Born With A Hammer” jest więc albumem dość nietypowym jak na człowieka, który przez dekady był jednym z symboli europejskiego power metalu. Znajdziemy tutaj heavy metal, hard rock, punkowe naleciałości, bardziej nowoczesne brzmienie, dużo melodii, a nawet momenty mocno inspirowane klasycznym rockiem. Nie wszystko jest równie mocne i właśnie różnorodność może sprawić, że płyta będzie wymagała kilku przesłuchań, zanim wszystkie jej elementy zaczną ze sobą odpowiednio współgrać.
Najważniejsze jest jednak to, że Hansen nie nagrał albumu pod dyktando oczekiwań fanów. Mógł bez problemu stworzyć kolejną płytę opartą na sprawdzonym schemacie, dorzucić kilka szybkich riffów, wielki refren i nazwać to kolejnym powrotem do korzeni. Zamiast tego poszedł trochę na bok i pozwolił sobie na większą swobodę. Dzięki temu „Born With A Hammer” nie jest kolejną próbą powtórzenia sukcesów Helloween czy Gamma Ray. Dla jednych sport minus, a dla drugich spory atut. Nie powiem miło jest usłyszeć Hansena w nieco innych stylistykach niż typowy power metal..w końcu są.elementy punku, regeea czy bardziej nowoczesnego heavy metalu.
Co do składu to mamy tutaj praktycznie powtórkę z pierwszego solowego albumu Hansena. Na basie Alexander Dietz, na perkusji Daniel Walding , na gitarach wspiera Hansena jego syn Tim Hansen oraz Eike Freese. Band jest zgrany, choć mało tutaj solówek czy riffów, które jakoś specjalnie zapadają w pamięci. Trochę ten element tutaj słabo wypada i można czuć niedosyt.
Podobnie jak poprzednie solowy album Hansena są momenty mocne i oddajcie jego talent. Utwory które mogłyby śmiało trafić choćby na album gamma Ray, ale są też eksperymenty i nieco słabsze kawałki. Nie powstał na pewno album, który dorówna klasykom czy w pełni oddaje talent Kaia Hansena, ale na pewno ten album to świetna rozrywka. Album trwa 46 minuty i zawiera 10 kawałków i każdy znajdzie coś dla siebie.
„Feeding The Beast” otwierające album jest tego najlepszym przykładem. Początek jest spokojniejszy, niemal refleksyjny, ale po chwili wchodzą charakterystyczne gitary i mocny, pulsujący riff. To nadal Kai Hansen, ale podany w nieco innej formie. Nie ma tutaj potrzeby kopiowania „Keeper Of The Seven Keys” czy „Land Of The Free”. Hansen korzysta ze swojego doświadczenia, ale próbuje stworzyć coś bardziej osobistego. Utwór ma odpowiednią dawkę ciężaru, melodii i charakterystycznego dla niego wokalu. Udany otwieracz, który trochę nawiązuje do albumu " to the metal" gamma Ray.
„Welcome To Life” pokazuje kolejną stronę tego albumu. Jest bardziej rockowo, dynamicznie i momentami wręcz punkowo. To numer, który szybko wpada w ucho i pokazuje, że Hansen tym razem nie zamierza zamykać się w jednej stylistycznej szufladzie. To jeden z moich ulubionych kawałków na płycie, bo jest tu radość i taki humor jakby wyjęty z pierwszych płyt Gamma Ray. W dodatku czuć power metal, a motyw regeea pokazuje pomysłowość Hansena i smykałkę do tworzenia hitów.
Podobnie jest w „Don't Care”, gdzie pojawia się więcej luzu, prostsze melodie i lekkość, której niekoniecznie spodziewalibyśmy się po człowieku kojarzonym przede wszystkim z europejskim power metalem. To również pozytywnie zakręcony kawałek, gdzie Hansen stawia na nowoczesny rytmy, trochę funku i dobra zabawę. Radosny utwór, ale daleko od tej perfekcji i błysku geniuszu, z którego słynie Kai. Chwytliwości tej kompozycji nie można odmówić.
Jeszcze ciekawiej robi się w „Wait And See”. To jeden z najbardziej nietypowych fragmentów płyty. Jest tutaj nowocześniejszy, momentami niemal industrialny klimat, mocny rytm i riff, który zamiast pędzić w stronę power metalu, buduje bardziej ciężką i mroczną atmosferę. To właśnie takie momenty pokazują, że Hansenowi zależało na stworzeniu albumu, który nie będzie kolejnym odtworzeniem jego przeszłości. Dla mnie tutaj już za dużo kombinowania i za mało Hansena i to z czego słynie.
Największym eksperymentem jest jednak utwór tytułowy. „Born With A Hammer” trwa ponad osiem minut i rozwija się powoli, zaczynając od fortepianu i spokojniejszego klimatu. Z czasem kompozycja nabiera rozmachu, pojawiają się bardziej podniosłe partie i wyraźne wpływy Queen. To zdecydowanie bardziej rozbudowany i emocjonalny numer niż większość materiału. Można mieć wrażenie, że Hansen potraktował go jako pewnego rodzaju muzyczne podsumowanie swojej drogi. Utwór jest piękny i znów pokazuje geniusz Kai Hansena. Wpływy Queen zawsze dało się wyłapać w muzyce gamma Ray i dlatego też ten utwór mógłby być punktem wyjściowym nowego albumu gamma Ray. To utwór, który mocno kojarzy się z "Time for deliverence", a przede wszystkim "the silence". Sporo świetnych tutaj motywów i najlepsze to ten koło 4.minuty kiedy wkracza skoczny motyw gitary i pianina. No i ten świetny wokal Jak. Cudo.
I.D.G.A.F.” przynosi natomiast sporo rock'n'rollowego luzu. To jeden z tych kawałków, w których Hansen pokazuje, że nie zawsze potrzebuje skomplikowanych aranżacji i galopujących gitar, żeby stworzyć coś charakterystycznego. Jest energia, chwytliwa melodia i sporo swobody. Numer ma też wyraźnie klasyczny rockowy rodowód, a zastosowane tutaj rozwiązania pokazują, że muzyczne inspiracje Hansena są znacznie szersze niż sam heavy metal. To taki nieco hard rockowy kawałek, ale znów za mało w tym wszystkim Hansena i za mało konkretów.
„End Of The Road” to już zdecydowanie bliższe temu, czego można oczekiwać od autora „Future World” czy „Rebellion”. Jest melodyjnie, ciężej i bardziej podniośle. To jeden z tych momentów, kiedy od razu wiadomo, kto stoi za kompozycją. Nie jest to jednak próba stworzenia kolejnego Gamma Ray. Raczej przypomnienie, że charakterystycznego stylu Hansena nie da się tak po prostu wyłączyć. To taki pocieszny utwór na miarę "master od confusion" i słucha się tego naprawdę z dużą przyjemnością.
Triple Trouble” ponownie podkręca tempo i wprowadza więcej zabawy. Jest rockowo, przebojowo i bez zbędnego zadęcia. Piękne są pojedynki na solówki Kaia i jego syna. Znów jest pozytywna energią i zapędy w stronę twórczości Gamma Ray. Dobrze się tego słucha.
„Invaders” idzie już wyraźniej w stronę klasycznego heavy metalu. Mocny riff, melodyjny refren i odpowiednia dawka ciężaru sprawiają, że właśnie tutaj starsi fani Hansena mogą poczuć się najbardziej znajomo.
Na zakończenie dostajemy „Wonderland”. To kolejny ukłon w stronę klasycznego heavy metalu, a wpływy Judas Priest są tutaj dosyć łatwe do wychwycenia. Hansen nie ukrywa swoich inspiracji, ale też nie próbuje udawać, że odkrywa metal na nowo. Bierze elementy, na których sam się wychował, i przepuszcza je przez własny styl. To najostrzejszy utwór na płycie, który przypomina kompozycje z "empire of the undead".
Czy każdy fan klasycznego power metalu będzie zachwycony? Niekoniecznie. Jeżeli ktoś oczekuje od Hansena wyłącznie galopujących gitar, wysokich melodii i refrenów w stylu „Somewhere Out In Space”, może być zaskoczony. Jeżeli jednak potraktować ten album jako solową płytę muzyka, który po czterdziestu latach kariery nadal chce zrobić coś po swojemu, „Born With A Hammer” nabiera znacznie większego sensu.
Kai Hansen nie musi już niczego nikomu udowadniać. Tym razem po prostu gra to, na co ma ochotę. I właśnie dlatego ten album jest ciekawszy, niż mogłoby się wydawać po samym nazwisku na okładce.
Ocena : 7/10
