Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 maja 2014

21 GUNS - Nothings Real (1997)

Na początku lat 90 powstał zespół o nazwie 21 guns i może nigdy nie zdobył ten band większego zainteresowania, ani też nigdy nie nagrał wybitnego dzieła. Ale fani Thin Lizzy, talentu Scotta Gorhama, a także melodyjnego hard rocka powinni bardziej być zainteresowani tym zespołem. 21 guns zostawił po sobie 3 wydawnictwa. Debiut nie odniósł większej sławy, zaś „Nothing Real”, który ukazał się w 1997 też niczego lepszego nie zaprezentował.

Zmiana wokalisty na Hansa Olava Solli też nie przyczyniła się do stylistycznych zmian. Nie miało to też wpływu na to by nagrać ciekawszy materiał. Od samego początku ta formacja trzyma się gatunków lżejszych, a więc AOR czy melodyjny hard rock. Choć pojawiały się tam gdzieś wpływy Thin Lizzy to jednak poziom muzyczny był znacznie niższy. Na drugim albumie 21 guns ukazał swoje wady i niedoskonałości. Brak pomysłu na ciekawe melodie, chaotyczne aranżacje czy nie trafione przeboje, to tylko część tych wad. Zastanawiające jest to, że mimo braku pomysłów zespół nagrał 16 kawałków na ten album. Niestety, ale 16 kawałków które w żaden sposób nie są atrakcyjne raczej można potraktować jako tortury aniżeli przyjemne spędzane czasu. Pierwsze utwory w postaci „No Soul” czy „Underground” ukazują jak niski poziom muzyczny prezentuje 21 guns. Popowe elementy jak się ukazują w „Come on in” też prezentują się słabo i nie przekonuje mnie to co zespół próbuje grać. Nie ma lekkości ani też przebojowości, bez której tutaj ani rusz. Przejawy ciekawego hard rockowego grania przesiąkniętego Deep Purple i Thin Lizzy można dopiero uświadczyć w „Nothings Real” i gdyby było więcej takich utworów to i płyta byłaby bardziej przyjazna dla ucha. Dobrze się też słucha „The Otherside”, który pokazuje że zespół jak chce to potrafi stworzyć ciekawą melodię, która odpręża. To byłoby na tyle jeśli chodzi o ciekawe kawałki i reszta pomimo starań Scotta brzmi nijako. Brakuje ciekawych popisów gitarowych i atrakcyjnych melodii. Wszystko poszło nie tak.

21 guns nie zdobył większej sławy, a ich albumy poszły w zapomnienie. Nie ma się czemu dziwić skoro grało się taki nijaki AOR, który nie chwytał za serce, nie ukazywał tego pięknego klimatu AOR. Krótko mówiąc szkoda czasu na „Nothings Real”.

Ocena: 2/10

P.s recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

piątek, 25 kwietnia 2014

SUIDAKRA - Lupine Essence (1997)

Granie muzyki określanej mianem death/black/folk metalu to domena kapel z Finlandii, ale nie tylko. Podwaliny pod melodyjny death/black metal z elementami folk metalu dał bez wątpienia niemiecki band Suidakra. Jak widać, nawet zespoły z innych rejonów odnajdują się w takim stylu i co więcej mogą mieć wpływ na wiele innych kapel młodego pokolenia. Suidakra odniósł sukces. Kapela powstała w 1994 roku i już 3 lata później wydała na świat o własnych siłach debiutancki album „Lupine Essence” który ukazał się w 1997 roku.

Pod względem stylistycznym krążek na pewno się wyróżniał na tle innych i pokazał dobitnie, że death metal i black metal wcale nie muszą być złowieszcze i pozbawione melodyjności. Suidakra pokazał nieco inne oblicze tych gatunków i to pozwoliło im błysnąć w późniejszym czasie. Jednak debiut nie był tak fenomenalny jak mogło by się wydawać. Jest kilka niedociągnięć i jednym z nich jest niedopracowane brzmienie, pozbawiona mocy perkusja czy mało profesjonalny wokal Arkadiusa. Zespół nadrabiał pomysłami i klimatem, dzięki czemu płyta jest miła w odsłuchu i ma swoich zwolenników. Gdyby było więcej takich hitów jak „Dragon Tribe” to i płyta byłaby ciekawsza. Jednak momentami pojawiają się zbędne wstawki czy też nie trafione motywy, bez których by się obeszło. Do grona znakomitych kawałków zaliczę agresywniejszy „Heresy” czy „Havoc” i lepiej to brzmi niż przekombinowany i urozmaicony „Warpipes Call Me”. Współpraca Marcela i Arkadiusa jeśli chodzi o partie gitarowe też układa się momentami średnio. Jakby każdy z nich grał na swój własny rachunek. Brakuje tutaj werwy, grania prosto z serca, nacisku na ciekawsze melodie. Traci na tym materiał, a także sam zespół. „Sheterring Dreams” miał potencjał na coś wielkiego, ale tutaj jest wyraźna dominacja klimatu. Może można było sobie to darować i zrobić bardziej epicki kawałek. Co mi się tutaj też nie podoba, że zespół nie do końca był pewien co chce grać i jak to przekazać słuchaczowi. Całość zamyka „Internal Epidemic”.

Suidakra to znana formacja, która stworzyła ciekawy styl, muzykę charakterystyczną dla nich, ale jeszcze na debiucie w pełni się nie ukształtowali i jest sporo nie dociągnięć na debiutanckim krążku. Brak wyrazistych hitów, słabe brzmienie to te najbardziej drażniące. Płyta do posłuchanie i zapomnienia.

Ocena: 5/10

piątek, 31 stycznia 2014

KILLERS - Live (1997)

Można dostać bólu głowy od liczenia płyt wliczających się w dyskografię Paul Di Anno. Na przestrzeni lat wydał sporo albumów studyjnych, komplikacji oraz albumów koncertowych. Wśród tej pokaźnej liczby na uwagę zasługuje „Live” wydany pod szyldem Killers. Dlaczego? Bo tutaj w dużej mierze Paul promował swój własny materiał, który znalazł się w na dwóch albumach Killers. Zaś kawałki z twórczości Iron Maiden ograniczył do 5 utworów co i tak nie jest źle, biorąc pod uwagę że na płycie jest 16 utworów. Pytanie tylko na ile ten koncert może się podobać?

Jeśli ktoś lubi głos Paula to może jakoś przebrnie przez ten album, tylko jeśli ktoś jest bardziej wymagającym słuchaczem to na pewno wytknie błędy. Nie ma się co oszukiwać bowiem jest ich tutaj kilka. Najbardziej drażniący to kiepska forma wokalna Paula. Tutaj stara śpiewać agresywnie, jak choćby w „Wratchild” i wychodzi to trochę śmiesznie. Sam koncert wydaje się momentami nieco sztywny i publika też słabo reaguje na heavy metalowe show. Dobrze wypadają utwory z albumu „Murder One” i to właśnie taki „Marshall Lokjaw” robi bardzo dobre wrażenie. Najsłabiej wypadają kawałki z „Menace To Society”. W „Three Words” brakuje jakiegoś dialogu z publicznością, zaś taki „Song For you” nowoczesnym wydźwiękiem nieco odstrasza. Na koncertach Paula zawsze wyczekiwane są utwory żelaznej dziewicy i słychać, że dopiero przy takim „Rember Tommorow” czy „Phantom The Opera” ludzie ożyli. Ogólnie na plus fakt, że Paul postawił na własny materiał, ale brakuje jakiś petard z Battlezone. Brzmienie, forma wokalna Paula, rozgrzewanie publiki, kontakt z nią pozostawia wiele do życzenia.

Fani głosu Paula łykną to wydawnictwo bez problemu. Jednak ci co są bardziej wymagający będą mieć problem przebrnąć przez te 16 utworów. Poza tym Paul miał lepsze albumy koncertowe na swoim koncie. Może lepiej sięgnąć po taki „American Assault”?


Ocena: 5.5/10

piątek, 8 marca 2013

IRON SAVIOR - Iron Savior (1997)

W latach 90 nastąpił wysyp power metalowych kapel, zwłaszcza tych o tematyce fantasy, z rycerskim klimatem i mocnym uderzeniem. Co raz więcej takich kapel się rodziło w całej Europie, z naciskiem na kraje skandynawskie czy też Włochy. Niemiecka scena miała w owym czasie wiele znakomitych zespołów, które w dziedzinie power metalu zdobyły renomę i sławę po wszech czasy. GAMMA RAY, HELLOWEEN, czy BLIND GUARDIAN to zespoły, które rozdawały karty jeśli chodzi o power metal i nie tylko w swoim kraju. Jednak potrzebny był nowy zawodnik w tej dziedzinie, nowa marka, który uzyska podobny status i wniesie lekki powiew świeżości. Taki powiew świeżości wniósł IRON SAVIOR, który dał podstawy pod nową jakość melodyjnego speed/power metalu.

IRON SAVIOR wyróżnił się na tle innych zespołów i przykuł uwagę fanów melodyjnego grania i tych co lubią wyżej wymienione zespoły. Jednym z głównych powodów, które wyróżniały ów zespół i łączył go z takimi tuzami jak HELLOWEEN czy BLIND GUARDIAN to sam skład, który można określić śmiało jako „dream team”. IRON SAVIOR został założony w 1996 roku i składało się na niego trzech muzyków, którzy zarejestrowali album „Iron Savior”, który ukazał się w 1997 r. Kim byli ci muzycy? Kai Hansen – bóg power metalu, lider GAMMA RAY, były członek HELLOWEEN, Thomen Stauch – perkusista BLIND GUARDIAN i Piet Sielck – który bez wątpienia jest liderem IRON SAVIOR od samego początku. Główny kompozytor, wokalista, gitarzysta, basista i producent. Kim jest Piet? Fani HELLOWEEN i znawcy całej historii tego zespołu powinni kojarzyć tą osobę, bo właśnie to Piet wraz z Kaiem tworzył SECOND HELL czy IRON FIST, które były wcześniejszymi formami HELLOWEEN. Drogi muzyków potem jednak się rozstały, gdzie Kai tworzył w HELLOWEEN a potem w GAMMA RAY, jednak potem postanowili coś razem zagrać i tak się o to spotkali w IRON SAVIOR. Czym jeszcze zespół się wyróżniał na tle innych? Z pewnością pomysłem na tematykę utworów i tutaj nie ma żadnych smoków, rycerzy czy innych oklepanych tematów, jest za to tematyka s-f, które jest bardzo złożona, ale głównie opowiada o statku „Iron savior”, który ma ochraniać starożytną cywilizację Atlantis przed obcymi. Poza ciekawą tematyką zespół IRON SAVIOR wyróżnił się stylem, który był poniekąd wypadkową GAMMA RAY – melodyjność, przebojowość, dynamika i zadziorność z BLIND GUARDIAN, jednak wszystko jakby ostrzejsze, mocniejsze, pojawiają się elementy kwadratowego niemieckiego heavy metalu lat 80 i to jest znak rozpoznawczy tego zespołu, podobnie jak lekka chropowatość czy surowizna. Do tego dochodzi rozpoznawalne brzmienie i produkcja Pieta Sielcka, która również stała się taką rozpoznawalną cechą. Debiutancki album „Iron Savior” to dzieło dopieszczone, przemyślane, ale też pojawiają się pewne nie dociągnięcia w sferze kompozycyjnej, jednak mimo to materiał jest energiczny i przebojowy.

Zaczyna się klimatycznie i dość podniośle bo od intra w postaci „The Arrival” i tutaj już słychać, że nie ma mowy o kopii GAMMA RAY czy HELLOWEEN, choć pewne cechy są wspólne dla tych kapel. Ostre gitary wygrywane przez znakomity duet Sielck/ Hansen, dominująca momentami nad tym wszystkim mocarna perkusja Thomena, tworzącą odpowiednią dynamikę no i przebojowość godna GAMMA RAY to cechy, które dominują niemal w większości utworów, a zwłaszcza w ostrym „Atlantis Falling”, dynamicznym „Brave New World” czy przebojowym, przesiąkniętym JUDAS PRIEST „Iron savior”, które są mocnymi kawałkami i nie bez powodu są wliczane do klasyków tego zespołu. Słychać wpływy muzyków, którzy mają swoje macierzyste kapele i słychać choćby wpływy Kaia Hansena, tą jego przebojowość, zwłaszcza w refrenach, jednak nie jest to GAMMA RAY, bo wokal Pieta jest inny. Drapieżniejszy, nieco toporniejszy, cięższy i mroczniejszy, ale czy lepszym to już kwestia gustu. W pełni oddający styl zespołu jest szybki, rozpędzony „Riding on Fire” , który będzie wyznacznikiem tego co zespół będzie grał na późniejszych płytach. Kolejny przebój i prawdziwy killer, szkoda tylko że potem tempo nieco siada. Ballada w postaci „Break It Up” z linią wokalną Kai jest co najwyżej dobra i nie ma szału. Lekki, taki nieco rockowy jest „Assailant” z znakomitymi partiami gitarowymi i zwłaszcza finezyjne, takie lekkie solówki zapadają w pamięci. Ciężki riff, mocna fala uderzeniowa połączona z nieco rockowym refrenem są ozdobą „Children Of Wasteland” i znów JUDAS PRIEST daje o sobie znać w melodyjnym „Protect The Law”. Czym jeszcze przykuwa uwagę debiutancki album? Z pewnością występem gościnnym Dirka Schlachtera i Hansiego Kurscha, który zaśpiewał w nieco bardziej rozbudowanym „For The world” i nie, nie jest to kompozycja w stylu BLIND GUARDIAN. Wśród najlepszych utworów jest miejsce oczywiście dla „Watcher In the Sky” autorstwa Pieta i Kaia i więcej takich kompozycji chciałoby się słyszeć na tym debiutanckim albumie. Prawdziwa perełka i znakomite wyważenie między tym ciężarem, mocnym, ostrym graniem, a lekkością i przebojowością. Utwór też znalazł się na płycie GAMMA RAY.

„Iron savior” to istotny album niemieckiej sceny speed/power metalowej, który wniósł pewien powiew świeżości w roku 1997, gdzie można połączyć toporność, surowość, chropowatość, z przebojowością i melodyjnością. Trzej znakomici muzycy stworzyli znakomity album, jednak nie jest to perfekcja, bo jest kilka nie dociągnięć w niektórych utworach, ale jednak wciąż jest to znakomity album, znakomitego zespołu. Po prostu wstyd nie znać.

P.s Dziękuje mojej kochanej dziewczynie za zaopatrzenie mnie w oryginał :*

Ocena: 9/10

środa, 6 lutego 2013

AXEL RUDI PELL - Magic (1997)

Czym, że jest magia? Każdy z nas ma swoje definicje, jedni mówią o czarach, siłach nadprzyrodzonych, a inni nazywają tak moc, która pozwala czynić cuda, robić coś z niczego. W naszym rzeczywistym świecie można dostrzec cuda, jednak czy są magią? Każdy interpretuje owe zjawiska na swój sposób, jednak czy można mówić o magii w przypadku muzyki, zwłaszcza metalowej? Wyobraźcie sobie muzyka, gitarzystę i kompozytora, który wykreował swój styl grania na tym instrumencie wykreował jeszcze w zespole STEELER, który potem już pod własnym szyldem tworzył muzykę, która można zakwalifikować do gatunku melodyjnego metalu. Muzyk, który od 1989 właściwie tworzył mniej więcej to samo, na pierwszych płytach było to jeszcze nieoszlifowany styl, w którym pełno było zacięcia heavy metalowego, które można było skojarzyć z STEELER, czy RUNNING WILD. Potem już od albumu „Between The walls” stworzył magiczny swój świat, gdzie każda melodia jest czymś pięknym i wyjątkowym, gdzie każdy utwór to inna przygoda i nie dało się oprzeć temu magicznemu światu, który potrafił oczarować dźwiękami, melodiami, klimatem, solówkami i całą grą owego muzyka. Najlepsze jest to, że kolejne albumy dalej były w podobnym stylu i nie spadały poniżej pewnego poziomu jeśli już chodzi o samą muzykę. O kim mowa? Kto jest tym czarodziejem, który potrafi przenieść słuchacza do świata magii i czarów? Kto jest tym muzykiem, który nie ma różdżki jak Harry Potter tylko gitarę? Kto jest tym magikiem, który nie rzuca czarów, a mimo to potrafi oczarować słuchacza, który potrafi wytworzyć coś pięknego z niczego, z prostego motywu? Kto jest tym czarodziejem, który nie ma problemu z utrzymaniem magicznego stylu, który od lat gra w kółko to samo? Tym czarodziejem jest nie kto inny jak maestro AXEL RUDI PELL, który w kategorii melodyjnego metalu jest królem i po dzień dzisiejszy ten stan rzeczy się nie zmienił. W muzyce Axela śmiało można wyłapać inspirację takimi gitarzystami jak Ritchie Blackmore, czy Yngwie Malmsteen i słychać wpływy tych gitarzystów i ich zespołów, jednak mimo wyraźnych i słyszalnych inspiracji Axel wykreował swój własny styl, który jest nie do podrobienia. Klimat, melodyjność, energiczne solówki, pełne finezji, emocji, mocna sekcja rytmiczna, nawiązujące do RAINBOW czy DEEP PURPLE klawisze, piękny, podniosły i melodyjny wokal, który prowadzi dialog z owym instrumentem Axela, to są nieodzowne elementy jego stylu, które przewijają się na każdej płycie. AXEL RUDI PELL jak wspomniałem trzyma wysoki poziom i właściwie nie ma na koncie słabego i niedopracowanego albumy, to też ciężko wybrać ten najlepszy. Z pewnością czołowe miejsce zajmuje „Between The Walls” no i „Magic”.

Recenzję „Between The Walls” mam już za sobą, to też chciałbym wam co nieco napisać o „Magic”, który w rzeczy samej jest płytą magiczną, która oczarowuje swoimi dźwiękami, klimatem, melodiami, solówkami, finezją i lekkością Axela, którego śmiało można zaliczyć do najlepszych gitarzystów na scenie metalowej. „Magic” to album utrzymany w tym charakterystycznym stylu co można było usłyszeć na „Between The Walls” czy „Black Moon Pyramid” i to jest nie lada sztuka grać niby to samo, a jednak wciąż trzymać wysoki poziom. Tutaj jest już prawdziwa perfekcja i przypomina się genialny „Between The Walls”, a niżeli przebojowy „Black Moon Pyramid” w którym pojawiło się kilka eksperymentów, przez co album nie był bez skaz. „Magic” niczym „Between The Walls” potrafi zauroczyć i dostarczyć sporo emocji, gdzie każdy utwór to inna przygoda. Mimo tego samego stylu, jaki serwuje Axel od roku 1989, to jednak trzeba przyznać, że „Magic” jest cięższym albumem aniżeli dwa poprzednie albumy. Słychać, że w wielu miejscach muzyka ociera się o heavy/power metal w takiej melodyjnej odmianie i dowodem tego jest „Nightmare” , który jest takim rasowym szybkim kawałkiem Axela, będący wariacją na temat heavy/power metalu. Konstrukcja utworu, czy też refren przypomina bardzo poprzedni album „Black Moon Pyramid”, czy też heavy metalowe początki Axela w STEELER czy też pierwszy album „Wild Obsession”, jednak tutaj mamy bardziej złożone solówki, które powalają precyzją i finezją, do tego ta nieprzewidywalność i zaskoczenie. Kolejny dowód na to, że Axel jest wyjątkowym gitarzystą, który śmiało podąża ścieżką wyznaczoną przez Ritchiego Blackmore'a. W podobnej konwencji utrzymany jest „Playing With Fire” który ma w sobie coś z hard rocka, co słychać w lekkim otwarciu. W tym utworze znakomicie prezentuje swoje umiejętności perkusista Jorg Micheal, który gra znacznie ciekawej, z większym rozmachem i pomysłem aniżeli na płytach RUNNING WILD. Do grona zadziornych kawałków, w których można wyłapać spore ilości heavy/power metalu w melodyjnej formie należy zaliczyć również „Turned To Stone”, „Prisoners of The sea” czy też przebojowy, rozpędzony „Light in the Sky”. Jak można zauważyć ponad połowę albumu zapełniają szybkie, heavy/power metalowe kompozycje, które sprawiają że album jest naprawdę dynamiczny i ostry. Pod tym względem jest to jeden z ostrzejszych albumów, jeżeli nie najostrzejszy. Jednak magia Axela polega na tym, że każdy album jest bardzo zróżnicowany, tak więc i tutaj pojawiają się kompozycje o innym charakterze. Standardowo musi pojawić się na albumie Axela utwór instrumentalny, tak też jest i na „Magic”, choć tutaj ten element został ograniczony wyłącznie do 2 minutowego intra w postaci „Swamp Castle Overture”, który zachwyca klimatem oraz jakże wspaniałą grą klawiszowca Christiana Wolfa, który jest odpowiedzialny za lekkość i klimat, tą całą aurę melodyjnego świata. Jednak w tym utworze, go tak nie słychać jak w kolosach, które są kolejnym nieodzownym elementem płyt Axela i tutaj mamy dwa nieśmiertelne utwory, który zapisały się w historii twórczości Axela. Pierwszym z nich jest tytułowy „Magic”, czyli utwór który opiera się na stonowanym tempie, mocnym basie i wolniejszej perkusji i mocnym wokalu. Zapewne nie jednemu słuchaczowi utwór się skojarzy z BLACK SABBATH z ery Martina i jest to właściwie skojarzenie. Drugą rozbudowaną kompozycją, która liczy sobie ponad 12 minut jest „The Clown Is dead” i to jest utwór melancholijny, wzruszający, nieco klimatem przypominający QUEEN zwłaszcza z początku, jednak ta kompozycja ma swój własny styl. Można ją traktować właściwie jako balladę i jest to najdłuższa ballada z jaką miałem do czynienia i zarazem jedna z tych najpiękniejszych. Świetnie zaaranżowane klawisze, które zapewniają lekkość i odpowiedni klimat kompozycji i do tego znakomity wokal Jeffa Scotta Sotto, który śpiewa tutaj wręcz z nutką teatralności. Utwór po prostu piękny i ponad czasowy. Sotto to znakomity wokalista, prawdziwa czołówka o czym udowadnia po raz kolejny na płycie Axela i czuje się znakomicie w szybkich kompozycjach, tych bardziej rozbudowanych, a także w balladach i w „The Eyes Of the Lost” znów o tym przekonuje słuchacza. Jeff na tym albumie zaśpiewał po prostu perfekcyjnie, z mocą, z całym sercem i zaangażowaniem, a co do owej wspomnianej ballady, to trzeba przyznać, że owa skromność i lekkość, łagodność, romantyczny wydźwięk i dialog między wokalem i gitarą Axela jest atrakcyjny i zapiera dech w klatce piersiowej.


Nie trzeba wierzyć w cuda, czary i magię, jednak jak inaczej określić muzykę zawartą na „Magic”, jak nazwać zjawisko, że od debiutanckiego albumu Axel wciąż trzyma się swojego stylu, nie kombinuje, nie eksperymentuje, że wciąż siedzi na swoim tronie melodyjnego metalu, nagrywając w bardzo regularnym odstępie czasowym tj rok czy dwa lata kolejne albumy, który wciąż zachwycają, oczarowują słuchaczy? Jak inaczej nazwać sposób wygrywania przez Axela solówek, czy riffów, tworzenia klimatu na swoich płytach, pięknych melodii? Jakie inne słowo tutaj pasuje niż magia? „Magic” to najlepszy przykład tej magii w wykonaniu Axela i choć od premiery minęło sporo czasu, bo album został wydany w 1997 roku, to jednak wciąż ma w sobie tą magię, wciąż zachwyca i przenosi do krainy magii. Perfekcyjne wykonanie, znakomite kompozycje, zróżnicowanie materiału, piękne melodie, magiczny klimat i wszystko czego wymaga dusza. Axel nagrał wiele świetnych albumów, ale „Magic” to czołówka i obok „Between The Walls” najwspanialsze dzieło, który umocniło pozycję Axela w gatunku melodyjnego metalu. Nie ma on sobie równych i miło jest widzieć, jak ktoś idzie śladami Rithciego Blackmore'a. Klasyka melodyjnego metalu, którą wstyd nie znać. Czy wierzycie w czary i magię? Jeśli nie, to może najwyższy czas dać się oczarować muzyce Axela i przeniknąć do jego świata magii?

P.s Dziękuje kochanie za piękny prezent w postaci tej płyty, która wzbogaciła moją kolekcję tego muzyka i stała się inspiracją dla tej recenzji:*

Ocena: 10/10

czwartek, 23 sierpnia 2012

SHAMWAY - Alice Daily Wonderland (1997)

Niemiecka scena metalowa jest specyficzna. Potrafi być przyjazna dla ucha, kryć w sobie nutkę przebojowości lekkości, jednak najczęściej przejawia się w postaci topornego, teutońskiego metalu którego nieodzownym elementem jest surowe, zadziorne brzmienie, jest ostry i nieco przewidywalny wokal typu Udo z ACCEPT czy Chrisa z GRAVE DIGGER. Również charakterystycznym elementem owej układanki są proste, ostre, ale jednocześnie nieco takie ospałe, czy tez toporne partie gitarowe. Te wszystkie cechy wyraźnie dają o sobie znać w przypadku niemieckiego zespołu SHAMWAY , który został założony pod koniec lat 80. Nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem fakt, że jest to kolejny zespół, który zanikł w gronie ciekawszych i bardziej ambitniejszych zespołów. SHAMWAY to jedna z tych kapel, która po wydaniu debiutanckiego albumu rozpadła się, a przyczyny nie odbiegają od tych już nam znanych w przypadku innych kapel. Brak większej publiczności, wtórny charakter, czy tez brak posiadania umiejętności tworzenia kompozycji, które zapadają w pamięci. „Alice Daily Wonderland” to solidny album, odzwierciedlający te wszystkie przytoczone cechy. Konwencja albumu jest przewidywalna i ciężko tutaj o jakieś zaskakujące momenty. Brzmienie jak na rok 1997 nie jest najlepsze i brakuje mu ogłady i dopracowania. Również to co składa się na umiejętności muzyków jest dalekie od muzycznego geniuszu i bliższe to jest staremu pospolitemu rzemiosłu. Muzycy, oczywiście grac potrafią, Jednak sesyjny gitarzysta Torsten Bulka, gra jakby bez przekonania, na pół gwizdka nie wkładając w swoje partie serca. Wokalista Frank Fatlin nie jest lepszym muzykiem, ale w jego przypadku można przyznać, że odgrywa kluczową rolę w tym topornym niemieckim heavy metalu.

Można wytknąć kilka istotnych błędów, jednak nie można zapomnieć, że duża rolę odgrywa wydźwięk i jak prezentuje się całość. Może nie ma niczego odkrywczego, może brakuje jakiś super elektryzujących i zapadających kompozycji, ale wszystko jest zagrane na poziomie i nawet to w jakie formie jest to podane przybliża nas do lat 80 aniżeli 90. „Time of the Moon” to dobry, solidny i dynamiczny otwieracz. Jedne z najjaśniejszych momentów na płycie. Rozpędzona sekcja rytmiczna, nawet chwytliwy refren i ostry riff, sprawiają że utwór jest nawet atrakcyjny dla przeciętnego odbiorcy. Fanom szybkich kompozycji podejdzie bez wątpienia również „Victim Of Legend” który cechuje się nie zwykłą rytmiką. Sekcja rytmiczna znakomicie wypada w stonowanym „”Time of End” gdzie jest budowany nieco tajemniczy klimat, a muzycznie nie sposób odpędzić skojarzeń z GRAVE DIGGER, czy też właśnie ACCEPT. Za sprawą wokalu Franka oraz topornego riffu i przebojowego charakteru utwór „Gamble Of death” brzmi niczym zagubiony song owej legendy niemieckiego metalu. Jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym utworem na płycie jest moim skromnym zdaniem lekki i melodyjny „Catch Up the Light” nawiązujący w dużej mierze do hard rocka. Z kolei jednym z gorszych utworów na krążku jest 6 minutowy „Alice Daily Wonderland” który jest zagrany jakby na siłę i bez pomysłu.


SHAMWAY to kapela średniej klasy, stawiająca na solidność i rzemieślniczy charakter. Brak jakiś super technicznych aranżacji, pomysłowości co do stylu grania, kompozycji, brakuje też utworów, które wybijały się ponad przeciętność. Dobry album, który dobrze się słucha. Płyta kierowana raczej do fanatyków niemieckiej sceny metalowej.

Ocena: 6/10

wtorek, 31 lipca 2012

WHITE SKULL - Embittered (1997)


Co się dzieje po wydaniu przeciętnego debiutanckiego albumu przez WHITE SKULL? Właściwie nic złego, wręcz przeciwnie. Sypią się masy pozytywnych opinii na temat „I wont Burn alone” przez co kapela nie ma większych problemów z koncertowaniem. I takie ciepłe przyjęcie sprawiło, że zespół mógł iść za ciosem i tworzyć materiał na nowy album. Po dwóch latach od premiery debiutanckiego albumu tj w roku 1997 ta sama wytwórnia wydaje drugi album włoskiej formacji zatytułowany „Embittered” który mimo zachowania takiego samego składu i wielu innych aspektów personalnych, to jednak ten album jest pewnym przełomem w historii zespołu. Tutaj słychać już bardziej dojrzały materiał, tutaj każdy z muzyków wyciągnął wnioski z poprzedniego albumu i zaczął się rozwijać. Federica De Boni śpiewa o wiele pewniej, bardziej zadziornej i melodyjnej. Nie jest tak schowana i stłumiona przez brzmienie. Partie gitarowe wygrywane przez duet Fonto/Faccio też są o wiele ciekawsze. Bardziej złożone, bardziej przemyślane, ostre, soczyste i pełne energii, czego brakowało na poprzednim albumie. Oprócz tego że są ostre, momentami ciężkie, to są w dodatku bardzo melodyjne, co przedkłada się na atrakcyjność tego krążka. Więcej power metalowych patentów jest dużym plusem tego wydawnictwa. Słowa pochwały należy również skierować w kierunku sekcji rytmicznej, która buduje klimat i stwarza przestrzeń, która nadaje utworom pewnego rodzaju głębię. Ulepszony styl, bardziej wyczulony zmysł tworzenia dobrych, bardzo dobrych kompozycje, które charakteryzują się solidnością, no i bardzo dobre brzmienie, które już świadczy o bardziej dojrzalszym albumie aniżeli debiut.

Zmiany dotknęły stylu, kompozycji, muzyków, a to wszystko słychać po zawartości. Materiał stawia na bardziej rozbudowaną strukturę i całość trwa godzinę, czyli dłużej aniżeli po przedni album. Sporo utworów przekraczających 6 minut, ale do tego dojdziemy. Zacząć należy od tego, że drugi krążek WHITE SKULL jest dynamiczniejszy i ostrzejszy, co słychać już przy pierwszym kontakcie, którym jest tytułowy „Embittered”. Melodyjność, chwytliwy refren, zapadający w głowie refren, ostre i rytmiczne partie gitarowe i wszystko o kilka klas wyżej, to jest przedsmak tego jak WHITE SKULL zabrzmi na następnych albumach. Do szybkich kompozycji na pewno wypada zaliczyć zróżnicowany „Revenge Is Sweet” gdzie pojawiają się motywy balladowe, rycerskie, power metalowe, heavy metalowe, a nawet coś z NWOBHM rodem IRON MAIDEN. Dynamicznym utworem i nawiązującym do tych wcześniejszych cech nawiązuje rytmiczny i przebojowy „I Don't Know About Sex”. Z heavy metalowych kompozycji mamy melodyjny „Its My Life” który na pewno lepiej by brzmiał w nieco szybszym tempie czy też „B.T.B.W. North Italy” nawiązujący do działalności JUDAS PRIEST i jest to bardzo udany heavy metalowy hymn. Jak wspomniałem wcześniej, sporo na tym albumie dłuższych kompozycji, gdzie licznik czasowy przekracza 6 minut. Pierwszym tego typu utworem jest dynamiczny„Old Friends” gdzie dominuje w dużej mierze power metalowa konwencja, ale są też motywy godne IRON MAIDEN, pojawiają się liczne urozmaicenia i jest to jedna z najlepszych kompozycji na płycie. Z kolei „Mountain's End” urzeka klimatem, epickością i lekkością. Nie wiele gorszy jest najdłuższy utwór na płycie, a mianowicie „Flesh, Blood and Faith” gdzie dominuje rytmiczny motyw i stonowany refren, a także masa ciekawych, klimatycznych wtrąceń. Druga cześć utworu jakby ciekawsza. Ostatni dłuższy utwór to „She Won't Wait All the Night”, który pełni rolę ballady, która jednak nie powala jakością i formą podania. Już lepiej wypada druga ballada, a mianowicie „Love Is”. Urozmaicenia albumu dopełnia cover 4 NON BLONDES czyli „Whats Up”, który brzmi całkiem przyjaźnie i nie jest gorszy od oryginału.

„Embittered” to dzieło bardziej dojrzałe i przemyślane. Wszystko wypada tutaj lepiej aniżeli na debiucie. Lepsze melodie, pomysły, ciekawsze aranżacje i wyższa forma muzyków,a to przedkłada się na efekt końcowy, który jest zaskakujący dobry. Ten album to tylko przedsmak tego co zespół prezentował na następnych albumach, które przeszły bardzo szybko do miana najlepszych, ale o tym następnym razem.

Ocena: 7/10

czwartek, 26 lipca 2012

SCANNER - Ball Of The Damned (1997)

Czy jeden muzyk z oryginalnego składu SCANNER, który nagrał dwa znakomite albumy, jest w stanie przesądzić o nagraniu czegoś na miarę dwóch największych wydawnictw? Czy jest wstanie zachować styl z jakiego była znana kapela w latach 80? Gitarzysta Axel Julius już właściwie na albumie „Mental Reservation” uświadomił nas i odpowiedział na powyższe pytania. Nie był on wstanie udźwignąć brzemię dwóch poprzednich wydawnictw, gdzie kompozycje były o kilka klas niższe, a sam styl był nieco odmieniony i stawiał w dużej mierze na toporność i surowość, która jest charakterystyczna dla niemieckich zespołów heavy metalowych. Rok 1997 to okres kiedy rynek niemiecki umacniał się za sprawą albumów RAGE, BLING GUARDIAN czy też PRIMAL FEAR, IRON SAVIOR, to też swoją pozycję i swoje stanowisko w ramach tych nowości musiał wyrazić jeden z najlepszych niemieckich zespołów jaki powstał w latach 80. Czwarty album SCANNER został zatytułowany „Ball Of The Damned” i jest to kolejny album, który został nagrany w innym składzie. Zostali w obozie SCANNER wokalista Leszek Szpiegel, który w dalszym ciągu stanowi motor nowego wcielenia SCANNER, który idealnie pasuje do kompozycji wzorowanych na starszych dokonaniach zespołu,jak i do kompozycji nieco cięższych i mroczniejszych. Został również wcześniej wspomniany Axel Julius i perkusista D.D. Bucco. Natomiast cała reszta lista nazwisk to nowe postacie w historii SCANNER. Axel z rekrutował w ramach 4 albumu nowego basistę Marca Simona, gitarzystę Stefan Nicolai i uwaga... klawiszowca Stephan Braun, co dawało potwierdzenie, że zespół poza znanym stylem polegającym na mieszaniu konwencji speed/power metalowej z topornym heavy metalem dodając przy tym nieco thrash metalowego zacięcia w niektórych momentach. Na czwartym albumie SCANNER próbuje swoich sił w związku z bardziej epickimi czy też orkiestrowymi motywami. W porównaniu do poprzedniego albumu jednak widać sporo podobieństw w kwestii brzmienia, konwencji utworów, czy też toporności, aczkolwiek tutaj jakby mniej jest patentów thrash metalowych, więcej jest takich o charakterze epickim czy też progresywnym. No i dalej jest ta sama zawartość ciekawych melodii, dalej jest taki sam poziom kompozycji, które jednak nie osiąga poziomu znanego z dwóch pierwszych albumów.


Na debiutanckim albumie swoje 3 grosze dorzucił Ralf Scheepers, który swoim gościnnym występem urozmaicił dwie kompozycje. Powrócono po raz kolejny do tego pomysłu i muszę przyznać, że jak usłyszałem „Puppet On string” to zaczęła działać moja wyobraźnia i ciekawym posunięciem byłoby na pewno zatrudnić na wokalistę Ralfa, szkoda że takie wydarzenie nigdy nie miało miejsce. Ralfa śpiewa bardziej podniośle, bardziej melodyjniej aniżeli Leszek. Sam utwór zaś pod względem przebojowego charakteru, melodii na miarę HELLOWEEN i całego grania pod kapele Kai Hansena, czy też w końcu imponujące i pełne energii solówki nasuwają nic innego jak „Hypertrace”. Ten utwór zaliczam do najlepszych w okresie lat 90 i na pewno w ramach całej historii zespołu. Najlepsza kompozycja na płycie, co wcale nie oznacza że reszta już jest do kasacji."Frozen Under the Sun" to kompozycja która zaskakuje przebojowością, lekkim i zapadającym w pamięci refrenem, zróżnicowaniem, gdzie pojawiają się spokojne i klimatyczne momenty jak i power metalowa szybkość i dynamika. Tutaj można w końcu wyczuć rockowe, zadziorne zacięcie, no i te orkiestrowe i epickie patenty. „We Start it Tomorrow" pokazuje, że nowe wcielenie SCANNER zaczęte wraz z poprzednim albumem ceni sobie mrok, ciężar i toporność, a tej pod dostatkiem w tym utworze. Pięknym utworem jest na pewno "True-Stories-Teller" gdzie zespół stawia na lekkość, ciepłe melodie, na rockowy feeling, no i świetnie został tutaj wykorzystany balladowy motyw podczas nastrojowego refrenu. Balladowo zaczyna się "Tollshocked" ale to jest jedna z tych power metalowych petard, które zbliżają się poziomem do genialnego otwieracza i pod względem charakteru słychać coś z debiutu, co świadczy o wyjątkowości tego utworu. Epicki, orkiestrowy motyw o którym pisałem wcześniej wyraźnie pojawia się w instrumentalnym „Lord Barker's Theme” będącym czymś nowym w muzyce SCANNER. Różnorodność, epicko – orkiestrowy nastrój można wyczuć w podniosłym „Ball Of The Damnded” oparty na wolnym tempie i zapadającym w głowie motywie przypominającym co nieco te znane mi z AXEL RUDI PELL. Powiew świeżości w muzyce SCANNER usłyszymy w genialnym „Judge On The Run” gdzie pojawiają się patenty charakterystyczne dla ACCEPT czy też JUDAS PRIEST. Motyw jeden z najlepszych na płycie i na miarę geniuszu dwóch pierwszych płyt. Na koniec wisienka w postaci świetnego coveru QUEEN , a mianowicie „Innuendo”.


Siła „Ball Of The Damned” tkwi w solidności i nawiązaniu w niektórych fragmentach tak jak choćby świetny „Puppet On The string” do wydawnictw z lat 80. Znajdziemy przeboje, szybkie kompozycje, bardziej rozbudowane, bardziej klimatyczne, jak i te które mają podziałać na emocje słuchacza. Podobać się może wyważenie między szybkością, ciężarem i melodyjnością. Album ma dobre surowe, zadziorne brzmienie, które stanowi uzupełnienie materiału, który jest utrzymany w konwencji power metalowej z elementami thrash metalu, epic czy też heavy metalu. Może nie jest to arcydzieło, pozbawione wad jak dwa pierwsze albumy, ale jest to bardzo dobre wydawnictwo, które miło się słucha mimo upływu czasu. Ostatni bardzo dobre i na poziomie wydawnictwo tego zasłużonego zespołu niemieckiego, który pozostawił po sobie znaczący ślad w niemieckiej scenie metalowej.


Ocena: 8.5/10

czwartek, 19 lipca 2012

UNREST - Watch Out (1997)


Niemiecka kapela UNREST należy do tych kapel, które nagrywają regularnie, które w swoim czasie dbały o stałych zagorzałych fanów, którzy byli zadowoleni w pełni z tego co grali. Nie trzeba było dużo do szczęścia, wystarczyły regularność i solidność, a to UNREST potrafił zagwarantować. Bo bardzo udanym i o wiele dojrzalszym „By The Light Of the Moon” można było tylko spodziewać równie ciekawego i melodyjnego albumu. „Watch Out” który ukazał się w roku 1997 to właściwie album odzwierciedlający styl wypracowany na dwóch wcześniejszych płytach, gdzie jest to odzwierciedlenie niemieckiego stylu grania heavy metalu. Jest ta surowość, lekka toporność, ostry wokal w stylu wokalistów z GRAVE DIGGER czy też ACCEPT i w takie rejony zespół po raz kolejny się wybiera na trzecim albumie. Tak więc zmian w kwestii stylu nie uświadczymy i podobnie się ma z składem zespołu. Jedyną taką wyraźną zmianą w ramach UNREST jest zmiana wytwórni i pod skrzydłem POINT RECORDS kapela zaczęła być bardziej rozpoznawalna i zaczynała odnosić pewnego rodzaju sukcesy. Bo nagle zespół wyszedł z podziemia i zaczął stanowić trzon niemieckiego heavy metalu, a dowodem na to jest choćby lepsza sprzedaż tego albumu aniżeli dwóch poprzednich. Mocne, nieco surowe, ostre, bardzo drapieżne brzmienie, masa mocnych riffów, dynamikę, która napędza w dużej mierze sekcja rytmiczna. Do tego spora dawka melodii, które cechują się prostotą i przebojowością, a także charyzmatyczny wokal. To wszystko sprawia, że jest to album, który znakomicie odzwierciedla to co najlepsze w niemieckim heavy metalu.

Podobnie jak było na poprzednim albumie, tak samo i tutaj materiał jest bardzo dynamiczny, przebojowy i przede wszystkim równy, co sprawia że ciężko wytknąć jakieś wady. Prostota wybrzmiewa dość mocno z otwierającego „Watch Out”. Jest rytmicznie, jest zadziornie, ale i topornie, czyli to co najlepsze w niemieckim metalu. Charakterystyczne przyspieszenie, postawienie na dynamikę, rozpędzoną sekcję rytmiczną, to kolejny znany chwyt wśród niemieckich kapel i „Sadness I darkness” przypomina styl GRAVE DIGGER, czy też właśnie ACCEPT. Bez wątpienia te szybkie kompozycje stanowią trzon i potęgę zespołu. W takiej podobnej szybkiej stylistyce, która ociera się o speed, czy też power metal utrzymany jest melodyjny „Down On Kness” gdzie słychać pewne wpływy HELLOWEEN i całego hansenizmu czy też twórczości SCANNER. Kolejny dowód na to, że zespół nie ma problemów z dostarczaniem dużej liczby przebojów. W tej kategorii należy wymienić zadziorny „Nightmare”, który również stawia na szybkie tempo i zapadający w pamięci motyw czy też refren. No i petarda „Dont X The Line” utrzymany w stylistyce ACCEPT z lekkim własnym charakterystycznym power metalowym zacięciem stanowi jak dla mnie najlepszy utwór na płycie. Co wyróżnia ten album od poprzednich? Bez wątpienia fakt postawienia na klimat, nastrój, na wolne tempo i balladowo rockowe zacięcia w niektórych momentach. I to słychać wyraźnie w urozmaiconym „Heart Of Stone” , czy też romantycznym „Hold On The Night” , który jest piękną balladą. Trzecim rodzajem kompozycji są utwory charakteryzujący się zadziornym, ostrym riffem, średnim tempem i naciskiem na mocne metalowe granie o lekkim hard rockowym zabarwieniu, tak jak to ma miejsce w „Burning Witch” czy też rozbudowanym, mrocznym „Hunter”.

UNREST nagrał kolejny bardzo dobry album, z pełną dawką mocnych riffów, zapadających melodii, charyzmatycznego wokalu. Album, który oddaje to co najlepsze w niemieckim heavy metalu, ukazując ową surowość i toporność, która jest tutaj obecna, aczkolwiek przebojowość i niezwykła melodyjność, sprawia że album nie jest ciężko strawny, a wręcz przeciwnie łatwostrawny i pozostający w pamięci. Kariera UNREST w tym momencie nabrała rozpędu i nie ma się czemu dziwić kiedy w owym czasie nagrali taki poukładany album, w którym ciężko wyszukać jakąś wadę. Pozycja obowiązkowa dla fanów niemieckiej sceny heavy metalowej jak i porządnego heavy metalu.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 10 października 2011

KREATOR - Outcast (1997)

Na kolejny album niemieckiego KREATOR przyszło czekać fanom dwa lata, a zespół wciąż kontynuował eksperymenty i tym razem powstał krążek, który nie wiele ma do czynienia z thrash metalem. Poprzednia płyta była na swój sposób bardzo dobra, no o „Outcast” z 1997 już nie mogę tego powiedzieć. Podziwiam zespół za to że próbował tworzyć coś świeżego , ale nie każdego mogło to ruszać. Album pewnie w gatunku nie należy do niskiego pułapu, bo produkcja robi wrażenie, a kompozycje w same w sobie też nie są do końca kiczowate. Kwestia gustu i tyle. No mnie nie do końca przypadło taki styl grania, wolałem ich styl z „Coma of Souls” czy też z wcześniejszego okresu. Niestety zespół prezentując styl grania jaki słychać na Outcast zatracił swoją tożsamość i przestał przypominać KREATOR jaki wszyscy kochają. Brak charakteru i charakterystycznego grania w jakim zespół się obraca jest jedną z głównych przyczyn że jest to dla mnie jeden z słabszych dokonań tego zacnego zespołu. Właściwie okładka podobnie jak w przypadku poprzedniego albumu zdradza, że można pomarzyć o starym stylu KREATOR. Bolesne ale prawdziwe, choć brawa należą się za to że panowie nie stoją w miejscu i nie trzymają się kurczowo jednej stylizacji. Na tym albumie spodobał mi się wokal Petrozzy ,bo idealnie się w pasował w taki styl. Dużym minusem wg mnie jest liczba utworów na albumie, idealnie byłaby liczba 10, album by zapewne tak nie nudził już pod koniec.

Album otwiera „Leave This World Behind”- który od razu rozczarowuje starych fanów, bo jest to spokojny otwieracz, ciężki i mroczny jak cała płyta. Nie ma jakieś dzikości czy coś, taki w wolnym tempie, to wszystko się toczy ,ale nie oznacza że utwór jest słaby. Gra muzyków całkiem niezła ,a Petrozza jako wokalista zniszczył. Jednym z moich ulubionych utworów na tym albumie to oczywiście „Phobia” -prawdziwy killer. Oprócz genialnego głosu Petrozzy mamy niesamowite partie gitarowe i utwór bardzo fajnie buja. Kolejnym dziwnym wypiekiem jest „Forever”, który w niczym nie przypomina stary KREATOR i thrashu też tutaj nie wiele, ale kawałek ujdzie w tłoku, bo ma zapadający w pamięci riff. Potem zaczyna się dla mnie seria wypełniaczy: „Black Sunrise” , „Nonconformist”, „Enemy Unseen”, „Outcast”. Są to średnie utwory, które niczym się nie wyróżniają. Utwór nr. 8 to „Stronger Than Before” i też nie jest to jakiś genialny utwór,ale lepsze to niż te poprzednie kompozycje.. Mocny riff i całkiem udane tempo, no i ten przyjemny refren.
„Ruin of Life”, „Whatever it May Take” to kolejne średnie kompozycji ,który mnie odsiewają, gdy sobie przypomnę choćby album „Coma of Souls” to aż mnie krew zalewa że można było takie coś stworzyć. No i końcówka albumu całkiem udana, bo mamy takie wałki jak „Alive Again”- z mocnym riffem i zarąbistym tempem, czy też „Against the Rest”. Obok „Phobii” najostrzejszy i najszybszy utwór na płycie, dobra robota! No i zamykający „A Better Tomorrow” - te wstawki z industrialu całkiem ciekawie wyszły, utwór całkiem udany.

„Outcast” nie należy do najlepszych albumów Kreatora , ale tym którzy lubią takie albumy jak „Renewal” to powinien się spodobać owy krążek. Mnie to raczej nie rzuca na kolana, wolę jak Kreator gra swoje, a industrial czy inne gatunki niech zostawi innym. Album może nie jest taki zły, ale trzeba mieć żyłkę do takiego grania, no bo jeśli ktoś oczekuje od tego albumu czystego drapieżnego thrashu w stylu „Pleasure to Kill” lub „Endless Pain” to może być rozczarowany. Płyta jest przeznaczona dla słuchaczy, którzy lubią takie mieszanie różnych stylów muzycznych. Jeden z najsłabszych albumów niemieckiej legendy thrash metalu. Ocena: 5.5/10

sobota, 8 października 2011

U.D.O - Solid (1997)

Kiedy pod koniec lat 80 Udo Dirkschneider opuścił ACCEPT założył swój własny zespół sygnowany nazwą UDO. Pod tym szyldem Udo wydał cztery albumy i na początku lat 90 wskrzeszono formację ACCEPT, co przyczyniło się do tego, że działalność UDO została zawieszona. Udo Dirkschneider z ACCEPT nagrał trzy albumy i w 1996 został zawieszony ACCEPT, a Udo reaktywował swój zespół. Jednak tym razem Udo zwerbował praktycznie nowych muzyków, bo ze składu „Timebomb” został tylko Udo Dirkschneider, a także perkusista Stefan Schwarzman. W szeregach UDO pojawił się nowy gitarzysta Jurgen Graf , który zastąpił Mathiasa Dietha, a także nowy basista Fitty Wienhold, który tą funkcję pełni po dzień dzisiejszy. Jednak na największą uwagę zasługuje nie kto inny jak Stefan Kaufmann, który do tej pory znany był jako perkusista ACCEPT i producent UDO. Jednak w UDO przyjął w owym czasie nową rolę, a mianowicie funkcję gitarzysty i trzeba przyznać, że wywiązuje się ze swojej funkcji bardzo dobrze, o czym świadczyć może fakt, że gra w zespole Udo po dzień dzisiejszy. Rok 1997 ukazuje się piąty album zespołu, a mianowicie „Solid”. Mogłoby się wydawać, że będzie to kontynuacja „Timebomb” jednak muzycznie album jest nieco inny. W dalszym ciągu jest granie pod ACCEPT, ale tym razem zespół stara się przemycić kilka patentów ze wcześniejszych albumów i to powoduje, że album jest nijaki. W takim "Independence Day" słychać coś z GRAVE DIGGER, coś z JUDAS PRIEST z ery „Turbo” i jedynie ACCEPT przemawia tutaj w bojowym refrenie, czy też w charakterystycznej linii melodyjnej. Jeśli już chodzi o singlowe utwory, to bardziej reprezentacyjny jest „Two Faced Woman”, który brzmi jak ACCEPT z końcówki lat 80. Zaletą jego jest przebojowość i nieco hard rockowy wydźwięk. Zarówno ten utwór jak „Brainded Hero” czy też o charakterze balladowym „The Healer” to kompozycje, które stylistycznie pasowałby na album „Faceless World”. Jest też kilka utworów, które pod względem dynamiki, ostrych partii gitarowych, czy też ciężaru pasowałyby na album „Timebomb”. Do tych kompozycji należy zaliczyć zadziorny „The Punisher”, czy też rozpędzony „Preachers Of The Night”. Jednak co dominuje album to wolne tempo, nieco ponure melodie, które niczym zbytnim się nie wyróżniają i są to tak zwane typowe kawałki UDO, w których za wiele się nie dzieje, a ich jedyną zaletą jest refren w stylu ACCEPT , który potrafi zapaść w pamięci. Przykładem takich utworów jest choćby „Pray For Hunted”, czy też „Hate Singer”. To, że Udo Dirkschneider zawsze był wielkim fanem JUDAS PRIEST nigdy nie było tajemnicą, to też w w końcu doczekaliśmy się coveru słynnej kapeli. Utwór, który wykonał UDO to nie byle jaki utwór, bo „Metal Gods” i gdy się tego słucha, to ma się wrażenie że ten idealnie pasuje do stylu w jakim obraca się zespół byłego wokalisty ACCEPT.

„Solid” to typowy album niemieckiej formacji, zawierający typową muzykę UDO. Nie ma jakiś nowych pomysłów, nie ma prób grania czegoś innego, a to dla jednych plus, a dla drugich powód do narzekania. Jednak to jest dopiero jedna strona medalu. Bo z drugiej mamy średniej klasy materiał, który nijak ma się do poziomu „Timebomb” czy też „Faceless World”. Dobre utwory można policzyć na palcach jednej ręki, zaś nudnych motywów i nie atrakcyjnych melodii nie sposób policzyć. Jedynym pocieszeniem w przypadku tego album jest to, że jest on wiele ciekawszy niż dwa ostatnie wydawnictwa ACCEPT. Ocena 5.5/10

sobota, 10 września 2011

RHAPSODY - Legendary Tales (1997)

Fantasy to jeden z ulubionych gatunków literackich, gatunek który najbardziej pobudza wyobraźnię czytelnika. Potrafi wciągnąć w lepszy, bardziej magiczny świat. Na dobrą sprawę temat ten często był i po dzień dzisiejszy jest poruszany w muzyce metalowej. Jednak patrząc pod względem przesłania, pod względem wykonania i pod względem lirycznym to włoski Rhapsody zajmuje w tej kategorii u mnie pierwsze miejsce. Luca Turilli oraz Alessandro Staropoli - to od nich wszystko się zaczęło. Patrząc w przeszłość to są to ludzie znikąd. Bo przed założeniem w 1993 zespołu Thundercross nigdzie oni nie działali. Celem owych muzyków było połączenie muzyki barokowej, nawet klasycznej z power metalem. Do zespołu dołączył potem Daniele Carbonera – perkusista, Fabbio Lione – wokal. Zespół wydał demo "Eternal Glory", które pozwoliło im podpisać kontrakt płytowy z Limb Music Production. Debiutancki album postanowili wydać pod inną nazwą, a mianowicie pod nazwą Rhapsody. W roku 1997 światło dzienne ujrzał „Legendary tales” i stał się o pewnym novum w muzyce metalowej, gdzie ten zespół jako jeden z pierwszych przedzierał się w tym odłamie metalu. Jeśli chodzi o debiut tej zasłużone formacji to wyznacza on styl do dziś jest rozpoznawalny, ponadto na debiucie zespół pokazał jak duże znaczenie mają w ich przypadku okładki i że muszą one współgrać z prezentowaną muzyką, czy to się komuś podoba czy nie. Okładka oczywiście jak cała muzyka jest utrzymana w klimacie fantasy, więc jest smok, magiczna kraina, jest pegazus i stary wojownik, który walczy dla dobra ogółu. Produkcją albumu zajął się Sascha Peth.

Tak jak w przypadku wielkich dzieł literackich tak i tutaj zespół uderza od introdukcji, gdzie mamy podniosłość, połączenie patentów charakterystycznych dla muzyki symfonicznej. Ponadto zespół tutaj bawi się melodyjnością, jak i aranżacją i wszystko zostało tutaj zagrane pod wyśmienite chórki. Podoba mi się tez to, że chórzyści śpiewają w „Ira Tenax” po łacinie, ale na szczęście na całym albumie to słychać. Już od pierwszych sekund słychać coś świeżego, coś nowego w muzyce heavy metalowej. Już w dalszej części słychać rozwinięcie tylko pomysłów i tego co można było poczuć w intrze. Weźmy taki „Warrior Of Ice” wypisz, wymaluj, czysty Rhapsody. Melodyjny, nieco słodki, podniosły, waleczny, baśniowy, magiczny, przepełnionym przepychem instrumentalnym i zrobiony z przepychem, gdzie słychać nie tylko gitarę, bas, ale tez różne instrumenty, które pełnią rolę w orkiestrze. Kawałek opowiada historię Wojownika Lodu, który walczy ze złem. Zespół idealnie się sprawdza w długich kompozycjach, takich choćby jak „Rage Of The Winter”, który jest mieszanką balladowego feelingu, z szybką melodyjną jazdą, gdzie wszystko łatwo w pada w ucho i do tego zachwyca owym przepychem, gdzie można do szukać się wiele ładnych melodii. Kawałek imponuje wykonaniem i pomysłowością, taki jak oni grają nikt wcześniej nie grał. Utwór ten został nagrany w 2 wersjach. Pierwsza jest na tym albumie, druga zaś trafiła na singiel Holy Thunderforce. Zespół ten czasami stawia klimat ponad wszystko i to słychać w pięknym „Forest of Unicorns” w którym partie fletowe wytwarzają magiczny nastrój. Kojarzy mi się to nieco z latynoską muzyką i to jest duży plus. Takich ballad jak Rhapsody wygrywa to nikt nie potrafi. Czuć ten magiczny klimat lasu, w którym ukrywają się różne stworzenia, w tym jednorożce. Jednak wolne kawałki swoja drogą, ale zespół znakomicie się czuje w tych szybkich kawałkach, takich jak choćby „ Flames Of Revenge” obok poprzedniego kawałka to jest mój ulubiony utwór z tej płyty. Najbardziej zachwyciła mnie w tym utworze sekcja rytmiczna i dialog między partiami gitarowymi, a klawiszami no coś pięknego. Jest dynamika, chwytliwa sekcja rytmiczna, podniosłość i niezwykły klimat. 'Virgin Skies” to kolejny utwór w którym nie ma pędzącej sekcji rytmicznej, nie ma szybkich partii gitarowych, a także gdzie nie ma wokalu. Tak jest, to jest kolejny instrumentalny utwór. Kolejnym mocnym punktem na albumie jest „Land of immortals” czyli kolejna szybka pędząca do przodu do kompozycja, gdzie postawiono na dynamikę i melodyjność i dzięki temu kawałek łatwo w pada w ucho, a jego wykonanie i przepych na długo otumaniają. Nieco słabszy jest „Echoes of Tragedy” ballada w bardzo dobrym wykonaniu. Właśnie technicznie rzec biorąc utwór jest ok, ale w słuchaniu jakiś taki nudny. Brawo za klimat i chyba tylko za to. Zaskoczenia nie słychać w "Lord Of The Thunder" i mamy tutaj praktycznie to co na poprzednich utworach. Dynamika, szybkość, melodyjność, przepych, chwytliwość itp. Utwór dobry, bardzo dobry zresztą jak cały album, ale jakoś na kolana nie rzucił. Może monotonność dała o sobie znać? No i najdłuższy na albumie jest tytułowy „Legendary tales” i w sumie kawałek należy uznać za 7 minutową balladę. No i jak dla mnie jest to najsłabszy kawałek na tym albumie. Za mało się dzieje w ciągu tego czasu, ale wykonanie bardzo dobre mimo wszystko.

Debiut tego zespołu bardzo dobry i to musi przyznać każdy fan power metalowego grania. Zespół pokazał, że można połączyć melodyjny metal z symfonicznymi patentami. Rhapsody wniósł trochę świeżości do owego gatunku, zaczął przedzierać drogę w temacie, w którym mało który zespół miałby tyle do powiedzenia. Legendary Tales nie brzmi jak debiut, a muzycy z Rhapsody nie brzmią jak amatorzy. Ci którzy lubią melodyjne, pełne bogactwa instrumentalnego granie, a także ci którzy lubią klimat fantasy mogą śmiało sięgać po ten krążek. Pomimo takich plusów, jak wykonanie, poziom gry muzyków, brzmienie, czy klimat, są też wady, ja k choćby nierówność, nieco słodkości. Nota: 7/10 i polecam.

czwartek, 8 września 2011

PRETTY MAIDS -Spooked (1997)

Lata 80 to dla formacji Pretty Maids złoty okres, to wtedy powstały dwa największe dzieła:Red hot and Heavy, a także Future World z 1987. Lata 90 to właściwie pasmo nieszczęść. To okres gdzie zespół się pogrążał i sięgnął dna wydając „Scream” w 1995r. Ich album do roku 1997 były nierówne, nie atrakcyjne dla ucha i wszystko praktycznie sprowadzało się do nierównego materiału i kiepskich pomysłów. Coś trzeba było z tym z robić. A najlepszym sposobem na odbicie się od dna, jest powrót do korzeni. I tak o to duński zespół postanawia grać muzykę którą prezentował na epce i na debiucie. I zaryzykuje stwierdzenie, że „Spooked” to najlepsze dzieło od czasu debiutu i jego następcy. Dekadę przyszło czekać na wartościowy materiał, ale warto było. Dlaczego? Bo jest to materiał bardzo wyrównany, przebojowy i nie brakuje tez urozmaicenia, nie brakuje killerów i pięknych ballad no i jest coś czego mi brakowało na poprzednich albumach, a mianowicie klawiszy. A kto mógłby je zagrać jak nie sam Owen. Powiem więcej potem było sporo dobrych albumów, ale poziomu Spooked nie udało się przebić. Album jest przełomowy, bo pozwala wyjść zespołowi z dołka i wrócić do stylu i poziomu, który prezentowali na debiucie. Nic dziwnego, że album zebrał dobre recenzje i prestiżową nagrodę – duńskie Grammy w 1998 roku. Materiał na album skomponował Atkins i Hammer. Okładkę taką dość tajemnicza, ale bardzo heavy metalową stworzył Henrik Juul. Myślę,że fanów ucieszy fakt, że produkcją zajął się znów Tommy Hansen.

Wskrzeszenia trupa i z tym mi się kojarzy wstęp „Resurection”, który dosłownie oddaje sytuację i styl ostatnich płyt duńskiego zespołu i wskrzeszenie uważam, za udane. Trup ożył i odzyskał siłę którą miał na początku kariery. Intro to coś czego zespół dawno nie stosował. Ostatnie intro to było „Fortuna” i właściwie to intro nie wiele tamtemu ustępuje. Jest podniośle, melodyjnie, jest chwyliwie i jest melodia wygrywana przez klawisze, a to napawa optymizmem, że zespół jednak zaprezentuje kawał solidnego heavy metalu, z domieszką hard rocka. Tak też jest. Zespół daje ognia w postaci „Freakshow”. Słychać pozostałości po przednich albumach. Co poziom, nudę? Nie nic z tych rzeczy. Słychać ten ciężar i nieco bardziej nowoczesne granie, ale to wszystko oparte o stare sprawdzone patenty. Tak więc fani obu obliczy zespołu będą zadowoleni. Tak utwór na miarę słynnego :Back to Back”. Szybki, dynamiczny i melodyjny. Atkins w znakomitej formie co słychać od pierwszych sekund. Ale muszę pochwalić Hammera bo w końcu mamy jakieś normalne solówki, które kipią energią i imponują melodyjnością. Jest na czym zawiesić ucho. Riff też ostry i bardzo szybki. To musi się podobać. Ten zespół niegdyś u miał utrzymać poziom na całym krążku, a nie tylko zagrać 3-4 utwory i resztę wypełnić przeciętniakami i najwyraźniej zespół wrócił do planu z lat 80, bo „Dead or Alive” to kolejny killer. Znów bardzo dynamiczny i melodyjny kawałek. Tym razem tutaj zespół znajduje czas, żeby nieco zwolnić i nieco pobawić się melodiami i wychodzi im to znakomicie. No i znowu bardzo łatwo wpadająca w ucho solówka, znów mam skojarzenia z Helloween, a to dobry znak. Co zaskakuje to poziom samych utworów jak i fakt, że materiał jest równy co udowadnia kolejny utwór - „Die With yourd dreams” i tutaj zaczęło mieć wątpliwości. Bo jest tajemniczo, mrocznie i nie wiadomo co może z tego wyniknąć. Ale możecie być spokojni to kolejny killer, który przypomina mi nieco debiutancki lp. Jest tutaj skoczny riff, miłe wsparcie klawiszami Owena, jest kilka balladowych patentów i kawałek brzmi bardziej hard rockowo i łezka się w oku zakręciła, bo taki styl zespół prezentował na „Red hot and Heavy”. Prosty, melodyjny riff, i nieco hard rockowy refren. A ten tutaj jest pierwszej klasy. Tyle lat trzeba było czekać, ale warto było. Kolejny killer. Niczym poprzednim utworem nie ustępuje kolejny dynamiczny utwór - „Fly Me Out”. Czysty dynamit, gdzie jest piękny dialog między partia klawiszowymi, a partią gitarową Hammera. Kawałek opatrzony jest w ciężkie partie gitarowe, ale wszystko zostaje zmiękczone melodyjnością i przebojowością. Znów fani debiutu będą zachwyceni. Materiał jest bardzo urozmaicony o czym świadczy bardziej hard rockowy „Live Until It Hurts”. Kawałek jest luźny, radosny, a przede wszystkim przebojowy. Ma łatwo wpadający w ucho motyw, a pomaga nam w tym Owen. Choć jest hard rockowo to i tak nie brakuje tutaj cięższych partii gitarowych. Znów kawałek który przypomina styl z dwóch największych albumów. Tytułowy „Spooked” może nie którym przypomnieć dwa ostatnie albumy i w sumie się nie dziwię, bo jest to jeden z najcięższych utworów na płycie, jeśli nie najcięższy. Ale w przeciwieństwie do utworów z dwóch poprzednich albumów, jest on bardzo atrakcyjny dla ucha. Jest melodyjnie, a Hammer wygrywa naprawdę atrakcyjne partie gitarowe. Fanom Iron Maiden na pewno przypadnie do gustu kolejny killer i jedna z najlepszych kompozycji w historii zespołu. O jakim utworze mowa? Ano o „Twisted” i to jest petarda z prawdziwego zdarzenia. Szybka, energiczna, rytmiczna i przebojowo. Riff i refren tutaj po prostu demolują. No i kiedy ostatnio zespół grał tak stabilnie i na takim poziomie? No kiedy? !0 lat temu. Gdy pierwszy raz zobaczyłem na tylnią okładkę płyty to przeraził mnie długość kolejnego utworu”If it Can't be Love”. No 6 minut to nie przelewki. Ale zespół wyszedł z tego obronną ręką, nagrywając najpiękniejszą balladę, a na pewno jedno z tych najpiękniejszych w historii zespołu. Kolejne urozmaicenie, ale na plus. Piękny klimat melodie i porywający refren, piękność w czystej postaci. Poziomu też nie obniża hard rockowy „Never too Late” gdzie mamy ciekawą aranżację i porywający dialog między Owenem, a Hammerem. Znów piękne melodie i refren. Znów dałem się porwać muzyce Pretty Maids niczym na debiucie. Nieco emocje i zachwyty opadły przy „Your Mind is Where The Money Is” jest to kolejna ballada. Nie przemówił do mnie styl gry Hammera, no i refren tez tylko dobry. No i bez wątpienia jest to jedyna kompozycja, które nieco odstaję. Bardzo podoba mi się cover Kiss „Hard Luck Woman” i to jest najpiękniejsza kompozycja na tym krążku a tuż za nią ballada „If it Can't Be Love” Piękne partie gitarowe, nie tylko te akustyczne. A całość zamyka kolejny killer - „The one that Sould Not be” i znów dynamit i niezwykła energia, szybkość i melodyjność.

Wow, to jest to to. Dekadę zespół spędził na przemyśleniu i wyciąganiu wniosków z swojej działalności i dobrze. Wrócili do korzeni i to dosłownie. Mamy kompozycje, które klimatem i stylem przypominają te z lat 80. Nie ma nie równego materiału jak to maiło miejsce na ostatnich albumach zespołu, nie ma kombinowania i udawania i grania pseudo ciężko metalu. Jeden utwór nieco odstaje od reszty, a tak od początku do końca same killery. Wiem, że najsłuszniej było by dać 8 czy też 8,5, jednak czuje duży sentyment do tego albumu, jak i zespołu, bo na ich płytach się wychowałem. Tak czy siak, jest to jeden z najlepszych albumów duńskiej formacji, album który pokazał że zespół jeszcze potrafi grać. Album przełomowy dla zespołu, bo wrócił do grania i stylu z lat 80. U mnie nota: 9.5/10 Polecam.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

GAMMA RAY - Somewhere Out in Space (1997)

Kai Hansen to nie tylko żyjąca legenda, ojciec power metalu, charyzmatyczny wokalista, grający własnym stylem gitarzysta, ale też znakomity kompozytor. To akurat nie jest taka łatwa sprawa jak się niektórym wydaje. Napisz teraz jakiś składny, łatwo wpadający tekst, do tego sensowny. Nie łatwa to sztuka, a Hansen radzi z tym sobie tak dobrze jak mało który muzyk. Pisał pesymistyczne teksty, gdzie było o „Mordercy”, ofierze losu”. Była też tematyka bardziej już o życiu, czyli było o upływającym życiu czyli „March of Time” czy też „I 'm Ailve” i „I want Out”. Było także o życiu po śmiertnym i niebie „Afterlife” czy „heaven cant Wait”. Dalej były teksty o wojnie, mowa o albumie „Sighn No More”. Później znów o życiu i nawet wyraźne fantasy na „Land of The Free”. Jednak na tym nie koniec nie znającego granic pomysłowości i geniuszu Hansena. Czego brakuje? Ano tak Sience – Fiction.  Kosmos, podróże w czasie, czarna dziura, nieskończona przestrzeń wszechświata. Gamma Ray i s-f?  Brzmi jak „gwiezdne jaja”. Jednak warto zwrócić uwagę na fakt, że to nie pierwsze udanie się zespołu heavy metalowego w rejony s-f.  Mamy przecież Iron Maiden, Steel Prophet, mamy też Metallium, czy też Iron Savior. Tak więc popularne jest zagłębianie się w tą tematykę. Zespół heavy metalowe najczęściej czerpią pomysły na teksty, z życia, ale czasami one nie wystarcza. Trzeba szperać po książkach, filmach.  Jedni lubią Władce pierścieni i elfy, jedni koszmar z ulicy wiązów, a jeszcze inny „Kosmiczną odyseję”  w przypadku GR nie pierwszy raz jest nawiązanie do tej tematyki, ale pierwszy raz cała płyta jest z tym wiązana. Po sukcesie Land of The Free zaszły w zespole drastyczne zmiany, nie ma Thomasa Nack, nie ma Jana Rubacha. Krystalizuje się za to skład jaki mamy dzisiaj. Czyli na basie Dirk Schlachter, zaś jego miejsce jako drugiego gitarzystę zajął Henjo Richter, który występował w Rampage, zaś perkusistą został Dan Zimmermann znany z Lanzer i Freedom Call. W tym składzie został wydany w 1997 roku „Somewhere Out in Space” Produkcją zajął się Kai i Dirk, miksem Charlie Bauerfriend. Zespół od Land of the Free zaczął mieć naprawdę piękne i miłe dla oka okładki. Tym razem bardzo w tylu Gamma Ray okładkę narysował Kristian Huitula. Sporo zmian jeśli chodzi o skład GR, a mimo to muzyka nie uległa drastycznym zmianom, choć zespół gra nieco agresywnej i bardziej dynamicznej niż na Land of The free.  Warto zaznaczyć, ze w roku1996 Kai założył wraz z Pietem Sielckiem Iron Savior, który też osadzony jest w s-f i najwidoczniej Kai zaraził się od tamtego zespołu s-f. I z debiutu tego zespołu znalazła się na albumie jedna kompozycja autorstwa Kai i Pieta, stąd mamy dwóch gości na albumie:Thomena Staucha – perkusja, Piet Sielck, gitara i wokal. Czy udało się do równać genialnemu, będącym jednym z najlepszych albumów w historii power metalu? Poprzeczka została wysoka ustawiona.

Zaczyna się od potężnej sekcji rytmicznej w „Beyond the Black Hole” w którym to najwięcej przy komponowaniu palców maczał sam Hansen. Słychać przede wszystkim cięższe i agresywniejsze partie gitarowe, ale to wciąż ta szybka i dynamiczna Gamma Ray. Kai Hansen w bardzo dobrej formie wokalnej i pod tym względem jak i pod względem instrumentalnym przypomina mi się „Walls of Jerycho”. Słychać też, że Richter to najlepszy kompan dla Hansena. Technicznie przypomina mi nieco styl Ritchiego Blackmora i tego jego melodyjne solówki. Pędzący i chwytliwy riff, to tylko początek. Dalej mamy hansenowski refren, to jest jego znak rozpoznawczy. To „Fly”, „Ride” kojarzy się nawet nieco z Ride The Sky” ale to w jaki sposób brzmi nasuwa raczej „man on a Mission”. Postęp pod względem muzycznym słychać w solówkach. Są one bardziej agresywniejsze niż te na Land Of the free. Poza uniesieniami muzycznymi, są też uniesienia związane z liryką. Czyste sience fiction, które związane jest związany z podróżą w głąb czarnej dziury. Klasyk Gamma Ray i jedna z najlepszych kompozycji na albumie.  Mało kto wie, ze tytuł roboczy tego albumu był „Men, martians and machines”, który jest na temat, maszynach, które szukają planety, którą mogliby zasiedlić, gdyż ich własna przepadła, i tak o to przybyli na ziemię. Kawałek skomponował oczywiście Hansena. Również jest to najlepsza kompozycja na albumie i zawdzięcza to prostemu, bardzo gitarowemu riffowi, który jest takim charakterystycznym dla Hansena. Są tez klawisze, jest mrok i tajemniczy klimat i mamy też sporo atrakcyjnych melodii. Proste patenty, a cieszą. Szkoda, że kompozycja przez wielu zapomniana i niedoceniona. Niestety, na albumie są też zgrzyty i słabsze momenty i to właśnie nie równość przyczynia się do tego że album jest słabszy niż być mógł. Mamy „No stranger” i choć skomponował go Hansen, to jednak daleko jej do ideału. Mamy tutaj ciepły i taki nieco balladowy refren, nieco progresywny riff, który jest mało atrakcyjny dla ucha, ale na szczęście solówki są na poziomie talentu Kai'a. Szybko zespół rehabilituje się w postaci tytułowego „Somewhere Out In Space”. Kolejny klasyk, kolejny killer na albumie i jeden z moich prywatnych ulubieńców. Dobra co więcej tutaj mamy? Szybką petardę, gdzie sekcja rytmiczna, refren, chórki i niektóre motywy nasuwają mi ...Blind Guardian. Słychać też Ride The sky z Walls of Jerycho.  Jest agresja, dynamit i melodyjność, jest podniosłość i muzyczne uniesienie. Kawałek świetnie się sprawdza na koncertach. Lirycznie kawałek tyczy się kogoś kto bierze udział galaktycznej misji i jest to tekst inspirowany Star Trekiem.Oj gdyby taki był cały album, to ocena była by jedna. Ale niestety nie jest. Mamy nieco odstające kawałki, jak choćby „Guardians of Mankind” autorstwa Richtera. I słychać tutaj nieco progresywnego grania. Richter na tym albumie jeszcze zbytnio sobie nie radził z komponowanie, tak jak później. Nie podoba mi się riff, gdyż jest jakiś taki stonowany i mało atrakcyjny i jedynie refren i solówki wychodzą tutaj na poziomie. Tekst opowiada historię strażnika, który strzeże równowagi między dobrem a złem. Również zespół na tym albumie podobnie jak na poprzednim pozwolił sobie na takie krótsze utwory, będące przerywnikami. I tak o to mamy „The Landing” który na trasie promującej album, służył za intro i to w sumie dobry pomysł był. Kawałek ma fajne podniosłe tempo i chwytliwy tekst. Warto zaznaczyć, że kawałek z dominowany jest przez bas Schlachtera. Kolejnym klasykiem i jedną z najlepszych kompozycji na tym albumie jest „Valley of the Kings”, który promował album jako singiel, na którym znalazło się choćby znakomite wykonanie Victim of Changes Judas priest przez Gamma Ray. 100 % Gamma Ray, 100% Hansena. Prosty, chwytliwy z łatwo wpadającą melodią i refrenem. Równie ambitny i oryginalny jest tekst, który opowiada historię starych bogów, którzy zostawali na ziemi swoje dziecko, które było w śpiączce, ale się przebudziło. Próbuje on nawiązać kontakt z rodzicami, w celu zdobycia informacji co się dzieje i co będzie  z nim i planetą ziemię. Warto podkreślić, że znakomita solówka zdobi ten utwór. I nie mogło na tym urozmaiconym albumie zabraknąć ballady. A takową jest „Pray”, gdzie słychać coś z Queen i innych rockowych kapel. Kawałek bardzo łagodny i z chwytliwym refrenem, ale jakoś nigdy nie była moim faworytem, ot co średni kawałek, ze świetnym klimatem i refrenem. Najdłuższą kompozycją na albumie jest „The Winged Horse”  i jasne że jest to słodka kompozycja, jasne że Richter miał lepsze kompozycje w swojej karierze, ale to jest dość ciekawa kompozycja. Co mnie się podoba w tym kawałku? To odegrany z pasją do Ritchiego Blackmore'a riff i także z neoklasycznym zacięciem przy melodiach. Nic dziwnego, skro Richter brał udział w projekcie Catch the Rainbow, czyli tribute to Rainbow.  Kawałek ma fajną rytmikę i dynamikę i nawet fajnie się tego słucha. Jest też nieco słodki i irytujący refren, ale miły w odsłuchu. Może nie jest to genialna kompozycja, ale solidna i to z ciekawymi motywami. Nie potrzebny wg mnie jest solo Dana Zimermanna „Cosmic Chaos” to nie koncert. Jedną z najcięższych i najagresywniejszych na albumie, a także w karierze zespołu jest „Lost in the Future”. Utwór skomponował Schlachter na spółkę z Hansenem. Mamy tutaj agresywny i ciężki riff, który nasuwa thrashmetalowe kapele.  Kawałek taki bardziej techniczny, mroczniejszy ale i tak jest to jedna z ciekawszych kompozycji na albumie. Utwór porusza problem rozwój technologii i tego czy w przyszłości nie przyczyni się do naszego zniszczenia. Sporo atrakcyjnych melodii i atrakcyjne pojedynki na solówki. No i kto by pomyślał, że album wrzuci „Watcher In the Sky”, który słyszeliśmy na debiucie Iron savior? Nie dziwię, się bo jest to świetna kompozycja autorstwa Hansena/Sielcka. Jest dynamiczna, prosta i melodyjna. Brzmi jak ... Gamma Ray. Kto tutaj występuje nie muszę chyba przypominać? Wspomnę tylko o tekście, który opowiada o robocie, który jest maszyną obroną  i w dodatku z ludzkim mózgiem. Ów robot powstał w Atlantis i to jakieś 350 tysięcy lat temu. Kolejny killer na albumie. Na albumie mamy też nic nie wnoszący „Rising star”. Zaś na uwagę zasługuje też zamykający „Shine On” i przypomina mi momentami Heal me i nic dziwnego skro znowu utwór skomponowany przez duet schlachter/Hansen. Utwór jest bardzo urozmaicony różnymi motywami, a to raz szybciej, a to raz wolniej, a to raz szybka power metalowa jazda, a to znów klimat ballady. Najpiękniejsza kompozycja na albumie, taka w której łzy i emocje same wyłażą z słuchacza. Jeden z moich ulubionych kawałków na tym krążku.

Gamma Ray udowodniła, że jest zespołem elastycznym jak guma i potrafi się dostosować do każdej liryki, tematyki, do każdego stylu potrafi się dopasować i właściwie we wszystkim jest jej dobrze. Gamma Ray ma innych muzyków, a mimo to wciąż słyszymy Gamma Ray, wciąż słychać ten ich styl, a to zawdzięczamy dzięki liderowi – Kai'owi. Poprzeczka zawieszona na Land Of the Free okazała się nieco za wysoko. Choć problem tkwi w samych kompozycjach. Bo są killery, szybkie petardy, przeboje, ale album jest nie równy bo są też wypełniacze i nieco przekombinowane utwory. Jest tez momentami zbyt słodko, no i do tego godzinny materiał, też zrobił swoje. Poziom artystyczny jeśli chodzi muzykę i klimat to nic nie uległo zmianie, ale kompozytorstwo nieco tutaj kuśtyka. Pod względem liryczna jedna z najlepszych płyt Gamma Ray jak i w całym power metalu. Nota: 8/10

środa, 13 lipca 2011

STEEL ASSASSIN - From The Vaults (1997)

Ciekawi mnie jakbyście określili zespół, który został założony w 1982 roku. Wydał sporo dem i właściwie pierwszy jako taki krążek pojawił się po 15 latach i właściwie też do końca nie jest to pełnometrażowy album, ale to jest akurat kwestia sporna. Jak dla mnie mieli pecha jak mało kto. Bo rozumiem, że można kiepsko grać albo coś, ale nie jak to było w przypadku amerykańskiego Steel Assasin. Zespół dobrze się prezentował, a mimo to nie przetrwał, a wydany w 1997 roku „From The Vaults” to nic innego jak zbieranina utworów prezentowanych wcześniej na demach z roku 1983- 1985 i w sumie dobrze że zostało to wydane, bo zespół prezentuje świetny metal, który przemyca nieco NWOBHM i śmieszne jest to że taki zespół z taką muzyką nie miał przebicia. Co jest takim punktem spornym dla wielu słuchaczy to Doni Escolas, który umiejętnie śpiewa pod Bruca Dickinsona i Kai Hansena tego z Walls Of Jerycho, podobny surowy wydźwięk no i te piski. Krążek zawiera naprawdę świetny, zróżnicowany materiał, który jest zdominowany przez szybkie i melodyjne utwory i jego jedyną wadą jest brzmienie. No ale mnie tam one nie przeszkadza. Przynajmniej ma ducha lat 80. Tematycznie krążek wiąże się z historią, mitologią, jako główne źródło pomysłów na literackie podłoże albumu.

Pierwszym z 12 kompozycji tego albumu jest „Spartacus”, który jest naprawdę ciekawym utworem. Prezentuje nie przeciętne umiejętności Doniego. Podoba mi się jego młodzieńczy zapał i śpiewanie bez jakiś ograniczeń. Nie waha się przed niczym za to szacunek. Riff jest szybki, surowy, ale kosi nie jeden współczesne pseudo rytmiczne partie gitarowe. Jest melodyjność, jest chwytliwość, jak choćby podczas refrenu. Solówki też otoczone surowością i choć brzmią nie najlepiej, nieco jakby schowane za perką to i tak miło się słucha. Utwór jak i zespół brzmi jak zespoły z lat 80 i słychać nie tylko Amerykę, ale też Europę. „Phateon' też można by rzec zagrany w prosty sposób bez jakiś skomplikowanych partii gitarowych czy zagrywek. Jest prosty riff, który nie wiem czemu skojarzył mi się z Kreatorem i „Endless Pain” No dużo pomaga w tym surowość. Ale sam riff jakoś brzmi jak „Storm of the beast”. Jest tym razem wolniejsze tempo i bardziej wyeksponowane solówki. Takim amerykańskim kawałkiem jest „Falling Steel”. Pulsujący bas, wolne tempo i perka waląca w jednej tonacji i kojarzy mi się to z niczym innym jak Manowar. Wystarczy posłuchać choćby tej warstwy instrumentalnej podczas zwrotek. Jednak pomimo tego kawałek ot co taki sobie, bez większych emocji. Pierwszy 3 utwory pochodzą z dema wydanego w 1984 roku.”Cobra” gdy sobie słucham riffu, to kojarzy mi się to z Judas priest. Tutaj produkcja daje o sobie znać. Głos wokalisty brzmi jakby pochodził ze studni. Fatalny efekt. I choć brzmi to całkiem dobrze pod względem kompozycyjnym to jednak jest to jednak ciężkie w odbiorze. „Demon Hell Rogness” i tutaj Doni brzmi momentami jak sam King Diamond, jak śpiewa „ooh,ooh”. Sam utwór też co najwyżej dobry. Refren niczym specjalnym jest, podobnie jak riff. Solówki to jedyna rzecz, która zostaje w pamięci z tego utworu. Ten i poprzedni kawałek pochodzą z 1983. Taki ukłonem w stronę Judas Priest jest „Relation”. Słychać to przede wszystkim w riffie i całej warstwie instrumentalnej. Uważam, że gdyby nie to kiepskie brzmienie utwór miałby szansa błysnąć na wizji kanu MTV. „Atilla The Hun” słychać sporą dawkę NWOBHM i jest to jeden z takich ciekawszych utworów na płycie, taki bardzo wyrazisty. Zawdzięcza to przede wszystkim niezwykłemu riffowi, chwytliwości i nawet dobremu brzmieniu. Nie wiem czemu, ale „Crusader” skojarzył mi się z Judas priest „Better By you Better than me”. Nieco podobny riff, nieco podobne tempo i gotowe. Warto dodać, że to jeden z ...słabszych utworów na płycie. Niestety, ale i “Sorcerer’s Mistress” jako ballada też nie wiele lepiej się prezentuje. Jedynie szybsze tempo i nieco bardziej atrakcyjne granie ratuje utwór przed katastrofą. Natomiast sporo z Iron Maiden tego wczesnego słychać w 'Barbarians On The Frontier” i jest to również jedna z takich bardziej wyrazistych kompozycji, ale daleko jej do perfekcji. Choć liczy sobie 7 minut i pretenduje do najdłuższego kawałka na płycie to nie nudzi. A to wolne, a to szybsze tempo, a to spokojnie, a to ostro. Dobrze to brzmi. „Heavy Metal Soldiers” i tutaj ja jako słuchacz mam dość. Bo zaczyna się to wszystko zlewać w jedną całość, co wg mnie jest nie na korzyść. Nie potrzebne przedłużenie zakończenie. Sam kawałek brzmi fatalnie. Jedynie jest fajna melodia w stylu IM oraz bardziej wyeksponowany bas no i na plus w miarę udany refren. “Executioner” troszkę judasów tutaj słychać, ale cała dynamika przypomina mi ironów. Jest to też jeden z tych lepszych utworów. Jest melodyjny i taki przyjemny dla uszy.

Steel Assasin tym albumem przypomniał słuchaczom, że taki zespół w ogóle istnieje, jednak zespół przestał istnieć i tak naprawdę każdy z członków tak naprawdę poszedł w swoim kierunku. Krążek jako tako jest dobry i tylko dobry. Co przedłożyło się na taką ocenę? Brzmienie to jedno, ale dużo leży po stronie samych kompozycji. Grać umieją, ale najczęściej jest to rzemieślnicze granie, które w dużej mierze polega na wzorowaniu się innymi kapelami. Są tutaj takie petardy jak “Executioner” czy „Spartacus” , ale też nie za brakło wypełniaczy.Nie dawno zespół wziął na warsztat niektóre kawałki z tego okresu i wypadają one o niebo lepiej. Jednak jak wspomniałem z niczego nie zrobisz killera. Zespół kazał czekać fanom 10 lat na kolejny, tym razem pełnometrażowy album z nowym materiałem krążek. 7/10 i polecam wyłącznie zagorzałym fanom heavy metalu.

wtorek, 12 lipca 2011

JUDAS PRIEST - Jugulator (1997)

Jaki jest najlepszy test dla fanów danego zespołu? Ano album zagrany w nieco innym stylu niż pozostałe, albo też zmiana personalna, która też przekłada się na nasze przyzwyczajenia oraz przedkłada się na poziom utworów. Cóż Judas Priest spotkały oba czynniki i był to test dla fanów. Na następce Painkillera przyszło czekać fanom aż 7 długich lat. A było to spowodowane przede wszystkim odejściem Roba Halforda, który miał dosyć heavy metalu i w ogóle ciężkiego grania. Na pewno był to cios dla zespołu, bo tak naprawdę dzięki niemu zespół wybił się na wyżyny. Ale to nic, reszta bandu postanowiła nie opłakiwać Roba, wręcz odwrotnie chcieli sprawić , żeby to Rob opłakiwał odejście z Judas Priest. Jednak pomimo zapału zespołu, mieli oni ciężki orzech do zgryzienia , a mianowicie znalezienie godnego następcy Roba. I trzeba przyznać im ,że udało im się kogoś takiego znaleźć, mowa o Timie Owensie, który od najmłodszych lat podziwiał judasów. Wcześniej występował w Winters Bane, a że brzmiał podobnie do Roba, to też znalazł posadę w JP. Zapisanie utworów wziął się Glen Tipton i trzeba przyznać, że „Jugulator” brzmi ciężej i bardziej nowocześniej niż poprzednik, ale takie było zamierzenie zespołu. Chcieli pokazać Robowi i Fight jak grać nowoczesny Heavy Metal i ten zabieg się udał. Album podzielił fanów na dwa obozy: pierwszy: wielbimy tylko JP z Robem, drugi: wszystko, nawet z Ripperem, oczywiście należę do drugiego obozu. Nowy krążek miał wstrząsnąć całym metalowym światem, zmienili logo( wg mnie gorsze od starego) i postanowili nagrać album cięższy od painkillera. Zmian jest sporo, ale mimo tych zmian, wciąż słychać że to JP, ale ze starym klasycznym stylem nie ma zbyt wiele powiązań, jedynie kilka do painkillera. Technicznie jest nawet lepiej, wystarczy posłuchać takiej perkusji. Nawet sola, bardziej nastawione są bardziej na technikę niż na melodyjność. Sama okładka też zrobiona w innym klimacie, może nie jest piękna, ale intryguje.

Podczas pierwszego obrotu byłem po prostu zaskoczony, że można nagrać tak genialną muzę, która niszczy obiekty. Od pierwszych taktów słychać różnicę między starymi albumami a jugalatorem. Mogę szczerze powiedzieć, że fani starego judasa nie mają czego szukać na tym krążku, bo jest to zupełnie inne oblicze zespołu. Jest o wiele ciężej i mroczniej, więcej techniki, więcej ognia, jakoś mniej przebojowości i chwytliwych refrenów. Ale ma też to swój urok.

"Jugulator" zaczyna się bardzo powoli, gitary pomrukują nisko w tle. Słychać jakieś trzaski, jakby jakaś maszyna ruszała powoli. Jedynie początkowa partia gitarowa daje znać, że to JP. Ale jakby inny. Mroczniejszy, bardziej nowoczesny i cięższy.Wydaje się, ze to zupełnie inny zespół, ale po chwili rytm przyspiesza, a Tim wysoko "wyje". Po tym krzyku byłem już pewny, że nikt by lepiej nie zastąpił Roba Halforda. Co jest też słyszalne od pierwszych sekund, to że zespól nabrał trochę charakteru thrashowego. Riff jest zabójczy, zresztą jak cała warstwa instrumentalna. Ale brzmi to fantastyczne. Jest to na swój sposób chwytliwe. Ale nie jest to takie proste jak w przypadku wcześniejszych płyt. Trzeba jednak trochę czasu aby się z tym oswoić. Solówki też ostre i drapieżne i nastawione przede wszystkim na technikę. Scott Travis odwala tutaj świetną robotę, perkiuja brzmi nawet fantastyczniej niż na painkillerze. Następny utwór "Blood Stained" jest jeszcze ostrzejszy. Jeśli się dobrze wsłuchacie w ten utwór to może również jak i ja wyłapiecie kilka momentów , które przypominają nam stary Judas Priest. Jest to jeden z tych utworów, który mnie skusił do tego, żeby zapoznać się z tym albumem. Utwór mimo ciężaru, mimo niezwykłej techniki, buja i porywa. "Dead Meat" który jest kolejny mocnym heavy metalowym utworem. Jest to jeden z moich ulubionych kawałków z tej płyty. Mogę tutaj posłuchać popisów Rippera. Poza tym kawałek, ma taki koncertowy wydźwięk, no i do tego mamy chwytliwy refren i riff. Ciekawa stawka dość nie typowa jak na ten zespół, a mianowicie warczenie psa. Trzeba przyznać, że na albumie pełno jest takich stawek, co jest pewnym krokiem na przód. Czasami przypomina mi to Kinga Diamonda.
"Death Row" jest to kolejny utwór bardzo brutalny jak na Judas Priest.Glenn tym razem pokazał się nieco z innej strony , jeśli chodzi o umiejętności pisarskie i gitarowe. Tekst dotyczy kary śmierci. Ten początek jest genialny, zwłaszcza ta historyjka. Jest niezwykły klimat, ale jest ciężar. Jednak z ciężaru wyłania się obraz starego JP. Zwłaszcza słychać to w riffie, pomimo jego ciężaru oraz technicznej otoczki. Refren tez taki nieco przypomina stare Judas Priest. Ale doszukiwać się starego stylu nie ma co, to już nowe wcielenie jP, które też bardzo mi się podoba. Zespół nie zwalnia z tempa, nie zmniejsza ciężaru. Takich albumów też trzeba od czasu doc czasu posłuchać.
Innym nieco kawałkiem jest taki „Decapitate”, gdzie jest wolne tempo i dużo ciężaru. Nie ma chwytliwych melodii, zapadającego refrenu, nie ma też porywającego riffu. Jest za to mrok, ciężar i dużo technicznego grania. Pasuje do reszty idealnie, aczkolwiek nieco mniej zachwyca niż poprzednie utwory. Najlepiej wypadają tutaj oczywiście solówki. "Burn In Hell" to majstersztyk. Poznajemy w nim nieograniczone możliwości "Rippera". I jest to jeden z moich ulubionych kawałków, w którym naprawdę słyszę sporo z okresu z Robem na wokalu. Nie dziwię się że ten kawałek został wybrany do promocji albumu, bo jest to coś co nawet i starzy fani mogą łyknąć. Jest to jeden z najdłuższych utworów na albumie i ma sporo zapadających motywów."Brain Dead" doskonały tekst, który porusza kwestię aborcji, ciężkie riffy oraz fantastyczne przejścia Travisa. Też tutaj jest może i nadmiar ciężkości, może to nieco zbyt techniczne, ale słucha się tego dobrze. „Abductors” to popis wokalny Rippera. Kompozycja też utrzymana w bardzo wolnym tempie. Nie ma jakiś melodii, które by chwyciły, nie ma też jakiegoś przebojowego refrenu. Ale utwór potrafi skopać tyłek,a to już coś. W połowie słychać lekkie zmianę motywu i trochę starego kapłana słychać. Kolejnym kawałkiem, który należy polecić starym fanom, którzy mają problem ze zebraniem się za tą płytę jest „Bullet Train”. Tutaj w przeciwieństwie do poprzednich utworów dominuje melodyjność, nawet chwytliwość w refrenie. Słychać ducha starego judasa, a to już coś. Płytę kończy 9 minutowy utwór "Cathedral Spires", najmelodyjniejszy utwór na płycie i jeśli miałby wskazać największe powiązanie ze starym JP, to wskazałbym na ten utwór. Słychać tutaj wolne tempo, łatwo wpadającą melodie, które są wygrywane przez akustyczną gitarę. Jest podobieństwo do wokali Roba. Jest klimat i jest rytmika. Ciężar jest nieco ograniczony, ale tez go słychać. Refren zniszczył mnie. Tylko Roba brakuje. Końcówka też nie typowa dla judasów, ale również jest genialna co cały utwór. Świetne chórki.

Ogólnie jest to bardzo dobry materiał. Uważam, że zespól osiągnął to co zamierzał i nagrał album nowoczesny i cięższy niż poprzednik, ale niestety ucierpiała na tym melodyjność. Po raz kolejny zespół zrobił krok w przód i nagrał album, który zupełnie się różni od poprzedniczek.
Ci którzy wielbią Halforda i stary Judas raczej album nie podejdzie ( choć są wyjątki jak ja), natomiast osobom, które szukają czegoś nowego i świeżego to polecam ten album , bo naprawdę jest to solidny krążek. Nota: 9.5/10

czwartek, 7 lipca 2011

BRAZEN ABBOT - Bad Religion (1997)

A co gdyby tak się spotkało 3 znakomitych wokalistów? Jeden znany z występów w Rainbow i Depp Purple – Joe Lynn Turner, drugi znany z występów w Candlemass i Stormwind - Thomas Vikström, trzeci zaś znany przede wszystkim z występów u boku genialnego Yngwiego Malmsteena - Göran Edman. Do tego wszystko wykreowane przez producenta i dość utalentowanego muzyka Nikolla Kotzeva. Jego zespół czy też projekt zwany Brazen Abbogat, nie jest może tak popularny u nas, a mimo jest to zespół dość ciekawy, bo wzorujący się na działaniach Deep Purple i nie tylko. Najbardziej dominującym gatunkiem na płytach to Hard Rock, czy Aor, ale nie tylko. Pewnie się zastanawiacie co wyszło z tej niebezpiecznej mieszanki, z której powinno wyjść przynajmniej coś bardzo dobrego. W roku 1997 wyszedł „Bad Religion” i to właśnie ten album będzie przedmiotem owej recenzji. Tutaj aż widać po informacjach, że tak naprawdę to Nikolo Kotzev jest mózgiem całego przedsięwzięcia. Dlaczego? Nie dość że napisał wszystkie utwory, to jeszcze zajął się masteringiem i produkcją. Czy to wyszło akurat na dobre albumowi? Pozostawię was z tym pytaniem samych. Ja przejdę do dalszej części recenzji, a mianowicie opiszę jak przedstawia się dany kawałek.


Całość otwiera „The Whole World Is Crazy” utwór, w którym to swojego wokalu udziela nie kto inny jak Turner. Całość utrzymana dość w takim tajemniczym klimacie i słychać nutkę Deep Purple a to za sprawą właśnie całej otoczki, a to za sprawą riffów czy też klawiszy. No i do tego w pakiecie mamy wokalistę, który udzielał się w Deep Purple. Sam utwór brzmi dobrze, nawet bardzo dobrze. Niestety szału na miarę wielkich hiciorów Turnera nie ma. Kawałek buja jak przystało na dobrego hard rockera. Nikolo Kotzev jest znakomitym instrumentalistą i to nie raz będzie dane nam usłyszeć na tym albumie, ale obok Blackmore nie mam zamiaru gu ustawiać, bo to nie ta sama klasa. Nikolo rozróżnia album wokalnie i co utwór będzie inny głos, ale to akurat jest bardzo udany patent. Już w „Nightmares” słychać Thomasa. Znów utwór utrzymany w stylistyce Depp Purple, aczkolwiek nieco inne patenty zastosowane nieco inny wydźwięk. Na szczęście klimat i refren, podsuwają nam tą kapelę. Muszę przyznać,że refren jest tutaj najpiękniejszą rzeczą. Najbardziej wciągający refren na tym albumie. No i w końcu jakaś porywająca solówka. „Two of a Kind” to kawałek, który zalatuje w rejony Aor. Trochę bluesowego feelingu i głos Edmena. Sam utwór jest spokojny, stonowany i nastawiony na emocję, a takowych nie brakuję. To dowód na to, że zespół potrafi się sprawdzić w nieco wolniejszych kawałkach. Co mnie zaciekawiło związku z odsłuchiwanym albumem, że to właśnie Turnerowi powierzono najciekawsze utwory, ale to może być moje odczucie. Taki „I Will Rise Again” jest bardziej zróżnicowany, tak nieco porywający, taki bujający podczas refrenu. Zresztą słychać tutaj zapatrzenie Nikola w Ritchiego Blackmore'a i to nie tylko w sprawach gitarowych. Ritchie jak to wiemy z przeszłości lubił grywać nie tylko wolne kawałki, ale i też szybkie. Tutaj takowym jest „Day of the Eagle”. Szybki i naszpikowany melodiami. No nie powiem Edman spisuje się genialnie w roli frontmena. To on jest drugim takim motorem. Nikolo Kotzev z każdym utworem co raz bardziej przekonuje nas do swoje talentu. Jest to jeden z najlepszych utworów na tym albumie. Po przednich utworach i to w jaki sposób brzmiały byłem spokojny o balladę na tym krążku, a taką otrzymałem. Jest nią 'We Don't Talk Anymore”. 6minut i mogłoby się wydawać, że to będzie nuda. I tutaj was zaskoczę, kawałek wciąga i łapię za serce. Thomas Vikström okazał się najlepszym wyborem do tego utworu. Nie jest on ani drapieżny, ani zbyt techniczny, a taki bardziej uczuciowy. „Wings of a Dream” to kolejna dobra porcja hard rocka dla fanów Joe Lynna Turnera. Choć tutaj słychać już nieco wyczerpanie pomysłów, gdyż ani refren ani jego warstwa instrumentalna nie robi takiego wrażenia jak poprzednie, ale ma za to dobrą rytmikę. Od razu przypadł mi do gustu tyłowy „Bad Religion”, który łączy w sobie ciężar, mrok z łagodnością i melodyjnością. Główny motyw znów sporo czerpie z Depp Purple. Drugą taką zacną petardą na tym albumie jest „Father to Child” gdzie demoluje wokalnie Thomas. Tutaj znów trzeba dać się porwać szybkiemu riffowi oraz chwytliwemu refrenowi. Muszę przyznać, że to właśnie te szybsze utwory najbardziej mnie zachwycają przy kolejnych odtwarzaniach. Pewnie się zastanawialiście, dlaczego przy poprzednich balladach nie brał udziału Turner. Cóż, widocznie jego przeznaczeniem był „Love Is On Our Side”, który nie zaliczam do udanych. Ot co tylko dobry kawałek. Tutaj nieco zaczyna się to dłużyć. Na szczęście złe wrażenie zaciera kolejna petarda- „The Empire of the Sun”. Göran Edman i wszystko jasne. Słychać nutkę Rainbow, Deep Purple. Ogólnie dobrze to wypada pod względem instrumentalnym. Na pewno kolejny mocny punkt na albumie.

Dla fanów Deep Purple i poszczególnych osobistości na tym albumie pozycja obowiązkowa. Dla pozostałych słuchaczy to będzie kolejne dzieło oparte na latach 70-80. Miło się tego słucha, jest chwila uniesień, lecz brakuje „kropki nad i”. Jest pomysł na granie, jest aranżacja choć są momenty że są jakieś zgrzyty to i tak album warty zapoznania. Bo ile mamy zespołów wzorujących się na Deep Purple mający taki dobór wokalistów jak choćby Turner. Trzeba zaznaczyć, że akurat Turner to słały punkt tego zespołu. Nota: 7.5/10 i szczerze polecam.