Dla wielu fanów power metalu Kamelot to przede wszystkim okres Roy Khana. Nie trudno się z tym nie zgodzić, bowiem w tym okresie band nagrał swoje najlepsze płyty. W roku 2012 do zespołu dołączył równie charyzmatyczny i uzdolniony Tommy Karevik. Od tego momentu Kamelot stawia bardziej na ładunek emocjonalny i bardziej stonowane dźwięki. Jednym to się będzie podobać, a innym nie. Ostatni albumów postaci " the awekening" skradł moje serce i z wypiekami na twarzy wypatrywałem dnia 28 sierpnia, czyli dnia premiery "dark asylum". Udało się stworzyć kolejny wielki album, który działa na zmysły i jest portalem do świata magii, fantasy i pięknych dźwięków. To kolejny wielki album wielkiego Kamelot.
Już sam tytuł płyty doskonale oddaje jej charakter. Kamelot zabiera nas do mrocznego, niemal gotyckiego świata RavenHill Asylum, gdzie granica pomiędzy szaleństwem, rzeczywistością, pamięcią i poszukiwaniem własnej tożsamości zaczyna się zacierać. Nie jest to jednak tylko kolejny koncept ubrany w efektowną grafikę. Cała muzyka została podporządkowana temu klimatowi i dzięki temu „Dark Asylum” brzmi jak spójna, przemyślana opowieść. Miłym dodatkiem jest klimatyczna i przykuwająca uwagę szata graficzna. Band zadbał też o soczyste i pełne mocy brzmienie, które nadaje charakteru całości.
Największą siłą albumu jest atmosfera. Kamelot zawsze potrafił połączyć power metalową melodykę z symfonicznym rozmachem i teatralnością, ale tutaj ten element został jeszcze mocniej wyeksponowany. Orkiestracje, chóry, klawisze i gitarowe partie tworzą ogromną, filmową przestrzeń, ale co najważniejsze – nie przykrywają kompozycji. Trzeba pochwalić sam zespół, który rośnie na nowo w siłę. Wokalista Tommy Karevik wciąż potrafi czarować i nadawać kompozycjom emocjonalnego ładunku. Oj potrafi czarować głosem. Świetnie uzupełniają się klawiszowiec Palotai i gitarzysta Youngblood. Stawiają na podniosłość, emocje i piękne melodie i motywy. Szybkość i agresję schodzą tutaj na dalszy plan. Po raz kolejny tych dwóch muzyków tworzy świat pełen magii i niesamowitego klimatu. Brawo!
Zawartość to 15 utworów i 51 minut muzyki. To prawdziwa przygoda. których wiadomo już, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Monumentalny numer, kapitalna melodia, świetna praca gitar i znakomity Tommy Karevik, który potrafi zarówno subtelnie budować napięcie, jak i chwilę później wznieść się wysoko nad całą orkiestrację. Gościnny udział Ignacii Fernández dodatkowo wzbogaca ten utwór o eteryczny, niemal baśniowy klimat.. Co za piękne otwarcie płyty i chce się jeszcze więcej i więcej. Tytułowy „Dark Asylum” jest jeszcze bardziej niepokojący. To utwór, który zamiast od razu atakować słuchacza, stopniowo wciąga go w swoją mroczną historię. Jest teatralnie, majestatycznie i momentami wręcz filmowo. Kamelot pokazuje tutaj, że symfoniczny metal nie musi oznaczać nieustannego bombardowania orkiestrą – równie ważne są przestrzeń, napięcie i odpowiednie dawkowanie emocji. Orkiestrowe elementy wciągają i potrafi zauroczyć swoim stylem i jakością. Jest tutaj dużo power metalowego ładunku. To oczywiście kolejny killer na płycie i nawet nutka klimatów Avantasia jest w tym wszystkim.Świetnie wypada również „Sanctuary”, w którym głosy Clémentine Delauney i Ignacii Fernández idealnie uzupełniają Karevika. To jeden z tych utworów, które pokazują, jak ogromne możliwości daje Kamelot, kiedy klasyczne metalowe fundamenty spotykają się z teatralnym, niemal operowym podejściem do muzyki. Oj dużo dobrego się tutaj dzieje i to kolejny mocny punkt nowej płyty Kamelot. Nie mogło oczywiście zabraknąć niespodzianek. „One Last Masquerade” z udziałem Tobiasa Sammeta brzmi jak spotkanie dwóch światów, które od dawna powinny się ze sobą spotkać. Sammet nie pojawia się tutaj wyłącznie jako ozdobnik – jego charakterystyczny głos idealnie pasuje do teatralnego klimatu kompozycji. Tommy wystąpił w Avantasia, to teraz czas na rewanż i występ Tobiasa w Kamelot. Co ciekawe sam utwór mógłby śmiało trafić na album Avantasia. Utwór petarda i od razu kradnie serce.
Bardzo podoba mi się również „Ivy, My Dear”, który pokazuje bardziej melancholijną stronę zespołu. To właśnie takie momenty sprawiają, że „Dark Asylum” nie jest wyłącznie płytą złożoną z efektownych, stadionowych hymnów. Są tutaj emocje, zaduma, niepokój i chwile wyciszenia. Band pokazuje pazur w zadziornym " Godlike alchemy" który pokazuje na co stać band
Druga połowa albumu również nie rozczarowuje. „The Sleeping Mind (Orphic Paradigm)”, „Kaleidoscope” czy „Enigma (Think of Me)” utrzymują bardzo wysoki poziom, a „Cassandra’s Disease” pokazuje, że Kamelot potrafi również przyspieszyć i nadać całości nieco bardziej zdecydowanego, metalowego charakteru.Z kolei „Beneath the Moon (Tunglið)” wprowadza kolejną porcję niezwykłego klimatu dzięki wielogłosowym partiom wokalnym. Na zakończenie otrzymujemy „The Puppet King” oraz „Sanctum Requiem”. I jest to finał idealnie pasujący do całej historii – zamiast zwyczajnie zakończyć płytę, Kamelot zostawia słuchacza jeszcze na chwilę w murach RavenHill.
Czy „Dark Asylum” jest płytą idealną? Moim zdaniem – w tym przypadku można sobie pozwolić na takie stwierdzenie. To album, który ma klimat, świetne melodie, znakomity wokal, potężne brzmienie i przede wszystkim własną tożsamość. Kamelot nie próbuje tutaj na siłę odmładzać swojego stylu ani ścigać się z młodszymi zespołami. Zamiast tego wykorzystuje wszystkie swoje najmocniejsze strony i tworzy muzykę niezwykle dojrzałą, ale jednocześnie pełną energii.
„Dark Asylum” to Kamelot w najlepszym wydaniu – mroczny, melodyjny, symfoniczny, teatralny i pełen emocji. To jedna z tych płyt, które najlepiej słuchać od początku do końca, najlepiej wieczorem, przy odpowiednim klimacie, bo wtedy jej magia działa najmocniej. Kamelot jest naprawdę w świetnej formie. Jedna z najlepszych płyt roku 2026.
Ocena : 10/10


















