główny motywie. Jest dobre tempo, jest skoczność i nawet przyjemny dla ucha refren. Dobry rozluźniający kawałek, choć po taki wstępie jaki tutaj mamy należało oczekiwać jednak czegoś więcej. Dobrze też brzmi „Slave of darkness”, gdzie też jest dość ciekawa melodia, jest nieco agresji w momencie zwrotek i dobra sekcja rytmiczna. Dobry melodyjne power metal z chwytliwym refrenem, a tyle dobrych refrenów u tego zespołu w życiu nie uświadczyłem. Całość zamyka nieco nijaki, taki bardziej rockowy „Queen in My pocket”.

To szybki rachunek, plusy? Szata graficzna, brzmienie, które jest takie ciepłe i takie bardziej hard rockowe, forma muzyków w tym wokalisty, niecały 40 minut muzyki, no i same kompozycje takie bardziej przekonujące, są bardziej atrakcyjniejsze, bardziej przebojowe. Minusy? To wciąż rzemieślnicze granie, ale to zespół właśnie prezentuje od początku swojej kariery i nawet progresywne patenty jakoś tego nie zmieniły. Ale coś jednak to wszystko dało. Co takiego? Najlepszy album zespołu Highlord. Nota: 7/10

środa, 24 sierpnia 2011

HERMAN FRANK - Loyal To None (2009)

Czas to czasami jedyny czynnik, który potrafi mieć wpływ na to czy polubi coś czego kiedyś nie lubiliśmy, mam tu na myśli album heavy metalowy. Czas podobno leczy rany. Postanowiłem sprawdzić czy teraz po 2 latach od premiery debiutanckiego krążka zespołu Herman frank i ich debiutanckiego albumu „Loyal To None” zmienię swoje krytyczne nastawienie. Album był dla mnie średnim krążkiem zasługującym co najwyżej na 6/10. Najpierw kilka sprostowań. Herman Frank to nie tylko nazwa zespołu, to tez imię i nazwisko lidera zespołu. Czy komuś coś to mówi? Gitarzysta Accept i Sinner, więc w pewnym sensie człowiek Legenda. Po drugie czy można mówić zatem o debiucie, gdy wśród Hermana mamy Petera Pichla z Running Wild, Stefana Schwarzmana z Helloween,Korkus, czy też znany za sprawą Accept i Running Wild. Zaś za sitkiem mamy Jiotego Parcharidisa znany bliżej z Human Fortress. Czego mamy więcej na albumie? Oczywiście Accept, choć coś z innych rejonów słychać. Tak więc mamy czysty, ostry i niemiecki heavy metal. Okładka jako jeden z niewielu elementów kojarzy się z...Running Wild. Ten znak piratów, do tego jeszcze ten tytuł i można już wszystko prawie poskładać do kupy gdyby nie pewność co do materiału.

Taka ekipa, tacy ludzi, musieli zadbać nie tylko o szatę graficzną,a le tez o brzmienie i słychać że zrobili dobrą robotę. Słuchając otwieracza tj „Moon” można też się domyślać, że z muzyką też nie będzie najgorzej. Oczywiście Accept najbardziej słyszalny. Zwłaszcza ta solówka z początku utworu. Choć dalej, w momencie zwrotek jest już bardziej skocznie, bardziej gitarowo i Accept nieco mniej. Słychać też hard rockowego zacięcie chociażby w refrenie i tym razem coś z Sinner słychać. Pod względem instrumentalny kawałek brzmi dobrze, nawet bardzo dobrze, ale tego można było się spodziewać pod takim składzie, lecz daleko im do totalnego zniszczenia. Solówki bardzo elektryzujące, podobnie jak refren. Jednak brakuje jakiegoś rozpoznawalnego motywu, riffu czy też refrenu. Dobre heavy metalowe łojenie, ale ja wciąż siedzę, jakoś niezbyt poruszony tym co usłyszałem. Klimatu, magii takiej jak na Human Fortress jakoś nie ma. Za to jest więcej heavy metalu spod znaku Accept w „Stars” z tym ze tutaj jest to lepiej podane. Jest dynamit, jest bardziej chwytliwa melodia i bardziej niszczycielski refren. Owa petarda ma też jedne z ciekawszych solówek na albumie. Jednak od czasu do czasu jak choćby w 'Father Buries son” starają się dodać troszkę hard rockowego feelingu, starają się nie urozmaicić swoją muzykę to i tak słychać ten nieco kwadratowy niemiecki heavy metal. Jak na mój słuch refren o wiele ciekawszy niż sama warstwa instrumentalna. Tutaj wokal Jiotego jest bardziej niemiecki i w życiu bym nie pomyślał że to ten Jotie z Human Fortress, gdyby nie informacje związane z tym projektem. Dobry refren nieco ratuję utwór przed totalną kompromitacją. Pomysł z poprzedniego utworu tj pójście w stronę hard rocka zespół rozwija w „Heal me” i tutaj jest mniej Accept, a więcej choćby Whitesnake i może dlatego kawałek jest bardziej atrakcyjny i brzmi o wiele ciekawiej niż te poprzednie mięso armatnie. Dlaczego? Bo tutaj jest trochę magii, jest trochę bardziej ciekawy utwór pod względem melodii, aranżacji i pod względem refrenu. Prawdziwy hicior, który od razu się wyróżnia ponad ten średni, dobry poziom. Też nieco rocken rollowy jest „Hero” i tutaj też nieco ciekawsze rozwiązanie od tego napieprzania byle do przodu i jak najszybciej. Kawałek buja i chwyta w momencie refrenu. W niektórych fragmentach jest nawet trochę bluesa, ale zastrzeżenia mam do riffu. „Kill the King” też nie ma zbyt wiele do czynienia z Accept, a bardziej z Human Fortress, choć refren i chórki to coś w stylu Accept. Refren wydźwięk ma też acceptowy, ale sam riff jest znów bardziej hard rockowy, bardziej bujający, a to w jaki sposób śpiewa Joti można w sumie podpiąć pod Human Fortress. Kolejna mocniejsza kompozycja na albumie. Szybki i do przodu jest „Down to the Valley” i znów mocny heavy metal i taki w stylu U.D.O, czy Accept. Mamy ciekawą melodią, nieco szybsze tempo, a jednak bardziej mnie ciągnie do tego hard rockowego feelingu, którego tutaj nie ma. Tutaj jest dobry heavy metal jakiego pełno. Ciekawszy pod względem aranżacji i samego poziomu grania jest „Lord tonight”. I tak Acceptu jest mniej, i tak więcej jest Human Fortress. I tak jeden z najlepszych kawałków na albumie tóż za Heal me. Nie brakuje energii, nie brakuje też ambitnego refrenu. Accept spotyka Sinner i hard rocka w „Bastards legions” i jest to kolejna przyjazna dla ucha kompozycja. Może nie genialna, ale solidna jak cały album. Skoczny, bujający refren i takiej muzyki powinno być na tym albumie więcej. Bo takie granie Accept jest tutaj co najwyżej dobre, a momentami poniżej pewnego poziomu. A takie granie, jest wesołe, jest skoczne i nie przyprawia o bóle głowy. Czy album jest przewidywalny? Wystarczy zastanowić się: co możemy otrzymać w ostatnim utworze? No robi przegląd szybki poprzednich utworów i czego było więcej? Accept. No i brawo to słychać w „Welcome To Hell” i jest to nawet bardzo dobry kawałek w stylu Accept, z dobrą sekcją rytmiczną i chwytliwym refrenem.


Herman Frank to muzyk, którego styl jest dość rozpoznawalny. Słychać w tej muzyce i coś z Accept i coś z Sinner, i w niektórych momentach Human Fortress, ale najmniej. Co by nie napisać to wszystko się sprowadza do „dobre rzemieślnicze granie heavy metalu pod Accept”. Z dwoma lub trzema przebłyskami geniuszu. Album po tych 2 latach nieco zyskał w moich oczach i uszach, już tak nie męczy i nie zmusza do wyłączenia. To jest dowód że nazwiska, brzmienie nie grają. Poziom dobry i tylko dobry, bo od takich muzyków należy wyciągać czegoś więcej niż średnie granie, jakiego pełno. Bo jeśli już ci starzy zawodzą, to na kogo można teraz liczyć? Ode mnie mocne 7/10 ni więcej ni mniej. Dobrze, że projekt został zamknięty, a Schwarzman i Frank zasili skład odradzającego się Accept.

HEAVENLY - Carpe Diem (2009)

Francuskie promienie Gamma Ray tak się określa francuski zespół Heavenly, który gra melodyjny power metal. Tak więc fani Gamma Ray, Freedom Call, Helloween mogą sięgać po każdy album tego zespołu. No właśnie każdy? A co z ostatnim „Carpe Diem” z 2009 roku? No fani już go dawno temu zaorali, a jako szperacz dziury w całym postanowiłem puścić nieco światła na owy album, którego okrytą złą sławą. Czego mogli fani nie polubić na nowy krążku? Pewnie komercyjnego wydźwięku i odejście od typowego power metalu, gdzie klawisze odgrywały znaczącą rolę na rzecz melodyjnego heavy metalu, gdzie jest domieszka power metalu, ale też rocka, hard rocka rodem z Queen. Czyżby Francuzów dotknęła podobna sytuacja co Edguy? Jeszcze jakieś zmiany? No cóż wymienić należy okładkę, która jakoś bardziej kojarzy mi się z Dark Moor niż z Heavenly. No i dość ciekawym zjawiskiem jest skrócenie materiału. Zespół był mi do tej pory znany jako zespół pełen pomysłów, który potrzebuje minimum godzinę czasu, do wyłożeniu wszystkiego, tym razem mamy tylko 45 minut muzyki. Oczywiście cały materiał skomponował lider Benjamin Sotto. Muzycznie zespół obniżył loty, gdyż nie ma takiego szaleństwa i ciężaru co na „Virus”. Powiem więcej to jest najłagodniejszy album tego zespołu, czy zły to już chyba kwestia gustu.

Jeśli się lubi „Tinnitus sanctus” Edguy'a to i się polubi owy album. Dlaczego? Posłuchajcie „Carpe Diem” i „Ministry of saints” i co słychać podobieństwo w refrenie, w riffie i w partii gitarowej podczas refrenu? Jak nie to marsz do laryngologa. Jest wolniejsze tempo, bardziej słychać melodyjny metal z domieszką hard rocka, niż power metal. Klawisze, które zawsze były bardzo wyraźne tym razem bardziej schowane, za partiami gitarowymi i za wokalem Sotto, który tutaj może i śpiewa pod Kai Hansena, zwłaszcza w niższych rejestrach, aczkolwiek podobieństw za wiele nie ma. Ale skoro jesteśmy przy liderze Gamma Ray, czy słychać promienistych? Ano nie i owo przyklejanie im owego miana staje się być nieco naciągane. Dobry luzacki kawałek, który jest taki przebojowy i tutaj chyba o to chodzi. Nie liczy się ciężar i szybkość, i no refreny i chwytliwość, a więc przebojowość, a tego temu utworowi nie można odmówić. Bardziej w stylu francuzów jest „Lost in Your Eyes” , który ma odpowiedni potencjał, ma owy styl z wysuniętymi klawiszami i z tą szybkością i skocznością. Jednak słychać to złagodzenie, ten słodszy wydźwięk i na stawienie na przebój. No bo jak inaczej nazwać ten niebiański refren, który może nieco romantyczny, może nieco słodki, ale chwyta od razu i nie puszcza. Tym razem słychać coś z Gamma Ray w gitarach, coś w konstrukcji samego albumu i nawet refren taki znajomy. Wspominałem na początku i nie raz jeszcze wspomnę, że ten album momentami brzmi jak Queen i to słychać w poszczególnych partiach gitarowych czy melodiach. Najlepszym tego przykładem jest ballada „Farawell”. Czyżby próba stworzenie drugiego Bohemian Rhapsody i muszę przyznać, że wiele nie brakło. Podobny podkład emocjonalny, podobne rozwiązania, a więc spokojne wejście, pianino i ciepły wokal Sotto pod Merkurego i szybsze granie w środku, do tego solówki które gdzieś kiedyś słyszałem przy kawałkach Queen. No i może nie jest to czego fani oczekiwali, ale podoba mi się podejście zespołu do muzyki i do takiego rozwiązania. Nie zawsze wolno, oznacza słabo i to jest tego przykład. Z tego albumu, praktycznie każdy utwór by się nadawał do promocji, ale wybrano „Fullmoon”, który ma może popowy wydźwięk, ale nie brakuje mu energii, nie brakuje chwytliwości co słychać w refrenie, ale kawałek bardziej ma zaloty do hard rocka z klawiszami, nawet solówki nie starają się tego zmienić. Hard rock, czy nie i tak kompozycja mi się podoba i co mi możecie mi zrobić? Ledwie wyszliśmy z rejonów Queen i znów w nie wracamy w „A better me”. Podobny patent co w poprzednim tego typu utworze. Tym razem nie brakuje emocji, ale zespół tutaj w dość ciekawy sposób zinterpretował styl Queen dodając nieco własnych patentów w postaci szybszych motywów i nieco ciekawych przeplatających się motywów w tym refren taki w ich stylu. Ale wokal, melodie i pianino, no i solówki, czy też chórki to wypisz, wymaluj Queen, dla wielu pewnie zdrada własnego stylu. Ale kupuje to ich granie pod Queen. Nawet Kai Hansen na Heading For Tommorow grał momentami pod Queen i jakoś wyszło mu to na dobre. Najdłuższa kompozycja na albumie i jedna z tych najbardziej podniosłych, mająca zaloty nawet pod metal operę. Szukacie punktów stycznych z Gamma Ray? Najwięcej ich jest na najostrzejszym kawałku czyli na „Ashen Paradise”. Dobra początek może i symfoniczny, ale to mi się kojarzy z intrem do „New world Order” i ta melodia i to w jaki sposób wyśpiewywane są słowa, no istne kopiuj wklej. Dalej krzyk Sotto to prawie okrzyk jak u Kai'a wystarczy się przysłuchać uważnie. Jasne, że może wydźwięk jest może nieco słodszy, nieco tutaj lżej. Ale sekcja rytmiczna i riff to wypisz, wymaluj Gamma Ray. Nawet te przejścia i zmiany motywów to Gamma Ray. Skojarzeń innych nie ma się także przy solówkach. No a ten motyw :
„Ride up and break the spell
The reign of terror
Victims of witchcraft
(and several) reasons to die for
(united) nations soldiers screaming loud
Reach for a better future
Just fight to rule then
Fight to rule them all”
to kopia z „Razorblade Sigh Gamma Ray i tego motywu:
„Tires are burning on the way through hell
Fallen angel set me free
Wheels are turning, take me far below
Holding out my hands in victory
”.
Nie wierzących zapraszam do porównania obu motywów. Jest to jeden z najlepszych utworów na płycie i w dodatku najbardziej w stylu Gamma Ray. Tak blisko GR zespół jeszcze nie był i słuchając tego kawałka można zgodzić z tym mianem 'francuskich promieni gamma”. Lecz takich utworów na tym albumie jest nie wiele i właściwie ten jeden jest taki wyraźny. Średniej klasy jest „Face of Truth” gdzie znów więcej heavy metalu, więcej kombinowania niż prostego grania. Ciekawa jest tylko melodia, który jest głównym motywem utworu. Ciekawym zabiegiem jest 'Ode to joy' hymn który by długo hymnen Unii Europejskiej i właściwie kawałek na początku kojarzy mi się z wykonaniem Ritchiego Blackmora z Rainbow i nie wiele ten kawałek ma wspólnego z tamtym utworem. Tam była gracja, była sztuka. A tutaj słychać coś z Queen, słychać Helloween, i zaraz za nimi Gamma Ray, Freedom Call. Mieszanka zabójcza to też utwór zaliczam do jednych z najlepszych na płycie. Mamy styl zespołu z pierwszych płyt, jest szybkość, jest melodyjność i chwytliwość. Również coś ze starego stylu słychać w „Save Our Souls” gdzie solówki mają lekkie zacięcie neoklasyczne, a cały utwór zaś tkwi gdzieś pomiędzy power metalem i pop rockiem. Może nie jest to genialny kawałek, ale jest chwytliwy, bardzo melodyjny i jest to kolejny przebój na tym albumie.

No płyta może inna niż poprzednie, łagodniejsza, bardziej rocka, bardziej przebojowa, co za tym idzie bardziej komercyjna. Ale czy zawsze się liczy ilość ofiar, ilość zniszczonych obiektów? Ano nie, czasami potrzebna jest muzyka do odprężenia, do relaksu przy łagodnych, wręcz anielskich melodiach, a takie mi dostarcza ten album. Nie ma tutaj ciężaru, agresji co na Virus, nie ma też tej szybkości, tej dynamiki co na Dust to Dust, ale album jest od początku do końca wypełniony przebojami. Jest urozmaicenie; bo są szybkie petardy pod Gamme Ray, jest wolno i emocjonalnie niczym w balladach Queen, jest tez podniośle niczym w Edguy. Płyta nie jest przełomowa, ani też nic nie wnosi do zespołu, ale pokazuje że można grać atrakcyjny, melodyjny no właśnie power metal? Raczej nie. Melodyjny heavy Metal z domieszką hard rocka i power metalu, czyli coś jak ostatnie albumy Edguy. Tak więc zdania są podzielone i najlepiej samemu posłuchać i ocenić. Nota: 8.5/10

TRICK OR TREAT - Tin Soldiers (2009)

Mówi się że wśród power metalu Edguy ma nie poważny wizerunek i często jest określany jako taki komiczny i wesoły metal. W takim razie jak określić włoski Trick or Treat. Jak w ogóle można nazwać zespół „cukierek albo psikus”?No chyba że się jest zakochanym w niemieckim Helloween i erze Keeper of the seven keys. Wtedy wszystko zaczyna mieć sens. Bo mamy skojarzenie z światem Helloween i do tego słowo „cukier” jest tutaj słowem kluczem. Zespół chce być drugim Helloween i nic dziwnego. Zespół brzmi i to dosłownie jak Helloween. Mamy wesołe i jak dla mnie zbyt wesołe i takie dziecięce teksty. Ich wizerunek i muzyka jest kiczem i jest mało poważna i zbyt wesoła. Jasne w Helloween i takie humoru nie brakowało, ale był on w małej dawce, a tutaj w tym zespole wręcz dominuje. Zespół swoją karierę zaczynał od grania coverów Helloween, dowodem może być pierwszy album live, gdzie są covery Helloween, potem na debiucie grali swój materiał,a le też zakorzeniony bardzo w Helloween. Drugi album „Tin Soldiers” ukazał się w 2009 roku i to jest dowód na to, że numer 1 jeśli chodzi o kicz, słodkość i wesołkowatość jest Trick or Treat, będący marną kopią Helloween. Nie zrozumcie mnie, naśladowców Helloween nie brakuje i wciąż jest na topie kopiowanie, bądź granie pod ich największe albumy, ale uważam że tylko Insania stockholm zrobiła to w sposób właściwy i jako jedyna zbliżyła się przynajmniej do poziomu „Keeper of The seven Keys” bo to co gra włoski zespół, brzmi nieco jak parodia i jedynie co można im pogratulować to drugiego Kiske czyli Aleksandro Coti. Skoro mowa już o Kiske, czy nie jest ironiczne to że sam Kiske wziął udział w tym graniu pod Helloween z jego okresu? No ale tak to prawda Micheal jest honorowym gościem. Oprócz niego mamy też wokalistę Vision Divine – Michele Luppi.

Radość i kicz doskwiera już od samego początku. Intro w postaci „A night in the Toyshop” nasuwa mi film „laleczka Chucky”, ale muzycznie nie odbiega to od intr Helloween z obu części „Keeper of the seven keys”. Zaskoczenia nie ma dalej. Bo o to ma utwór będący zagrany na wzór „Eagle Fly free” no i podobny riff słychać w „Paper dragon”. Podobna dynamika, podobna sekcja rytmiczna i nawet refren ma podobny wydźwięk i jest również bardzo podniosły. Ale daleko mu do pierwowzoru. Jest to dobre, melodyjne granie, bez jakiegoś polotu, bez jakieś świeżości. Ot co pokazanie, że potrafią grać pod Helloween. Solówki były ostoją Helloween, a tutaj są co najwyżej dobre zresztą jak inne kwestie w tym kawałku. Utwór dobry, ale daleko od totalnego zniszczenia. Żeby nie było jest to jedyny kawałek, który jako tako w całości mi się podoba. Słodko i kiczowato jest dalej. Słychać to w kolejnej kompozycji tj „Take your Chance” gdzie mamy gościnny występ Luppiego. Riff totalnie skopany. Nie ma ani energii, ani melodii, które by się podobały. Zespół nie radzi sobie ze średnim tempem i słychać to. W szybkości da się pewne wady zatuszować. Tym razem wszystko mamy jak na dłoni. Średniej klasy partie gitarowe, wręcz nie słuchalne. Chaos w sekcji rytmicznej i nic się tutaj nie trzyma kupy. Każdy muzyk gra dla siebie, nie ma porozumienia. Gdzie te chwytliwe refreny? No tutaj tego nie ma. „Freedom” no jest szybki, bardzo dynamiczny i taki Trick or treat jest bardziej słuchalny, choć też daleko od genialności. Wtórność w muzyce tego zespołu sprawia, że zamiast słuchać melodii, refrenu i tupać w rytm perkusji, zastanawiamy się z jakiego utworu Hellowen tym razem zrzynają. Dobry power metalowy kawałek z dozą energii i z nieco ciekawszymi ( w końcu) solówkami. W sumie można było się spodziewać w jakich kawałkach zaśpiewa Kiske. On lubi wolniejsze kompozycje, co można było usłyszeć choćby na Revolution Renaissance. No i to mamy „Full Moon” który jest średnią tego co można było usłyszeć w całej karierze Kiske pod odejściu od Helloween. Kawałek bardziej rockowy, bardziej stonowany i znów beznadziejna warstwa instrumentalna. Kiske stara się odwrócić naszą uwagę, ale na próżno. Nie wiem co jest gorsze ten smutny riff i te melodie czy popowy refren? Znów szybszy jest „Elevator to the sky” ale znów są średniej klasy melodie i mało przekonujący refren. Tak jak szybko w pada w ucho tak szybko wylatuje. Nieco lepiej brzmi „Loser Song”. Początek brzmi jak tribute to Queen. Kawałek wesoły, ale tym razem skoczny, bardziej rockowy i nieco inny od tych szybkich galopad. Jednak melodie i gitary oraz wokal przypominają nam że to kopia Helloween. No i znów nieco ciekawszy moment na płycie.'Tears Against Your Smile” ballada i Kiske, nie jest to „Tales that wasnt right” ale nawet nawet to jakoś brzmi. Dużo ratuje refren, taki nieco cieplejszy i mniej słodki. „Final Destination” to kolejna szybka petarda. Ujdzie, ale to taka średnia krajowa. Nic szczególnego, ale ma dobrą dynamikę i jakoś energię. Szkoda tylko, ze nie wiele się wynosi z tego kawałka. Ja do dziś pamiętam, tylko było szybko i melodyjnie. Ci którzy wytrzymali do tego momentu mogą śmiało się domyślić, co można oczekiwać po tytułowym „Tin Soldiers” kolejne nijakie granie, kolejny chaotyczny kawałek, gdzie każdy sobie rzepkę skrobie i nie ma pracy zespołowej, ale i to nawet by im nie pomogło.

Tak jak kocham Helloween, tak jak kocham Keeper of the seven Keys, tak nienawidzę Trick Or Treat tutaj nawet nie chodzi o to w jakiej tematyce się obracają. Tutaj nawet nie chodzi o wtórność, czy te tony cukru. Najgorzej przeboleć te melodie, refreny i ogólnie same kompozycje. Jasne można grać wtórnie i to jeszcze pod Helloween. Trzeba jednak mieć pomysły na motywy, na melodie , an refreny, a włosi nie mają. Chcą grać pod swoich bohaterów z dzieciństwa, ale nie wychodzi im. Mają gdzieś tam jakiś pomysł na granie, na tematykę i cały wizerunek, ale to wszystko. Ich muzyka dla mnie jest nie porozumieniem i przykładem jak nie grać Power Metal. To jest parodia Helloween, gdzie dominuje humor, kicz, chaotyczne granie i średniej klasy kompozycje. Szukacie czegoś w stylu Helloween i „Keeper of the seven Keys”? No to odsyłam do Insania Stockholm, który jest dowodem że można grac pod konkretny zespół i album, i do tego z pewną dozą pomysłowości i polotem, czego nie słychać w muzyce Trick or Treat. Nota: 3/10 Żenada i odradzam, bo można być z szokowanym jak muzyka w stylu Helloween może być nie atrakcyjna.

SAVAGE BLADE - We are the hammer (2009)

„We are The hammer” czyżby tytuł nowego albumu Manowar?Nie choć tytuł bardzo bojowy, to jednak jest to tytuł albumu pewnej kapeli z kanady, która się zwie Savage Blade. Nazwa też bojowa i można, a nawet należy dodać że to debiutancki krążek tej grupy. Zespół został założony z inicjatywy Erica Hoodicoffa, Chrisa Randa, Chrisa Killeena, Marca Hamelina i byłego wokalisty -Mormon Nikko Forsberga w 2008 roku. I rok zespół przygotowywał album i to co zawiera owy album to tradycyjny heavy metal z domieszką NWOBHM, to też często spotykanym tagiem do muzyki prezentowanej muzyki przez ten zespół jest NWOTHM. Jakie wpływy można usłyszeć w ich muzyce? No choćby: Saxon, Manowar, Judas Priest, Scorpions, Dio, Blitzkrieg, Overkill, Accept, Anthrax, Metallica,Mercyful Fate. Zespół ma potencjał, ale całościowo nie zachwyca owy album, są niedociągnięcia, a plusach ciężko tutaj mówić.

Zacznijmy od jednego z najważniejszych – wokalisty Nikko Forsberga, który śpiewa niczym Dave Mustain'a z Megadeth. Nie można też pominąć dobrej produkcji, której dokonał sam zespół przy pomocy Andiego Chuta. Jednak to same kompozycje psują cały efekt, bo utwory skomponowane przez Erica Hoodicoffa, Chrisa Randa & Nikko Forsberga są raz bardzo dobre, a raz średnie i to właśnie różnorodny poziom samych kompozycji przedkłada się że album nie jest do końca równy.
No to przyjrzyjmy się owym utworom. No więc taki otwierający „We are the Hammer” jest najlepsza kompozycją na albumie. Taki energiczny kawałek, gdzie w riffie słychać wiele kapel, od tradycyjnych po te thrashmetalowe. Riff jednak najbardziej skojarzył mi się z Scorpions i ze starym Anthrax. Kawałek ma skoczne tempo i do tego łatwo w padający w ucho refren. Ogólnie taki heavy metal w wykonaniu tego zespołu, to duża dawka energii, niestety dalej będzie z tym różnie. No bo co można napisać o takim „Night of Blade”? Że ma wyraźne wpływy NWOBHM, że gdzieś w tle słychać Saxon, czy też Scorpions. Najlepiej wypada riff, choć jest co najwyżej średni. Jakieś to smętne i nijakie. Mamy mało porywający riff, ale refren tez nie wiele mu odstępuje. Może miało być urozmaicenie, a wyszła kicha z tego. Podobne wpływy można usłyszeć w kolejnym bardzo dobrym kawałku - „Merlin” i tutaj mamy to granie, które mnie zauroczyło z pierwszej kompozycji. Energiczny heavy metal osadzony w brytyjskim graniu z lat 80-82, a także w thrash metalu. Zespół to umiejętnie łączy, a takim pomostem między dwoma gatunkami jest wokalista Nikko, będący drugim Davem Mustainem. W tym kawałku wokalista pokazuje klasę i swoje nie przeciętne umiejętności i to że to on tutaj rządzi. Mamy tutaj dynamikę i szybkie tempo, ale nie brakuje takich zwolnień i motywów Megadeth. Skoczne tempo bardzo fajnie buja i tego oczekuje od ich muzyki. Oprócz szybkich, skocznych kawałków, mamy też rozbudowane i bardziej łagodniejsze kawałki, gdzie postawiono na nastrój i emocje. To słychać w „Willow Run” 6 minut i ma się nieco dość tego rzemieślniczego grania. Bardzo w stylu Scorpionsów brzmi za to „In the Eye of Storm”. Mamy riff odegrany z miłością do Niemieckiego dinozaura Hard Rocka. Jest to dość ciekawa kompozycja, bo oprócz dobrego riffu, mamy też drapieżny i bardzo koncertowy refren i znów można mówić o jednym z mocniejszych punktów na albumie. Saxon i NWOBHM słychać znowu w „Stallions of The Highway” i kto by pomyślał, że to nagrano w 2009roku? Jak dla mnie brzmi jak wyjęty po prostu z ery lat 80.Bardzo rytmiczny riff i taki naprawdę bujający. Chce się tupać nóżką w rytm perkusji i robić headbanging, a to już świadczy o samej kompozycji. No i ten refren, no klasa sama w sobie i mamy darmową podróż do przeszłości. Ryk harleya i smak wolności można poczuć w „Silver Ghost” i w podobnej stylizacji i z podobnymi skojarzeniami został zagrany kawałek. Jeden z krótszych kawałków na albumie i również ma energię w sobie co poprzednie utwory. Riff taki prosty, ale wciąż takie riffy potrafią zauroczyć słuchacza. No i tak grają debiutanci, coś nie prawdopodobnego, bo brzmi jakby to nagrał jakiś stary wyjadacz z ery NWOBHM. No i znów powrót do Scorpionsów w riffie „Crowfoot” i tym razem też nawet przyjemny kawałek utrzymany w wolnym tempie. Niedosyt pozostawia riff jak główny motyw, bo jest tylko średni i bez jakiś fajerwerków tym razem, zresztą refren też tylko dobry. Za najdłuższą kompozycję liczącą sobie ponad 7 minut robi na albumie „Magic Of the Night” i nie powiem mamy tutaj nieco ambitniejsze granie, choć dalej zakorzenione w NWOBHM. Kawałek utrzymany w średnim tempie z ciekawym motywem i z chwytliwym refrenem. Mamy tutaj sporo interesujących melodii i w sumie mogło być gorzej. Słabszym momentem na albumie jest „The eagle is stranded”, gdzie początkowy motyw jakiś taki nie trafiony i jedynie końcowa faza jest w miarę ciekawa. Całość zamyka przepiękny instrumentalny kawałek w postaci „Opus of fire”, który zarazem jest najkrótszą kompozycją na albumie.

Minęło 50 minut muzyki i lekki nie dosyt pozostaje, bo pomysł i potencjał zespół ma, ma odpowiednich ludzi, do tego utalentowanych, ale problem leży wśród samych kompozycji. Bo mamy killery, bardzo dobre kompozycje, ale mamy też słabsze momenty. Jednak album się broni, bo zawiera muzykę opartą o stare patenty, wzorowaną na zespołach grających w latach 80 i nie jest to takie badziewne jak mogłoby się wydawać. Jest to dobra muzyka i nic ponadto, bo czegoś brakuje w poszczególnych kompozycjach, brakuje kropki nad i, brakuje magii, brakuje totalnie niszczących motywów. Muzyka przyjazna dla ucha i relaksująca będąca darmową podróżą w przeszłość. Największym odkryciem jednak dla mnie jest sam wokalista i życzę mu jak najlepiej, żeby tylko gdzieś nie przepadł. Ode mnie mocne 7/10

wtorek, 23 sierpnia 2011

HAZY HAMLET - Forging metal (2009)

Mały quiz : wpływy owego zespołu to Grave Digger, Running Wild, Iron Maiden, Judas Priest, DIO, Accept, Sabaton, nazwa zespołu Hazy Hamlet, skąd zespół pochodzi? Sądząc po powyższym zestawie można powiedzieć, jedno Europa. Tutaj was zaskoczę, bo zespół wywodzi się z ameryki Południowej, ach znowu ta Brazylia. Nigdy jakoś nie byłem wielbicielem owego kraju ale czasami można trafić na jakąś perłę jak choćby Hellish war. Tym razem zespół założony w 1999 roku, ale swój debiutancki album „Forging metal” wydali praktycznie 10 lat później. Muzycznie to im bliżej do rodzimego Dragonheart Bo mamy do czynienia z Heavy metalem i to klasycznym, wyjętym niczym z lat 80, a nie z power metalem. Zespół gra odważnie, grają to co im się żywotnie podoba, nikt nimi nie kierują , są samo wystarczalni i też sami wydali ów album. Słychać to przede wszystkim w brzmieniu, ale przecież wiele płyt z lat 80 nie miało lepszego brzmienia,a i tak był to najlepszy okres dla tej muzyki. Zespół prócz dobrze skomponowanego materiału,a także właściwych inspiracji, które jak najbardziej mi odpowiadają, mają też wyjątkowego wokalistę. Na czym polega jego wyjątkowość? Koleś ma trochę z operowego wokalisty i gdy tak się go słucha, to nasuwają się takie kapele jak Sabaton, Grave Digger, choć mi on się najbardziej skojarzył z Atillą z Powerwolf. Zespół nie bawi się w bycie oryginalnym, grają ostry niczym brzytwa heavy metal, gdzie nie brakuje walecznych, zagrzewających do walki refrenów.

Śmieszne ale intro w postaci „The beginning of the End part 1” słyszę coś Blind Guardian, coś z grave Digger i coś z Running Wild. Nie ma tutaj instrumentalnej szarzy, nie ma też jakieś imponującej melodii. Jest za to epicki klimat, jest groza, jest też mrok. Robi się ciekawie, czyż nie. Kolejna kompozycja zaczyna się od razu z marszu. "The Beginning of the End part II" i mamy operowego wokalistę śpiewający w podobnym stylu do Atilli z Powerwolf. Chórki brzmią nawet pod wilkołaków. Tempo i w jaki sposób leci kawałek, tez można podciągnąć pod tą kapelę. Zaś riffy, brzmienie, cała ta parada gitarowa bardziej brzmi klasycznie. Grave Digger, Running Wild, Accept, czy też coś z młodszych zespołów Lonewolf. Słychać tutaj dobrą robotę muzyków. Ciężko w dzisiejszym nowoczesnym świeci o stary porządny true Heavy Metal, gdzie liczy się tylko muzyka i chwalenie metalu. Solówki i melodie nasuwają mi Running Wild, podobny styl i podobna finezja. Refren iście zagrzewający do walki, coś z Powerwolf , coś z Runnign Wild, choć znajdą się też inne formacje. Brzmienie może i nieco mało przekonujące, ale tylko w takim brzmieniu to wszystko nabiera uroku, jest nieco surowiej, jest taki nieco brudne, ale czy ktoś mówił przy wojnie można zachować czyste rączki? Nie brakuje na albumie prawdziwych petard takich z rodem Running Wild, czy Sabaton, czego dowodem jest „Black Masquerade”. Jest drapieżnie, jest tez melodyjnie. To w jaki riffy i poszczególne partie gitarowe brzmią to od razu przypomina się Running Wild. Choć główny melodia jak się przewija się przez cały kawałek mogłaby się odnaleźć na albumie Sabaton. Zespół nie tylko sobie radzi na polu bitwy, gdzie wygrywane są solówki. Ale również gdzie trzeba dać więcej bojowego okrzyku, a ten tutaj jest genialny. Takich chórków bojowych dawno nie słyszałem. Nie ma czasu na ballady, tutaj killer goni killer. Tak o to mamy „Metal revolution” i nawet tutaj jest heavy metal bardzo czysty, taki nie skażony, taki klasyczny i taki bojowy, czyli taki jaki być powinien. Mamy tutaj surowy i bardzo melodyjny riff, który mógłby zdobić nie jeden ze starszych albumów Accept. Świetnie zespół bawi się tempem i melodiami. Nawet refren jest idealnie dopasowany do melodii. Całość buja, bo jakże inaczej. Solówki może i krótkie, ale w nich emocji, ileż pasji. Również wokalista, daje upust swoim uczuciom i nie jest to zwykły wokalista, bo to jest wokalista, który swoim głosem wyraża uczucia. Motyw z „Fields of Cross” przypomniał mi Metalforce, zaś refren Hammerfall i ogólnie jest bardziej melancholijna, bardziej uczuciowa kompozycja, choć i tutaj nie zapomniano o sile, energii, która towarzyszy nam od początku. Więcej Running Wild słychać w „Funeral of Viking” no i ta melodia, te gitary i wszystko jasne. Choć nie do końca, jest lekki zgrzyt przy refrenie. Na szczęście bojowe okrzyki potrafią odwrócić naszą uwagę, choć nie da się zapomnieć tej wpadki. Zniszczenie niesie ze sobą kolejny taki killer na płycie „Chrome heart” tutaj jest i bojowo, jest też podniośle w refrenie, a skoczne tempo jest z kolei bardzo bujające. No i słychać, że i poziom zespół stara się trzymać bardzo równy. W podobnej koncepcji utrzymany jest „Chariot of thor” choć tym razem bardziej wyeksponowane są melodie, a refren iście operowy. A te wyśpiewywane przez chórek „łoo łooo” robi wrażenie. Troszkę starego Judas priest, troszkę Accept słychać w tytułowym „Forging Metal”. Taki właśnie nieco stonowany, odegrany w średnim tempie riff, który brzmi jak zalot pod wcześniej wspomniane zespoły. Zastrzeżenia mam, bo główny motyw jednak nie niszczy. Rzemieślniczo, ale na poziomie. Znów gdzieś w refrenie daje o sobie znać Hammerfall. I jaka duma emanuje z tego zespołu, kiedy śpiewają „Metal!” Łzy, pot, krew, stal i duch walki i epicki klimat dają o sobie znać w bojowym „The Faces of Illusion” i jest to najbardziej rozbudowana i najbardziej dopieszczona kompozycja na albumie. Czasami człowiek słucha takich epickich zespołów, ale mało któremu bandowi udaje się uzyskać taki klimat, takie epickie melodie. Tutaj ma się wrażenie bycia gdzieś na polu bitwy. Posępne tempo i melodie z rodem z Dio, czy Black Sababth jak najbardziej dają o sobie znać, zwłaszcza w klawiszach. Oczywiście łatwo tez doszukać się Manowar i innych walecznych formacji. Zespół tutaj jednak przedstawia różne twarze. Bo jest też agresja, szybsze tempo, jest też pazur i dynamit. Muzyka pełna uczuć. Piękne zakończenie albumu.

Jedną z cech, która się przedłożyła na taki anie inny efekt jest równy poziom kompozycji. Jasne gdzieś jakieś luki, potknięcia można wytknąć w poszczególnych kompozycjach, ale całościowo jest bardzo dobrze. Jest bojowo i jest chwalenie metalu i w to najlepszy możliwy sposób. Można się przyczepić, że nie ma zbytnio urozmaicenia, że wszystko jest utrzymane w jednej tonacji, że wokalista operowy, a to że brzmienie nie doskonałe, a to że granie nieco takie oldscholowe. Jednak gdy słucha się takiej bojowej muzyki, to mniejsze znaczenie odgrywa jak to brzmi, melodie, czy też wokal, liczy się zagrzanie do walki, liczy się duch wojownika i to że muzyka zachęca do sięgnięcia po miecz i do założenia po raz któryś raz zbroi, choć lata swojej waleczności mamy za sobą, choć już tak się nie chce. Ale ta muzyka jest szczera, jest ekspresyjna i bojowa, ale taki powinien być true Heavy metal, który nie zabiera jeńców. Jeden z ciekawszych debiutów roku 2009. Nota: 8.5/10

IRON FIRE - To The grave (2009)

Nie czerpię zbytnio rutyny w zespołach grających heavy/ power metal, a ta najbardziej dała mi się we znaki przy płytach Iron Fire. Już przy „Blade of Triumph” miałem wrażenie, że zespół nie jest w formie i płyta brzmi tak jak poprzednia. Power Metal i to średnich lotów. Ani kompozycje nie zachwycały, ani melodie. Ale zespół pomyślał i postanowił coś z tym fantem zrobić. Odrodzony iron Fire miał potencjał, miał szanse na coś lepszego niż owe Blade of Triumph a stać ich na to było. Na kolejny album przyszło czekać 2 lata czyli norma zachowana. A „To the Grave” to drobne zmiany w postaci jednej dominialnej gitary, przemyślane nad komponowaniem, no i brzmienie tym razem cięższe i bardziej dopracowane. Ale to wciąż Iron Fire, to wciąż power metal, choć tym razem z domieszką heavy metalu, to wciąż tematyka fantasy, bojowo rycerska, to wciąż sławienie heavy metalu. Do momentu przesłuchania owego albumu debiut był moim ulubionym albumem Iron Fire, ale po tym jak usłyszałem „To the grave” mam do dziś innego faworyta wśród dyskografii Iron Fire.

Już samo wejście do „The Beast From The Blackness” jest bardzo melodyjne i do tego mamy wsparcie klawiszowe. Gitarowa rytmika nieco przypomina mi Stormwarrior i nieco Gamma Ray. Dobre, szybkie tempo, drapieżne tempo, chwytliwe melodie i ogólnie kompozycja jest zapadająca w głowie. Mamy hymnowy wręcz refren i słychać że zespół nieco dłużej posiedział nad komponowanie, nie ma już takiej monotonności. Są zwolnienia, przyspieszenia, są mroczne chórki i jest dobra rytmika. Niczym nie ustępuje jeden z najlepszych kawałków na albumie tj „Kill for metal” i tytuł bardzo Manowarowy, na szczęście słychać tutaj nieco inne zespoły. Jak na moje ucho słychać tutaj przebojowość i podobne podejście do utworów jakie mają Bloodbound, czy choćby Skanners. Mamy w końcu niszczący obiekty motyw, mamy w końcu jakiś porywający riff, a o to ciężko ostatnio było jeśli chodzi o Iron Fire. Zawsze słuchałem ich dokonań nie tyle dla średnich gitarowych partii, lecz dla znakomitego Martina Steene' a. To jest wokalista naprawdę wyrazisty i do tego dobrze wyszkolony technicznie. To jest coś jak z Metallium- genialny wokalista w średnim zespole. W owym kawałku nie brakuje dobrze brzmiących solówek i atrakcyjnych melodii. Nie często się słyszy takie hymny chwalące heavy Metal. Świetny refren i mamy pierwszy killer. Coś z Wizard, coś z Manowar słychać w „The demon Master”, który też zaliczam do moich ulubionych songów na krążku. Taki prosty refren opanował mnie od samego początku, a Martin jeszcze w tym pomaga. Równie prosty co refren jest riff. Nie ma tutaj kombinowanie i chęć bycia nowoczesnym. Tak mało ambitne, może i dla niektórych rzemiosło, ale za to bardzo dobre i miłe w odsłuchu, a przecież w muzyce liczy się nie tylko przejście do innego świata, czasem potrzebny jest relaks i odrobina szaleństwa, a ten album i te kompozycje to dostarczają. Nieco mniej atrakcyjny jest „Cover The sun”, gdzie ciężar jest pierwszorzędny, nie ma ani jakieś chwytliwej melodii, tempo też nieco osiadło. Na tym nie koniec, mamy też nieco mniej interesujący refren. Jest agresywny i pasuje do całości, ale mi nie pasuje do końca, stąd lekki niedosyt. Czasami jest ciężko odróżnić poszczególne kompozycje, bo podobne tempa, nieco podobne riffy i czasami tylko refreny pozwalają odróżnić poszczególny utwór od reszty. Tak chociażby jest z tytułowym „To The grave” gdyby nie ten nieco inny refren to ciężko byłoby go odróżnić od reszty. Refren jest tu taj przyjemny dla ucha i to on praktycznie wyciąga kawałek na wyżyny, szkoda że riff i partie gitarowe są momentami takie toporne, wręcz kwadratowe. Bardziej mnie ciągnie do takich hymnów jak „Marching of the Immortals”, bo jest to przebojowe, zagrane z pewną doża luzactwa, gdzie ciężar i toporne granie zostało przyćmione melodiami, taki prostymi ale bardzo chwytliwymi, a także takim bardzo true metalowym refrenem i w takiej postaci Iron Fire mogę słuchać. Takich kompozycji jak ta jest więcej. Wystarczy posłuchać sobie „The Kingdom”, który jest kolejnym mocnym punktem na albumie. Choć kawałek jest dynamiczny, choć brzmi ostre, nawet riff ma zaloty pod kapele thrashmetalowe, ale ten refren to jest to. To jest bilet Iron Fire na bycie lepszym zespołem. Ostre i dynamiczne riffy, bardziej wyraziste melodie i hymnowe refreny. Znów można zarzucić proste i mało ambitne granie. Ale hej, któż dzisiaj w takiej stylistyce jest oryginalny? Któż nie zrzynał od kolegów którzy mają dłuższy staż? Dobry i tylko dobry jest taki „Frozen in Time” gdzie mamy znów wpadający w ucho refren i taki nieco zagrany pod Paragon główny motyw. Tematycznie „Hail to odin” to Wizard, ale muzycznie mogliby podać sobie rękę z Skanners. Choć w tym roku i FireForce podobną muzykę zaprezentował. Tak czy siak, kolejny taki rozpoznawalny killer z tego albumu. Jeden z słabszych utworów na płycie jest „Doom Riders” gdzie jest wolne tempo, jest mało atrakcyjny riff, a refren też pozostawia wiele do życzenia. Pytanie jakie mi się nasuwa: po co to ciągli przez prawie 6 minut? Jak dla mnie płyta powinna się skończyć na bardzo rozpoznawalnym za sprawą refrenu killerze, który się zwie „Ghost of vengeance” gdzie ciekawie jest wymieszane szybkie tempo, takie power metalowe, a także wolniejsze takie bardziej heavy metalowe. Refren może i znajomy, ale jakże buja. Zaś równie ciekawy „The batllefield” mógłby się znaleźć gdzieś w połowie albumu , bo wyróżnia go nieco inny klimat, taki bardziej epicki, ma nieco inny wydźwięk, ma nieco stonowane tempo i mógłby urozmaicić album, w momencie gdzie się wszystko staje jedną kompozycją, bo zespół nie uraczył nas czymś innym niż prezentował przez cały album, cały czas wałkuje to samo i komuś mogło się przejeść to przy liczbie 13 kompozycji i godzinnego materiału. No bo co takiego wnosi „Blacksmith of thunder” nic, a kompozycja złudnie brzmi jak większość na tym albumie. Jest to może i zaleta bo mamy wyrównany poziom, ale można potraktować to jako wadę, bo wszystko się zlewa.

Czy się zlewa czy nie, czy jest za długa czy nie, czy jest mało ambitny materiał czy nie, to i tak wszystkie gwiazdy na niebie mówią jedno, jest to najlepszy krążek tej formacji. Debiut był dobry, bardzo dobry i rokował na lepsze albumy w przyszłości. Niestety zespół splatał nam figla i otrzymaliśmy potem gniota, potem zaczął odbudowywać zaufanie fanów i zaczął w końcu tworzyć jakąś konkretną muzykę. Rzemiosło i to średniej klasy cały czas nam towarzyszyło przy albumach tego zespołu. Co się zmieniło przy „To The grave” jasne rzemiosło słychać, ale to już nie jest to średniej klasy rzemiosło co na poprzednich albumach, zespół właśnie zdobył 10 punktów do poziomu granej przez nich muzyki. Melodie są bardziej atrakcyjne, refreny bardziej bojowe i bardziej chwytliwe, a to się przełożyło że albumu słucha się bez kręcenia nosem. Nota: 8/10