Już sam skład robi niemałe wrażenie. Za gitarę odpowiada David Shankle, doskonale znany z występów w Manowar oraz David Shankle Group. Jego gra jest jednym z największych atutów albumu – pełna widowiskowych solówek, technicznej precyzji i klasycznego heavy metalowego charakteru. Tony Engel przekonuje mocnym, lekko chropowatym wokalem, który świetnie odnajduje się zarówno w dynamicznych fragmentach, jak i bardziej epickich partiach. Całość uzupełnia solidna sekcja rytmiczna, nadająca kompozycjom odpowiedni ciężar i fundament.
Obecność tak doświadczonych muzyków mogła sugerować album z najwyższej półki heavy/power metalu. Niestety do ideału trochę zabrakło, a problem tkwi przede wszystkim w samych kompozycjach. Są one często dobre, momentami nawet bardzo dobre, ale rzadko wykraczają poza poziom solidnego rzemiosła. Brakuje utworów, które naprawdę zapadałyby w pamięć i wynosiły materiał na wyższy poziom. W efekcie po zakończeniu odsłuchu pozostaje wyraźny niedosyt.
Muzycznie GraveReign porusza się pomiędzy amerykańskim heavy metalem, power metalem i thrashem. Nie brakuje ostrych riffów, galopujących rytmów oraz melodyjnych refrenów. Momentami można wychwycić wpływy takich zespołów jak Iced Earth, Jag Panzer, Judas Priest czy późny Manowar, jednak GraveReign nie sprawia wrażenia bezmyślnej kopii żadnej z tych formacji. To przede wszystkim klasyczne granie oparte na mocnych gitarach, wyrazistych melodiach i tradycyjnym metalowym podejściu.
Mniej udanie prezentuje się oprawa graficzna. Okładka jest mało atrakcyjna i nie zachęca do sięgnięcia po album. Samo brzmienie jest natomiast ciężkie, mroczne i nieco surowe. Choć dobrze współgra z tematyką materiału, momentami można odnieść wrażenie, że przydałoby się więcej przejrzystości i dopracowania.
Na albumie znalazło się dwanaście utworów. Otwierający całość „Genghis Khan” to zadziorna i drapieżna kompozycja, która daje przedsmak tego, czego można spodziewać się dalej. To dobry numer, jednak nie brakuje w nim również słabszych i mniej interesujących fragmentów. Kilka rozwiązań aranżacyjnych mogło zostać lepiej przemyślanych.
Następnie otrzymujemy bardziej posępny i rozbudowany „The Holodomor”. Utwór stawia na cięższy klimat i epicki charakter, ale ponownie pozostawia pewien niedosyt. Atmosfera jest odpowiednia, jednak zabrakło mocnego motywu przewodniego lub chwytliwego elementu, który wyróżniałby kompozycję na tle reszty materiału.
Na szczęście sytuację ratuje „Unit 731”, jedna z najmocniejszych pozycji na całym albumie. To agresywna, techniczna i pełna gitarowych popisów kompozycja, w której wreszcie słychać pełnię potencjału zespołu. Rasowy killer, emanujący energią i pokazujący wszystko to, co najlepsze w heavy i power metalu. Nietrudno odnieść wrażenie, że muzycy dorastali przy płytach Judas Priest i Manowar.
Klimat lat osiemdziesiątych powraca także w „Jack the Ripper”. Klasyczne patenty, chwytliwe melodie i odpowiednia dawka metalowej przebojowości sprawiają, że momentami można poczuć się, jakby słuchało się Cage lub Death Dealer.
GraveReign lubi również zanurzać się w bardziej mroczne rejony, czego przykładem jest „Escape from the Oxford Apartments”. Ciężkie riffy i ponury klimat robią dobre wrażenie, choć i tutaj pojawia się znajome uczucie, że zespół mógł wycisnąć z tego pomysłu znacznie więcej.
„War Machine” pokazuje bardziej thrashowe oblicze grupy, natomiast „The Prosperity Gospel” udowadnia, że muzycy potrafią budować napięcie nie tylko za pomocą szybkości, ale również dzięki odpowiednio prowadzonym melodiom i atmosferze.
Na zakończenie otrzymujemy rozbudowany „Last Words of the Condemned”, który stanowi godne zwieńczenie niemal godzinnej podróży przez mroczne wydarzenia z historii ludzkości. Po nim pojawiają się jeszcze dwa krótkie bonusy, w tym instrumentalna interpretacja „Classical Gas”, będąca ciekawym pokazem gitarowych możliwości Davida Shankle'a.
Obecność Davida Shankle'a mogła rozbudzić apetyt na album wyjątkowy, który na stałe zapisze się w pamięci fanów gatunku. Tak się jednak nie stało. Zabrakło bardziej wyrazistych pomysłów, większej konsekwencji oraz utworów, które mogłyby stać się wizytówką zespołu. Icon of the Accursed to solidny album z kilkoma naprawdę mocnymi momentami, ale potencjał drzemiący w składzie sugerował możliwość osiągnięcia znacznie więcej. Ostatecznie pozostaje wrażenie dobrze wykonanego rzemiosła i poczucie niewykorzystanej szansy.
Ocena: 6/10

















