power metal warrior
niedziela, 1 listopada 2026
SCARBLADE - Guardians of Time (2026)
sobota, 31 października 2026
LORD GALLERY - Insurrection (2026)
Zespół tworzą Fabien „Lord” Fadelli (wokal, gitara), Titi „Le Roy” Rat's (gitara), Vincent „Nécromancien” Potéreau (bas) oraz Sergueï „Bourreau” (perkusja). Muzycy wyraźnie inspirują się takimi wykonawcami jak Iron Maiden, Accept, Riot, Manowar,Angel Witch czy Satan. Nie ukrywają swoich fascynacji klasyczną sceną, a zamiast kopiować współczesne trendy, wolą pielęgnować tradycję starej szkoły. Do tego nieco surowe i mocno wzorowane na latach 80 brzmienie. Duży plus za miłą dla oka okładkę.
Płyta zawiera 9 kompozycji, co daje 43.minuty muzyki. Płytę otwiera klimatyczne intro zatytułowane właśnie "Insurrection". Pięknie budują napięcie i wprowadzają w klasyczny klimat płyty. Mocny riff i epicki rozmach można poczuć w bojowym "by the bayonet". Niby nic odkrywczego, a słucha się tego bardzo przyjemnie. Stonowane tempo, ponury klimat i epicki charakter napędzają "Serpent woman" który staje się mocnym punktem tej płyty. Echa lat 80 można usłyszeć w prostym i melodyjnym " demonic ride". To nie jedyny utwór, który trwa ponad 6 minut. Jest jeszcze bowiem "werewife" który opiera się zadziornym riffie. Można wyłapać pewne echa grave digger, accept czy running Wild. Kto kocha miks lat 70 czy 80 ten polubi " grasla". Jest jeszcze bardziej energiczny i przebojowy „Don't Come to Kill Us”, który pokazuje potencjał tej formacji. Fanom accept czy grave digger może spodobać się nieco toporny "ripoche". Finał płyty to bardziej emocjonalny i nastrojowy " victorine".
Lord Gallery to propozycja dla słuchaczy tęskniących za klasycznym heavy metalem, w którym liczą się gitarowe melodie, wyraziste riffy i odpowiednia dawka metalowego charakteru. „Insurrection” pokazuje, że francuska scena wciąż ma coś do zaoferowania miłośnikom tradycyjnego grania. Bez przesadnego kombinowania i oglądania się na aktualne trendy – po prostu heavy metal w starym stylu. Warto posłuchać co ma do zaoferowania francuski Lord Gallery.
Ocena : 8/10
CRYSTAL EYES - Thunder god (2026)
Crystal Eyes od początku pozostaje wierny swojej stylistyce, czerpiąc inspiracje z takich legend jak Judas Priest, Iron Maiden, Accept,Helloween czy Running Wild. Szczególnie słychać to w gitarowych harmoniach, klasycznych riffach i sposobie budowania refrenów. Stawiają na klasyczne rozwiązania i to ich spory atut. Szkoda tylko że jakoś mniej patentów Running Wild i za dużo hard rockowych wstawek.
Za mikrofonem, gitarą i klawiszami stoi Mikael Dahl, któremu towarzyszą Jonatan Hallberg na gitarze, Claes Wikander na basie oraz Henrik Birgersson za perkusją. To zgrany skład, który doskonale rozumie, na czym polega granie tradycyjnego metalu. Niby skład ten co na poprzednim albumie, a jednak czuć spadek formy.
Na płycie znajdziemy dziewięć kompozycji. Otwierający „Whirlwind of Doom” to dynamiczny, rozpędzony power metal z podwójną stopą i epickim rozmachem. „We Came, We Saw, We Conquered” oraz „Follow the Storm” powinny przypaść do gustu fanom Running Wild – jest tutaj odpowiednia dawka szybkości, bojowego charakteru i gitarowych melodii. Nie da się ukryć, że to najlepszy moment na płycie. Powinno być więcej tego typu utworów.
Kids of Rock 'n' Roll” to z kolei bardzo chwytliwy, niemal stadionowy hymn, w którym nie brakuje rock'n'rollowej energii. Taki lekki radiowy hit o zabarwieniu hard rockowy. Przez takie kompozycje album sporo traci. The Battle Will Be Won” przyspiesza tempo i dostarcza klasycznych heavy metalowych emocji. To taki ukłon w stronę klimaty Iron maiden czy heavy load. Shadows of the Night” nieco zmienia nastrój, ale nadal pozostaje w tradycyjnej metalowej stylistyce. Brawo za pomysłowy i chwytliwy motyw gitarowy. Takich hitów tutaj trzeba. „Metal Bound” to kolejny mocny punkt albumu, z bardzo nośnym refrenem i wyraźnym ukłonem w stronę klasycznego heavy metalu. Dużo tutaj wpływów accept czy Hammerfall. To kolejny mocny punkt tej płyty. Całość zamyka „A Silent Farewell”, który stanowi bardziej refleksyjne i emocjonalne zakończenie tej muzycznej podróży.
Thunder God” to udany powrót Crystal Eyes. Nie ma tutaj rewolucji, nie ma prób podążania za modą ani niepotrzebnego kombinowania. Jest za to szczery, melodyjny heavy/power metal, który czerpie garściami z najlepszych wzorców lat 80. Szczególnie doceniam gitarowe pojedynki, chwytliwe refreny i oldschoolową atmosferę. Może nie każdy utwór zostanie metalowym hymnem na lata, ale jako całość album prezentuje naprawdę solidny poziom. Jednak czuć spadek formy i spodziewałem się bardziej zadziornej i energicznej płyty.
Ocena : 7/10
AVALAND - Chemical Poetry (2026)
Przede wszystkim album jest dla mnie jakiś taki za spokojny, zbyt ugrzeczniony i pozbawiony odpowiedniego metalowego pazura. Owszem, pojawiają się szybsze fragmenty, mocniejsze riffy i typowo power metalowe zagrywki, ale mam wrażenie, że często giną one pod natłokiem klawiszy, orkiestracji i teatralnych partii wokalnych. Brakuje mi większej dawki energii, charakterystycznego kopa i melodii, które zostają w głowie na dłużej. Jest nacisk na podniosłość i operowe ozdobniki, a za mało konkretów.
Za całym przedsięwzięciem stoi przede wszystkim Adrien G. Gzagg, będący głównym kompozytorem, autorem tekstów i pomysłodawcą Avaland. Na „Chemical Poetry” towarzyszą mu wokaliści Jeff Kanji, Tom S. Englund (Evergrey), Madie, Helle Bohdanova (Ignea) oraz Marcela Bovio (Ayreon, ex-Stream of Passion). Za gitarowe partie odpowiada Lucas Martinez, a sekcję rytmiczną uzupełniają Camille Souffron na basie i Léo Mouchonay za perkusją. Dodatkowe klawisze i produkcję powierzono Joostowi van den Broekowi. Trzeba przyznać, że zaproszono tutaj naprawdę ciekawych gości, a różnorodność wokalnych barw jest jednym z mocniejszych punktów albumu. Tym bardziej szkoda, że tak interesujący skład nie przełożył się na bardziej energetyczny i metalowy materiał.
Pod względem kompozytorskim „Chemical Poetry” to materiał dość różnorodny, choć nie wszystkie utwory trafiają w moje gusta. Album otwiera „When the Night Comes Alive”, który wprowadza nas w teatralny, symfoniczny klimat, gdzie położono nacisk na emocje i melancholię. Słychać wyraźne wpływy Avantasia.„Destiny Calls” oferuje nieco więcej klasycznego power metalu, z szybszymi gitarami i chwytliwym refrenem, i tak powinna brzmieć cała płyta. To ukłon w stronę gamma Ray czy helloween. Natomiast „Alchemy” skręca w stronę łagodniejszych, niemal musicalowych melodii. „Beauties and Beasts” zaskakuje skocznymi rytmami i jazzowymi wstawkami, co jest ciekawym pomysłem. To coś innego i potrafi zapaść w pamięci. Brawo za pomysłowość. „To Fool a Witch” stawia na mroczniejszą atmosferę, chóry i symfoniczny rozmach, a „Fate” przynosi wreszcie więcej gitarowego ciężaru i power metalowej energii. Krótkie „Ascension” pełni rolę nastrojowego przerywnika, po którym otrzymujemy „Sail On” – kompozycję rozwijającą się dość powoli, ale z mocniejszymi akcentami w drugiej części. „Face the Eternal” wyróżnia się cięższymi riffami i growlem Helle Bohdanovej, dzięki czemu wnosi nieco więcej drapieżności. Najbardziej rozbudowane, ponad dwunastominutowe „Trinity” to prawdziwa metalowa opera, pełna zmian nastroju, orkiestracji i wokalnych popisów. Później przychodzi spokojniejsze, melancholijne „Fallen Leaves”, a całość zamyka „Faded Away”, który mimo bardziej energicznego refrenu nie pozostawia mnie z poczuciem wielkiego finału. Jest tu sporo pomysłów i ciekawych aranżacji, ale zdecydowanie zbyt dużo łagodnych, teatralnych fragmentów, a za mało rasowego, rozpędzonego power metalu.
Problem w tym, że momentami więcej tutaj musicalu i symfonicznego przedstawienia niż rasowego heavy/power metalu. Niektóre kompozycje są po prostu zbyt łagodne, a całość nie wywołuje takich emocji, jakich oczekiwałbym od tego typu wydawnictwa.
„Chemical Poetry” to album poprawny, dopracowany i niewątpliwie ambitny, ale nie do końca trafiający w moje gusta. Doceniam pomysł, wykonanie i zaproszonych gości, jednak zabrakło mi ognia, większej dynamiki i metalowej zadziorności. Nie jest to zła płyta, ale też nie taka, do której będę często wracał. Tym razem Avaland mnie nie przekonał w 100%. Szkoda bo był tu ogromny potencjał.
Ocena : 6.5/10
VIOLET ETERNAL - Azure stardust (2026)
Już od pierwszych dźwięków słychać, że fundamentem pozostaje europejski power metal, ale z wyraźną japońską melodyjnością. Można tutaj wychwycić echa najlepszych czasów Stratovariusa, Helloween czy Sonata Arctica. Jest szybkość, podniosłość, chwytliwe refreny, techniczne solówki i charakterystyczny klimat, który powinien przypaść do gustu miłośnikom klasycznego, melodyjnego grania. Słychać, że stawiają na klasyczne patenty.
Dużą rolę odgrywa oczywiście Ivan Giannini. To wokalista dysponujący mocnym, wysokim głosem, który świetnie odnajduje się zarówno w szybkich, power metalowych fragmentach, jak i bardziej emocjonalnych momentach. Jego interpretacje nadają kompozycjom odpowiedniego rozmachu i charakteru. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Warto podkreślić, że Violet Eternal to już nie tylko projekt dwóch muzyków, ale pełnoprawny zespół. Obok Ivana Gianniniego i gitarzysty Jiena Takahashiego występują Andrea Cappellari na gitarze, Ollie Bernstein na basie oraz YAMATO za perkusją. Za brzmienie albumu odpowiada Dennis Ward, znany ze współpracy między innymi z Helloween i Angrą. Każdy z muzyków potrafi zaskoczyć forma i wyszkoleniem technicznym. To wszystko przedkłada się na jakość.
Na szczególną uwagę zasługuje otwierający album „The World Beyond the Door”, który wprowadza nas w świat melodyjnego, rozbudowanego metalu. To naprawdę mocne wejście, które odsyła do klasyki gatunku. Duży plus za elementy neoklasyczne.Prawdziwą petardą jest jednak „Azure Explosion” – utwór rozpędzony ,pełen galopujących riffów, efektownych solówek i kapitalnej energii. To właśnie takie granie przypomina, dlaczego power metal potrafi tak bardzo uzależniać. Gdyby cały album taki był to byłoby idealnie. Niestety zdarzają się słabsze momenty. Ten utwór też potrafi przemycić patenty iron mask czy Yngwie malmsteena.
Nie brakuje również bardziej urozmaiconych momentów. „Into the Deep Blue” i „I Can Hear Your Heart” stawiają na melodyjność i emocje, natomiast „Singularity” pokazuje nieco cięższe, bardziej stonowane oblicze zespołu. „Techno Optimist” i „Mars” wprowadzają kolejne odcienie brzmienia, a „Arianne” daje przestrzeń na bardziej rozbudowane melodie. Prawdziwym finałowym akcentem jest ponad ośmiominutowy „RE:Gradational Sky”, w którym zespół pozwala sobie na bardziej progresywne rozwiązania i rozbudowaną konstrukcję.
Azure Stardust” to album, który powinien szczególnie zainteresować fanów melodyjnego power metalu, ceniących zarówno szybkość, jak i piękne melodie oraz gitarową wirtuozerię. Nie jest to próba wymyślania gatunku na nowo, ale bardzo udane rozwinięcie sprawdzonej formuły. Violet Eternal pokazuje, że można czerpać z klasyków, jednocześnie zachowując własną tożsamość. Mamy tutaj mocne kawałki, jak i kilka słabszych momentów, ale całościowo płyta jest dobra i godna uwagi, zwłaszcza jak się kocha klasyczny power metal.
Ocena : 7/10
piątek, 30 października 2026
XENTRIX - Allure with enemy (2026)
Brytyjski thrash metal ma w swojej historii kilka nazw, które powinny być wymieniane jednym tchem obok największych przedstawicieli amerykańskiej sceny. Xentrix to właśnie jeden z takich zespołów. Choć nigdy nie zdobyli takiej popularności jak Metallica, Testament czy Exodus, od lat udowadniają, że potrafią tworzyć muzykę najwyższej próby. Album „Allied With The Enemy” to kolejny dowód na to, że weterani z Wielkiej Brytanii nie zamierzają odcinać kuponów od przeszłości. Co więcej, mam wrażenie, że z każdym kolejnym wydawnictwem coraz pewniej czują się we własnej skórze. Oldscholowa okładka nawiązuje do kultowego "for whose advantage" i faktycznie album robi wrażenie i brzmi klasycznie.
Skład zespołu tworzą Jay Walsh (wokal, gitara), Kristian Havard (gitara), Chris Shires (bas) oraz Dennis Gasser (perkusja). To doświadczeni muzycy, którzy doskonale rozumieją, na czym polega siła klasycznego thrash metalu. Słowa uznania dla Jay za drapieżny i agresywny wokal. Od strony partii gitarowych i solówek album robi duże wrażenie i pokazuje że band jest w świetnej formie i przeżywa drugą młodość.
Na osobne słowa uznania zasługuje produkcja Andy'ego Sneapa. Brzmienie jest selektywne, mocne i odpowiednio ciężkie. Każdy instrument ma swoje miejsce, gitary brzmią potężnie, a sekcja rytmiczna nie pozostawia żadnych złudzeń. Nie ma tutaj przesadnego wygładzania ani nowoczesnych eksperymentów, które odbierałyby muzyce charakter. Jest za to prawdziwy metal!
Już otwierający „Rip Saw” daje jasno do zrozumienia, z czym będziemy mieli do czynienia. Ostre riffy, dynamiczna sekcja rytmiczna i odpowiednia dawka agresji. Xentrix nie bawi się w sentymenty, tylko od pierwszych sekund rusza do ataku. Tytułowy „Allied With The Enemy” to prawdziwa perełka. Krótki, konkretny, niezwykle chwytliwy i oparty na riffach, które natychmiast zostają w głowie. Tak właśnie powinien brzmieć rasowy thrash metal! Mocne otwarcie płyty.
„Killer Unknown” pokazuje bardziej techniczne oblicze zespołu. Jest tutaj sporo ciekawych zmian tempa, świetnej pracy gitar i charakterystycznego dla brytyjskiej sceny metalowej pazura. „On Burned Remains” rozpoczyna się spokojniej, by później przejść w znacznie cięższe, bardziej agresywne rejony. To kompozycja, która udowadnia, że Xentrix potrafi budować napięcie, a nie tylko zasypywać słuchacza kolejnymi riffami. To tylko pokazuje elastyczność zespołu.
Jednym z najmocniejszych punktów jest „Nil By Mouth”. Utwór pełen energii, świetnych gitarowych zagrywek i odpowiednio szorstkiego wokalu Jaya Walsha. Z kolei „Doomsday Hook” zachwyca dynamiką oraz melodyjnymi zagrywkami gitarowymi. Nie brakuje tutaj świetnych solówek, a całość ma odpowiednią chwytliwość, bez utraty thrashowego charakteru. Xentrix wciąż ma w sobie to "coś"
Na pewno na tle całości wyróżnia się „The Dark Eternal”. To jedna z bardziej rozbudowanych kompozycji na płycie, w której zespół pokazuje nieco inne oblicze. Jest melancholijnie, klimatycznie, momentami wręcz epicko, ale kiedy trzeba, muzyka ponownie nabiera ciężaru i agresji.
„Snake In Waiting” ponownie przyspiesza tempo i dostarcza solidnej porcji gitarowego mięsa. „No Bridges Left To Burn” to kolejny mocny punkt, w którym ciężar i melodyjność zostały świetnie wyważone. Całość zamyka „We Drink The Same Poison” – instrumentalny bonus, który pozwala jeszcze raz docenić warsztat muzyków.
„Allied With The Enemy” to dla mnie jeden z najmocniejszych thrash metalowych albumów 2026 roku. Xentrix nie próbują na siłę udowadniać, że potrafią grać szybciej od młodszych zespołów. Stawiają na znakomite riffy, przemyślane kompozycje, odpowiedni ciężar i charakterystyczny klimat. To muzyka dojrzała, ale pozbawiona jakiejkolwiek zachowawczości. Xentrix podtrzymuje wysoka formę i band przeżywa drugą młodość.
Ocena : 9/10
DAWN OF DESTINY - Ashes over tommorow (2026)
Muzycznie otrzymujemy połączenie symphonic power metalu z klasycznym heavy metalem, momentami ocierające się o bardziej gotycki klimat. Charakterystycznym elementem pozostaje dwugłos Jeanette Scherff i Jensa Fabera. Ich odmienne barwy głosu dobrze się uzupełniają, nadając poszczególnym utworom dodatkowej głębi. Jeanette potrafi zarówno zaśpiewać delikatnie i emocjonalnie, jak i pokazać większą siłę, natomiast Jens wnosi nieco mroku i ciężaru. To akurat mocny atut tej płyty. Warto pochwalić współpracę Jensa Febera i Veitha Offenbachera, którzy są zgranym duetem gitarowym. Stawiają na urozmaicenie, przebojowość i chwytliwe melodie. Słychać rozwój względem ostatnich płyt.
Ciekawa okładka i mocne brzmienie robią robotę, ale siłą tej płyty jest zawartość. Już otwierający „Still Here” pokazuje, że nie będzie to wyłącznie festiwal szybkich gitar i efektownych refrenów. To kompozycja budowana stopniowo, pełna emocji i świetnie wykorzystująca wokalny dialog. „Too Weak” jest bardziej bezpośredni, natomiast „Chasing Dreams” to jeden z najbardziej przystępnych momentów płyty. Nie bez znaczenia jest tutaj gościnny udział Fabio Lione, którego charakterystyczny głos doskonale odnajduje się w tej power metalowej kompozycji.
Tytułowy Ashes Over Tomorrow” to kolejny mocny punkt wydawnictwa. Rozbudowana kompozycja, w której nie brakuje klimatycznych przejść, symfonicznych akcentów i chwytliwych melodii. Z kolei „Above The Noise” z udziałem Ralfa Scheepersa z Primal Fear wnosi więcej metalowej agresji i zdecydowania. To bardzo udane połączenie, które pokazuje nieco cięższe oblicze zespołu. To tylko pokazuje w jak dobrej formie jest band i tym razem dopracował swój materiał.
.„Leave Me Now” to emocjonalny, świetnie rozwijający się utwór, w którym zespół potrafi umiejętnie budować napięcie. To ciekawy utwór, ale trochę czuć przerost formy nad treścią. Prawdziwą perełką jest natomiast „When The World Ends Quietly”. Ponad dziewięć minut muzycznej podróży, w której nie chodzi o bezmyślne popisy instrumentalne, ale o atmosferę, odpowiednie dawkowanie emocji i przemyślaną konstrukcję. To zdecydowanie jeden z najciekawszych momentów całego albumu. Piękny kolos z epickim rozmachem.
Those Moments” czy „One Small Lie” są przyzwoite, ale nie pozostawiają aż tak dużego wrażenia. Przy niemal 67 minutach materiału można również odnieść wrażenie, że niektóre fragmenty można było nieco skrócić. Nie zmienia to jednak faktu, że Dawn of Destiny potrafi komponować interesujące, wielowątkowe utwory.
Jeżeli lubicie połączenie melodyjnego power metalu, symfonicznego rozmachu i emocjonalnych kompozycji, Dawn of Destiny powinien znaleźć się na waszej liście do sprawdzenia. Solidna porcja europejskiego metalu, która zasługuje na uwagę. Band w końcu pokazał swój potencjał i na co ich stać. Jedna z ich najlepszych płyt.
Ocena : 8.5/10
czwartek, 29 października 2026
FORBIDDEN - Forbidden (2026)
Forbidden od zawsze należał do tych formacji, które w thrash metalu szukały czegoś więcej niż tylko szybkości, agresji i bezlitosnego ataku gitar. Oczywiście, fundamentem pozostaje klasyczne brzmienie amerykańskiej szkoły, ale równie ważne są tutaj technika, rozbudowane kompozycje, nieoczywiste rozwiązania i umiejętne łączenie brutalności z melodią. Nowy album potwierdza, że Craig Locicero i jego koledzy nie zamierzają zamykać się w nostalgicznej kapsule z końca lat 80. To jest właśnie atut nowej płyty. Jest hołd dla wcześniejszych płyt i jednocześnie powiew świeżości. Brzmi to naprawdę bardzo dobrze.
Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to powrót w klasycznym składzie. Za mikrofonem stoi Norman Skinner, na gitarze obok Locicero gra Jeremy Von Epp, sekcję rytmiczną tworzą basista Matt Camacho i perkusista Chris Kontos. To właśnie ten skład odpowiada za nowe oblicze Forbidden. Z klasycznego składu został Craig i Matt. Nowe nabytki wpasowały się w styl grupy i przywrócili ten band do życia.
Już otwierający „Single Point Failure” pokazuje, że Amerykanie nie zapomnieli, jak pisać rasowe thrashmetalowe kompozycje. Jest szybko, technicznie i agresywnie, a gitarowe pojedynki przypominają, dlaczego Forbidden od lat cieszy się uznaniem fanów bardziej wyrafinowanej odmiany gatunku. Norman Skinner prezentuje szeroki wachlarz możliwości wokalnych, choć jego styl różni się od charakterystycznego śpiewu Russa Andersona. Jednak początek jest obiecujący.
Burning The Lungs Of Earth” to kolejny mocny punkt programu. Pędzące riffy, rozbudowane partie instrumentalne i tekstowa refleksja nad niszczeniem planety tworzą kompozycję, która łączy klasyczną thrashową energię z bardziej współczesnym podejściem do aranżacji. Jest melodyjnie i z nutką heavy/speed metalowej motoryki. To kolejny killer na płycie.
DCLXVI” zwalnia, stawia na cięższy, niemal doomowy klimat i pokazuje mroczniejszą stronę zespołu. Z kolei „Psyclops” opiera się na masywnym basie, gęstym riffowaniu i hipnotycznym rytmie. Nie jest to thrash nastawiony wyłącznie na zawrotną prędkość, lecz muzyka, która potrafi przygnieść ciężarem. To tylko pokazuje, że band stawia na urozmaicenie. To akurat nieco słabszy moment płyty.
Jednym z najbardziej zaskakujących momentów jest „Jisei”. Zamiast kolejnego gitarowego ataku dostajemy bardziej nastrojową, niemal balladową kompozycję. To odważne rozwiązanie, chociaż nie każdemu przypadnie do gustu. Podobnie jest z „Sycophantasy”, w którym gościnnie pojawia się Brann Dailor z Mastodon. Utwór wyróżnia się ciężkim pulsem i bardziej industrialnym charakterem.
Na szczególną uwagę zasługują również agresywny „Mutually Assured Dysfunction” oraz rozpędzony „The Burden”. Pierwszy to prawdziwy pokaz siły zespołu, z dynamiczną sekcją rytmiczną i bezkompromisowym riffowaniem. Drugi umiejętnie łączy agresję z melodyjnymi partiami gitarowymi. „Sol Grave” pokazuje natomiast, że muzycy potrafią budować napięcie bez nieustannego przyspieszania.Całość zamyka „Flower Of Life (Chaos By Design)”, trwający niemal dziesięć minut rozbudowany finał.
Forbidden przypomina, że prawdziwy thrash metal nie musi być muzealnym eksponatem. Może być agresywny, techniczny, melodyjny i jednocześnie poszukiwać nowych środków wyrazu. Ta płyta nie jest pozbawiona słabszych momentów, ale pokazuje, że legenda Bay Area wciąż ma coś do powiedzenia. Płyta na pewno godna uwagi dla fanów thrash metalu.
Ocena : 8/10
środa, 28 października 2026
SAVAGE GRACE - Underworld (2026)
Christian Logue, czyli założyciel i główna siła napędowa zespołu, nadal potrafi wykrzesać z gitary sporo energii. Problem w tym, że tym razem Savage Grace mocno skręca w kierunku amerykańskiego hard rocka i przebojowego hair metalu. Zamiast konsekwentnie nawiązywać do klasycznego USPM, grupa miesza speedmetalowe zapędy z bardziej rockowym, momentami wręcz glamowym charakterem. Samo eksperymentowanie nie jest niczym złym, ale tutaj nie zawsze udaje się stworzyć z tego spójną całość. Na pewno zmiana składu zespołu prowadziła powiew świeżości i album brzmi lepiej jak poprzedni. Muzycy akurat mogą pochwalić się doświadczeniem. Jest Marcus Dotta na perkusji, Cristian Blade na basie i Sebastian Hauser na wokalu. Akurat zmiana wokalisty jest na plus, bo maniera i charyzma Sebastiana pasuje do stylistyki zespołu. Skład prezentuje się lepiej i to przedkłada się na jakość płyty. Nowy album jest o wiele ciekawszy i bardziej dopracowany niż poprzedni. Jednak to wciąż tylko solidne granie i nic ponadto.
Na początek dostajemy „White Trash, White Heat”, czyli konkretny, rozpędzony kawałek, który przypomina, że Savage Grace wciąż potrafi uderzyć z odpowiednią siłą. Jest energia, mocne riffy i rasowa solówka. Otwieracz robi wrażenie i przywraca nadzieję w ten zespół. Tytułowy „Underworld” również potrafi zainteresować – jest ciężej, bardziej surowo, a nowy wokalista Sebastian Hauser nie boi się ostrzejszych, wysokich rejestrów. To wciąż bardzo dobry i przemyślany utwór utrzymany w klimacie lat 80.
Three Ways to Heaven” przynosi bardziej przebojowe oblicze zespołu, natomiast „Destiny Damour” stawia na melodyjność i wyeksponowany wokal. Właśnie w takich momentach słychać jednak, że formacja próbuje połączyć kilka różnych pomysłów, nie zawsze znajdując dla nich wspólny mianownik.
Valley of Fire” skreca w stronę amerykańskiego hard rocka lat 80. Niby jest dobrze, ale band stawia na bardziej komercyjne dźwięki. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest przebojowy "way back from", który pokazuje że band stać na dobre i wpadające w ucho kompozycje. „Bad Day in Hell” ma odpowiedni pazur, ale prawdziwie interesujący moment przychodzi wraz z „Hard Times in Hollywood”. To jeden z mocniejszych punktów albumu – dynamiczny, bezpośredni i napędzany energią, której chciałoby się tutaj więcej. Potem znów dawka nijakich kompozycji z nutką hard rocka, dopiero finałowy utwór ponownie przyspiesza i przypomina o metalowych korzeniach zespołu. Szkoda, że nie wszystkie kompozycje utrzymują podobny poziom
Underworld to album, który pozostawia mieszane uczucia. Z jednej strony mamy doświadczonego gitarzystę, niezłe solówki, energię i kilka utworów, które potrafią przyciągnąć uwagę. Z drugiej – nierówny materiał, stylistyczne rozdrobnienie i zbyt dużo hardrockowego luzu kosztem tego, za co pokochałem klasyczne Savage Grace. Na pewno warto posłuchać i wyrobić swoje zdanie. Jest ciekawiej niż na poprzednim wydawnictwie.
Ocena : 6/10
wtorek, 27 października 2026
KAT - Death is not enough (2026)
Nie zamierzałem z góry przekreślać tej płyty tylko dlatego, że nie ma na niej Romana Kostrzewskiego. Każdy z muzyków ma prawo iść własną drogą, a Piotr Luczyk nadal może rozwijać swoją wizję zespołu. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że bez charakterystycznego głosu Romana, jego osobowości i niepowtarzalnego klimatu Kat staje się zupełnie inną formacją.Sam szyld to za mało, by odtworzyć magię, która sprawiła, że ta formacja zapisała się złotymi zgłoskami w historii polskiego heavy metalu.
Problem polega też na tym, że Piotr Luczyk nie potrafi stworzyć jakieś wyrazistego killera, jakiejś perełki. Niby gra heavy metal, ale to wszystko bardzo zachowawcze i pozbawione pasji, pomysłowością i świeżości. Ciężko coś wynieść z odsłuchu nowej płyty.Guilherme de Siervi w roli wokalisty to akurat słaby punkt nowej płyty. Niby potrafi śpiewać agresywnie i mrocznie. Jednak można odnieść wrażenie, że się męczy i irytuje swoją maniera. Miewa dobre momenty, ale to wg mnie trochę za mało żeby móc mówić o jakiejś wybitnej płycie.
Okładka nie jest może tragiczna, podobnie surowe brzmienie. Niby wszystko się zgadza, niby mamy do czynienia z metalem, ale brakuje mi tutaj autentyczności, charakteru i tego trudnego do uchwycenia pierwiastka, który odróżniał Kat od setek innych zespołów. Problem tkwi nie tylko w wokalu, czy mało pomysłowych melodiach, ale przede wszystkim w kompozycjach.
Album rozpoczyna się mocnym uderzeniem. „Waging War” to jeden z bardziej przekonujących momentów płyty, z konkretnym riffem i refrenem, który ma szansę szybko zapisać się w pamięci. Nie powala na kolana, ale to solidne granie. "Taste of pain" kontynuuje cięższą, bardziej współczesną odsłonę zespołu. Jest metalowy ciężar i odpowiednio mocne brzmienie, ale kompozycja nie wywołuje większych emocji. Oldscholowe patenty słychać w singlowym "dark river", ale utwór jakoś specjalnie nie zapada w pamięci. Miało być mrocznie i z klimatem, ale czuć spory niedosyt. Dalej znajdziemy " haunted by you" w którym brakuje mi tutaj większej dramaturgii i wyrazistych momentów, które uzasadniałyby tak rozbudowaną formę. Troszkę lepiej wypada "Burn it down" w którym band balansuje między hard rockiem i heavy metalem. Jest mrok i toporność., ale czuć znowu niedopracowanie. Trochę lepiej jest rozpędzonym "looking for a fight" w którym coś zaczyna się w końcu dziać. To solidny kawałek o dość banalnej formule. Równie dobrze prezentuje się melodyjny "souless liar" który przemyca klimat lat 80. Sam riff też jest oldscholowy i w końcu wokal bardziej mi przypasował. Jest w tym duch judas priest, saxon czy innych klasycznych zespołów.Album zamyka ponad sześciominutowy „Devil”. To finał, który powinien pozostawić mocne wrażenie, jednak nie zmienia mojego ogólnego odbioru płyty.
Death Is Not Enough” to płyta, której nie chcę skreślać wyłącznie z powodu zmian personalnych. Doceniam próbę kontynuowania historii Kat-a, ale nie zamierzam też udawać, że jest dobrze i dostajemy godny uwagi album. To heavy metal zagrany poprawnie, chwilami nawet interesująco, jednak zbyt często pozbawiony autentyczności i własnej tożsamości. Niby coś tam lepiej niż ostatnie płyty Kat, ale kto szuka echa starego Kata to lepiej posłuchać Mamie czy popiór. Nowy album kat to niestety kolejne rozczarowanie.
Ocena : 5/10
poniedziałek, 26 października 2026
CRYSTAL BALL - Reset (2026)
Szwajcarscy weterani melodyjnego hard rocka wracają z nową energią! Band działa od 1998 i już dawno wypracował swój styl.Crystal Ball 23 października 2026 roku wydali „Reset” – dwunasty album studyjny, który otwiera kolejny rozdział w historii zespołu. Nowy skład, świeża dawka gitarowych riffów i charakterystyczne, chwytliwe refreny mają udowodnić, że ta ekipa wciąż potrafi dostarczyć solidną porcję rockowego grania. To solidny materiał, ale do ideału trochę brakuje.
Tytuł płyty nie jest przypadkowy. Po zmianach personalnych Crystal Ball postanawia złapać drugi oddech, ale nie wyrzeka się swojego sprawdzonego stylu. „Reset” to wciąż melodyjny hard rock z metalowym pazurem, oparty na wyrazistych gitarach, mocnym rytmie i refrenach, które szybko wpadają w ucho. Nie ma tutaj rewolucji ani prób ścigania się z nowoczesnymi trendami. Jest za to konsekwentne granie, które powinno przypaść do gustu miłośnikom klasycznego europejskiego hard rocka. Słychać wpływy Udo, Eclipse czy sinner.
Crystal ball to przede wszystkim rockowy głos Stevena Mageney, który ma swoją charyzmę i odpowiednie technikę. Potrafi nadać całości melodyjności i przebojowego stylu. Dobrze radzi sobie duet gitarzystów Leach/Berger, który balansuje między hard rockiem i heavy metalem. Na uwagę zasługuje również nowa sekcja rytmiczna, którą tworzą perkusista Mike „Mr. Killjoy” Fahrni i basista Chris Lauper. Za produkcję, miks i mastering odpowiada Stefan Kaufmann, znany także z działalności w świecie niemieckiego heavy metalu. Całość otrzymuje brzmienie odpowiednio mocne i czytelne, pasujące do charakteru zespołu.
Album rozpoczyna utwór tytułowy, który od razu pokazuje, że Szwajcarzy nie zapomnieli, jak budować chwytliwe kompozycje. „I Wanna Know” podąża podobnym tropem, natomiast „Fire In Your Heels” dodaje całości więcej dynamiki i gitarowego ognia. „Good To The Bone” stawia na przystępność i stadionowy refren, choć nie każda melodia ma taką samą siłę rażenia. Początek płyty jest udany i zachęca by wysłuchać się w całość. Słychać przede wszystkim wkład Stefana Kaufmanna.
W dalszej części płyty znajdziemy kilka naprawdę interesujących momentów. „Revolving Door” napędzają mocniejsze gitary, a „Back To Square One” wyróżnia się swobodnym, bujającym rytmem. Prawdziwy ogień pojawia się jednak przy „Just Because You Are”, gdzie riffy nabierają ciężaru, oraz „More Is Yet To Come” – jednym z najbardziej przekonujących fragmentów albumu, łączącym melodyjność z konkretnym, metalowym uderzeniem. Niby nie ma tutaj nic odkrywczego, ale słucha się naprawdę przyjemnie. Zwłaszcza kiedy słychać pewne echa twórczości Udo.
Nieco spokojniejsze „Valley Of Tears” i „For Better Or Worse” wprowadzają chwilę wytchnienia, ale niekoniecznie pozostawiają po sobie największe wrażenie. Z kolei „Rotten To The Core” zamyka całość mocnym, energicznym akcentem. To wszystko jest dobre, ale na kolana nie powala.
Nie wszystkie kompozycje trzymają jednakowo wysoki poziom, a momentami przydałoby się więcej drapieżności i mocniejszych riffów. Mimo tego Crystal Ball dostarcza solidną porcję gitarowego grania, z kilkoma naprawdę udanymi momentami. To dobry powrót po zmianach personalnych, choć nie każda kompozycja zostaje w pamięci na dłużej. Niestety czuć spory niedosyt.
Ocena : 6/10
niedziela, 25 października 2026
ARMORY - Echoes of the Astrolight (2026)
Piękna jest ta mroczna, nieco doom metalowa czy Black metalowa okładka. Brawa za wykonanie i klimat. Pięknie to współgra z drapieżnym brzmieniem i pomysłową zawartością. Najważniejszą zmianą jest nowy wokalista, C. Rostoff, który wnosi do muzyki sporo charakteru. Jego wysokie rejestry, ekspresja i umiejętność przechodzenia do niższych partii świetnie współgrają z gitarową nawałnicą. Zespół postawił również na cięższe, mroczniejsze brzmienie, nie rezygnując przy tym z melodii i zawrotnego tempa. Zmiana o dziwo na plus i wnosi sporo świeżości. Wokalista potrafi wnieść na wysokie rejestry i momentami potrafi ocierać się o styl Kinga Diamonda. Strzał w dziesiątkę. Nie można zapomnieć o diecie gitarowy tworzonym przez Sundin/ Ingelman . Panowie stawiają na szybkość, klasyczne patenty, drapieżność i melodyjność. Nie ma tu słabych momentów i brzmi to perfekcyjnie. Wciąż w ich muzyce słychać choćby agent steel czy helstar.
Już otwierający „Return of the True Godz” uderza z siłą rozpędzonego statku kosmicznego. Szybkie riffy, galopująca sekcja rytmiczna i wysokie wokale natychmiast przywołują skojarzenia z Agent Steel oraz Judas Priest. To doskonałe otwarcie dla fanów starej szkoły. Przypominają się klasyki speed metalu lat 80. Mam ciarki i chce więcej. „Interceptor Squadron” to kolejny mocny punkt programu. Dynamiczne zmiany tempa, melodyjne partie gitar i chwytliwy refren sprawiają, że utwór ma wszystko, czego można oczekiwać od rasowego speed metalu. Band utrzymuje wysoki poziom. . Z kolei „Cosmic Dreams” pokazuje bardziej mroczne oblicze zespołu. Cięższe riffy i niepokojąca atmosfera udowadniają, że Armory nie musi nieustannie pędzić na złamanie karku, aby utrzymać uwagę słuchacza.
„Frequencies of Terror” ponownie podkręca obroty. Techniczne zagrywki, świetnie zharmonizowane gitary i efektowne solówki tworzą prawdziwą ucztę dla miłośników gitarowego rzemiosła. Ten utwór przybliża nas do thrash metalowej stylistyki. To kolejny killer na płycie. Instrumentalne „Omens” pozwala natomiast docenić umiejętności muzyków i ich zamiłowanie do rozbudowanych melodii. Jakieś pewne echa Running wild można wyłapać w tej kompozycji. Na szczególną uwagę zasługuje „Sanity Disposed”, w którym zespół skręca w stronę bardziej agresywnego, thrashmetalowego grania. Czuć tutaj ducha wczesnego Slayera, ale Armory zachowuje własną tożsamość.
The Final Invention” rozwija bardziej złożone pomysły, łącząc ciężkie riffy z futurystycznymi elementami i mroczniejszym klimatem. To jeden z ciekawszych momentów albumu. Pomysłowość zespołu imponuje na każdym kroku. Instrumentalne „Spaceworkz” daje chwilę wytchnienia, choć nie każdemu przypadnie do gustu jego spokojniejsza forma. Na szczęście „Astrolith (Rising)” ponownie dostarcza potężnej dawki energii, a zamykający całość „Pillars of Fire” jest prawdziwym popisem gitarzystów. Oj dużo dobrego się dzieje, a band zaskakuje zgraniem i świetnymi pomysłami.
Echoes of the Astrolith” to solidna porcja oldschoolowego metalu, w której szybkość idzie w parze z melodyjnością i technicznym kunsztem. Nowy wokalista dobrze odnalazł się w zespole, a mroczniejsze brzmienie nadało kompozycjom dodatkowej głębi. Każdy utwór to uczta dla fanów speed metalu. Armory to specjaliści w kategorii speed metalu.
Ocena : 9.5/10
sobota, 24 października 2026
AFTER INFINITY -Beyond eternity (2026)
Beyond Eternity pokazuje, że Zsolt Szilagyi ma pomysł na rozwijanie swojego projektu. Różnorodność wokalistów działa na korzyść albumu, a połączenie melodyjnego power metalu z progresywnymi i rockowymi elementami sprawia, że materiał nie staje się monotonny. Zsolt jest zdolny, co już nie raz pokazał w Dreamtale, a i tutaj robi dobrą robotę. Płyta zawiera 9 kompozycji co daje 50 minut muzyki. W zamian za nasz cenny czas dostajemy klasyczny power metal, który został skrojony na wzór lat 90. Jest do rzęs to zagrane, tylko nie wszystkie kompozycje są wysokich lotów.
Otwierający „Crooked Carnival” to teatralny, pełen rozmachu power metal, w którym złowieszcza melodia wprowadza nas w klimat osobliwego, muzycznego przedstawienia. Aitor Arrastia wnosi do kompozycji odpowiednią dawkę ekspresji, a gitarowe partie dobrze współgrają z symfonicznym tłem. Nie da się ukryć, że to jedna z najlepszych kompozycji na płycie. Jest magia i prawdziwy hołd dla klasyki gatunku. Infinite Feeling” zmienia nieco kierunek, stawiając na bardziej rockową przebojowość i chwytliwy refren. Duet Nitte Valo oraz Leonarda F. Guillana dodaje utworowi uroku, a całość pokazuje, że After Infinity nie zamierza kurczowo trzymać się klasycznych powermetalowych schematów. To całkiem lekki i przyjemny utwór, który nieco wzoruje się na dokonaniach Battle beast czy Avantasia.
„King With No Crown” to ukłon w stronę bardziej tradycyjnego, melodyjnego power metalu. Mocniejsze gitary, podniosły charakter i rozbudowane partie wokalne przywołują skojarzenia z neoklasycznym graniem. Paolo Ribaldini dobrze odnajduje się w tej stylistyce, nadając kompozycji odpowiednią siłę. To kolejny mocny punkt na płycie. Jest jeszcze Maybe She's Crying”, czyli znacznie spokojniejsza odsłona albumu. Fortepian i emocjonalny śpiew wysuwają się tutaj na pierwszy plan. To przyjemna, romantyczna ballada, choć jej konstrukcja nie zaskakuje szczególnie oryginalnymi rozwiązaniami. Jak dla mnie mogłoby nie być tej kompozycji. Niestety trochę wieje nudą.
Warty uwagi jest też everlasting Mark” , czyli jeden z najciekawszych utworów na płycie. Sara Strömmer pokazuje tutaj szeroki wachlarz możliwości, przechodząc od melodyjnego śpiewu do bardziej agresywnych partii. Gitary są ostrzejsze, aranżacja nabiera energii, a solówka stanowi dodatkowy atut. To właśnie takich kompozycji chciałoby się usłyszeć więcej. Jest przebojowość i podniosłość, dzięki czemu utwór nabiera przebojowego charakteru. „Eternal Resentment” stawia na szybkość, mocniejszy rytm i bardziej bezpośrednie uderzenie. Nitte Valo wypada tutaj znacznie drapieżniej niż w „Infinite Feeling”, a utwór powinien przypaść do gustu miłośnikom dynamicznego grania w stylu Dreamtale, czy stratovarious. Mocna rzecz i szkoda, że płyta nie ma więcej tego typu perełek. Z kolei „Whisper in the Air” przynosi wyciszenie. Mika Tauriainen nadaje kompozycji bardziej rockowy, melancholijny charakter, a fortepian i skrzypce budują subtelny klimat. Znów wieje nudą i za brakło ciekawego pomysłu.
Na finał otrzymujemy niemal dwunastominutowy „Hands of Time”. To najbardziej rozbudowana kompozycja na płycie, w której After Infinity pozwala sobie na progresywne rozwinięcia i zmiany nastroju. Aitor Arrastia prowadzi utwór przez kolejne muzyczne etapy, a rozbudowane aranżacje pozwalają wybrzmieć zarówno gitarom, jak i symfonicznym dodatkom. Nie wszystkie fragmenty wymagają aż tak długiej formy, ale ambicji i rozmachu temu zakończeniu odmówić nie można.
After Infinity dostarcza solidną porcję melodyjnego metalu, w którym nie brakuje chwytliwych refrenów, ciekawych głosów i symfonicznego rozmachu. Nie jest to album pozbawiony słabszych momentów, ale jego różnorodność i kilka naprawdę mocnych kompozycji sprawiają, że warto dać mu szansę. Fani Sonata Arctica, Helloween czy Symphony X powinni znaleźć tutaj coś dla siebie.
Ocena : 7/10
piątek, 23 października 2026
IOMMI - From the dark (2026)
Za From The Dark stoi prawdziwa metalowa ekstraklasa! Za gitarowe riffy odpowiada oczywiście legendarny Tony Iommi, który jest w bardzo dobrej formie. Za mikrofonem staje jeden z moich ulubionych wokalistów tj Jorn Lande, którego potężny głos idealnie pasuje do mrocznego klimatu kompozycji. Tego pana nie trzeba nikomu przedstawiać. Sekcję rytmiczną tworzą basistka Becky Baldwin i perkusista Karl Brazil, a za klawisze odpowiada Mike Exeter. Dodatkową atrakcją jest gościnny występ Briana Maya z Queen w utworze „Death Wake”. Takie nazwiska to gwarancja wyjątkowego spotkania muzycznych osobowości i prawdziwej uczty dla fanów ciężkiego grania! To wszystko działa na zmysły i czyni ten album jeszce bardziej atrakcyjnym.
„Beyond The Dead” pokazuje nieco inne oblicze tego wydawnictwa. Jest bardziej posępnie, majestatycznie i filmowo, a ciężkie riffy przeplatają się z rozbudowanymi aranżacjami. Iommi doskonale wie, jak budować napięcie, nie tracąc przy tym własnego charakteru. Czuć tu rozmach, epickość i podniosłość. Niektóre zagrywki tutaj przypominają ostatni album Black Sabbath. Z kolei „Stormwatcher” to kompozycja, w której monumentalność spotyka się z melodyjnością. Lande czuje się w takim materiale znakomicie, potrafiąc nadać każdej frazie odpowiedni ciężar emocjonalny. To właśnie w takich momentach najmocniej doceniam jego talent – nie tylko imponuje skalą głosu, ale przede wszystkim potrafi nadać muzyce osobowość. Utwór zachwyca mocnym i melodyjnym riffem i czuć ten błysk geniuszu.
Death Wake” to kolejny mocny punkt albumu, a dodatkową atrakcją jest gościnny występ Briana Maya. Spotkanie dwóch tak charakterystycznych gitarzystów to coś, co samo w sobie zasługuje na uwagę. Miło jest usłyszeć znów tych dwóch genialnych gitarzystów razem. Tom kolejna kompozycja nastawiona na klimat, emocje i mrok. Tutaj właśnie emocje grają pierwsze skrzypce. „Return Of The Arbalist” podkręca tempo i dostarcza kolejnej porcji gitarowego ognia, natomiast finałowe „Legacy” zamyka całość w bardziej rozbudowany, epicki sposób. To odpowiednie zakończenie albumu, który od początku do końca opiera się na sile kompozycji, charakterystycznym brzmieniu i osobowości muzyków.
From The Dark to dla mnie coś więcej niż powrót legendy. To spotkanie moich muzycznych idoli, spełnienie marzenia o usłyszeniu Jorna Lande w świecie Tony'ego Iommiego i album, który przypomina, dlaczego pokochałem heavy metal. Nie potrzeba tutaj zbędnych fajerwerków ani nowoczesnych sztuczek – wystarczą potężne riffy, wielki głos i muzycy, którzy doskonale wiedzą, co robią. Dostajemy prawdziwe heavy metalowe święto, które smakuje tym lepiej, że stoi za nim człowiek współtworzący historię tego gatunku. Jedno z moich marzeń muzycznych się spełniło. Warto było czekać.
Ocena : 9.5/10
czwartek, 22 października 2026
STREAMER - Into the void (2026)
środa, 21 października 2026
CHAOS CONTROL - Chaos Control (2026)
Japońska scena metalowa nie raz udowadniała, że potrafi zaskakiwać rozmachem, techniką i niezwykłym wyczuciem melodii. Chaos Control doskonale wpisuje się w tę tradycję, a najnowszy album to prawdziwy pokaz siły, w którym melodyjność ściera się z agresją, a metalowa energia spotyka się z kompozytorskim rozmachem. To materiał, obok którego trudno przejść obojętnie – szczególnie jeśli w power metalu szuka się czegoś więcej niż tylko sprawdzonych schematów.
"Chaos Control” to trzeci album studyjny i udowadnia, że japońska scena metalowa wciąż potrafi dostarczyć materiału pełnego energii, melodii i rozmachu. Zespół, poruszający się na pograniczu power metalu i metalcore’u, przygotował dwanaście kompozycji, a nowym wokalistą formacji został Jinn. Premiera płyty odbyła się 21 października za sprawą repentless records. Sam band tym albumem pozytywnie zaskoczył. Muzycznie przypomina trochę Bloodorn, Persuader czy Primal Fear.
wydawnictwo, które przyciąga uwagę już samym zestawieniem melodyjnego podejścia z cięższym, bardziej agresywnym obliczem metalu. Chaos Control nie musi wybierać między chwytliwymi melodiami a gitarową mocą – właśnie w połączeniu tych elementów tkwi największy potencjał zespołu. Słychać tu kierunek atrakcyjny dla fanów europejskiego power metalu, ale z charakterystyczną dla japońskich wykonawców dbałością o rozbudowane partie instrumentalne i efektowne rozwiązania.
To wydawnictwo, które przyciąga uwagę już samym zestawieniem melodyjnego podejścia z cięższym, bardziej agresywnym obliczem metalu. Chaos Control nie musi wybierać między chwytliwymi melodiami a gitarową mocą – właśnie w połączeniu tych elementów tkwi największy potencjał zespołu. Słychać tu kierunek atrakcyjny dla fanów europejskiego power metalu, ale z charakterystyczną dla japońskich wykonawców dbałością o rozbudowane partie instrumentalne i efektowne rozwiązania. Chaos Control to przede wszystkim znakomicie zgrany duet gitarzystów. Tamotsu i Kaneko stawiają na agresję, drapieżność i przebojowość. Jest w tym pasją i pomysłowość. Całość spina charyzmatyczny wokal Jinn.
Na płycie znajdziemy 12 kompozycji i płyta kryje sporo killerów. "Into the Void” otwarcie, które idealnie pasuje do budowania atmosfery i wprowadzenia słuchacza w świat zespołu. Band startuje od mocnego uderzenia. Szybko wkracza singlowy "after the call", który pokazuje potencjał tej grupy. Jak to świetnie brzmi i praca gitar imponuje od początku. Więcej mroku i topornego charakteru znajdziemy w "Evil eyes". Chaos Control specjalizuje się w szybkim, drapieżnym power metalu i to potwierdza killer w postaci "the sign". Przepiękne wejście perkusji i pomysłowe partie gitarowe. Kocham taki power metal. Trochę tempo siada przy spokojniejszym "fading away", który jest najsłabszym ogniwem. Pewne echa gamma Ray czy Primal Fear można wyczuć w agresywniejszym "tides of Time". Miłym dodatkiem są tutaj pewne elementy progresywne. Główny motyw "other side of me" mocno nawiązuje do thrash metalowej stylistyki. Band zaskakuje techniką i talentem. Chaos Control pokazuje jak świetnie łączy agresję i przebojowość. Utwór ma coś z Persuader.
Jest jeszcze klasycznie brzmiący " lost Universe", który mocno wzoruje się na dokonaniach Gamma Ray, Helloween czy wczesnego dragonforce. Znalazło się miejsce na bardziej rozbudowany utwór i "all is one" świetnie sprawdza się w tej roli. Band zaskakuje jak może i nie ma miejsce na nudę. Pełen agresji power metal z nutką thrash metalu wraca w "hollow" i brzmi to obłędnie. Jest w tym świeżość i dbałość o detale. Mocna rzecz. Podobne emocje wzbudza energiczny "until the end" , który w pełni oddaje piękno power metalu. Całość zamyka melodyjny i agresywny "World of insanity" , który nie kryje zapędów do thrash metalu. Świetne podsumowanie całości.
Chaos Control” to album, który zasługuje na uwagę fanów melodyjnego, dynamicznego metalu. Japońska formacja kontynuuje swoją drogę, stawiając na połączenie powermetalowej melodyjności z cięższymi gitarami i nową jakością wokalną. Zmiana wokalisty mogła stanowić wyzwanie, ale nowy rozdział w historii zespołu zapowiada się obiecująco. Brawa za pomysłowe i godne zapamiętania partie gitarowe. Jedna z najlepszych płyt roku 2026 i prawdziwa uczta dla fanów power metalu.
Ocena :9.5/10
wtorek, 20 października 2026
BOGUSŁAW BALCERAK'S CRYLORD - Birds of Steel (2026)
poniedziałek, 19 października 2026
GLORYHAMMER - Space 1993 : Wrath of Kor Virliath (2026)
sobota, 17 października 2026
TEMPERANCE - Arcani (2026)
Jedno spojrzenie na kolorystyczną i magiczną okładkę nowej płyty Temperence i od razu na myśl przychodzi okładka "Tarot" Dark Moor. Nic różnego, bo obie płyty poruszają sprawy związane z kartami tarota. Najlepsze jest w tym to że na obydwu płytach pojawia się wokale damsko- męskie. Włoski Temperance to zespół z wielkim potencjałem, ale dopiero nowy album tej grupy mną pozamiatał i stał się z miejsca ich najlepszym wydawnictwem. "Arcani" ukazał się 16 października nakładem Napalm Records. Zespół ponownie łączy melodyjny power metal z symfonicznym rozmachem, rozbudowanymi harmoniami wokalnymi i nowoczesnymi aranżacjami. Jedna z najmilszych niespodzianek roku 2026.
Nie jest to propozycja dla zwolenników surowego, klasycznego heavy metalu. Temperance stawia na efektowność, chwytliwe refreny i bogate partie wokalne, przywodzące na myśl dokonania takich zespołów jak Nightwish czy Visions of Atlantis. Największym atutem pozostaje tutaj współpraca trzech głosów – Kristin Starkey, Michele Guaitoliego i Marco Pastorino – które nadają kompozycjom teatralnego charakteru. Właśnie te pojedynków wokalne, to budowanie świata Temperance i to jest mocny atut tej formacji.
Pięknie układa się współpraca gitarzysty Pastorino z partiami klawiszowymi Guaitoli. Panuje między nimi chemia i tworzą coś wyjątkowego. To przedkłada się na jakość zawartości. Płyta zawiera 13 utworów i jest to prawie godzinny materiał. Jest zróżnicowanie, jest pasją i miłość do melodyjnego power metalu. Pełno tutaj pięknych melodii i emocji.
Płytę otwiera przebojowy "the fool". To bardzo mocne otwarcie, w którym podniosły rytm, rozpędzone zwrotki i nośny refren tworzą efektowną wizytówkę albumu. Już na wstępie czuć, że czeka nas wyjątkowa płyta. Drugi utwór to "The Magician: Into the Fire” i jest to bardziej dynamiczna odsłona zespołu, z męskim wokalem na pierwszym planie i wyraźnie powermetalowym charakterem. Ten podniosły charakter jest uroczy. Moim faworytem z miejsca stał się bardziej emocjonalny i nastrojowy "Death: Right Before We Die”. To spokojniejsza, emocjonalna kompozycja, w której najważniejszą rolę odgrywają melodie wokalne i stopniowo budowane napięcie. Prawdziwy pokaz talentu i geniuszu muzyków.
Na uwagę zasługuje "The Tower: Lean Into Fear” – mroczniejszy, mocniej osadzony w hard rocku utwór, dający Kristin Starkey okazję do zaprezentowania mocniejszej strony głosu. To taki stadionowy hymn, który rozgrzeje każdy koncert. Pełno tutaj hitów i The Devil: Sin, Sin, Sin” to znakomity tego przykład . Jeden z najbardziej przebojowych utworów na płycie. Chwytliwy refren i wielogłosowe partie wokalne sprawiają, że utwór ma spory potencjał koncertowy. Więcej symfonicznego charakteru dostajemy w The "chariot: Alla Ricerca dell’America” – wyróżnia się wykorzystaniem języka włoskiego oraz bardziej operowym podejściem do wokali.
Justice: Shame & Glory” to kolejna porcja triumfalnych melodii i symfonicznego rozmachu. Band idzie droga emocjonalnego melodyjnego metalu i to zdaje egzamin. Można pochwalić za "The Star: Surrender Control” , który pokazuje bardziej nowoczesne oblicze grupy, łącząc syntezatorowe brzmienia z rockowym refrenem. Utwór wpada w ucho. Kolejna petarda na płycie to "wheel of Fortune: Come and Call Me” . To szybki, energiczny numer, który wyróżnia się rozbudowanymi harmoniami wokalnymi i mocnym refrenem. W takiej stylizacji band wypada bezbłędnie.
Jest jeszcze "The Moon: The Man of Moonlight” – melodyjny utwór o symfonicznym charakterze, przywołujący skojarzenia z bardziej przebojowym obliczem Nightwish. Nad potrafi też tworzyć rozbudowane i pełne smaczków kompozycje. Potwierdza to The Hanged Man: Petrichor” . To kompozycja, w której akustyczne fragmenty przeplatają się z cięższymi riffami, operowymi wokalami i dynamiczną perkusją. Całość wieńczy akustyczny i trochę nijaki " the World".
„Arcani” to bez wątpienia najlepsze wydawnictwo w dorobku Temperance! Album zachwyca chwytliwymi melodiami, świetnymi refrenami i znakomitymi partiami wokalnymi. Włoska formacja pokazuje się tutaj z najlepszej strony, dostarczając power metal na najwyższym poziomie!
Ocena : 9.5/10
piątek, 16 października 2026
SIGNUM REGIS - Beyond Spacetime (2026)
Największą zaletą „Beyond Spacetime” jest umiejętne połączenie galopujących gitar, melodyjnych refrenów, neoklasycznych ozdobników oraz bardziej progresywnych fragmentów. Zespół nie rezygnuje ze swoich power metalowych korzeni, ale stara się nadać kompozycjom bardziej rozbudowany charakter. Słychać nacisk na technikę, monumentalne partie wokalne i aranżacje, które nie zawsze podążają najprostszą drogą do refrenu. Band ma pomysł na siebie i jest w tym potencjał.
Wśród potencjalnych punktów odniesienia można wymienić Stratovarius, Theocracy czy Primal Fear, choć Signum Regis zachowuje własną tożsamość. To muzyka dla fanów europejskiego power metalu, którzy lubią zarówno prędkość, jak i bardziej wyszukane rozwiązania instrumentalne.
Nie wszystko jednak działa idealnie. Rozbudowane aranżacje bywają przeładowane, a częsta zmiana wokalistów może sprawiać wrażenie, że słuchamy kilku różnych odsłon zespołu zamiast jednej konsekwentnej płyty. Czuć brak konsekwencji i dopracowania by powstało coś wielkiego. Niby jest dobrze, ale zabrakło ostatecznego szlifu aby powstało coś wyjątkowego. Wielkie nazwiska i kilka świetnych pomysłów to za mało, żeby powstal album idealny.
Nowy album zawiera 51 minut muzyki rozpisanej na 13 kompozycji. Na pierwszy ogień idzie bardzo udany "Time to pay"".Mocne otwarcie z Timem „Ripperem” Owensem za mikrofonem. Jego charakterystyczny, wysoki i agresywny głos idealnie pasuje do szybkiego power metalu. To utwór, który od początku ustawia wysoko poprzeczkę pod względem energii. Dalej jest "back to zero" , o nieco hard rockowym zacięciu. To bardziej wyważona kompozycja, w której istotną rolę odgrywa chwytliwy refren. Zamiast nieustannego pędu dostajemy nieco więcej przestrzeni dla melodii.
Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest " Free again" i szkoda że cała album nie ma takiej energii i świeżości. Powrót do szybszego tempa i klasycznej power metalowej energii. Jota Fortinho wnosi inną barwę niż Owens, a łagodniejsze linie melodyczne refrenu kontrastują z mocniejszym instrumentalnym podkładem. W końcu dostajemy power metal wysokich lotów. Trochę słabszy jest bardziej progresywny "Throne of gold" który nie wywołuje już takich emocji.
Band wraca na właściwe tory przy okazji rozpędzonego "Beyond spacetime". Utwór tytułowy rozwija kosmiczny, podniosły charakter albumu. To właśnie tutaj najbardziej pasuje skojarzenie z melodyjnym power metalem spod znaku Stratovarius: szybkie partie, przestrzenne melodie i bazowanie na klasycznych patentach. Oj przypominają się złote lata 90. Z kolei więcej progresji i nowoczesnych ozdobników znajdziemy w "Into the rabbit hole". Kolejny mocny punkt płycie to oldscholowy "demon lord", który w pełni oddaje charakter zespołu i piękno power metalu. Band próbuje nieco na siłę tworzyć bardziej progresywne kompozycje i to pokazuje "morning dawn".Rozbudowana kompozycja, w której kontrastują szybsze fragmenty i spokojniejsze melodie. Ralf Scheepers wnosi mocny, rozpoznawalny wokal, a bardziej kręta konstrukcja sprawia, że utwór nie jest wyłącznie kolejnym prostym power metalowym galopem.
Beyond Spacetime” to solidna porcja melodyjnego power metalu, w której nie brakuje kilku ciekawych przebłysków. Niestety, nie wszystkie kompozycje trzymają równy poziom, a całość nie pozostawia po sobie większego niedosytu. Przyzwoity album, ale bez fajerwerków.
Ocena : 6/10
środa, 14 października 2026
ALFAR QUEST - The face Beyond Time (2026)
Najważniejszym punktem odniesienia jest tutaj europejska szkoła symfonicznego power metalu. Słychać inspiracje kierunkiem wyznaczonym przez Rhapsody, a także bardziej współczesnym, baśniowym podejściem znanym z Twilight Force. Do tego dochodzą melodyjność Stratovarius, techniczny szlif Angra oraz pewne ozdobniki rodem z wczesnego dark Moor. To właśnie takie połączenie stanowi fundament muzycznej tożsamości grupy. Na szczególną uwagę zasługuje udział Fabio Lione, jednego z najbardziej rozpoznawalnych wokalistów związanych z włoskim power metalem. Jego obecność w utworach „The Mage”, „The Cleric, Pt. 1” oraz „Into the Crystal Deep” jest mocnym atutem całego przedsięwzięcia. Idealnie sprawdza się w takim graniu i jest nie lada gratką dla fanów power metalu.
Alfar quest to przede wszystkim utalentowany wokalista Max Cruz, który potrafi budować klimat fantasy. Ma charyzmę, odpowiednią technikę, a jego specjalnością są wysokie rejestry. Warto też pochwalić zgrany duet gitarowy w postaci Cruz/Guerra , który stawia na klasyczne patenty, podniosłość i przebojowość.
Band przygotował 13 kompozycji, co daje nam 54 minuty. Zaczyna się od klimatycznego intra. Prawdziwa zabawa uczta zaczyna się przy utworze "into the crystal deep". Riff rodem z klasycznych płyt Stratovarious, Rhapsody czy Dark Moor. Piękne ozdobniki, duża dawka energii i pomysłowe rozwiązania na aranżację. Rasowy power metal w najlepszym wydaniu. Dalej dwie części "The cleric", który stanowi hołd dla power metalu lat 90. Świetnie prezentuje się ten utwór z gościnnym udziałem Fabio Lione. Podobne emocje wywołuje rozbudowany i pełen smaczków " the thief" który przemyca patenty znane choćby z dark Moor. Jest pomysłowość i jakość. Nastrojowy jest "The mage" i czuć magiczny klimat. Znalazło się też miejsce na bardziej rozbudowany i złożony "the great Coral tree". To kwintesencja symfonicznego power metalu. W ucho wpada przebojowy "Diggy Diggy hole" z repertuaru The Yoagcast.
The Cave Beyond Time to projekt, który stawia przede wszystkim na opowieść, świat fantasy i charakterystyczną dla europejskiego power metalu skłonność do rozbudowanych konceptów. Àlfar Quest czerpie z tradycji Rhapsody, a udział Fabio Lione dodatkowo podkreśla ten kierunek. Fani symfonicznego power metalu powinni tego posłuchać.
Ocena : 8/10




















