Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1994. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1994. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 lipca 2014

HELICON - Mysterious Skipjack (1994)

W latach 90 za dobrze się nie działo w metalu i niektóre kapele zachwiały swoją pozycję osiągniętą w latach 80. Tradycyjny metal i power metal gdzieś zatraciły swój urok, ale wcale to nie oznacza że w tym okresie się nic nie działo i żadna kapela nie potrafiła błysnąć geniuszem. Tak się składa, że był to czas narodzin dwóch wyjątkowych niemieckich kapel, który większość słuchaczy nie wie o ich istnieniu, co jest błędem. Jednym z nich jest Centaur a drugi to właśnie ponadczasowy Helicon. Dwie znakomite, niemieckie kapele grające melodyjny power metal z domieszką progresywnego metalu. Nie jest to drugi Helloween czy Gamma ray, to zupełnie nowa jakość power metalu.

Helicon to niemiecka formacja założona w 1986 roku i działająca do roku 1996. Przez 10 lat działania udało się nagrać dwa wyjątkowe albumy, z czego drugi krążek zatytułowany „Mysterious Skipjack” to prawdziwa perełka. Kapela nigdy nie zdobyła zasłużonej sławy i dla wielu ten zespół nie istnieje. Nic dziwnego, w końcu Helicon nie był promowany tak jak Gamma Ray czy Helloween, choć należał też do wytwórni Noise. „Mysterious Skipjack” ukazał się w 1994 roku, czyli w czasie, gdy Gamma Ray i Helloween powracały do swojej wysokiej formy, a power metal dopiero się rodził na nowo. Może nie uwierzycie, ale Helicon w tym czasie grał ciekawiej niż nie jedna kapela power metalowa, pozostawiają daleko w tyle Gamma Ray czy Helloween. Stylistycznie bardziej ich styl bym porównał do Centaur, choć to też nie jest takie proste, bowiem Helicon stworzył swój własny, charakterystyczny styl. To nie jest wcale stworzyć własny styl, nie ulegając klonowaniu wielu innych wielkich kapel, a ja jednak Helicon jest jednym w swoim rodzaju zespołem. Co się na to składa? Sporą rolę odegrał fenomenalny Uwe Heepen jako wokalista. Pokazał na tym albumie, że można śpiewać z pazurem, ale też trzymając się specyficznej maniery. Znakomicie odnajduje się zarówno w szybkich, power metalowych kompozycjach, gdzie trzeba się wykazać umiejętnością śpiewania w wysokich rejestrach, ale też w spokojniejszych kawałkach, gdzie trzeba słuchacza porwać ciepłą barwą. Jeden z najciekawszych wokalistów z lat 90 i szkoda że w roku 2013 zmarł, bo jest to wielka strata dla power metalu. „Mysterious Skipjack” to płyta magiczna i wyjątkowa. Co też jest jej mocnym atutem to przybrudzone brzmienie, takie ostre i klimatyczne. Jedno z tych najlepszych z jakim miałem do czynienia. Płyta zaczyna się od mocnego uderzenia perkusisty i od razu w „American Fever” słychać jak perkusista Andre ma urozmaicony styl i jak potrafi zauroczyć swoją grą. Dzieje się sporo i ten progresywny charakter jest dobrze wyważony. Nie jest przesadzone z dziwnymi smaczkami, a dalej słychać że jest to melodyjny power metal. Różnica jest tylko tak, że w danym utworze sporo się dzieje, a zespół stawia na pomysłowe i wyszukane melodie i motywy. Refren tutaj to podręcznikowy power metalowy refren, który nasuwa Gamma Ray czy Helloween. Gdy się w słuchamy w klimat kompozycji, w brzmienie gitar to można odnieść wrażenie, że słuchamy jednego z wczesnych albumów Scanner. Najlepsze jest to że zespół stawia na dłuższe kompozycje, ale mimo to kawałki nie nudzą, wręcz przeciwnie zaskakują formą, pomysłowością i wykonaniem. Rzadko kiedy można trafić na taką płytę w której solówki są zagrane z polotem, riffy są soczyste, ciężkie i pomysłowe, rzadko kiedy płyta porywa słuchacza stricte warstwą instrumentalną, ale album Helicon jest inny. Już w „Streetgang” słychać ponury, ciężki i nieco mroczniejszy riff, który można by śmiało zaliczyć do thrash metalu. Trzeba przyznać, że gitarzyści Christian i Tom są bardzo elastycznie i nie mają problemu z wygrywaniem różnych partii. Wiedzą jak zaskoczyć słuchacza, jak go zachwycić i tutaj ich popisy są perfekcyjne. Jest zabawa, pomysłowość i technika, czyli wszystko to co decyduje o interesujących zagrywkach gitarowych. Trzeci na płycie to 9 minutowy kolos zatytułowany „Power Magic” i słowo magia świetnie tutaj pasuje. Zaczyna się klimatycznie, tak spokojnie, jednak to jest prawdziwa power metalowa petarda. Szkoda, że dzisiaj już ciężko o taki power metal, że już nie gra z takim przekonaniem, z taką energią i pazurem. Helicon tutaj tworzy nową jakość power metalu i śmiało można ich ustawić obok tych najlepszych kapel. Gdy się widzi taki zespół, taki geniusz w muzykach, to od razu się wie, że odnajdą się w każdej formie metalu, nawet w tej w której trzeba powstrzymać się od szybkiego tempa i pójść w stronę spokoju i emocji. „Wild Vice Woman” to jedna z piękniejszych ballad, jakie słyszałem i choć trwa ponad 6 minut, to jednak wciąga i łapie za serce. Świetnie w komponował się w to wszystko głos Uwe, który sprawia że kompozycja momentami brzmi jak utwór Smokie. Tak dotarliśmy do jednego z najlepszych utworów power metalowych jakie kiedykolwiek słyszałem, mowa tutaj o zadziornym i przebojowym „Mysterious Skipjack”. Zaczyna się tajemniczo, ale szybko wkracza melodyjny i pomysłowy riff, który napędza utwór. Tutaj właśnie można się przekonać jak dobrze wyszkoleni byli gitarzyści. Ciężko wskazać kto w tym czasie grał z taką pomysłowością, z takim oddaniem i finezją. Takie emocje towarzyszyły mi jak pierwszy raz usłyszałem styl gry Kaia Hansena. Nawet refren jest tutaj ponadczasowy i bardzo koncertowy. Perełka i przykład co to jest kwintesencja power metalu. Dalej mamy melodyjny „Giant Heart”, nieco stonowany, z domieszką progresywnego rocka „Darkness of Love” czy nieco toporniejszy „Versatille”. Epickość, groza i niepewność sprawiają, że „Fly in The Sky” to najbardziej klimatyczny kawałek na płycie i kolejny dowód na to, że Helicon jest jedyny w swoim rodzaju. Całość wieńczy energiczny „Shuffle”, który znów pokazuje jak powinno grać się drapieżny power metal.

„Mysterious Skipjack” to przykład, że można stworzyć ciekawy power metal, w którym progresywny elementy czynią materiał bardziej dojrzałym i ambitniejszym. Helicon tym albumem pokazał, że jest jednym z najlepszych z zespołów power metalowych, który wyróżnia się na tle innych kapel. Ta płyta to uczta dla fanów znakomitych linii wokalnych i finezyjnych popisów gitarowych, to obowiązkowa pozycja dla maniaków gatunku, dla tych co lubią melodyjne granie i pomysłowe rozwiązania jeśli chodzi o motywy. Płyta i zespół jedyny w swoim rodzaju, szkoda że nagrali tylko dwa albumy i nigdy nie zdobyli takiej sławy na jaką zasłużyli.

Ocena: 10/10

środa, 1 stycznia 2014

KILLERS - South American Assault Live (1994)

Zespoły Paul Di Anno na swoim koncie mają nie tylko same albumy studyjne, ale też sporo albumów koncertowych czy komplikacji. Z Killers nie jest inaczej, bowiem jednym z takich ważniejszych albumów koncertowych jest „South American Assault Live”, który pokazuje jak dobrym frontmanem jest Paul Di Anno. Płyta ukazał się w 1994 roku i teraz po tylu latach ma się doczekać ponownego wydania, tak więc można rączki zacierać. Dlaczego?

Płyty Paula są dość ciężko dostępne, zwłaszcza albumy koncertowe które są dość rzadkimi wydawnictwami. Dzięki za sprawą naszego rodzimego Metal Mind Productions będzie możliwość nabycia owej płyty, co jest nie lada gratką. Wracając do samego wydawnictwa to jest ono tyle ciekawe że mamy tutaj przekrój kariery Paula. Jest wspomnienie o Battlezone za sprawą „Overload”, stonowanego „Children Of Madness” czy pięknego „Metal Tears”, ale ja bym wybrał ciekawsze utwory, bo takich jest pełno w repertuarze Battlezone. Najwięcej kawałków jest oczywiście z płyt Iron Maiden, ale nie ma się co dziwić skoro to przyniosło wokaliście największy sukces i nie ma co ukrywać to jest tez jego największe osiągnięcie. Z albumu „Killers” mamy szybki „Murder In The Rue morgue” i przebojowy „Wratchild”, który świetnie spisuje się na koncertach, Z pierwszego albumu Iron Maiden jest klasyk „Rember Tommorw” , rozbudowany „Phantom The Opera” spokojniejszy „Strange World”, energiczny „Sanctuary” czy też przebojowy „Running Free”. Utwory te wypadają świetnie na żywo, choć momentami brakuje im czegoś. Lepszego brzmienia? Może mocniejszego kopa? Warto także wspomnieć, że są tutaj dwa covery innych zespołów odegrane na żywo, a mianowicie „We Will Rock You” Queen i „Smoke on The Water” Deep Purple. Oba kawałki bardzo fajnie umilają czas.

Paul Di Anno to wokalista, który dobrze sobie radzi na koncertach i mając taką setlistę można stworzyć niezłe show. Udany koncert, który nie dłuży się i który bardzo miło się słucha, zwłaszcza utwory Iron Maiden. Dla fanów Pula i żelaznej dziewica pozycja obowiązkowa.


Ocena: 7/10

poniedziałek, 30 grudnia 2013

KILLERS - Menace To Society (1994)

Kiedy Paul Di Anno rozpoczął swoją przygodę z zespołem Killers popularność w owym czasie zdobywał industrialny metal czy też groove metal i nie którzy ulegli wpływom tym gatunkom. Wystarczy spojrzeć na Halforda czy właśnie Paul Di anno, który na drugim albumie Killers zatytułowanym „Menace To Society” poszedł w zupełnie inne rejony muzyczne niż te zaprezentowane na debiutanckim „Murder One” czy też za sprawa kapeli Battlezone. Dla jednych jest to płyta udana, a dla drugich totalne nie porozumienie.

Wszystko uległo zmianie na tej płycie. Brzmienie takie czysto heavy metalowe zamienione na nowoczesne i agresywne, które nie pasuje do zespołu Killers. Paul zamiast śpiewać tak jak przystało na niego czyli agresywnie, ale melodyjnie, nadając kompozycjom klimatu i kopa, woli tutaj śpiewać nowocześnie, bardziej jak przystało na gatunek industrial metal czy groove metal. Dynamiczną sekcję rytmiczną zastąpiono stonowaną i dość mroczną, który momentami jest dość sztywna. Nie brakuje mocnych uderzeń tak jak to jest w przypadku „Chemical Imbalance” czy thrash metalowego „Think Brutal”, który jest najciekawszym utworem na płycie. Również to co się dzieje w warstwie gitarowej pozostawia wiele do życzenia. Jest brutalność, agresja, jest nowoczesne podejście, ale jakim kosztem? Gdzie jest przebojowość i melodyjność, które napędzały debiutancki album? To właśnie tradycyjny wydźwięk debiutu, jego przebojowość i solidne wykonania pozwoliły przetrwać tej płycie próbę czasu. „Die By the Gun” od razu daje sygnał że to płyta zupełnie inna i nie ma ona nic wspólnego z „Murder one”. Materiał jest ciężko strawny i ciężko tutaj coś wyróżnić, coś pochwalić jak wszystko jest tutaj niskich lotów.

Drugi album Killers pokazuje inne oblicze zespołu, pokazuje że potrafią grać nowocześnie agresywnie, ale kogo przekonuje to? Mnie nie! Wolę aby byli sobą i grali dalej to co na „Murder One”. Paul Di Anno miał w swojej karierze ciekawsze albumu, tak więc szkoda czasu marnować na ten krążek. Pytanie teraz jaki będzie nowy album w 2014 roku? Czy jak debiut czy jak tutaj recenzowany album? Trzeba będzie jeszcze poczekać na odpowiedź.


Ocena: 2/10

poniedziałek, 9 września 2013

WOLFSBANE - Wolfsbane (1994)

Wolfsbane wydawał albumy, jednak ich popularność nie wzrastała. Zaczynały się dodatkowo pojawiać tarcia w zespole między Blazem a pozostałymi członkami. Wynikało to z tego, że wokalista Wolfsbane chciał podążać bardziej heavy metalową ścieżką, a jego koledzy chcieli iść drogą punkowców. Nie ciekawą sytuację w obozie Wolfsbane potwierdzał również zerwany kontrakt z Def American. Koniec kapeli zbliżał się wielkimi krokami i żeby pożegnać się z fanami godnie, postanowili nagrać album, po którym będą mogli zejść ze sceny godnie. Album zatytułowany „Wolfsbane” który ukazał się w 1993 roku to najciekawsze wydawnictwo tej brytyjskiej kapeli.

Przyczyn które sprawiły że ten album brzmi znacznie lepiej od poprzednich krążków jest całkiem sporo. Od czego by tu zacząć? Może od tego, że stylistycznie Wolfsbane na swoim ostatnim albumie większy nacisk położył na heavy metalowy charakter, aniżeli punkowy czy rockowy. Brzmienie, które do tej pory było mankamentem stało się o dziwo atutem. Wygenerowanie brudnego, soczystego, naturalnego brzmienia dodało uroku całości. Gitarzysta Jese Edwards na tym albumie rozwinął skrzydła i pokazał, że potrafi grac z pasją, że nie problemów zagrać ciekawy riff, melodie, które intrygują swoją formą. Techniki też nie można mu odmówić. Nie byłoby mowy o tak znakomitym albumie gdyby nie też wysoką forma Blaze'a, który śpiewa drapieżnie, energicznie, żywiołowo jak nigdy przedtem. Dzięki temu wszystkiemu kompozycje nabrały innego wymiaru, lepszej jakości, bardziej wyrazistego wydźwięku. Materiał zróżnicowany i nie można narzekać na monotonność. Już otwierający „Wings” pokazuje, że Wolfsbane w metalowej formule wypada bardzo dobrze i nawet nie ma większych problemów z wykreowaniem rasowego przeboju. Kto lubi nieco szybsze tempo ten zachwyci się „Violence” czy „Protect & Survive”. Pojawiają się tutaj też rock'n rolowe elementy co dowodzi choćby „Beutiful Lies”. Dobry hard rock też tutaj występuje co słychać w takim „Black Machine”, który nasuwa poprzednie wydawnictwa. Nawet wolniejsze momenty jak te w „My face” też potrafią dostarczyć emocji i ciekawych przeżyć. Właściwie każdy utwór potrafi zaintrygować.

 
Udało się na pożegnanie nagrać znakomity album utrzymany w heavy metalowej konwencji z lekkim zatarciem hard rockowym i punkowym. Tutaj wszystko zostało dopasowane, przemyślane i stworzone z głową. Lepsze brzmienie, ciekawsze kompozycje i lepsza forma muzyków i w efekcie mamy najlepszy album Wolfsbane. Blaze przeszedł do Iron Maiden, a kapela przestała istnieć. Nic dziwnego w końcu Blaze był głównym motorem napędowym Wolfsbane. To on był jego liderem. Choć kapela powróciła to już nie z takim zapałem i pomysłami jak na „Wolfsbane”.

Ocena: 8/10

P.s recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

niedziela, 25 sierpnia 2013

AVALANCHE - Here Comes The King (1994)

Zwracam się do fanów niemieckiej sceny heavy metalowej, do rzeszy tych którzy są wyznawcami metalu spod znaku Accept, Warlock, Scanner, Helloween Running Wild. Zwracam się do was drodzy słuchacze którzy nie liczy się dla was forma, tylko jakość, nie liczy się coś nowego, a pomysłowe melodie zagrane z miłością do metalu. Mam dla was prawdziwą perełkę, a mianowicie nie jaki Avalanche, który powstał w 1991 roku i dorobił się dwóch albumów. Ich debiutancki album „Here Come the King” to prawdziwa uczta dla maniaków takich dźwięków. Był to rok 1994, okres który dla metalu był ciężkim okresem, a jednak można było nagrać materiał, który rzucał na kolana melodyjnymi i zgrabnymi solówkami, pomysłowymi riffami, chwytliwymi refrenami, oraz szczerością. Avalanche nie zdobył szerszej popularności, jednak w dzisiejszym metalowym świecie Guido Brieke który zdobył popularność w zespole Custard. Co takiego jest wyjątkowego w tej płycie?

Lekkość, umiejętność tworzenia hitów, ciekawe pomysły na główne motywy gitarowe, dynamiczna sekcja rytmiczna, zgrany duet gitarzystów i charyzmatyczny wokalista. Niby standard jeśli chodzi o płyty z gatunku heavy/speed/power metal lecz tutaj jest magia, jest ta odpowiednia aurora. Okładka i nieco tajemnicze, surowe brzmienie nadają całości wyjątkowego uroku. Wokalista Guido Brieke to rasowy wokalista o doniosłym głosie, który sprawia że kompozycja staje się jeszcze bardziej melodyjna i chwytliwa. By płyta zasługiwała na szczególną uwagę musi być zagrana przez gitarzystów, którzy cenią są dobry riff, energię, chwytliwość i dobrą zabawę. Tutaj Chilla i Ludwig robią prawdziwe metalowe przedstawienie. Dzieje się sporo i każdy kto gustuje w popisach gitarowych rodem z Iron Maiden, Judas Priest, Accept czy Helloween ten będzie czuł się jak w raju. Co sprawia że ta płyta zasługuje na rozgłos? Mamy do czynienia z płyta na której jest pełno przebojów, dużo znakomitych melodii i refrenów, które czynią ten album znakomitym w swojej kategorii. Już od pierwszych minut słychać, że nie jest to muzyka niskich lotów. „Flames Of Life” zachwyca lekkością, dynamiką i świetnymi solówkami, a przecież to dopiero początek. Rytmiczny i nieco hard rockowy „A romantic lovesong” pokazuje że zespół czuje się dobrze nie tylko w speed/power metalu. „The King” zachwyca klimatem i chwytliwą formą, zaś „B.W.G” to instrumentalny kawałek przesiąknięty Iron Maiden. Do grona tych najlepszych utworów należy zaliczyć szybki „In this World”, energiczny „Neverending Flight” czy dynamiczny „Private Guardians”. Każdy utwór właściwie zasługuje na uwagę i wysłuchanie.

Jeden z ciekawszych albumów i zespołów jakie zrodziły się na ziemi niemieckiej. Spec od zapadających melodii i przebojów, które zapadają w pamięci. Debiutancki album Avalanche to pozycja obowiązkowa dla fanów Accept, Helloween czy Scanner, a także wszystkich maniaków heavy/speed/power metalu lat 80. Perełka która trzeba znać, jeśli jest się fanem metalu.

Ocena: 9/10

czwartek, 27 czerwca 2013

ADOLF CASTLE - Really Crazy Germans (1994)

Muzyki w stylu wczesnego Blind Guardian, Running Wild, czy Helloween nigdy za wiele. Zwłaszcza jeśli pochodzi z lat 80/90. To też nie mogłem ominąć starocia w postaci Adolf Castle. Zespół mało znany, ale nic dziwnego skoro nie pozostali długo na scenie. Powstali w 1992 roku i zdołali nagrać tylko debiutancki album w postaci „Really Crazy Germans”, który ukazał się w 1994 roku.

Choć płyta reprezentuje podziemny heavy/power metal z elementami folku to jednak sam styl i sposób grania sprawia, że kapela zasługuje na wyróżnienie. Zwłaszcza jeśli starała się w przeciwieństwie do innych formacji postawić na humorystyczny charakter. Taka mieszanka brzmi po prostu fantastycznie. Sekcja rytmiczna jest tutaj żywiołowa, pełna dynamiki, a wszystko wypełniają popisy gitarowe. Od strony gitarowej debiutancki album wypada bez błędnie. Jest zadziorność, agresja, momentami będąca na pograniczu power/thrash metalu. Może technicznie niczego nowego nie uświadczymy bo wszystko wcześniej gdzieś można było usłyszeć. Jednak mimo wykorzystaniu odgrzewanych patentów udało się dodać nieco folkowego charakteru, humoru i uczynić muzykę zespołu bardzo melodyjną. Dobrą zabawę podczas słuchania albumu zapewnia również wokalista Dmitry Nachaev, który przypomina nieco Udo Dirkschneidera i nieco Rock'n Rolfa. Możecie tutaj zapomnieć o jakimś nudnawym materiale, który wypchany jest jakimiś zapełniaczami. Od początku do końca mamy znakomite kawałki i każdy znajdzie coś dla siebie. Fani instrumentalnych popisów powinni zainteresować się „The Great Attila Inversion”. Zaś ci którzy wolę łagodniejsze granie, w którym jest rockowy feeling powinni posłuchać z uwagę „ Villisa”. Jednak domeną tego albumu jest agresywne, melodyjne i zadziorne granie, jak to zaprezentowane w „Iron Riders” , przesiąknięty folkiem i zarazem thrash metalem „Fat Mad marta” czy tez przebojowym „Crowned by the Sun”. Dowodem na humorystyczny wydźwięk całości jest bez wątpienia „Oh' Grand Old Alaric!”.

Szukacie szybkości dynamiki, agresji, radosnego grania, humorystycznego wydźwięku, speed/power metalu w stylu Running Wild, czy Blind Guardian to znajdziecie to na jedynym albumie rosyjskiego Adolf Castle. Niech was nie zmyli nazwa zespołu ani okładka. Jeden z najlepszych albumów metalowych, który powstał na ziemi rosyjskiej.

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 30 lipca 2012

THUNDERSTEEL - Thundersteel (1994)


Głównie metal niemiecki kojarzy się z topornością, surowością, prostotą i gdy odpaliłem jeden jedyny album niemieckiego zespołu THUNDERSTEEL to żadną z powyższych cech się nie doszukałem. I śmiało można powiedzieć, że debiutancki album „Thundersteel” brzmi jak album nagrany przez kapelę z innego rejonu. Jest tutaj lekkość, melodyjność, shredowe popisy gitarowe wykonywane przez duet Semmerlrodt/Schaffer są wyrafinowane, skonstruowane z dużą starannością, pomysłowością i pod tym względem nie można narzekać na ich atrakcyjność. I tak właściwie to przez cały album przewijają się motywy bardzo melodyjne, nie brakuje w tym wszystkim dynamiki i przebojowości. Niemiecki charakter można wyłapać w brzmieniu, gdzie gitary momentami brzmią jak te z ACCEPT czy STEELER, albo w sposobie śpiewania przez Nilsa Lange, gdzie jest zadziorne śpiewanie które przypomina manierę wokalisty z GRAVE DIGGER. Od momentu założenia kapeli tj 1990 do momentu wydania płyty minęły 4 lata i słychać po albumie, że były to lata starannego przygotowywania albumu i nie ma się zbytnio do czego przyczepić. Zarówno sfera czysto techniczna jak i zawartość nie wzbudzają wątpliwości, że jest to album prezentujący muzykę power metalową na najwyższym poziomie.

Zawartość jest nadzwyczaj atrakcyjna. Otwarcie w postaci rytmicznego i dynamicznego „Burning in Hell” jest strzałem w dziesiątkę. Jest zapadający refren i prosty motyw wsparty popisami gitarowymi, ale tak brzmi niemal całość. W podobnej formule utrzymany jest szybki „Flash and Thunder” , zadziorny, z niemieckim charakterem „In The Night”.Popisy shredowe ocierające się o neoklasyczne granie słychać choćby w melodyjnym „Holy War”,czy też „I want you” gdzie zespół stawia na power metalową strukturę, która urozmaicają właśnie poprzez zróżnicowane motywy gitarowe, przez dużą ilość melodyjnych solówek. Zespół jednak nie jedzie w kółko na jednej szybkości, oj tutaj pojawiają się kompozycje jak „Face The Evil” gdzie główną rolę odgrywa bardzo atrakcyjna melodia wyjęta z neoklasycznego grania, gdzie szybkość nie ma tutaj znaczenia, a liczy się tylko przebojowy charakter. Sporo urozmaicenia wprowadza bojowy „Nightmare” z średnim tempem które jest przeplatane nieco szybszym. Najwolniejszym, najcięższym i najmroczniejszym utworem jest nieco toporny „Cold As Ice” gdzie jest przyozdobiony licznymi atrakcyjnymi solówkami gitarowymi które pokazuje że shredowe granie zespołowi nie jest obce.

THUNDERSTEEL nie nagrał dużej liczby albumów, nie nagrał czegoś rewolucyjnego, nie stworzył niczego nowego, jednakże to co zaprezentował bardzo ciekawą wizję grania power metalu, gdzie jest nacisk na melodie, szybkość, dynamikę, przebojowość i wykonanie techniczne. Główną rolę odgrywają oczywiście gitary, które kierują w stronę słuchacza sporo świetnych solówek i motywów. Na plus oczywiście wplątywanie motywów ocierających się o shredowe czy też nawet neoklasyczne granie. Mało w tym niemieckiego charakteru, ale pozostała solidność i granie na wysokim poziomie, które jest typowe dla tego kraju. Po tym albumie wydał jeszcze mini album, a potem się rozpadł, a szkoda bo drzemał w nich ogromny potencjał.

Ocena: 9/10

niedziela, 22 lipca 2012

X - WILD - Monster Effect (1994)


Imitowanie RUNNING WILD i czerpanie pomysłów z tego co nagrał zespół Rolfa Kasperka na przestrzeni 1990-1992 czyli bazując na takich albumach jak „Blazon Stone” czy też ulubionym przeze mnie albumie „Pile Of Skulls” nie każdemu może przyjść łatwo i czasami jest to porywanie się z motyką na słońce, ale X WILD był jednym z tych zespołów, który ocierał się o poziom RUNNING WILD, a także nawiązywał do ich stylistyki. Na czym polega fenomen zespołu i dlaczego im ta sztuka wychodziła znakomicie? Cały kunszt i potęga tego zespołu tkwiła przede wszystkim w muzykach, którzy wcześniej występowali w RUNNING WILD. Tak to właśnie basista Jens Becker ze swoim charakterystycznym stylem grania, z tworzeniem klimatu, to Axel Morgan wygrywające dynamiczne i melodyjne partie gitarowe czy też w końcu Stefan Schwarzmann który również jest motorem napędzający tą całą machinę, dając upust szaleństwu i dynamice. Jedyną różnicą między dwoma kapelami jest wokal. Frank Knight nigdy nie będzie śpiewał jak Rolf, ale również ma charakterystyczny wokal, również ma niezłą charyzmę, zadziorność i sporo w tym maniery Udo Dirkschneidera. Może nieco kontrowersyjny wokal, ale całościowo taki rozkład sił dał światu 3 znakomite albumy. Po bardzo dobrym przyjęciu debiutu „So What” zespół szybko rozpoczął prace nad „Monster Effect” i sporo utworów które tam trafiły to pozostałości po sesji nagraniowej „So What” i tak po upływie kilku miesięcy pojawił się w końcu album. Słychać już większa dojrzałość. Jest lepszy tytuł albumu, jest lepsze brzmienie, które jednak dalej uderza w kierunku albumu „Pile Of Skulls”, natomiast pod względem stylu, konwencji, przebojowości mamy w dalszym ciągu to samo.

Skoro na opakowanie jest wzorowane na płytach RUNNING WILD, skoro muzycy są znani z tej kapeli, to i nie powinno dziwić że i kompozycje w takiej konwencji są utrzymane. Może być dla jednych minus, bo jest niby wtórne i nawiązujące do stylu Rolfa Kasperka, ale w tym przypadku to jest duży atut kapeli. Cały materiał rozpoczyna klimatycznie niczym „Pile Of Skulls” i utwór „Wild Knight” to prawdziwa petarda, z której emanuje energia, jest pędząca sekcja rytmiczna, jest prosty i zapadający w głowie motyw, jest klimat RUNNING WILD, głównie uderzający w najlepszy album, czyli „Pile Of Skulls”. Ta kompozycja spokojnie mogłoby zdobić krążek Rolfa Kasperka. Troszkę elementów IRON MAIDEN można wyłapać w rytmicznym „Souls Of Sin” gdzie zespół stawia tym razem na średnio tempo, stawia na prosty motyw i oczywiście na przebojowość. Świetnie brzmi w swojej konwencji melodyjny i nieco rycerski "Theatre of Blood" który znakomicie cofa nas do czasów, kiedy to świat podbijał „Death Or Glory”. "Heads Held High" to takie typowe granie dla niemieckiej sceny heavy metalowej, gdzie musi być zadziorność, surowość, odrobina toporności i tutaj jest miks RUNNING WILD z ACCEPT. I inspirację ACCEPT w dalszym ciągu słychać w stonowanym, nieco mroczniejszym "Dr. Sardonicus". Nieco monotonny motyw, nieco mniej ciekawy refren i mamy pierwszy nieco słabszy kawałek na płycie. Kolejną petardą na albumie jest genialny „Sinners And Winners” , który jest świetnym przykładem żę X WILD znakomicie radził sobie z byciem drugim RUNNING WILD i ten kawałek pod względem dynamiki, struktury, przebojowości, feelingu nawiązują w znakomity sposób do twórczości RUNNING WILD z okresu 1989 – 1992. Jeden z najlepszych utworów X WILD. Nieco inaczej znów brzmi „Monster Effect” gdzie znów wraca średnie i wolne tempo. Tutaj znów zespół uderza w nieco inne rejony, jest coś z SAXON, no i więcej tutaj rockowego zacięcia. Ciekawy efekt, ale jak dla mnie nie do końca udany. Też nieco rockowego feelingu uświadczymy w rytmicznym "Serpents Kiss" które ma coś z takiego „Raw Ride”. Solidnym utworem jest „Sons Of Darkness” gdzie jest nacisk na zróżnicowanie i przeplata się szybsze jak i wolniejsze tempo i jest to udana mieszanka stylu ACCEPT z RUNNING WILD. Sporo urozmaicenia w ramach albumu wnosi nieco rockowy "D.Y.T.W.A.C" , z nieco mało przekonującym motywem i nieco nudnawym pomysłem i wykonaniem czy też w końcu instrumentalny „King Of Speed”, który również przypomina te z albumów RUNNING WILD.

Po co zmieniać coś w stylu zespołu skoro formuła się sprawdza? A ten album jest tego najlepszym dowodem. X WILD gra wtórnie, bazując na tym co prezentował RUNNING WILD, jednak robił to z wielką gracją jak mało kto. Ten album jest bardzo dobry i gdyby zespół popracował nad niektórymi utworami to kto wie, jaki byłby efekt. „Monster Effect” to album za pewne dojrzalszy od debiutu, choć poziom muzyczny tutaj jest nieco niższy. Solidny album heavy metalowy, który wypełnia kompozycję, które zapadają w pamięci. Mus dla fanów RUNNING WILD.

Ocena: 8/10

wtorek, 17 lipca 2012

X- WILD - So What ! (1994)


Kopia RUNNING WILD, czy też klon jednego z największych heavy metalowych zespołów, takie określenia kierowano w kierunku niemieckiego X WILD. Nic dziwnego skoro kapele tworzyło aż trzech muzyków RUNNING WILD i stylem muzycznym jaki prezentował też miał sporo powiązań.  Pojawiały się także patenty znane z UDO, ACCEPT czy też GRAVE DIGGER.  Choć dla jednych to tylko marny klon i zapewne słabsza wersja RUNNING WILD to dla mnie jest to jeden z tych bardzo dobrych niemieckich zespołów, który pozostawił po sobie dość wyraźny ślad. Historia X WILD jest również związana z RUNNING WILD, bo po wydaniu „Pile Of Skulls” doszło do zgrzytów w formacji Rolfa Kasperka i zespół opuścił Stefan Schwarzman, Axel Morgan. To oni wraz z byłym basistą RUNNING WILD Jensem Beckerem w roku 1992 powołali do życia X WILD.  Zespół występował w sumie w roli pewnej konkurencji dla oryginału i pojedynek przełożył się również na pojedynek na płyty.  Co wyróżniało X WILD na tle innych bandów, to nie tylko udane granie pod RUNNING WILD ale również wyrazisty, charyzmatyczny wokalista Frank Knight, którego ściągnięto z Wielkiej Brytanii. Jego talent przejawiał się zadziornym śpiewaniu mieszając przy tym manierę takich wokalistów jak Udo Dirkschneidear, Chris Boltendahla czy też Briana Johnsona, co bez wątpienia stawiało go w szeregu najbardziej rozpoznawalnych wokalistów heavy metalowych.  W roku 1994 przyszedł czas na debiutancki album ”So What !”,którego celem było nawiązać do stylu RUNNING WILD z  takich albumów jak „Blazon Stone” czy też „Pile Of Skulls”. Może nie udało się nawiązać do tych wielkich dzieł, ale umiejętności muzyków, pomysłowość, dbałość o detale, z naciskiem na melodie i dynamikę sprawiają, że X WILD nagrał nie wiele gorszy album.  To tylko dowodzi jak bardzo dobrym zespołem był X WILD. 

Większość materiału na debiucie została opracowana jeszcze w okresie grania w RUNNING WILD. Taką historią może się pochwalić choćby taki dynamiczny „Skybolter” które świetnie odzwierciedla styl RUNNING WILD, przede wszystkim z „Pile Of Skulls”. Słychać tutaj znaczącą rolę Axela Morgana, który stworzył ten kawałek jeszcze w ramach wcześniej wspomnianego albumu. Jednak w ramach kłótni z liderem RUNNING WILD, Axel miała prawa autorskie do muzyki, musiał zmienić tylko oryginalny tytuł (Skulldozer) i tekst, które należały do Kasperka. Sam utwór świetnie odzwierciedlał wysoki poziom muzyki X WILD, dynamiczność i staranność wykonania, a także to jak prosto przychodziło im tworzenie przebojów. Piracki styl RUNNING WILD właśnie z dominował ten album i mamy sporo kawałków, które czerpią to co najlepsze z stylu pirackiego RUNNING WILD i w takiej formie jest utrzymany dynamiczny „Can’t  Tame The Wild” z charakterystycznym motywem, znaną przebojowością, tylko z bardziej charyzmatycznym wokalem. Taki też jest rozpędzony „Scarred To The Bone” z pomysłowymi i zapadającymi motywami.  Okres „Blazon Stone” wyraźnie słychać w zadziornym, nieco stonowanym „Dealing With The devil”,który jednocześnie dowodzi, że zespół nie ma większych problemów z urozmaiceniem płyty i dzieje się tutaj całkiem sporo jak na jasno określony styl. Mamy na albumie zarówno szybkie kompozycje jak ”Kid racer” nawiązującym do konwencji speed metalowej, czy też nieco cięższy „Different”, ale również kompozycje bardziej stonowane, stawiające na true heavy metal, na wolne tempo, wręcz marszowe, na wyeksponowaną partie basu i w tej roli świetnie się sprawdzają przebojowy „Wild Fronitier” który brzmi jak zaginiony utwór „Pile Of Skulls” czy też w końcu nieco mroczniejszy „Mystia Demonica” nawiązujący do UDO czy też ACCEPT. Materiał urozmaicają również stonowany, nieco monotonny „Beastmaster”z nieco topornym motywem, jak również instrumentalny” Into The Light”, który przypomina na myśl słynne instrumentalne kawałki RUNNING WILD z lat 80. Również materiał urozmaica „Thousand Guns” ocierający się o AC/DC czy też ACCEPT. Może nie jest to najlepsza kompozycja na płycie, ale jest bardzo solidna i nie brakuje jej przebojowego charakteru. Nie mogło oczywiście zabraknąć na albumie również długiego kolosa, a „Freeway Devil” to rozbudowany kawałek, który nawiązuje do najlepszych kolosów RUNNING WILD, w tym słynny „Treasure Island”. Ten kawałek ma naprawdę wszystko, sporą dawkę energii, chwytliwy refren, sporo atrakcyjnych i zróżnicowanych motywów i chciało by się jeszcze więcej i więcej, bo te 6minut to troszkę jak by za mało.

Okres kiedy na rynku funkcjonował zarówno RUNNING WILD jak X WILD był świetnym okresem. Dwa świetnie zespoły, grające na wysokim poziomie, stawiające na podobny styl. Naprawdę X WILD sporo łączy z RUNNING WILD i to słychać na debiutanckim albumie. Nie chodzi tylko o muzyków, czy też styl, ale też choćby o surowe brzmienie nawiązujące do ”Pile Of Skulls”, podobny sposób tworzenia kompozycji, podobny charakter przebojowości. X WILD pokazał że w tej tematyce może działać więcej niż jeden zespół. Bardzo udana konkurencja dla RUNNING WILD. Coś dla fanów RUNNING WILD jaki porządnego heavy metalowego grania.

Ocena: 9/10

środa, 2 maja 2012

MERCURY RISING - Upon Deaf ears (1994)


A co powiedzielibyście na mieszankę takich kapel jak TOXIC, DREAM THEATER, QUEENSRYCHE, czy też z bardziej współczesnych kapel typu SYMPHONY X? Brzmi nieco odstraszająco, ale właśnie taki styl reprezentuję wraz ze swoją muzyką amerykański band MERCURY RISING, który nie należy do tych zespołów znanych szerszej publiczności, a wszystko zrobiła fakt silniejszej konkurencji w owym czasie, a także brak odpowiedniej promocji owego zespołu, to też zespół długo nie zagościł na scenie muzycznej. Od momentu powstania tj 1991 r do momentu rozpadu tj. 1999 wydali dwa albumy. Ich debiutancki krążek „ Upon Deaf Ears” ukazał się w 1994 roku i szufladkuje się go do kategorii progressive heavy/power metal i to chyba najbardziej odpowiednia etykieta dla tego albumu.

Wyszlifowane, dopieszczone, aczkolwiek tajemnicze brzmienie w połączeniu z bardzo zróżnicowanym, momentami ubogacona różnymi smaczkami i pokręconymi melodiami. Cała sztuka i atrakcyjność materiału oparta została o umiejętności muzyków, którzy gwarantują odpowiedni poziom prezentowanej muzyki. Bo jest ta gwarancja solidności, precyzji aranżacji, pomysłowości co do samych kompozycji i ich struktur, a także gwarancja odpowiedniego zróżnicowania. Mieszanie thrashu, power metalu i progresywnego metalu słychać w sztandarowym „Upon Deaf Ears” w rozbudowanym trwającym ponad 9 minut kolosie „Where Fear Ends”, jak i zadziornym, urozmaiconym „Light To grow” gdzie dzieje się sporo i pojawiają się proste, szybkie, melodyjne motywy, jak i bardziej pokręcone, z połamanymi melodiami, czy tez marszowym, nieco rycerskim wydźwiękiem podczas refrenu, czy też „Minute Man” gdzie pojawiają się motywy spokojne, wręcz balladowe, pojawia się chwila ekspresji i przemyśleń. Oczywiście także i w tej kompozycji jest masa przeróżnych motywów i są zarówno te proste jak i te bardziej wymagające, sama struktura też cechuje się oryginalnością i zespół w odważny sposób miesza różne gatunki począwszy od progresywnego heavy metalu, power metalu kończąc na thrash metalu. Świetnie w takiej konwencji odnajduje się wokal Clarenca Osborne'a, który śpiewa czysto, bardzo technicznie, a do tego ma spory wachlarz umiejętności, gdzie jego znakiem rozpoznawczym są wysokie rejestry. Oprócz takich długich, rozbudowanych kompozycji znajdziemy też dynamiczny i dość zadziorny i nieco prostszy w strukturze „Halfway to Forever” czy też spokojną, klimatyczną balladę „Prayer” która pozwala poukładać myśli.

„Upon Deaf Ears” to dość oryginalnie brzmiący album mało znanej amerykańskiej formacji, który odważnie pomieszała progresywny metal z power i thrash metalem. Owa mieszanka brzmi naprawdę intrygującą, a do tego nie brakuje naprawdę dobrych, nietypowych melodii, ciekawych motywów, różnych smaczków. Można popadać w zachwyt nad precyzją i wyszkoleniem technicznym muzyków, czy też dobrze przyrządzonym brzmieniem, który uwypukla tego różnego rodzaju ozdobniki, których sporo na tym albumie. Jest to wydawnictwo dla bardziej wymagających słuchaczy, którzy szukają czegoś więcej niż tylko przysłowiowy rozpierdol.

Ocena: 8.5/10

środa, 11 kwietnia 2012

AXEL RUDI PELL - Between The Walls (1994)


Gdyby ktoś mi zadał jedno zasadnicze pytanie w stylu a ty który album AXELA RUDIEGO PELLA cenisz sobie najbardziej? Który uważasz za najlepszy w jego dorobku? Który twoim zdaniem jest odzwierciedleniem jego stylu i filozofii melodic metalu wg Axela Rudiego Pella? Cóż ciężko udzielić jedno znaczniej odpowiedzi bo po roku 1993 właściwie każdy album odzwierciedlał to co charakteryzowało muzykę Axela. Przede wszystkim popisy Axela, który pod względem gracji, biegłości i płynności w przechodzeniu w różne jakże atrakcyjne motywy, który pod względem rytmiczności, wyobraźni muzycznej zrównał się z takimi mistrzami jak choćby Ritchie Blackmore czy też Tony Iommi i to właśnie ten jego magiczny styl wygrywania przepięknych, różnorakich melodii jest główną cechą tego stylu. Ale nie było by Axela i jego stylu gdyby nie odpowiednio dopasowany wokalista, z odpowiednim wachlarzem umiejętności i rozmachem i właściwie już po roku 1993 jest to bardzo uwypuklone. Bez odpowiedniego wokalisty jak Sotto czy Gioneli to nie było by mowy o geniuszu. Tak samo nie byłoby 100 % axela bez specyficznego brzmienia, który wyostrza jakby gitarę Axela i linie wokalne, podkreślając jednocześnie dynamiczną perkusją i ciepły klimat. Nie można by mówić o stylu Axela bez tej różnorodności materiału który właściwie zawsze oparty jest na tych samych filarach, czyli szybkich, rozpędzonych kompozycjach, epickich kolosach z dużą dawką emocji i bogactwem melodii i gitarowych motywów, czy też na ciepłych balladach, jak i magicznych instrumentalnych utworach, gdzie Axel przenosi słuchacza do innego świata. To wszystko słychać właściwie na każdym albumie po roku 1993. Ale gdybym miał wskazać na jeden z najlepszych albumów, gdybym miał wskazać na taki album który był przełomowy dla Axela, który właściwie pozwolił mu zasiąść na tronie melodyjnego metalu, gdybym miał wskazać album który w zupełności oddaje charakter Axela i jego filozofii melodyjnego albumu to wskazałbym na czwarte wydawnictwo, czyli na „Between The Walls”. Jest to drugie dzieło z wybornym Jeffem Scottem Sotto, który wg mnie zaliczył perfekcyjny występ na tym albumie i to co on wyprawia ze swoim głosem budzi respekt. Mało kto tak potrafi budować napięcie, oddać emocje, tak zniszczyć krzykiem jak Sotto. Jeśli chodzi o skład to właściwie mamy jedną zmianę, a mianowicie na klawiszach, gdzie pojawił się Julie Greaux i muszę przyznać że ten element na tym albumie odgrywa większą rolę niż na poprzednich albumach.

No to może kilka słów o samym materiale? Nie byłoby charakterystycznego Axela Rudiego Pella bez rozpoczęcia albumu od instrumentalnego intra. To jest jego znak rozpoznawczy i jedna z ważniejszych części składowych albumów. Ma być zbudowane napięcie, ma budować odpowiedni nastrój i to zdanie bez wątpienia spełnia skromny „Curse”. Tak samo ważnym punktem programu na albumach Axela nieustannie powtarzającym się jest szybki heavy/speed metalowy kawałek, który właściwie za każdym razem oparty jest na podobnie brzmiącym riffie, jasno określonej melodii i tak też jest w przypadku „Talk Of The Guns”. Również dość często Axel sięga po bardziej rockowe patenty i świetnie je miesza ze swoim stylem i tak też jest w przypadku „Warrior” gdzie jest rycerski klimat, jest cięty riff i rockowy refren. Kolejny przebój i mocny punkt tego albumu. W podobnej koncepcji utrzymany jest „Cry Of the Gypsy” który również utrzymany jest w średnim tempie, który również coś przemyca z rockowej muzyki, ale nie da się tego nie nazwać typowym kawałkiem Axela. Kawałek cechuje niezwykła lekkość i przebojowość. To co jest największą ozdobą stylu Axela, to co go wyróżnia na tle innych to niezwykła pomysłowość, zaradność w tworzeniu długich epickich kawałków. To właśnie na ten punkt programu najbardziej wyczekuje, bo to jest coś co dużo zespołów nie potrafi. Zainteresować słuchacza przez 10 minut, wciągnąć w świat magii gdzie jest tajemniczy klimat, gdzie jest mrok, jak i światło, gdzie jest zadziorność, melodyjność, przebojowość, gdzie gitara nie gra tylko, przemawia swoim jeżykiem, gdzie jest niezwykły dialog wokalisty z gitarzystą, gdzie dzieje się sporo i właściwie za każdym czas przy tych kompozycjach zlatuje szybko. Takie cuda potrafi tylko prawdziwy czarodziej. A Axel jest nim. Wystarczy posłuchać 10 minutowy „Casbah” który jest jednym z piękniejszych epickich utworów autorstwa Pella. Na pocieszenie dodam, że jednym z wielu. Ta kompozycja po prostu rzuca na kolana. Jest niezwykłe budowanie napięcia, zaczynanie od spokojnego akustycznego wejścia z nawiązaniem do LED ZEPPELIN, jest niezwykła opowieść, słychać ten starożytny klimat, do tego świetnie brzmią tutaj klawisze. No i ten dialog Sotto z Axelem. Sam główny motyw, jak i rozbudowane solówki przypominają mi taki „Stargazer” RAINBOW i to nie bez powodu. Fanom rozpędzonej sekcji rytmicznej, fanom przebojowych refrenów, ostrych i zadziornych riffów spodoba się taki „Outlaw” będący kolejnym idealnym kawałkiem na tym krążku. O dziwo świetnie na albumie odnalazł się cover FREE czyli „Wishing Well” i muszę przyznać że przez długi czas uważałem że to autorski kawałek. Świetnie wykonane i idealnie to pasuje to do całości. Axel to nie tylko specjalista od epickich kawałków, do rockowych przebojów, czy też rozpędzonych, szalonych heavy metalowych kawałków. Oj nie to także cudotwórca jeśli chodzi o nastrojowe ballady, które mają łamać serce słuchacza. Stworzył on swoim dorobku pełno znakomitych ballad. Jeśli chodzi o mój prywatny ranking to "Innocent Child" jest na szczycie. Ta delikatność, ten wzruszający klimat, ten łatwo zapadający refren, tutaj Sotto zaprezentował się jako wokalista z uczuciami i on je zaprezentował nam poprzez śpiew. Do tego niezwykła lekka, niebiańska solówka Pella. Wow. Czego można chcieć więcej? Tytułowe kawałki mają niszczyć i tak też jest z „Between the Walls” który jest kolejną rozpędzoną kompozycją. Może i nieco prostsza, ale i tak granie pod Blackmore'a, atrakcyjna melodia i trzymanie słuchacza w napięciu do momentu kiedy wybucha z duża siłą przebojowy refren jest godne miana tytułowego kawałka. Również solówka Axela i jego dialog z klawiszowcem są warte naszej uwagi. Całość zamyka jakże istotny element muzyki Pella czyli instrumentalny „Desert Fire” będący pojedynkiem na sola Pella i Greaux, a ile w tym energii ile w tym RAINBOW. Kompozycja jest tak wyśmienita, tak zróżnicowana, tak upchana motywami że ma się wrażenie że mogliby tak bić się panowie na sola w nieskończoność. Zakończenie godne mistrza.

Po tym wszystkim można dojść tylko do jednego wniosku „Between The Walls” to jeden z najlepszych albumów Axela, gdzie całość jest wykonana na wysokim poziomie zarówno jeśli chodzi o aspekt kompozytorstwa, aranżacji czy też produkcyjnym. Słychać że muzycy świetnie się rozumieją, słychać to zgranie, tą chemię. Wraz z tym wydawnictwem można odczuć jeszcze wyższą, wręcz perfekcyjną formę muzyków, zwłaszcza Axela i Sotto. Jest to pierwszy album gdzie udało się ukształtować w pełni styl Axela, z którego jest znany po dzień dzisiejszy. Tutaj właściwie też pierwszy raz słychać to charakterystyczne brzmienie, gdzie jest ustawiona głośno perkusja, gdzie jest ciężki bas, a także wyostrzenie wokalu jak i gitary Axela. „Between The walls” to dzieło skończone, to arcydzieło, który wyniosło Axela Rudiego Pella na sam szczyt. To wydawnictwo pozwoliło mu zasiąść na tronie melodyjnego metalu i dzielnie broni swoich rządów po dzień dzisiejszy. Lata lecą, a on wciąż trwa w tym stylu. Jedni zarzucają wyczerpanie materiału, plagiat i zjadanie własnego ogona, a inni wychwalają pod niebiosa i cieszą się z wieloletniej wysokiej formy muzyka Axela. Jedno jest pewne wstyd nie znać Axela jego stylu jak i tego albumu.


Ocena: 10/10

wtorek, 13 marca 2012

GOTTHARD - Dial Hard (1994)


GOTTHARD wysoko poprzeczkę sobie ustawił debiutanckim „Gotthard” i ciężko było nagrać coś równie genialnego. Dwa lata przyszło czekać fanom zespołu na weryfikację tego poglądu i przekonanie się na własnej skórze jak się ma rzeczywisty stan rzeczy. W 1994 roku ukazuje się album zatytułowany „Dial Hard”. Jest to muzyczna kontynuacja stylu wypracowanego z poprzedniego albumu, choć można uświadczyć jak by cięższy materiał, który wg mnie nie jest już taki perfekcyjny. Problem tkwi właściwie w samych kompozycjach, bo nie można zwalić tutaj winy na producenta Chrisa Von Rohra czy też na muzyków i ich umiejętności. No właśnie jeśli gdzieś doszukiwać się jakiś błędów czy też wad, to właśnie nieco słabsze, jakby o klasę niższe pomysły trafiły na ten album. Co nie oznacza wcale, że krążek jest słaby i nie ma tutaj genialnych kompozycji.

Chris Von Rohr odegrał też kluczową rolę w większości kompozycją, pełniąc funkcję współ kompozytora i jego wpływ jest słyszalny. Już otwarcie w postaci „Higher” przypomina twórczość KROKUS. Jest podobna konstrukcja, styl, moc i zadzior, szkoda tylko że gdzieś GOTTHARD zatracił gdzieś tą niezwykłą pomysłowość, tą finezję i głębię. Takim utworem, który spełnia te kryteria i nawiązuje do klimatu debiutu jest nieco bluesowy „Mountain Mama” w którym można znaleźć coś z WHITESNAKE i z BON JOVI. To, że zespół postawił na nieco cięższy materiał i udał się w nieco rejony heavy metalu dobitnie świadczy rozpędzony „Here Comes the Heat”, który śmiało mógłby znaleźć się na płycie „Headhunter” KROKUS. Szybki, ostry riff, dynamiczna sekcja rytmiczna, zadziorny wokal, to wszystko idealnie oddaje to co grał w tamtym okresie KROKUS. Jedna z najlepszych kompozycji na albumie i pozostaje tylko zadać sobie pytanie, jakby brzmiał krążek, gdyby było więcej takich petard? Mocnym punktem na albumie jest też mroczny „She Goes Down” z ciężkim riffem, który pokazuje jak zespół powędrował w mocniejsze granie, jednocześnie trzymając się pewnego stylu nakreślonego na poprzednim albumie. Najlepszą kompozycją na „Dial Hard” jest bezapelacyjnie nastrojowy „I'm Your Travelin' Man" , który zaliczam również do najlepszych kompozycji tej kapeli. Ta kompozycja brzmi jakby wyjęto ją z poprzedniego krążka. Jest niesamowity klimat, jest oryginalny pomysł i jest finezyjność, która gdzieś uleciała właściwie na poprzednich kompozycjach, albo po prostu ciężar wyparł ją w sposób naturalny. I gdyby tak brzmiał całe wydawnictwo, to śmiało można by wystawić notę maksymalną, co raczej jest nie możliwe. Wysoki poziom reprezentuje też przebojowy "Love For Money" który przede wszystkim wyróżnia się na tle innych mocną partią perkusyjną i prostym, chwytliwym motywem gitarowym. W podobnej stylistyce jest utrzymany też "Get It While You Can", który jak dla mnie jest jedną z najsłabszych momentów na albumie, bo czegoś mi tutaj brakuje. Jeśli chodzi o pomysłowe motywy gitarowe, zapadające melodie to należy również wyróżnić spośród całości zadziorny, chwytliwy „Dirty Devil Rock”. Ci którzy polubili rozpędzony „Here Comes The Heat” bez problemu polubią dynamiczny „Open Fire”, który też nawiązuje do heavy metalowej twórczości KROKUS . Całość zamyka piękna ballada „I'm on My Way”, który pod względem emocjonalnym, pod względem konstrukcji przypomina mi kawałki NAZARETH. Wydawnictwo uzupełnia udany cover THE BEATLES, czyli „Come Together” i świetnie wykonany dynamiczny „Rock'n Roll” z repertuaru LED ZEPPELIN.

GOTTHARD po raz drugi dostarcza hard rock na bardzo wysokim poziomie. Niezwykła produkcja, a przede wszystkim melodyjność, rytmiczność materiału dostarczą wam nie zapomnianych przeżyć. Jest muza do śpiewania i do tańczenia, jest coś dla fanów ostrego grania, jak i dla tych przywiązujących uwagę do klimatu, emocji. Różnorodność to jedna z wielu zalet tego albumu. Szkoda tylko że zespół poprzez słabsze pomysły obniżył nieco poziom swojej muzyki.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 23 stycznia 2012

RUNNING WILD - Black Hand Inn (1994)

Jednym z nie wielu albumów RUNNING WILD, który nie wszedł mi od razu był „Black Hand Inn”. Do dziś ciężko mi jest określić co było powodem, toporny wydźwięk, czy to w jaki sposób brzmiały poszczególne partie. Ciężko to zrozumieć, gdyż całościowo jest przecież przebojowo i melodyjnie. Było minęło. Ważne że uważam ten album za jeden z najlepszych w karierze RUNNING WILD. Album jest dopieszczony pod względem wizualnym (najlepsza okładka RUNNING WILD), a także pod względem audialnym. Bardzo wyraziste, rasowe niemieckie brzmienie do tego bardzo duże przywiązanie zespołu do techniki. Pod tym względem jest to chyba jeden z najbardziej wyrazistych albumów tej niemieckiej formacji. Wraz  z „Black Hand Inn” przyszły kolejne zmiany, pojawił się Thilo Hermann i Jorg Micheal, co ciekawe w tym czasie zaczęła działać alternatywna wersja RUNNING WILD, czyli X- WILD tworzony przez byłych muzyków RUNNING WILD. Album choć jest tak samo genialny co „Pile Of Skulls” to jednak się różni od niego. Tutaj jest nieco toporniej, jakby mniej piracko, mniejszy nacisk jest na melodie co na tamtym albumie. Oczywiście tak jak przystało na ostatnie albumy tej formacji, wszystko zaczyna klimatyczne intro, a mianowicie „The Curse” i to jest jedno z najlepszych intr tej kapeli. Jest dynamika, jest gdzieś powiew pirackości do tego można się delektować idealną współpracą Kasperka z Thilo Hermannem, który wg mnie jest lepszym gitarzystą aniżeli Axel Morgan. Przede wszystkim jest lepszym technicznie muzykiem. Na każdej płycie musi być jakiś wielki przebój, który podbija serca fanów, który rozgrzewa scenę podczas koncertów. „Black Hand Inn” to jeden z tego typu utworów. Piractwo i melodyjność kojarzą się z „Pile Of Skulls”, choć tutaj jest ta niemiecka szkoła heavy metalu i jest też nacisk na bardziej techniczne granie. Każda partia jest tutaj wyważona i przemyślana. „Mr. Deadhead”  to nieco ostrzejszy utwór, oparty na rozpędzonym riffie i banalnym refrenie. Niby jest to wszystko do czego przyzwyczaił nas zespół, to jednak jest jakby ciężej,bardziej topornie, bardziej niemiecko.  Dziwne jest to że kolejny utwór tj „Souless” brzmi jak poprzedni tylko w zwolnieniu. Koncertowy hymn RUNNING WILD i się nie dziwię. Zadziorność w sekcji rytmicznej i przebojowość w refrenie. Numer jeden to dla mnie cały czas singlowy „The Privatear” i to chyba ze względu na jego dynamikę, złożoność i nie przewidywalność. Solówki tutaj przechodzą wszelkie granice, a refren też iście piracki. Utwór bardzo rytmiczny i melodyjny, a także bardzo lekki i radosny. Tutaj już nie ma takiej toporności. Tak dotarliśmy do pierwszego kolosa na tym albumie, a mianowicie „Fight The Fire Of hate” który jest nieco w innym stylu aniżeli dotychczasowe kompozycje. Bardziej true metalowy, bardziej podniosły i jakby zakorzeniony w MANOWAR. Kolejnym moim ulubiony kawałkiem z tego albumu jest „ The Phanthom of Black hand Hill” który jest kolejnym pirackim hymnem na tym krążku. Co jest godne tutaj uwagi słuchacza to urozmaicenie i złożoność melodii i całej konstrukcji. Riff niby niczym nie wyróżniający się, niby typowy dla tego zespołu, ale jest ta piracka swoboda i radość, do tego dochodzi bojowy refren. Bardziej jakby rockowym kawałkiem jest „Freewind Rider” i tutaj mamy ciekawą przeplatanką sekcji rytmicznej i wokalu Rolfa. Przebój jak się patrzy i kolejny piracki hymn Thilo Hermann i okres jego bycia w RUNNING WILD dostarczył zespołowi sporo szybkich, pełnych energii i ognia petard. To właśnie za jego służby zespół dorobił się pokaźnej liczby szybkich utworów. Także fani takiego „Riding The storm” z większym zainteresowaniem posłuchają takiego „Powder & Iron”. Niczym nie ustępuje też „Dragonmen” który przykuwa uwagę swoim luzackim wydźwiękiem. Na „Pile Of Skulls” był „Treasure Island” tutaj mamy „Genesis”, który jest jeszcze dłuższy, jeszcze bardziej urozmaicony,  bardziej złożony, bardziej epicki, ale tak samo przemyślany i tak samo energiczny. Nieskończone złoże chwytliwych melodii i atrakcyjnych, pirackich motywów. Ale tak można napisać o całym albumie. Arcydzieło, niepowtarzalne dzieło jednego z najlepszych zespołów heavy metalowych. To jest właściwie rzadkie zjawisko, żeby zespół był w tak długoletniej wysokiej formie. Zadziwiające jest to z jaką łatwością nagrywają oni genialne albumy, które dostają same wysokie noty. Niestety kiedy odejdzie Thilo Hermann i Thomas Smuszyński, wszystko zacznie się sypać. Co ciekawe nie na tyle, żeby sięgnąć dna. Czyżby dryfujący statek „RUNNING WILD” jest nie zatapialny? Co do „Black Hand Inn” jest to jeden z ich najlepszych albumów i można śmiało brać w ciemno. Ocena: 10/10

wtorek, 6 września 2011

HELLOWEEN - Master of the rings (1994)

Wiecie jak to jest mieć znakomity start? Jak to jest mieć wspaniałych muzyków, ikony muzyki metalowej? Wiecie jak to jest być na szczycie, a później spaść z niego? Wiecie jak to jest być oszukanym przez wytwórnie? Jak to jest próba wrócenia na właściwy tor? Czy wiecie jak ciężko jest odzyskać stracone zaufanie? Ja tego nie wiem, ale pewien zespół z Niemiec wie. Mowa o Helloween. Mieli znakomity start w postaci ep „Helloween” , genialny „Walls of jerycho” potem doszedł jeden z najlepszych wokalistów w historii heavy metalu Micheal Kiske i zespół nagrywa 2 największe albumy w swojej historii - „Keeper of the seven keyes” który okazał się dziełem na którym praktycznie zespół wciąż gdzieś miał zagorzałych fanów i choć nagrywał później wiele albumów, to jednak tak wpływowego albumu nie nagrali. Jednak owa bajka, w której żył zespół nie trwała długo. Od zespołu chodzi lider i założyciel – Kai Hansen, znany dziś z zespołu Gamma Ray. Zastąpił go Roland Grapow, który dzisiaj jest o wiele rozpoznawalny i sławniejszy niż kiedyś i sporo w sumie zawdzięcza Helloween. Z nowym gitarzystą zespół nagrywa 2 najbardziej komercyjne albumy w historii zespołu, a „Chameleon” to nawet w historii metalu. Zespół się pogrążał się, tracił tożsamość, a wszystko na rzecz hard rocka, nawet blues rocka. Po turnee w 1993 roku z zespołu zostaje wyrzucony Micheal Kiske, gdyż zespół nie mógł się z nim dłużej dogadywać. W zespole nie było już także Ingo Schwichteberga, który miał problemy ze zdrowiem, choć z nim wiąże się też inny fakt. Do Helloween przyszedł z Gamma Ray Uli Kusch, zaś Ingo miał trafić ....do Gamma Ray, jednak nic z tego nie wyszło jak wiemy. Na miejsce Kiske, przyszedł z Pink cream 69 Andi Deris, wokalista który jest taką mieszanką Kiske i Hansena. Do dziś śpiewa w Helloween i bezapelacyjnie jest jego liderem. Zespół rozstał się z EMI i dołączył doi Raw Power i pod jej skrzydłami w 1994 roku zostaje wydany „Master of the Rings” który tak właściwie miał wyjść pod innym tytułem. No wystarczy popatrzeć na liczbę pierścieni na okładce i już wiadomo. Tak miał to być „Keeper of The seven keys part 3” i chwało Bogu, że nie jest bo to byłaby kompromitacja i rozczarowanie na całej linii. Jasne są skojarzenia, ale ten album jest nieco inny. Są inni ludzie, jest inny okres. Powrócić jest ciężko, ale mówi się kiedy sięgniesz dna, to już potem może być tylko lepiej i coś w tym jest.

To, że miał to być keeper to słychać przede wszystkim w intrze w postaci „Irritation”, który nie tylko nazwa przypomina Strażnika, ale muzyka w tym kawałku zbliżona jest do intr z dwóch poprzednich kluczników. Fajny kawałek, ale nie ma się co jarać to tylko intro. Powrót do korzeni, czyli do cięższego grania słychać w pierwszym takim klasyku Heloween „Sole Sourvivor”. Utwór stworzony przez duet Weikath/Deris. Słychać, że zespół wraca z dalekiej drogi i chce grać power/heavy metal. Jest ciężki riff, jest sporo atrakcyjnych dla ucha melodii i mamy taki hellowenowy refren. Porównywać Derisa i Kiske nie zamierzam po dwa różne bieguny, ale Deris wniósł sporo świeżości do zespołu, podobnie jak Kusch, który jest znakomitym perkusistą. Drugim takim klasykiem z tego albumu jest mój ulubiony utwór „Where The rain Grows” i to jest taki utwór, który mógłby reprezentować Keeper part 3. Słychać także echa Pink Cream 69. Jest to jeden z najszybszych kawałków na płycie i jeden z tych bardziej przebojowych. Utwór skomponował ten sam duet. Podoba mi się przede wszystkim dynamika, prosty i bardzo melodyjny riff, który nasuwa stary Helloween z Hansenem na pokładzie. Podoba mi się także ten bardzo chwytliwy refren, ale to zawsze było mocną stroną zespołu. Tak również solówka jest taka jak za dawnych lat i Roland Grapow w końcu pokazuje, że gitarzystą jest nie gorszy niż Hansen. Andi Deris przychodząc do Helloween miał już kilka gotowych pomysłów i jednym z nich był „Why?” i tutaj słychać Pink Cream 69. Jest hard rockowy feeling w refrenie, a także w partiach gitarowych. No mamy też takie dość wyraźne klawisze co też jest pewnym novum w muzyce Niemców. Choć jest to bardziej kawałek o zabarwieniu balladowym to i tak jest przyjemny dla ucha, chyba sporo tutaj robi refren i wokal Derisa. Nigdy chyba się nie przekonam do kolejnego dość sławnego kawałka - „Mr. Ego” i jest to utwór Rolanda i to słychać. Bolączką tego utworu jest nudny riff i zbędna dłużyzna w postaci 7 minut i choć jest to najdłuższy utwór na płycie to zarazem jest to najgorszy. Znów słychać sporo klawiszy i nawet progresywnych patentów. I nie wiem czemu, ale klimat nasuwa mi momentami Chameleon. Helloween zawsze był znanych z bardziej luzackich kawałków jak choćby dr.stein czy Rise and fall, tak jest i tym razem. Kolejny klasyk - „Perfect gentleman” i jest on bardziej komercyjny, bardziej luzacki, bardziej śmieszny, ale wciąga i właściwie zostaje w pamięci bardzo długo. Utwór jest prosty i nie ma tutaj jakiś udziwnień, mamy prosty i łatwo zapadający motyw w postaci takie skocznej melodii, a także dzięki prostemu refrenowi. Taki jest właśnie Helloween z Derisem, ale to się podoba albo nie. Fanom Mario Bros i pegazusa na pewnie przypadnie do gustu „The Game is On” które autorem jest Weikath. Jest to bardzo radosny kawałek, znów bardzo chwytliwy i słychać trochę power metalu. Utwór w stylu do jakiego nas przyzwyczaił Micheal Weikath. Utwór dobry, bardzo dobry, ale Weikath miał lepsze w swojej karierze. Również jego autorstwa jest „Secret Alibi” i znów coś z Pink Cream 69 zostało przemycone. Kawałek do szybkich ani udanych nie zaliczam. Jedynie tempo i refren nadają się do chwalenia. No nie ma tutaj energii, nie ma jakieś ciekawej aranżacji, ot co dobry kawałek i nic ponadto. Bardziej rock/n rolowy, taki ocierający się nieco o Depp Purple jest „Take me Home” i kawałek jest dobry ma jest taki radosny i skoczny, ale takich utworów jest tutaj jednak za dużo. Utwór skomponowany przez Grapowa. Na albumie nie zbrakło też pięknej ballady w postaci „In The Middle Of A Heartbeat" i jest to kolejny klasyk. Deris przemycił coś znowu z macierzystej kapeli. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest bez wątpienia taki bardziej power metalowy „Still We Go” choć i tutaj słychać progresywne zaloty Grapowa i patenty, które dzisiaj prezentuje w Masterplan. Ale tutaj jest energia i dynamika. Zakończenie albumu w dobrym stylu.

Master of the Rings to dobry album, z kilkoma klasykami, jednak jest kilka wad. Jest nie równy materiał, gdzie jest za dużo luźnych, radosnych kompozycji, jest kilka wypełniaczy. Mamy za to powiew świeżości i kilka dobrych patentów, a zespół wrócił za dalekiej drogi i stawił tym albumem pierwszy krok do odrodzenia, do odbudowania zaufania fanów. Dobry powrót Helloween. Nota: 6.5/10

wtorek, 30 sierpnia 2011

ACCEPT - Death Row (1994)

Accept po wydaniu dobrze przyjętego przez fanów „Objection overruled” nie przestał tworzyć, ów chęć słuchania Accept mimo ich lat, wciąż dawała zespołowi powód żeby dalej tworzyć. Po reaktywacji zespół zaczął grać ciężej, agresywniej, nie tracąc przy tym swojego charakteru co można było usłyszeć na Objection Overruled, który przynajmniej brzmi jak klasyczny album Accept. To w takim razie jak nazwać kolejny album „ Death Row” z 1994 roku? Tutaj zespół zrobił krok do przodu, ewoluował. Poszedł dalej w kierunku, ciężaru, brudu, toporności i ostrego grania. Jest sporo różnica między tym krążkiem, a poprzednim, nie wspominając o tych z lat 80. Nie ma takiej dynamiki na albumie co na poprzedniku, nie ma takiej przebojowości, chwytliwości. Jest wolniej, bardziej topornie, melodie wygrywane przez Wolfa są nie atrakcyjne, są przekombinowane i całość jest nastawiona na techniczne granie. Bez wątpienia jest to najcięższy album Accept, co nie oznacza, że najlepszy. Co więcej jest to jeden ze słabszych albumów tej formacji. Można ów styl zaakceptować, bo spotkałem się z zachwytami nad tym albumem, jednak spotkałem się też z niezadowoleniem. Z tym albumem jest tak jak z Jugulatorem Judasów, może to zaakceptować, albo olać. Wadą albumu jest nie tylko styl, ale też ponad godzinny materiał i do tego nie równy.

Sprawdzony zabieg zespołu, a więc tytułowy kawałek jako pierwszy do odstrzału. Już od pierwszej chwili gdy słychać „Death Row”. Słychać, że to nie jest ten Accept co kiedyś, a przy najmniej nie ten co na poprzednim albumie. Jest ciężar, brud, toporność i agresja z poprzedniego albumu. Ale jest też powolne tempo, wręcz takie mulące, jest nieatrakcyjność pod względem melodii, pod względem refrenu. Jasne jakieś echa Acceptu są, bo jest przecież Baltes, Wolf, Udo i są bojowe chórki, co daje nam znać, że to Accept. Bawiąc się w jaka to melodia, wątpię żeby ktoś zgadł co to za zespół gra. Mimo tylu narzekań, tytułowy utwór po kilka latach katowania przypadł mi do gustu. Bo to jest kawałek mocnego heavy metalu, może mało acceptowego, może mało atrakcyjnego, ale jest tutaj taki bunt, taki brud i chyba przez to jakoś przypadło mi to do gustu. No i podoba się też wokal Dirkschneidera na tym albumie. Tutaj na tym albumie jeszcze był w formie. Nie ma szału, ale jest dobre rzemiosło. Rok temu Accept wrócił z „Blood of the nations” i słychać tutaj źródło ciężaru, agresji którą zespół pokazał na tamtym albumie. Na tym albumie, zwłaszcza w takim kawałku jak „Sodom & Gommora”. Jest to najdłuższy utwór na płycie, jeden z takich ciekawszych na płycie. Ma trochę dynami z poprzedniego albumu, ale wciąż jest to nie atrakcyjne, brudne granie. Jest ciężko i to słychać już nie tylko w partiach gitarowych i w wokalu, także w sekcji rytmicznej. Nie jest to jakiś killer, ale dobry kawałek z ciekawym popisem talentu Wolfa Hoffmana, choć najlepsze lata za nim, to jednak wciąż ma w sobie to coś. Jeśli o mnie chodzi, jeden z najlepszych utworów na płycie. Fanom „Blood of The nations” do gustu powinien przypaść „The Beast Inside”, gdyż analogiczny utwór znalazł się na tamtym albumie. Utwór trwa prawie 6 minut i mamy tutaj rasowy heavy metal. Pomysłowe wejście w postaci akustycznej gitary, prosty i zapadający w głowie refren jak i riff. Mój ulubiony kawałek na tym albumie. No i słychać Accept, a to już coś. Wiem, wiem paskudny jest „Dead On” ale spójrzmy na niego z innej strony. Prosty skoczny riff, bardzo fajnie buja, a bojowy refren jest zrobiony wręcz pod koncert. Wiem, klasy, genialności i poziomu starego Acceptu tu nie ma, ale jest to bez wątpienia jedna z takich ciekawszych kompozycji an tym albumie. Bez wątpienia jasno na tym albumie świeci nieco rock'n rolowy, ale za to bardzo melodyjny „Gun's R' Us”. Kawałek się wyróżnia na tle innych. Jest melodyjny, jest atrakcyjny dla ucha, nie ma takiego silenia się na ciężar. Jest swoboda, luz i rockowe szaleństwo i słychać coś ze starego Acceptu. Ten utwór też zaliczam do czołówki tego krążka. Dobry start ma „Like Loaded Gun” słychać Acceptowy riff, choć później zostaje to przytłoczone ciężarem, brudem i topornością, nie potrzebnie. Rzemiosło i nic ponadto. „What Else” miał chyba być bardziej dynamiczniejszy, bardziej skoczny i niestety nic z tego nie wyszło. Jeden z najgorszych kawałków w historii zespołu. Dopiero połowa albumu, a słuchacz już jest taki zmęczony, to źle świadczy o tym albumie. Łagodniejszy wydźwięk ma „Stone Evil”, ale bardziej to brzmi jak Udo solo niż Accept. Znów ciężko znaleźć jakieś pozytywy. Nie porozumieniem jest też „Bad Habits Die Hard” i tutaj chcieli zbliżyć się do poziomu i stylu z poprzedniego krążka. No i znów nieudana misja. Bo nie ma tutaj atrakcyjnej melodii, a refren brzmi jakoś sztucznie. I to czego się obawiałem czyli zlewanie się w jedną kompozycje stało się rzeczywistością. No bo „Prejudice” niczym się nie odróżnia od poprzednich kompozycji. Takiej lekkiej adrenaliny daje „Bad Religion” i brzmi to znajomo. Rollling Thunder z „Blood of the Nations”? No jest to kolejny dobry kawałek z tego albumu, który warto znać. Jest dobra rytmika, tempo i chwytliwy riff. W „Generation Clash II” chcieli klimatem się chyba zbliżyć do Balls To The wall. Niestety kolejna porażka. Dobrze na tle tego heavy metalu na dopingu wypada akustyczny „Writing on the wall” i to jest dowód, że nie liczy się tylko ciężar i agresja. Ci którzy w jakiś sposób wytrwali ten niestrawny materiał, mogą sobie jeszcze posłuchać dwóch instrumentalnych utwór „Drifting Apart i „Pomp and Circumstance” które są po prostu średnie.

Czy Accept Udo może być słaby? Może a ten album i następny są tego dowodem. Brzmi tutaj sztucznie, gdzieś zatracili swój charakter, swój geniusz w komponowaniu. Nie ma ani przebojów, ani atrakcyjnych melodii. Nie ma też refrenów, które można by sobie zanucić samemu. Nie ma nic, jest sztuczność, silenie się na ciężar i agresje. Jest mrok, brud, toporność, kwadratowość, jest także rzemiosło. Jak można usłyszeć, nawet najwięksi upadają, żeby potem powstać z podniesioną głową,żeby się odrodzić niczym feniks z popiołu. Album należy potraktować jako ciekawostkę. Nota: 4.5/10

piątek, 1 lipca 2011

MERCYFUL FATE - Time (1994)

Czas to pojęcie, które nie jest łatwo wyjaśnić. Nie da się tego kupić, nie da się cofnąć, nie da się zatrzymać. Ale można wykorzystać jako motyw przewodni kolejnego albumu. Tak też się stało w przypadku Mercyful Fate i ich drugiego albumu po reaktywacji, a mianowicie „Time”. Prace nad albumem odbywały się w Dallas Sound Lab i tym razem Shermann razem z Kingiem razem pracowali nad albumem i to słychać, nie ma tak jak na poprzedniku, że było słychać, że każdy przyniósł do studio już tylko swoje opracowane utwory. Tutaj słychać chemię, słychać, że zespół wziął do siebie owe uwagi. Ponadto w zespole pojawił się nowy basista – Scherlee D' Angelo.Rok wydania albumu to 1994 i znów za sprawą wytwórni metal blade. Okładka taka dość nie typowa, zresztą jak i tytuł- czas. Mogło by się wydawać, że zespół jeszcze bardziej popadł w słabszą formę. No zmylić im się udało nawet mnie. Prawda jest zupełnie inna. Dla mnie ten album jest genialny, bo przynajmniej poziomem zbliża się do tych dwóch pierwszych albumów. Nie tylko pod względem mrocznego klimatu, ale także pod względem samych kompozycji. Zostały one rozegrane z pomysłem i z myślą o starych fanach. Trzeba przyznać choć było promowanie tego albumu, to jednak nie było ona takich rozmiarów jak przy poprzednim albumie, co jest troszkę dla mnie nie zrozumiałe, bo to właśnie ten album zasługuje na rozgłos. W przeciwieństwie do poprzedniego albumu nie ma wypełniaczy, nie sztucznego wymuszonego grania, jest luz i niezwykła aranżacja.

Znów na pierwszy ogień idzie utwór promujący album, a jest nim „Nightmare be Thy Name” i słychać że zespół poszedł po rozum do głowy. Jest to kompozycja zarówno atrakcyjna pod względem aranżacyjnym, jak i pod względem emocjonalnym. Klimat znów mroczny, nawet o jeden poziom wyższy niż na poprzedniku. Są chórki, które budują nastrój no i jest niezwykła chemia między muzykami, którą nie dało się usłyszeć na poprzedniku. Same partie gitarowe też zagrane jakby z pasją i przekonaniem. Mocny wstęp, który daje szanse w końcu na genialny krążek.
Bardzo podoba mi się też „Angel Of light”, w którym to King Diamond jak za dawnych czasów gloryfikuje Lucyfera. Jest tutaj swoboda, luz i jest melodyjność. Mimo melodyjności można bez problemu usłyszeć ciężar oraz mroczny klimat. Refren bardzo prosty i zarazem bardzo chwytliwa, tak więc mamy kolejny mocny punkt albumu. O ciarki może nie jednego słuchacza przyprawić „Witches Dance”, który jest drugim utworem promocyjnym tego albumu, do którego nakręcono teledysk, szkoda że jednak był tak rzadko emitowany na MTV. Utwór mamy upiorny klimat, a to za sprawą takiego a nie innego riffu. Taki nie co tajemniczy, taki nieco intrygujący. Do tego cała ta otoczka. Kolejny i bez wątpienia najpopularniejszy z tego albumu jest „The mad Arab” i jak dla mnie klasyk. Mamy tutaj wszystko za co się kocha Kinga Diamonda. Chwytliwy aczkolwiek mroczny riff, który nastraja cały kawałek. Jest zapadający w ucho refren. Takie utwory stanowią o tym, jak zespół zrobił kilka kroków do przodu w porównaniu do poprzednika. Jak dla mnie ten utwór mógł być tym do promowania. Jest to też kolejna krótka kompozycja, co też jest pewną różnicą w stosunku do „In the Shadows” gdzie sporo było dłuższych utworów. Równie genialny jest „My demon”, gdzie znów jest melodyjność, gdzie znów słychać luz i swobodę, nie ma nic wymuszonego. Partie gitarowe są przyswajalne w przeciwieństwie do tych z poprzedniego albumu, co też cieszy. Podoba mi się refren, wspaniała sprawa, zresztą utwór jest kolejnym killerem na krążku. Szok nastąpił przy utworze, gdzie na poprzedniku już wychodziło zmęczenie o tyle tutaj wraz z kompozycją „Time” rozpoczyna się nie dowierzanie, że było ich stać na stworzenie aż tylu killerów, tyle perfekcyjnych utworów. Tytułowy utwór nie dość, że niszczy aranżacją i klimatem to na dodatek ma zaloty pod...balladę. Zresztą sam kawałek nadawałby się do którego z starszych albumów Kinga Diamonda. Wszystko tutaj zostało do picowane, nawet solówki. No i ten refren, no to trzeba usłyszeć na własne uszy. Druga połowa albumu, może nie jest tak wywyższana przez fanów, a ja tutaj poruszę kwestię, że nie wiele ustępują swoim poprzednim utworom, ale to zawsze ta pierwsza piątką rzuca na kolana, natomiast druga połowa to wymieszanie genialnych kompozycji z tylko bardzo dobrymi, ale nie ma mowy o wypełniaczach i spadku formy. „The Preacher” to znakomita kompozycja heavy metalowa. Ma w sobie nieco ciężaru, mieszania temp. Tutaj skupiono się przede wszystkim na partiach gitarowych, a to słychać od początku do końca. „Lady in Black”, to kolejna genialna kompozycja. Melodyjna i chwytliwa, gdzie nie ma już ciężaru w takiej ilości co poprzedni utwór. Tutaj na uwagę zasługuje przede wszystkim sam King Diamond, który urozmaica swoje partie wokalne.”Mirror”, to z kolei jest jedna z tych cięższych kompozycji, tym razem utrzymana w wolnym tempie. Nie brakuje jednak urozmaiceń gitarowych i jest to tylko dobra kompozycja. Refren jednak przyprawia o gęsią skórkę.”The Afterlife”, hmm bez wątpienia najwolniejszy kawałek i znowu za brakło przysłowiowej kropki nad „i”. Niby to jest klimat, niby są bardzo dobre partie gitarowe, ale utwór jakoś niezbyt chwyta i tylko słucha się go bo się słucha. Do genialnych kompozycji należy również zaliczyć najdłuższy utwór na albumie „Castillo Del mortes”. Tym razem King porusza tematykę, którą zawsze lubiłem, a mianowicie „Necronomicon” - księga umarłych. Utwór bardzo rozbudowany, z kilkoma ciekawymi motywami i co ciekawe jest on lepiej zbudowany niż kolosy z poprzedniego albumu. Ponadto idealnie prezentuje jak brzmiał cały album.

„Time” to jest album, który śmiało można postawić obok dwóch pierwszych albumów. Tym razem zespół stworzył genialny krążek, który pod względem kompozycji, pod względem kompozytorstwa, aranżacji jak i klimatu nie wiele ustępuje „Mellisie” czy też „Don't Break the Oath”. Lata 90 nie są dobrym okresem dla metalu, natomiast dla Mercyful Fate jest i to bardzo dobrym okresem. W końcu obudził się w nich geniusz, który spał tak długo. Nie ma wymuszone ciężkości, nie ma trudnych w odbiorze utworów, nie ma wypełniaczy. Jest za to wyrównany poziom albumu, nie ma potknięć, nie ma jakiś wad. Jedynie można za taką uznać, nieco słabszą drugą połowę albumu, ale to wciąż jednak heavy metal na najwyższym poziomie. Album znaczący dla Mercyful Fate, a dla i metalu też, gdyż udowodnił że pomimo kiepskich lat 90, wciąż można było jednak wydać naprawdę genialny krążek. Uważam, że warto znać ten album. 9.5/10