Fanem Within Temptation nigdy nie byłem. Szanuje jednak tą kapele za rozpowszechnianie symfonicznego metalu i za niezwykły głos Sharon Den Adel, która stała się ikoną symfonicznego metalu. Band działa od 1996r i dorobili się 8 albumów, a te najlepsze band wydał na początku swojej kariery. Mam tutaj na myśli "The Silent Force" i "Mother earth", które zawierają najwięcej hitów Within Temptation. Te dwa krążki wyznaczyły styl tej kapeli i nigdy potem już nie udało się zespołowi zbliżyć do ich poziomu. Teraz po 5 latach przerwy band powraca z nowym albumem zatytułowanym "Resist" i jet to ciąg dalszy podróży zespołu w rejony popu, alternatywnego rocka, z domieszką symfonicznego metalu. Ten ostatni element jest podawany w jak najmniejszych ilościach. Resist to na pewno płyta dopieszczona pod względem brzmieniowym i to słychać. Jest mocne, z pazurem i z klimatem. Szkoda tylko, że inaczej ma się sprawa z zawartością. Echa starego Within Temptation można wyłapać w marszowym, ale i bardzo przebojowym "The reckoning". Dobrze też się słucha podniosłego i nieco komercyjnego "Endless War". Refren tutaj jest bardzo udany i zapada w pamięci. Płytę cały czas napędza wokal Sharon i znakomicie sprawdza się w nieco ostrzejszym "Raise Your Banner", który jest jednym z najciekawszych utworów na płycie. W tym kawałku pojawia się też gościnnie Anders Friden. W "Supernova" pojawiają się z kolei elementy muzyki elektronicznej. To już inny styl Within Temptation, choć trzeba przyznać jak na taki eksperyment to i tak poszło im nie najgorzej.Nie wiele wnosi spokojniejszy "In Vain", czy przekombinowany "Firelight". Do grona ciekawych utworów na pewno warto jeszcze zaliczyć chwytliwy "Mad World". Na sam koniec mamy znów bardziej komercyjny "Trophy hunter". Fani Within Temptation może więcej wycisną z tego albumu, bo mi tak średnio podszedł. Jest kilka utworów, które można posłuchać bez zażenowania. Mocne brzmienie i świetny wokal Sharon to troszkę za mało. Ot co średni album, który nie wiele wnosi do twórczości tego zespołu. Może jeszcze kiedyś wrócą do grania z "Mother Earth"?
Ocena: 5/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternative rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternative rock. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 stycznia 2019
sobota, 18 marca 2017
ME AND THAT MAN - Songs of love and death (2017)
Adam
Darski znany jak Nergal głównie znany jest w świecie
metalowym za sprawą death metalowego zespołu Behemoth, który
odniósł międzynarodowy sukces. To jest bez wątpienia duma
naszego kraju, choć znajdą się tacy co go skreślą, przez to jak
się zachowuje na scenie i jaki szum medialny potrafi zrobić wokół
siebie. Liczy się muzyka i za to powinniśmy oceniać Nergala.
Ostatni album to „The Satanist” z 2014r który wydał z
zespołem Behemoth i od tamtego czasu była zapowiedziana solowa
płyta, która miała być utrzymana w klimatach alternatywnego
rocka, folku, bluesa i country. Tak się narodził Me and that man,
który Adam współtworzy z innym wielkim muzykiem, a
mianowicie Johnem Porterem.
Już pierwsze zapowiedzi były naprawdę obiecujące i od razu można było dostrzec potencjał tego materiału. Nie jest to metal, nie jest to brutalne granie z jakiego znamy Nergala, ale gdzieś przemycony jest mrok i te ponure, pesymistyczne wręcz teksty. Debiut „Songs of Love and Death” to płyta inna niż te wszystkie, które ostatnio mamy możliwość usłyszeć. Ten album ma swój charakter, swój pazur i przemyca sporo emocji. Najlepsze jest to, że choć dominują akustyczne gitary, klimat country ocierający się o muzykę typową dla westernów, to całość jest urocza. Stonowane dźwięki są idealnie wyważone i nawet wokal Adama jest taki autentyczny i poruszający. Słuchając zawartości można dostrzec inspiracje Johnym Cashem, Nick Cavem, Tomym Waitsem czy nawet Depeche Mode. Mimo specyficznej stylistyce nie brakuje mocy i przebojowości, a to sprawia że muzyka jest przystępna i zapadająca w głowie.
Na otwieracza wybrano utwór, który powstał jako pierwszy, utwór który kipi energią i porusza swoim tekstem. Mowa o chwytliwym „My church is black”, który promował album. Bardzo odważny tekst, który wciąga i potrafi poruszyć słuchacza. Tutaj mamy kwintesencję stylu Me and that man, który można określić jako miks amerykańskiego bluesa, country oraz mrocznego klimatu Nicka Cave, z klasyką rocka a także surowością znaną z twórczości Toma Waitsa. Wszystko jest bardzo spójne. Większy udział mamy Johna Portera w „Nightride”, który potrafi nieco przypomnieć nam o starym Rolling Stones. Nieco żywszy i bardziej rytmiczny „On the road” kipi pozytywną energią. Jednym z utworów, który też promował album to bez wątpienia klimatyczny i poruszający „Cross my heart and hope to die”. Podoba mi się nieco marszowe tempo, mroczny klimat, który jest piętnowany ponurym akordeonem Czesława Mozila. Bardzo fajnym motywem jest tutaj dziecięcy chór. Kolejna perełka na płycie, które wzbudza emocje i zostaje z nami na długo. Z kolei Michał Łapaj upiększył rockowy „Better the Devil I know” w którym wykorzystano patenty Ac/Dc czy The Rolling Stones. Jeden z mocniejszych i agresywniejszych kawałków na płycie. Dużo mroku i klimatycznego bluesa mamy w łagodnym „Of Sirens, vampires and lovers”. Dalej mamy świetny i przebojowy „Magdalene” z ciekawą, intrygującą solówką wzorowaną na latach 70 i led Zeppelin. Tekst też jest bardzo ciekawy i może spodobać to jak Nergal przekształca wątki z biblii. Panowie dobrze się bawią przy tworzeniu i to słychać na pewno w szalonym i energicznym „Love and death”. Pozytywny jest też bardziej komercyjny „One Day”, który brzmi jak mieszanka twórczości Queen,Bruce'a Springstena, Roya Orbinsona czy Leonarda Cohena. Lekki i przyjemny bluesowy kawałek. Jednym z tych cięższych utworów na płycie jest marszowy i ponury „Shaman Bluesa”, który potrafi nas przenieść do świata Led Zeppelin czy Ac/Dc. Do tego wszystkiego bluesowy klimat i duża dawka mroku. Na pewno może spodobać się przyspieszenie pod koniec kawałka. Chris Rea czy Vangelis wybrzmiewa w klimatycznym „Voodoo queen”. Same wykonanie i styl wpisują się w ścieżki filmowe Quentina Tarantino. Utwór idealnie by pasował do „Django” czy „Kill Bill”. Całość zamyka ponura i piękna ballada „Ain't much loving” gdzie bardzo fajnie krzyżują się wokale Adama i Johna. Piękne zwieńczenie pięknego albumu.
To było do przewidzenia, że ta płyta będzie klimatyczna, świeża, pełna ciekawych pomysłów i rockowa. Jednak nie sądziłem, że płyta będzie tak dobrze wyważona, tak urozmaicona, taka zaskakująca i wciągająca. Nie ma słabych utworów i każdy to inna przygoda. Razem tworzą piękną spójną, całość. Dopełnieniem jest mroczna okładka i soczyste brzmienie. Tej muzyki po prostu nie ma się dość i chcę się do niej wracać. „Songs of love and death” dalekie jest od tego co Nergal robi z Behemoth, nie jest to metal, ale rock jak najbardziej tak i to taki szczery, prosto z serca. Coś pięknego i fani dobrej muzyki nie będą narzekać.
Ocena: 10/10
Już pierwsze zapowiedzi były naprawdę obiecujące i od razu można było dostrzec potencjał tego materiału. Nie jest to metal, nie jest to brutalne granie z jakiego znamy Nergala, ale gdzieś przemycony jest mrok i te ponure, pesymistyczne wręcz teksty. Debiut „Songs of Love and Death” to płyta inna niż te wszystkie, które ostatnio mamy możliwość usłyszeć. Ten album ma swój charakter, swój pazur i przemyca sporo emocji. Najlepsze jest to, że choć dominują akustyczne gitary, klimat country ocierający się o muzykę typową dla westernów, to całość jest urocza. Stonowane dźwięki są idealnie wyważone i nawet wokal Adama jest taki autentyczny i poruszający. Słuchając zawartości można dostrzec inspiracje Johnym Cashem, Nick Cavem, Tomym Waitsem czy nawet Depeche Mode. Mimo specyficznej stylistyce nie brakuje mocy i przebojowości, a to sprawia że muzyka jest przystępna i zapadająca w głowie.
Na otwieracza wybrano utwór, który powstał jako pierwszy, utwór który kipi energią i porusza swoim tekstem. Mowa o chwytliwym „My church is black”, który promował album. Bardzo odważny tekst, który wciąga i potrafi poruszyć słuchacza. Tutaj mamy kwintesencję stylu Me and that man, który można określić jako miks amerykańskiego bluesa, country oraz mrocznego klimatu Nicka Cave, z klasyką rocka a także surowością znaną z twórczości Toma Waitsa. Wszystko jest bardzo spójne. Większy udział mamy Johna Portera w „Nightride”, który potrafi nieco przypomnieć nam o starym Rolling Stones. Nieco żywszy i bardziej rytmiczny „On the road” kipi pozytywną energią. Jednym z utworów, który też promował album to bez wątpienia klimatyczny i poruszający „Cross my heart and hope to die”. Podoba mi się nieco marszowe tempo, mroczny klimat, który jest piętnowany ponurym akordeonem Czesława Mozila. Bardzo fajnym motywem jest tutaj dziecięcy chór. Kolejna perełka na płycie, które wzbudza emocje i zostaje z nami na długo. Z kolei Michał Łapaj upiększył rockowy „Better the Devil I know” w którym wykorzystano patenty Ac/Dc czy The Rolling Stones. Jeden z mocniejszych i agresywniejszych kawałków na płycie. Dużo mroku i klimatycznego bluesa mamy w łagodnym „Of Sirens, vampires and lovers”. Dalej mamy świetny i przebojowy „Magdalene” z ciekawą, intrygującą solówką wzorowaną na latach 70 i led Zeppelin. Tekst też jest bardzo ciekawy i może spodobać to jak Nergal przekształca wątki z biblii. Panowie dobrze się bawią przy tworzeniu i to słychać na pewno w szalonym i energicznym „Love and death”. Pozytywny jest też bardziej komercyjny „One Day”, który brzmi jak mieszanka twórczości Queen,Bruce'a Springstena, Roya Orbinsona czy Leonarda Cohena. Lekki i przyjemny bluesowy kawałek. Jednym z tych cięższych utworów na płycie jest marszowy i ponury „Shaman Bluesa”, który potrafi nas przenieść do świata Led Zeppelin czy Ac/Dc. Do tego wszystkiego bluesowy klimat i duża dawka mroku. Na pewno może spodobać się przyspieszenie pod koniec kawałka. Chris Rea czy Vangelis wybrzmiewa w klimatycznym „Voodoo queen”. Same wykonanie i styl wpisują się w ścieżki filmowe Quentina Tarantino. Utwór idealnie by pasował do „Django” czy „Kill Bill”. Całość zamyka ponura i piękna ballada „Ain't much loving” gdzie bardzo fajnie krzyżują się wokale Adama i Johna. Piękne zwieńczenie pięknego albumu.
To było do przewidzenia, że ta płyta będzie klimatyczna, świeża, pełna ciekawych pomysłów i rockowa. Jednak nie sądziłem, że płyta będzie tak dobrze wyważona, tak urozmaicona, taka zaskakująca i wciągająca. Nie ma słabych utworów i każdy to inna przygoda. Razem tworzą piękną spójną, całość. Dopełnieniem jest mroczna okładka i soczyste brzmienie. Tej muzyki po prostu nie ma się dość i chcę się do niej wracać. „Songs of love and death” dalekie jest od tego co Nergal robi z Behemoth, nie jest to metal, ale rock jak najbardziej tak i to taki szczery, prosto z serca. Coś pięknego i fani dobrej muzyki nie będą narzekać.
Ocena: 10/10
wtorek, 2 września 2014
COX - Come Here Alive (2014)
Wschodnia część Europy nie ma
zbyt wiele do zaoferowania jeśli chodzi o ciężkie brzmienie. Jednak jest tam
sporo młodych ambitnych zespołów, które chcą błyszczeć w swoich dziedzinach. Na
przykład taki młody band o nazwie Cox, chce być zauważony za granicami Rosji. W
kategorii alternatywnego rocka czy też pop rocka odnoszą już mały sukces,
bowiem ich kawałki zdobywają pozytywne recenzje. Czy faktycznie jest czym się
zachwycać? Postanowiłem sam to ocenić biorąc za przedmiot badań mini album „Come
Here Alive” który ukazał się w roku 2014.
Nie jest to moja dziedzina
muzyki, nie siedzę na co dzień w takich klimatach, ale ta młoda formacja z
Rosji urzekła mnie swoimi aranżacjami, swoją lekkością, to ile serca wkłada w
swoje partie wokalista. Może brzmi to momentami jak nasz rodzimy Myslovitz, ale
jest to bardzo urokliwe granie. Nieco komercyjne, nieco łagodne, nieco popowe,
ale wpada w ucho. Rockowa ballada „What About Love” jest lekka,
odprężająca, a przede wszystkim jest idealna do puszczania w radiu. Otwieracz „Come
Here Alive” to przykład jak zagrać z pomysłem hard rock czy też rock
alternatywne, jednocześnie stawiając na nowoczesny charakter. Utwór lekki, ale
również bardzo chwytliwy i z pewnością jest to mocny punkt tej płyty. Co mnie
przekonało do tej nieznanej mi wcześniej kapeli? Urokliwy, młodzieżowy,
chwytliwy „Dead for Me” i to jest przykład, że można ciekawie zagrać
alternatywny rock, bez kombinowania, bez wstawiania nie potrzebnych rzeczy.
Prosta kluczem do sukcesu.
Cox to młoda formacja, która chce
zwojować świat swoją muzykę i jest na dobrej drodze. Wiedzą jak nagrać
wartościowy materiał, który jest utrzymany w stylu alternatywnego rocka. Może i
muzyka lżejsza, bardziej komercyjna, ale miła dla ucha. Warto czasami zapuścić
coś innego niż power metal czy thrash metal i tutaj Cox sprawdza się
znakomicie.
Ocena: 6/10
niedziela, 31 sierpnia 2014
SENERON - Order Restored (2013)
Seneron to młoda formacja, która
stawia na młodzieńcze szaleństwo, na muzykę rockową naszych czasów, z domieszką
nowoczesnego brzmienia i odrobiną agresji. A wszystko wzorowane na twórczości
takich kapel jak Green Day czy Nirvana. Każdy kto lubi alternatywny rock czy
punk rock, ten powinien posłuchać ich mini albumu, który nosi tytuł „Order
Restored”.
Zespół cechuje pozytywna energia,
umiejętność grania i robienie tego co kochają, szkoda tylko że jakość
prezentowanej muzyki jest nieco gorsza. Nie można tej formacji odmówić chęci
ani zapału, ale jeszcze długa droga przed nimi do sukcesu. Najpierw trzeba
popracować nad kompozycjami, bo te zawarte na tym wydawnictwie brzmią jakby
niebyły oszlifowane do końca i brakuje tutaj rasowych przebojów. Na uwagę z
całego zespołu zasługuje John Shields, głównie za sprawą ostrego i mocnego
wokalu, który przyczynia się do punkowego wydźwięku płyty. Najlepszym kawałkiem
na płycie jest „Dead Stare”, który pokazuje, że kapela wie jak grać agresywnie
i z pomysłem. Nie zabrakło też nieco szybszego grania i to co zespół
zaprezentował w „Just a Kid” jest warte uwagi nawet tych co nie siedzą w takich
klimatach. Jest to energiczne, młodzieżowe granie, która potrafi odprężyć, a
nawet zagrzać do zabawy. Radosny kawałek, który pozytywnie nastraja. Słabiej
wypada „Stand Your Ground”, który jest nijaki i zbyt komercyjny. W
przypadku otwieracza „Please Me” też nie podziałał komercyjny wydźwięk, ani
wprowadzenie wolniejszych motywów. Całość opatrzona została przybrudzonym,
nowocześniejszym brzmieniem.
Zespół wie jak grać hard rocka,
teraz nic tylko wziąć się za trening i szlifowanie swoich pomysłów i kto wie
może coś z tego ciekawego wyjdzie. Póki co są umiejętności i rzemiosło z
którego nie wiele wynika. Muzyka skierowana do fanów takich kapel jak Nirvana
czy Green Day.
Ocena: 4/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)



