Tygers Of Pan Tang to jedna z tych nazw, których chyba żadnemu fanowi klasycznego heavy metalu przedstawiać nie trzeba. W latach 80. byli ważną częścią NWOBHM i właśnie wtedy wydali swoje najlepsze płyty. Potem była cisza, aż w 1999 r. wrócili na nowo, szukając swojej tożsamości i własnego charakteru. Ostatnie płyty brytyjskiego Tygers Of Pan Tang pokazały, że zespół umiejętnie balansuje między hard rockiem a klasycznym heavy metalem. Takie płyty jak „Ritual” dowodzą, że ten zespół stać jeszcze na wartościowy i godny uwagi album.
Teraz, po trzech latach, przyszedł czas na 14. album studyjny zatytułowany „Electrifyed”, który ukazał się 11 września nakładem Mighty Music. Nie jest to może drugi „Ritual” ani coś na miarę płyt z lat 80., ale to całkiem solidny album od weteranów NWOBHM.
Nie ma tutaj przesadnego kombinowania ani próby przypodobania się współczesnym trendom. Jest riff, solówka, mocny wokal i rytmika, która od razu przypomina, dlaczego brytyjski heavy metal z przełomu lat 70. i 80. miał w sobie tyle charakteru. Tygers Of Pan Tang nie udają młodego zespołu. Grają tak, jak chcą, i właśnie dzięki temu „Electrifyed” ma swój urok. Grają swoje i pod tym względem nie kombinują.
Dużo frajdy daje słuchanie gitar. Robb Weir nadal wie, jak zbudować riff, który nie potrzebuje żadnych ozdobników, żeby dobrze zabrzmieć. Nowy gitarzysta John Footitt również wnosi sporo do tego materiału i momentami właśnie gitarowa współpraca jest jednym z jego najmocniejszych punktów. Nie chodzi tutaj o wyścig, kto zagra szybciej i bardziej technicznie. Najważniejsze są melodie i feeling.
Jack Meille także dobrze pasuje do tego zestawu. Jego wokal nie próbuje być kopią dawnych frontmanów Tygers Of Pan Tang i bardzo dobrze. Dzięki temu współczesne oblicze zespołu nie brzmi jak rekonstrukcja sprzed czterdziestu lat. To nadal Tygers, ale z własnym charakterem.
Band zadbał o bardziej hardrockowe brzmienie i miłą dla oka okładkę. Materiał zawiera 10 premierowych utworów i daje nam 46 minut muzyki. Na pierwszy ogień idzie klimatyczny i przebojowy „Rise Up”. Band potrafi umiejętnie wymieszać patenty heavy metalowe z hard rockiem. O wiele ciekawszy jest bardziej rozpędzony „Forevermore”. W końcu coś więcej się dzieje i band pokazuje, że potrafi zagrać z werwą i polotem. Do ideału jednak daleko. Podobnie ma się sprawa zadziornego „The Powers That Be”. To akurat jeden z ciekawszych utworów, w którym band pokazuje pazur i próbuje nawiązać do lat 80. Coś z Dokken czy Saxon można wyłapać w „Electrifyed”, a utwór opiera się na mocniejszym riffie. Szkoda tylko, że band nie próbuje nas zaskoczyć i trochę bardziej pokombinować ze stylem. Grają bezpiecznie i trzymają się jasno określonych ram.
Na pewno na wyróżnienie zasługuje marszowy i bardziej epicki „The Nail”. Zabrakło trochę dopracowania, by powstał z tego utwór perfekcyjny. Pewne echa Judas Priest można wyłapać w prostym i zadziornym „Dark Skies”. Podobne emocje wywołuje zamykający album „Revenge Is Sweet”. Dobry utwór, ale też nic ponadto.
Tygers Of Pan Tang wydał kolejny album i nie jest to żadna świętość dla fanów NWOBHM i klasycznego heavy metalu. To kolejny solidny materiał w ich dorobku, ale nie jest to album, który powala na kolana. Zabrakło hitów i riffów, które zostałyby na dłużej ze słuchaczem. Ten zespół stać na więcej, więc czuję duże rozczarowanie.
Ocena: 6/10

Ten zespół w Polsce zawsze miał dużego pecha do recenzentów i promotorów, już od lat 80-tych. Sama nazwa chodziła gdzieś tam w mediach, ale Ich muzyki w radio nie było. Jak widać coś się zmieniło po pół wieku prawie, bo chociaż i ta recenzja mało dla zespołu korzystna, to muzy z nowego krążka można już na Y.T. posłuchać... Jeszcze nie przesłuchałem, może jutro ?
OdpowiedzUsuń