I powiem od razu – było warto czekać. „Exsequiis” to dla mnie nie tylko najlepszy album Harlott, ale jeden z najmocniejszych thrashowych materiałów, jakie ukazały się w 2026 roku. Australijczycy wracają tutaj z ogromną energią, ale jednocześnie pokazują, że przez sześć lat nie stali w miejscu. To nadal bezkompromisowy thrash metal, ale bardziej rozbudowany, dojrzalszy i jeszcze lepiej przemyślany pod względem kompozycji. Band jest na scenie od 20 lat i ma na koncie pięć albumów studyjnych, ale najlepszy okazał się ten najnowszy. Zespół stanął na wysokości zadania i nagrał album bezbłędny. Przede wszystkim dojrzały, przemyślany, agresywny i wypchany hitami. To nie tylko szybkie granie do przodu. To rozrywka najwyższych lotów.
Największą siłą „Exsequiis” są jednak gitary. Harlott nie ogranicza się do prostego łupania w stylu retro-thrash. Owszem, fundamentem jest klasyka lat 80. i początku lat 90., ale pojawia się tutaj również sporo bardziej technicznych rozwiązań, zmian tempa i ciekawych przejść. Czasami można odnieść wrażenie, że muzycy chcą pokazać, ile jeszcze można wycisnąć z klasycznej formuły thrash metalu. I właśnie dlatego ten album brzmi świeżo, mimo że jego korzenie są bardzo mocno osadzone w przeszłości. Duet Hudson/Bartley imponuje zgraniem i pomysłowością. Technicznie wymiatają, ale potrafią też zadbać o melodyjny aspekt. Jest w tym agresja i pomysłowość. To jest prawdziwa siła zespołu. Całość świetnie spina utalentowany i rasowy thrashmetalowy wokalista Andrew Hudson, który nadaje muzyce agresji i przebojowości.
Nowy album to 11 kawałków dających 46 minut muzyki. Same killery i świetne strzały, które potwierdzają, w jak świetnej formie jest zespół. Już „Incipiam”, czyli krótkie intro, buduje odpowiednie napięcie przed właściwym atakiem. A ten przychodzi wraz z „Void”. To właśnie taki Harlott, jaki lubię najbardziej – szybkość, agresja, świetne riffy i wokal Andrew Hudsona, który nie próbuje być przesadnie melodyjny. Jest za to wściekłość i odpowiednia dawka jadu. Gitary momentami brzmią jak połączenie klasycznego Slayera, Kreatora i Exodus, ale Australijczycy mają wystarczająco dużo własnych pomysłów, żeby nie można było nazwać tego zwykłą kopią. Mocny start, a to dopiero początek.
„Messiah Simplex” pokazuje z kolei bardziej melodyjną stronę zespołu. Nadal jest ciężko i szybko, ale pojawia się więcej chwytliwych fragmentów oraz świetnych gitarowych harmonii. To właśnie takie momenty sprawiają, że „Exsequiis” nie jest jednowymiarową płytą. Harlott potrafi przyspieszyć, zwolnić, dorzucić mocniejszy riff albo rozbudowane solo i cały czas zachować charakterystyczną thrashową energię. Każdy znajdzie coś dla siebie, a band nie gra na jedno kopyto, za co duży plus.
„Trial By Liar” to jeden z najbardziej przebojowych numerów na płycie. Mocny początek, świetny riff i tempo, które od razu porywa. To utwór, który aż prosi się o granie na koncertach. Nie brakuje tutaj agresji, ale jest też ten bardzo ważny element, którego czasami brakuje młodym zespołom thrashowym – zapamiętywalność. Thrash metal w najlepszym wydaniu, który w pełni oddaje piękno tego gatunku. Znakomity hołd dla takich wielkich graczy jak Slayer, Exodus czy Testament.
Bardzo dobrze wypada również „The God That Knows No Name”. Początek jest nieco spokojniejszy, bardziej heavy metalowy, ale później utwór nabiera mocy i przechodzi w klasyczny, ciężki thrashowy riff. To jeden z tych numerów, w których Harlott pokazuje, jak dobrze potrafi budować napięcie. Z kolei „Kleptogenesis” to już prawdziwa jazda bez trzymanki. Szybkość, agresja i riffy, przy których trudno usiedzieć w miejscu.
Dalej mamy zadziorny, niezwykle agresywny „A Still More Glorious Dawn Awaits”, który utrzymany jest w bardziej stonowanym tempie. Zaskakuje tutaj bardziej heavy metalowe oblicze zespołu i brzmi to naprawdę obłędnie. Techniczny thrash metal pojawia się też w przebojowym „The Joyful Stain”. Trochę przypomina mi się twórczość Death Angel czy Overkill. Elementy heavy metalowe dodają uroku całości. Podobne emocje wzbudza mroczny „Ending”, który momentami przypomina dokonania Anthrax.
Rozpędzony „Vice Borne” nie bierze jeńców. Thrashmetalowa petarda i tak, moi drodzy, gra się thrash metal! Co za moc i pasja. Całość zamyka tytułowy utwór, który jest pięknym zwieńczeniem całości. To kolejny thrashmetalowy killer na płycie.
Po sześciu latach oczekiwania Harlott wrócił mocniejszy niż kiedykolwiek. „Exsequiis” to album niezwykle równy, pełen znakomitych riffów i utworów, które zostają w głowie. Nie ma tutaj przypadkowych kompozycji ani dłużyzn. Jest za to mnóstwo energii, agresji i tego charakterystycznego uczucia, że słucha się zespołu, który naprawdę wierzy w swoją muzykę.
Harlott zrobił album, który spokojnie może stanąć obok najlepszych współczesnych płyt thrashmetalowych. „Exsequiis” pokazuje, że klasyczny thrash wciąż może być świeży, wściekły i ekscytujący. Dla mnie to zdecydowanie najlepsza płyta Australijczyków i jeden z kandydatów do ścisłej czołówki mojego podsumowania 2026 roku. Jedno z największych zaskoczeń tego roku.
Ocena: 10/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz