23 października ukaże się siódmy studyjny album szwedzkiego Dragonland zatytułowany „Prophecies”. Band działa od 1999 roku i od początku konsekwentnie trzyma się symfonicznego power metalu, poruszając się w klimatach Rhapsody, Twilight Force, Sonaty Arctica czy Stratovariusa. Nowy album niczego w tej kwestii nie zmienia, bowiem zespół nadal wiernie pozostaje przy swoim stylu. Szkoda tylko, że tym razem nie zadbał równie mocno o jakość materiału. To bez wątpienia melodyjny i pełen klasycznych power metalowych patentów album, ale same kompozycje są dalekie od ideału.
Nie chodzi przy tym o brak energii czy słodkich, przyjemnych dla ucha melodii. Problem tkwi w samym materiale, który tym razem jest po prostu mało atrakcyjny. Słucha się tego bez większego bólu, ale niewiele pozostaje w pamięci i trudno mówić o emocjach, jakie powinny towarzyszyć muzyce tego typu. Brakuje dopracowania, elementu zaskoczenia oraz hitów, które napędzałyby cały album. Dragonland to doświadczona kapela, ale po tym materiale jakoś trudno to dostrzec. Zdarzają się momenty, w których zwyczajnie wieje nudą. Również okładka tym razem nie zachwyca — wygląda trochę jak grafika przeznaczona do gry komputerowej. Także ten aspekt mógł zostać znacznie lepiej dopracowany. Dragonland stać na więcej. Momentami można odnieść wrażenie, że zespół chciał po prostu szybko nagrać nowy materiał, ale zabrakło mu większego pomysłu na całość.
Największym problemem płyty jest właśnie brak świeżości i emocji. Mam wrażenie, że zespół korzysta ze sprawdzonych patentów, ale robi to trochę zbyt zachowawczo. Słychać, że wszystko jest dopracowane, produkcja stoi na wysokim poziomie, a muzycy prezentują swoje umiejętności bez najmniejszych problemów. Tylko że sama technika i monumentalne brzmienie nie wystarczą, aby stworzyć naprawdę porywający album. Tym razem zabrakło mi tego charakterystycznego „czegoś”, co sprawiało, że najlepsze płyty Dragonland chciało się włączać ponownie.
Na plus należy zaliczyć to, że Dragonland nadal pozostaje w świecie fantasy, który od lat stanowi ważny element jego muzycznej tożsamości. Mocnym atutem wciąż pozostaje również głos Jonasa Heidgerta, który potrafi śpiewać w wysokich rejestrach i robi to z odpowiednią pasją. Jego wokal idealnie pasuje do świata power metalu i fantasy. Rozczarowuje natomiast to, co prezentuje gitarzysta Jesse Lindskog. Jego gra jest zachowawcza i niczym szczególnym nie przykuwa uwagi. Brakuje ciekawszych pomysłów na melodie, zagrywki czy bardziej charakterystyczne partie. Całość sprawia wrażenie niedopracowanej.
Miłym zaskoczeniem jest otwierający „The Prophecies Unfolds”, który potrafi postawić na szybkość i przebojowy charakter. Tutaj pojawia się jakiś pomysł i odpowiednie wykonanie, a sam utwór rzeczywiście potrafi zapaść w pamięć. Niestety, sporo jest tutaj kompozycji pokroju „Rolling Waves”, czyli czegoś na kształt miałkiego, popowego rocka, który niczym szczególnym nie zachwyca. Kto kocha szybki, słodki power metal w klimacie Power Quest, Sonaty Arctica czy Stratovariusa, ten szybko przekona się do „Survival of Mankind”. To uroczy i melodyjny kawałek, który dobrze oddaje piękno europejskiego power metalu. Nieco podniosłe i przebojowe „Dragonland” również prezentuje się całkiem dobrze. Nie jest to może perfekcja, ale utwór potrafi się obronić.
Niestety, kiepsko wypada „Light of the Sunset”, który niewiele wnosi do całości. To zbyt popowy i komercyjny utwór, wyraźnie odstający od tego, czego można oczekiwać po Dragonland. Wiarę w ten album przywraca „Glory and Gold”, który ponownie przemyca więcej power metalowych patentów. Niestety, również tutaj pojawiają się jedynie przebłyski, a całości daleko do perfekcji. Na dłuższą metę męczy także mało wyrazisty i nieco zbyt łagodny wokal Jonasa. Podobne emocje wzbudza rozpędzony „A Distant Memory”, który próbuje na siłę nawiązywać do wczesnego Helloween. Zbliżoną formułę otrzymujemy w „The Call of the Wild”. Niby wszystko się zgadza, ale jakość nie do końca mnie przekonuje. Jest w tym sporo kiczu i niewiele wyrazu. Takiego power metalu na rynku jest przecież mnóstwo.
Nowy album Dragonland zawodzi niemal na każdej płaszczyźnie. Nie ma tu odpowiedniej agresji ani przebojowości, brakuje też klimatu, a momentami można odnieść wrażenie, że sami muzycy grają bez większego przekonania. Dragonland to doświadczona kapela, ale na tym materiale zupełnie tego nie słychać. Niestety, często wieje nudą, a przede wszystkim zabrakło świeżych pomysłów. „Prophecies” miało być kolejnym rozdziałem w historii zespołu, tymczasem otrzymaliśmy album, który trudno uznać za satysfakcjonujący powrót. Jedno z największych rozczarowań 2026 roku.
Ocena : 4.5/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz