Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pop. Rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pop. Rock. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lutego 2020

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man (2020)

Ozzy przez ostatnie lat mówił, że ma w planach nowy album, ale było więcej gadania niż działania. W końcu stworzył utwór z Travisem Scottem i Post Malone kawałek "Take what you want" i od tego się zaczęło. Nowy album ponoć powstał bardzo szybko i tego się obawiałem. Nie tak dawno w szeregi Ozziego wrócił dawny gitarzysta Zakk Wylde, ale to nie z nim nagrywał Ozzy nowy album. Zaprosił wiele ciekawych i znanych muzyków, ale sesyjni muzycy to nie to co zespół z krwi i kości.  Dlaczego w roli gitarzysty jest nie jaki Andrew Watt? To jest dobre pytanie. Mamy wielkie nazwiska jak choćby Slash czy Elton John, jednak to nie czyni "Ordinary Man" świetny albumem. Ciężko rozpatrywać nowy krążek w kategoriach albumu metalowego.

Z Ozzym mam tak, że lubię jego głos, kocham poszczególne utwory, ale jakoś ciężko mi tutaj wskazać album, który powala w 100 %. Był jednak zazwyczaj ten duży pierwiastek heavy metalu, a ostatnie wydawnictwo "Scream" należy do moich ulubionych jeśli chodzi o dyskografię króla ciemności. "Ordinary Man" ma kilka momentów, które nasuwają stare dobre czasy Ozziego i to zarówno jeśli chodzi o solową karierę jak i Black Sabbath. Tych momentów jest za mało. Więcej tutaj rocka i popowego feelingu. Szkoda, bo 10 lat przyszło czekać na nowy album, a tutaj taki zawód.

"Straight to Hell" to otwieracz, który dobrze jest już nam znany. To taki typowy Ozzy jaki znamy i kochamy. Mroczny feeling i ten riff wzorowany na czasy Black sabbath jest po prostu uroczy. Niestety to jeden z najmocniejszych kawałków na płycie. Rockowy "All my life" pokazuje, że Ozzy już nie ma co zaoferować światu. Głos wciąż ma i słucha się go z przyjemnością. Jednak kiedy utwór jest nudny, to nic tu nie pomoże. Wejście perkusji w "Goodbey" przypomina mi nieco "Iron Man" i duch Black Sabbath gdzieś tu jest. Niestety jest to kolejny przykład, gdzie słychać ubóstwo we zakresie kompozycyjnym. Źle wróży płycie kiedy jednym z ciekawszych utworów na płycie jest ballada i to jeszcze z gościnnym udziałem Eltonem Johnem. Tytułowy "Ordinary Man" to znakomita współpraca dwóch kultowych wokalistów. Dwa różne światy, dwa różne gatunki muzyczne, ale wyszło to znakomicie.  Kolejny świetny utwór to promujący "Under the Graveyard", który zrobił mi smaka na nowy krążek Ozziego. Ten kawałek ma świetny klimat lat 70 i pomysłowy riff. Słucha się tego jednym tchem i na taki album czekałem. Za mało takiego grania na tej płycie. Bardziej metalowy wydaje się być "Eat me" choć i tutaj brakuje ciekawego riffu czy pomysłowej melodii. Ot co solidny kawałek i nic ponadto. Dalej wieje nudą i dopiero pobudkę mamy w przebojowym "Scary little Green". Szalę goryczy przelewa popowy "Take what you want" z gościnnym udziałem Post Malone. Tak upada wielka ikona heavy metalu? Przykre.

Album nagrany na szybko i troszkę bez pomysłu. To co dobre usłyszeliśmy dawno przed premierą. Mamy kilka przebłysków i nawiązań do lat 70 czy 80, ale to za mało. Za dużo tu komercji, za dużo pop rocka, a za mało konkretnego heavy metalu. Dla kogo ten album? Chyba tylko dla zagorzałych fanów Ozziego. Świata tym albumem Ozzy nie zwołuje i raczej psuje swoje tak dobrze znane nazwisko. Szkoda.

Ocena: 4.5/10

środa, 24 stycznia 2018

CHRIS BAY - Chasing The Sun (2018)

Chris Bay to bardzo pozytywna postać w power metalowym światku. To wokalista, która śpiewa bardzo czysto, gładko i momentami jakby pomylił gatunki muzyczne. To również gitarzysta, który wie jak wygrać proste i chwytliwe melodie. To muzyk, który założył jeden z najbardziej rozpoznawalnych bandów grających power metal, czyli Freedom Call. Kojarzony jest właśnie z tym radosnym, nieco słodkim graniem. W zasadzie ciężko sobie wspomnieć jakieś boczne projekty czy inne kapele w których by wystąpił. Chris Bay ma teraz okazje pokazać się nieco z innej strony i to za sprawą swojego solowego krążka zatytułowanego "Chasing Sun". 23 lutego w sklepach pojawi się nowy krążek, ale już teraz pozwolę sobie przybliżyć czego można się po nim spodziewać. Znajdziemy tutaj patenty z Freedom Call i mam tutaj na myśli proste motywy, słodkie melodie czy radosny wydźwięk kompozycji. Jednak nie ma mowy o power metalu, czy heavy metalu, bowiem więcej tutaj hard rocka, czy pop rocka. Nie znaczy to, że album jest słaby, jest po prostu inny niż dokonania Freedom Call. Jeśli szukacie lekkiej, przyjemnej muzyki do auta to ją tutaj znajdziecie. Kiedy do akcji wkracza otwieracz "Flying Hearts" to można odnieść wrażenie że to hard rockowa wersja Freedom Call. Prosty, hard rockowy riff, chwytliwy refren, który buja i hit gotowy. Jestem na tak. Folkowa melodia, która napędza "Light My Fire" to znów nawiązanie do Freedom Call, ale nie ma zmyłki, bo jest to hard rock. "Move on" to jakby hard rockowy bliźniak "Land of the light" i w sumie jest to całkiem udana kompozycja,  choć dalej jest komercyjne, momentami wręcz popowo. "Silent Cry" nic ciekawego nie wnosi do płyty, ale jest tutaj coś z popu i lat 80. Nie brakuje wypełniaczy, co potwierdza "Keep Waiting", czy "Misty Rain". Na pewno na plus zaliczyć należy utrzymany w stylu Scorpionsów "Bad Boyz" czy romantyczną balladę "Love will never Die". Chris Bay pokazał, że nadaje się do popu i spokojnego rocka, ale nie wychodzi mu to najlepiej. Brakuje ciekawych pomysłów i jakiegoś takiego kopa. Za pewne płyta znajdzie swoich odbiorców. Mi jednak nie pasuje ostateczny kształt tego co usłyszałem. Płyta o której zapomnę za niedługi czas.


Ocena: 3.5/10

sobota, 21 marca 2015

STORM - Storm (1979)

Rok 1979 to rok w którym ukazał się pierwszy album formacji Storm. To amerykańska kapela, która skrzyżowała style Queen, Blondie, Slade, czy Sweet. Ta kapela grała melodyjny rock, w którym było nieco glamu i popu. Znakiem rozpoznawczym zespołu była wokalistka Jeanette Chase. Niby miała zadatki na popową wokalistkę, ale potrafiła pokazać pazur i rockowe oblicze. Zespół nie zyskał wielkiej sławy, a po nich zostały dwa wydawnictwa. Pierwszy album tj „Storm” ukazał się w 1979 roku i jest to całkiem udany krążek. Może nie zachwyca do końca rock'n rollowa stylizacja, niedopieszczone brzmienie, krojone na miarę lat 70. Może technika i wokal pani Chase pozostawia wiele do życzenia, to jednak zespół nadrabia energią i dobrymi kompozycjami. Pytanie czy lubi muzykę w stylu Sweet i Queeen? Już otwieracz „ I want You” jasno nakreśla styl zespołu i słychać, że zespołowi zależy na zabawie. Lear Stevens odwala kawał dobrej roboty i jego partie są zagrane z polotem i niezwykłą popową lekkością. Słychać to znakomicie w takim „Tell Me thath You Love Me”. Stary Sweet dobrze wybrzmiewa w „What Do You like”. Najbardziej intrygującym i rockowym kawałkiem jest bez wątpienia „Game's Over” czy rozpędzony „Ain't that the Way”. Miłym urozmaiceniem całości są syntezatory, które ozdobiły taki przebój jak „Wake Up”, który ma coś z Blondie. Kto lubi prawdziwy rock'n roll ten doceni ostrzejszy „Young Young” czy „Machine Gun” w którym jest coś z starego Ac/Dc. Jak widać, jest to specyficzna płytka, która jest odzwierciedleniem to co było modne w latach 70. Porządny rock;n roll i tyle w temacie.

Ocena: 6/10

piątek, 28 lutego 2014

WITHIN TEMPTATION - Hydra (2014)

Odnoszę wrażenie, że nie ma już Within Temptation. Ten zespół może i był od początku komercyjnym zespołem, ale z pewnością można było go nazwać metalowym zespołem, który chciał upowszechnić symfoniczny metal, w którym główną rolę gra podniosły kobiecy wokal. „Mother Earth” czy „The Silent Force” zdobyły nie małą popularność. Potem zespół odszedł od takiego grania na rzecz bardziej komercyjnego alternatywnego rocka z mieszanego z symfonicznymi elementami. „The Unforgiven” i składanka coverów w postaci „The Q mass sessions” tylko to potwierdziły. Jednak nadzieję na powrót do bardziej metalowego grania zwiastował utwór „Paradise” w którym Sharon Den Adel śpiewa wraz z Tarją z Nightwish. Taki duet na pewno nie jednego słuchacza zwabi, żeby posłuchać nowy album o dość intrygującym tytule „Hydra”.

Ten singiel zdobył już popularność. Nie chodzi tylko o to że mamy tutaj dwie znakomite wokalistki o niesamowitej barwie w jednym utworze, nie tylko że wielu marzyło o takim duecie od lat, ale też z tego względu, że utwór brzmi jak stary dobry Within Temptation. Może nieco naciągany, ale jest tutaj metal. Też dałem się nabrać na tą przynętę i sięgnąłem po nowy album holendrów. Czy płyta jest równie ciekawa co singiel? Czy mamy w końcu metalowy album? Niestety jest to bardzo komercyjny album jak „The Unforgiven” i metalu za dużo tutaj nie uświadczymy. Poza znakomitym singlem, jest tutaj też przebojowy hit „Dangerous” z gościnnym udziałem Howarda Jonesa. Swoją rolę odegrał tez otwieracz w postaci „Let Us Burn”. Dzięki niemu można uwierzyć przez chwilę, że zespół naprawdę wrócił do metalowego grania. Niestety komercyjny „And We Run” nie jest już metalowy i nie pasuje mi do starego wizerunku Within Temptation. Co tutaj robi Xzibit? Nie podoba mi się taka mieszanka. W kategorii komercyjnego rock/popu może wzbudzi zainteresowanie w radiu. Szkoda że Sharon i jej piękny wokal traci się w takim graniu. No ale widać, że chcą mieć szersze grono fanów. Tylko jakim kosztem? „Edge Of The World” swoim spokojnym klimatem przypomina mi twórczość Enya. Najcięższym utworem wydaje się „Silver Moonlight” i można tylko żałować, że Within Tempation to teraz komercyjna machina która próbuje udawać metalowy zespół, którym już jak dla mnie nie jest. Gdy się spojrzy na płytę jako na płytę nie metalową, to można nawet i pochwalić niektóre kawałki. Na przykład taki melodyjny „Roses” czy „The whole World Is Watching”. Pytanie tylko co my oceniamy? Płytę heavy metalową/rockową? Czy może popową?

Gdyby oceniać w kategorii tej drugiej, to może i by dostała solidną ocenę, bo pod względem komercyjnego popowego grania płyta wypada naprawdę dobrze. Jest urozmaicona, ma miłe dla ucha dźwięki, ma ciekawe melodie i nawet jakiś przebój się trafi. Lecz gdy się spojrzy na „Hydra” jak na płytę rockowo/metalową to niestety „Hydra” wypada dość blado. Ale to może ja się zbytnio napaliłem singlem „Paradise”, który zwiastował znacznie ciekawszy album. Płyta skierowana do młodszego pokolenia i do tych co szukają innych dźwięków niż „heavy metal”.

Ocena: 4/10