sobota, 8 października 2016

SONATA ARCTICA - The ninth hour (2016)

Album „Unia” stał się przekleństwem dla Sonata Arcitca. Ten fiński band jakoś nie może się pozbierać od kiedy wydał tamten album. W roku 2007 zespół znany z power metalowych płyt uderza w stronę melodyjnego metalu i rocka, z domieszką hard rocka. Plus za to, że chcieli spróbować czegoś innego, ale to nie jest ich prawdziwa tożsamość. „Stones grow her name” był odbiciem się od tego dna. Zespół jednak dalej tkwił w melodyjnym metalu i brakowało tego power metalu. W końcu w 2014 r pojawia się stare logo zespołu, jednak „Pariah's Child” nie odniósł sukcesu. Nagranie na nowo debiutu „Ecliptica” dawało nadzieję, że zespół przypomni sobie jak grać power metal. Niestety nie przedłożyło się to na jakość najnowszego dzieła w postaci „The ninth Hour”. Okładka klasyczna i bardzo przypomina pierwsze albumy. Muzycznie nie jest tak pięknie, ale tragedii też nie ma. W końcu pojawia się cięższe granie, pojawiają się elementy i patenty znane z pierwszych płyt. Słychać to w klawiszach, klimacie, brzmieniu, czy aranżacjach. Jest nutka słodkości, jest przebojowość i momentami wdziera się power metal. Z pewnością początek płyty wypada całkiem dobrze i obiecująco. „Closer to an Animal” czy „Life” to utwory które mają w sobie ducha starych kompozycji. Przeboje i łatwo wpadające w ucho refreny i nieco żywsze granie. „Fairytale” nieco bardziej progresywny, ale i tutaj uświadczymy trochę power metalu. Co wyróżnia ten utwór to z pewnością mocniejszy riff i nieco bardziej zróżnicowana konstrukcja. Tony Kakko też daje z siebie znacznie więcej niż na ostatnich płytach. Spokojniejszy „We are what we are” jakoś nie pasuje mi do całości i rockowy feeling troszkę irytuje. Duch starych płyt wraca w nieco dłuższym „Till deaths done us apart” i zespół zdecydowanie lepiej wypada w tego typu kawałkach. Nie potrzebne jest kombinowanie i w sumie im prościej tym lepszy efekt. Marszowy „Among the shooting stars” jest bardziej komercyjny, bardziej romantyczny, ale na swój sposób też jest ciekawy. Przypomina mi się „Stones grow her name”. Najcięższym kawałkiem na płycie jest „Rise a night”. Jest przełom, bo zespół dawno nie stworzył jakiejś power metalowej petardy w starym stylu. Jest jakaś nadzieja, że ten album przełamie zespół i znowu zaczną grać swoje. Utwór kipi energią i przebojowością. To jest właśnie to. Całość na pewno psują takie spokojne, balladowe kompozycje jak „Candle Lawns”. Nijaki jest też kolos w postaci „White pearl, black oceans”, który ma kilka ciekawych momentów, ale momentami jest nudny i pozbawiony charakteru. Sonata arctica wraca powoli do swoich korzeni, choć to jeszcze nie jest to z czego zespół jest znany. Kilka dobrych kompozycji, troszkę przebojów i echa power metalu to trochę za mało. Jednak jest jakiś przełom i nadzieja, że kolejny album będzie miał w sobie więcej power metalu niż melodyjnego metalu i rocka.

Ocena: 6/10

1 komentarz:

  1. Cały czas jakaś rockowa komercja,która rozczarowuje.

    OdpowiedzUsuń