środa, 5 sierpnia 2026

THE SCEPTER - Shadows in the Tower (2026)


 Można odnieść wrażenie, że klasyczny heavy metal przeżywa obecnie drugą młodość. Coraz więcej młodych zespołów inspiruje się legendami gatunku i z powodzeniem przenosi ich brzmienie do współczesności. Tą drogą podąża również kanadyjski The Scepter, który po kilku latach działalności i świetnie przyjętych singlach zadebiutował albumem "Shadows in the Tower". Płyta ukazała się 24 lipca i bardzo szybko skradła serca fanów takich kapel jak Enforcer, Traveler czy Riot City. Już po pierwszym przesłuchaniu słychać, że w The Scepter drzemie ogromny potencjał.

Największą gwiazdą zespołu jest bez wątpienia wokalista Jean-Pierre Abboud, doskonale znany z Gatekeeper oraz Traveler. To niezwykle utalentowany i charyzmatyczny frontman, który potrafi nadać kompozycjom odpowiednią dawkę drapieżności, energii i charakteru. Nie byłoby jednak tak entuzjastycznych opinii o tym materiale, gdyby nie znakomity duet gitarzystów Collins/Walsh. Panowie doskonale się rozumieją, a ich zgrane partie gitar zachwycają melodyką i wyczuciem. Stawiają na klasyczne rozwiązania, które w ich wykonaniu brzmią świeżo i niezwykle przekonująco. Czuć w tym ogromną pasję oraz autentyczną miłość do heavy metalu. Dodatkowym atutem zespołu jest umiejętność komponowania chwytliwych utworów i refrenów, które na długo pozostają w pamięci.

Jedynym poważniejszym minusem albumu jest jego długość. Niespełna 29 minut to zdecydowanie za mało, zwłaszcza że materiału słucha się z ogromną przyjemnością. Już od otwierającego "Riding Out" słychać, że zespół doskonale odnajduje się w estetyce wyznaczonej przez Riot, Tokyo Blade, Helloween czy Enforcer. Galopujące riffy, melodyjne partie dwóch gitar oraz charakterystyczny głos Jean-Pierre'a Abbouda tworzą znakomitą mieszankę klasycznego heavy i power metalu. Muzycy nie próbują na siłę odkrywać gatunku na nowo – stawiają na sprawdzone patenty, realizując je z dużym wyczuciem i autentycznym zaangażowaniem.

Bardzo przyjemnie buja "Where Art Thou", w którym wyraźnie słychać wpływy Iron Maiden oraz klasycznej sceny NWOBHM. To właśnie takie momenty dodają albumowi różnorodności. Mocnych punktów jest jednak znacznie więcej. "Protector of the Skies" oraz "Burn Bundy Burn" imponują energią i chwytliwymi refrenami. Zespół potrafi zaskoczyć dynamiką i umiejętnie wplata elementy power metalu spod znaku wczesnego Helloween. Muszę przyznać, że takie granie wyjątkowo trafia w mój gust. Z kolei pełen pozytywnej energii "Drink On" przemyca wpływy Running Wild, pozostawiając słuchacza w klimacie klasycznego heavy metalu lat 80. "Dunes" prezentuje bardziej epickie oblicze zespołu i wyraźnie nawiązuje do wczesnego Blind Guardian. Całość wieńczy tytułowy "Shadows in the Tower", który stanowi doskonałe zakończenie albumu i pozostawia ogromny apetyt na kolejne wydawnictwo.

Największym atutem płyty są znakomite melodie oraz harmonijne partie gitar. The Scepter udowadnia, że nie potrzeba technicznych fajerwerków, aby pisać angażujące i zapadające w pamięć utwory. Nie wszystko jednak wypada idealnie. Produkcja jest momentami nieco zbyt surowa i chwilami brakuje jej większej siły uderzenia. Zdarzają się również fragmenty, które można było odrobinę skrócić, choć przy tak krótkim czasie trwania albumu nie stanowi to większego problemu.

Mimo tych drobnych niedociągnięć "Shadows in the Tower" to znakomity i niezwykle obiecujący debiut. The Scepter udowadnia, że ma świetne wyczucie melodii, duży talent kompozytorski i doskonale odnajduje się w klasycznym heavy metalu. Jeśli na kolejnej płycie muzycy dopracują produkcję i utrzymają tak wysoki poziom kompozytorski, mogą śmiało dołączyć do czołówki współczesnej sceny tradycyjnego heavy metalu. Dla mnie to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń tego roku. Z pewnością będę często wracał do tej płyty, ponieważ zawiera wszystko to, za co od lat kocham heavy metal.

Ocena: 9/10


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz