czwartek, 28 sierpnia 2025

DRAGONSCLAW - Moving target (2025)


 Pochodzący z Australii zespół Dragonsclaw nagrał bardzo udany debiut w 2011 roku i od razu przypadł mi do gustu. Zaprezentowali godny uwagi heavy/power metal, w którym można było usłyszeć wpływy Helstar, Eden’s Curse czy Black Majesty. Potem pojawił się drugi album – niestety słaby. Teraz przyszła pora na album numer trzy, zatytułowany Moving Target, który ukazał się 22 sierpnia nakładem High Roller Records.


Nowa płyta jest lepsza od poprzedniej, ale do poziomu debiutu nadal sporo brakuje. To solidny heavy/power metal w europejskim wydaniu, jednak nic ponad to. Z okładki bije kicz, a brzmienie pozbawione jest pazura i mocy. Same kompozycje są poprawne – znajdziemy chwytliwe melodie i wpadające w ucho refreny – ale niewiele tu zapada w pamięć. Zespół porusza się utartymi ścieżkami i nie próbuje zaskoczyć słuchacza. Brakuje elementu świeżości i drapieżności.


Na wokalu ponownie Giles Lavery – posiada talent i dobry głos, ale tym razem nie dostał zbyt wielu okazji, by w pełni się wykazać. Ben Thomas i Aaron Thomas stawiają na zadziorne partie gitarowe i klasyczne patenty. Kierunek jest słuszny, ale zabrakło większej pomysłowości i świeżości, by naprawdę porwać słuchacza. Efekt? Solidny materiał, ale nic ponad to. Szkoda, bo Dragonsclaw to doświadczony band i stać ich na więcej.


Album otwiera „The Road Beneath Your Wheels” – soczysty heavy/power metal w europejskim stylu, przypominający momentami Primal Fear czy Black Majesty. To dobry kierunek, a dodatkowe brawa należą się za udane partie klawiszowe i lekki klimat Dio. „Survival” to już jednak mało wyrazisty kawałek, a „Cry Wolf” okazuje się zbyt spokojny i pozbawiony dynamiki.


Żywsze tempo odzyskujemy w przebojowym „Back on the Streets”, gdzie w końcu coś się zaczyna dziać. Tu Dragonsclaw pokazuje pazur, a Giles ma wreszcie przestrzeń, by błyszczeć – więcej takich utworów wyszłoby zespołowi na dobre. Prawdziwy power metal dostajemy w energicznym „Shadowfire”, wzbogaconym gościnnym udziałem Todda Michaela Halla. To zdecydowanie najlepszy kawałek na płycie – pomysłowy riff, chwytliwa melodia i świetnie rozpisane wokale robią znakomitą robotę.


Szybko wpada w ucho również zadziorny i rytmiczny „All Your Lies”. Całość wieńczy „Raise Your Fist” – nieco toporny i mroczniejszy, ale udany miks heavy metalu i hard rocka, dobrze zamykający album.


Dragonsclaw zrobił to, co miał zrobić: nagrał solidny album z pogranicza heavy i power metalu, stawiając na zadziorne riffy, sprawdzone patenty i klasyczne rozwiązania. Słucha się tego dobrze, choć płyta nie ma potencjału, by namieszać na scenie. Warto jednak dać jej szansę i wyrobić sobie własne zdanie.


Ocena: 6,5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz