niedziela, 13 września 2026

HARLOTT - Exsequiis (2026)


 Harlott to jedna z tych nazw, które w XXI wieku zrobiły naprawdę dużo dla odrodzenia klasycznego thrash metalu. Australijczycy z Melbourne działają od 2006 roku, a już debiutancki „Origin” z 2013 roku pokazał, że mamy do czynienia z zespołem, który doskonale rozumie, na czym polega siła starego thrashu. Później były jeszcze „Proliferation”, „Extinction” i świetny „Detritus Of The Final Age” z 2020 roku. Na nowy album przyszło nam czekać aż sześć lat, więc oczekiwania wobec „Exsequiis” były spore. Tym bardziej że Harlott przez lata wyrobił sobie własny charakter i nie jest już tylko kolejną ekipą próbującą kopiować Slayera czy Exodus. Premiera płyty miała miejsce 11 września 2026 roku.

I powiem od razu – było warto czekać. „Exsequiis” to dla mnie nie tylko najlepszy album Harlott, ale jeden z najmocniejszych thrashowych materiałów, jakie ukazały się w 2026 roku. Australijczycy wracają tutaj z ogromną energią, ale jednocześnie pokazują, że przez sześć lat nie stali w miejscu. To nadal bezkompromisowy thrash metal, ale bardziej rozbudowany, dojrzalszy i jeszcze lepiej przemyślany pod względem kompozycji. Band jest na scenie od 20 lat i ma na koncie pięć albumów studyjnych, ale najlepszy okazał się ten najnowszy. Zespół stanął na wysokości zadania i nagrał album bezbłędny. Przede wszystkim dojrzały, przemyślany, agresywny i wypchany hitami. To nie tylko szybkie granie do przodu. To rozrywka najwyższych lotów.

Największą siłą „Exsequiis” są jednak gitary. Harlott nie ogranicza się do prostego łupania w stylu retro-thrash. Owszem, fundamentem jest klasyka lat 80. i początku lat 90., ale pojawia się tutaj również sporo bardziej technicznych rozwiązań, zmian tempa i ciekawych przejść. Czasami można odnieść wrażenie, że muzycy chcą pokazać, ile jeszcze można wycisnąć z klasycznej formuły thrash metalu. I właśnie dlatego ten album brzmi świeżo, mimo że jego korzenie są bardzo mocno osadzone w przeszłości. Duet Hudson/Bartley imponuje zgraniem i pomysłowością. Technicznie wymiatają, ale potrafią też zadbać o melodyjny aspekt. Jest w tym agresja i pomysłowość. To jest prawdziwa siła zespołu. Całość świetnie spina utalentowany i rasowy thrashmetalowy wokalista Andrew Hudson, który nadaje muzyce agresji i przebojowości.

Nowy album to 11 kawałków dających 46 minut muzyki. Same killery i świetne strzały, które potwierdzają, w jak świetnej formie jest zespół. Już „Incipiam”, czyli krótkie intro, buduje odpowiednie napięcie przed właściwym atakiem. A ten przychodzi wraz z „Void”. To właśnie taki Harlott, jaki lubię najbardziej – szybkość, agresja, świetne riffy i wokal Andrew Hudsona, który nie próbuje być przesadnie melodyjny. Jest za to wściekłość i odpowiednia dawka jadu. Gitary momentami brzmią jak połączenie klasycznego Slayera, Kreatora i Exodus, ale Australijczycy mają wystarczająco dużo własnych pomysłów, żeby nie można było nazwać tego zwykłą kopią. Mocny start, a to dopiero początek.

Messiah Simplex” pokazuje z kolei bardziej melodyjną stronę zespołu. Nadal jest ciężko i szybko, ale pojawia się więcej chwytliwych fragmentów oraz świetnych gitarowych harmonii. To właśnie takie momenty sprawiają, że „Exsequiis” nie jest jednowymiarową płytą. Harlott potrafi przyspieszyć, zwolnić, dorzucić mocniejszy riff albo rozbudowane solo i cały czas zachować charakterystyczną thrashową energię. Każdy znajdzie coś dla siebie, a band nie gra na jedno kopyto, za co duży plus.

Trial By Liar” to jeden z najbardziej przebojowych numerów na płycie. Mocny początek, świetny riff i tempo, które od razu porywa. To utwór, który aż prosi się o granie na koncertach. Nie brakuje tutaj agresji, ale jest też ten bardzo ważny element, którego czasami brakuje młodym zespołom thrashowym – zapamiętywalność. Thrash metal w najlepszym wydaniu, który w pełni oddaje piękno tego gatunku. Znakomity hołd dla takich wielkich graczy jak Slayer, Exodus czy Testament.

Bardzo dobrze wypada również „The God That Knows No Name”. Początek jest nieco spokojniejszy, bardziej heavy metalowy, ale później utwór nabiera mocy i przechodzi w klasyczny, ciężki thrashowy riff. To jeden z tych numerów, w których Harlott pokazuje, jak dobrze potrafi budować napięcie. Z kolei „Kleptogenesis” to już prawdziwa jazda bez trzymanki. Szybkość, agresja i riffy, przy których trudno usiedzieć w miejscu.

Dalej mamy zadziorny, niezwykle agresywny „A Still More Glorious Dawn Awaits”, który utrzymany jest w bardziej stonowanym tempie. Zaskakuje tutaj bardziej heavy metalowe oblicze zespołu i brzmi to naprawdę obłędnie. Techniczny thrash metal pojawia się też w przebojowym „The Joyful Stain”. Trochę przypomina mi się twórczość Death Angel czy Overkill. Elementy heavy metalowe dodają uroku całości. Podobne emocje wzbudza mroczny „Ending”, który momentami przypomina dokonania Anthrax.

Rozpędzony „Vice Borne” nie bierze jeńców. Thrashmetalowa petarda i tak, moi drodzy, gra się thrash metal! Co za moc i pasja. Całość zamyka tytułowy utwór, który jest pięknym zwieńczeniem całości. To kolejny thrashmetalowy killer na płycie.

Po sześciu latach oczekiwania Harlott wrócił mocniejszy niż kiedykolwiek. „Exsequiis” to album niezwykle równy, pełen znakomitych riffów i utworów, które zostają w głowie. Nie ma tutaj przypadkowych kompozycji ani dłużyzn. Jest za to mnóstwo energii, agresji i tego charakterystycznego uczucia, że słucha się zespołu, który naprawdę wierzy w swoją muzykę.

Harlott zrobił album, który spokojnie może stanąć obok najlepszych współczesnych płyt thrashmetalowych. „Exsequiis” pokazuje, że klasyczny thrash wciąż może być świeży, wściekły i ekscytujący. Dla mnie to zdecydowanie najlepsza płyta Australijczyków i jeden z kandydatów do ścisłej czołówki mojego podsumowania 2026 roku. Jedno z największych zaskoczeń tego roku.

Ocena: 10/10

KILLER - The grand finale (2026)


 Killer to jedna z tych nazw, które dla fanów starego heavy metalu mają szczególne znaczenie. Belgowie nigdy nie osiągnęli popularności takich zespołów jak Judas Priest, Accept czy Motörhead, ale od początku grali swoją muzykę bez oglądania się na trendy. Ich klasyczne płyty z lat 80. przyniosły im miejsce w europejskim podziemiu szybkiego, surowego heavy metalu. Po wielu latach działalności przyszedł jednak czas na pożegnanie. „The Grand Finale” to ostatni studyjny album Killera i już sam tytuł mówi właściwie wszystko. Band jest znany przede wszystkim z lat 80. i solidnych płyt, więc jestem ciekaw, co przygotowali na swój pożegnalny album studyjny. Jedno jest pewne – dostajemy tutaj jedną z najlepszych okładek metalowych 2026 roku, a na pewno najlepszą w dorobku zespołu. Czy z muzyką jest tak samo? Premiera płyty miała miejsce 11 września.

Jest dobrze i na pewno jest to solidny, przemyślany album, który nie przynosi zespołowi wstydu. Nie jest to ani najlepszy, ani najgorszy album w dorobku Killera. Na pewno oddaje styl i charakter zespołu oraz mocno nawiązuje do lat 80., co jest sporym atutem. Muzycznie nie ma tutaj żadnej próby dostosowania się do współczesnych standardów. Killer pozostaje wierny temu, co robił przez większość swojej kariery – jest szybko, głośno, surowo i bardzo klasycznie. Słychać tutaj ducha brytyjskiego heavy metalu, sporo rock'n'rollowej energii, prostych, ale skutecznych riffów oraz charakterystyczną motörheadowską bezpośredniość. To muzyka, która nie potrzebuje skomplikowanych aranżacji, żeby działać. Najważniejsze są riff, rytm i odpowiednia dawka energii. W ich muzyce słychać coś z Saxon, Judas Priest czy Tank.

Killer to przede wszystkim gitarzysta Shorty, który jest jedyną pozostałą osobą ze starego składu. To za jego sprawą album zawiera klasyczne riffy i czuć na nim klimat lat 80. Jest też wokalista i basista Jakie, który dobrze sobie radzi. Nie jest to jednak taki typ wokalu, który imponuje i sieje zniszczenie. Zawodzi tutaj nie tylko barwa głosu, ale przede wszystkim technika.

Album otwiera „Loaded Gun” i już tutaj wiadomo, że Belgowie nie zamierzają żegnać się ze sceną w spokojny sposób. To szybki, konkretny numer oparty na klasycznym heavy-metalowym riffowaniu. To naprawdę znakomita mieszanka Motörhead i Judas Priest. Jest klasycznie i z pomysłem. Szkoda, że cała płyta nie jest tak ostra i przebojowa.
Welcome In The Real World” jest nieco bardziej melodyjny, ale nadal utrzymany w typowym dla Killera stylu. Ta surowość i prostota bardzo dobrze oddają klimat lat 80. i belgijskiej sceny. Tytułowy „The Grand Finale” brzmi natomiast jak świadome podsumowanie całej kariery – prosty, chwytliwy i pełen charakterystycznego dla zespołu hardrockowego pazura. To jeden z najlepszych utworów na płycie. Jest energia i pazur.
Jednym z ciekawszych momentów płyty jest „Gone Too Soon”. To najdłuższy utwór na albumie i zarazem kompozycja bardziej refleksyjna. Spokojniejsze fragmenty przechodzą w cięższy refren, a gitarowe partie mają zdecydowanie bardziej bluesowy, rockowy charakter. Jest w tym utworze coś, czego na typowo szybkich numerach Killera nie zawsze można znaleźć – pewna zaduma i świadomość, że rzeczywiście mamy do czynienia z pożegnaniem. Z mocniejszym wokalem utwór byłby jeszcze ciekawszy.

Dalej zespół wraca do swojej podstawowej broni. „Roll The Dice”, „Hard Day Coming” czy „In The Eye Of The Storm” pokazują, że mimo upływu lat Killer wciąż potrafi zagrać prosty heavy metal w taki sposób, żeby chciało się machać głową. Szczególnie „Hard Day Coming” opiera się na bardzo nośnym riffie, który od razu zostaje w głowie. „In The Eye Of The Storm” jest z kolei jednym z najbardziej bezpośrednich i koncertowych fragmentów całego albumu. To taki rasowy, klasyczny heavy metal zakorzeniony w latach 80. Zamykający "what you see is what you get" to piękny hołd dla twórczości Motorhead.

„The Grand Finale” nie jest więc płytą, która próbuje udowodnić, że Killer nagle stał się najważniejszym zespołem heavy metalowym na świecie. To po prostu szczere pożegnanie grupy, która przez 46 lat robiła swoje. Zamiast kombinować, Belgowie postawili na sprawdzoną receptę: riff, tempo, melodia, charakterystyczny wokal i dużo starego heavy-metalowego ducha. Zawodzi na pewno wokal, a także fakt, że materiał jest trochę nierówny i nie ma tutaj wielkich hitów.

Killer kończy swoją historię dokładnie tak, jak powinien – bez kompromisów i bez udawania kogoś, kim nigdy nie był. „The Grand Finale” to porządna dawka starego, surowego heavy metalu, która może szczególnie przypaść do gustu fanom wczesnego Motörhead, NWOBHM i klasycznego europejskiego grania.

Ocena: 7/10

sobota, 12 września 2026

CARBONIC FIELDS - Spiritual Mentis (2026)


 Carbonic Fields to francuska formacja, która jak na razie nie przebiła się jeszcze do szerokiej świadomości fanów ciężkiego grania, ale „Spiritus Mentis” pokazuje, że zdecydowanie ma na to argumenty. Jest to drugi album zespołu i jednocześnie materiał znacznie bardziej dojrzały oraz rozbudowany od debiutu. Francuzi postawili tutaj na melodyjny death metal, ale nie zamknęli się w jednym schemacie. Pojawiają się elementy progresywne, symfoniczne, ciężkie i bardziej klimatyczne, dzięki czemu album ma swój charakter. Płyta miała swoją premierę 7 września i jest to album, który przypadnie do gustu fanom symfonicznego oraz melodyjnego death metalu.

Największą zaletą „Spiritus Mentis” jest chyba to, że Carbonic Fields nie próbuje na siłę udowadniać, jak bardzo jest ekstremalny. Zespół rozumie, że sam ciężar nie wystarczy. Potrzebne są melodie, odpowiednia atmosfera i dobre kompozycje. Dzięki temu mamy tutaj trochę szwedzkiego melodyjnego death metalu, trochę progresji i symfoniki, ale wszystko zostało połączone w całkiem spójną całość.

Carbonic Fields to przede wszystkim zadziorny i drapieżny wokal Thomasa D'Herbomeza, który pasuje do tego, co gra zespół, i nadaje całości odpowiedniej agresji. Ważną rolę odgrywa bez wątpienia gitarzysta Mathieu Méheust, który stara się postawić na urozmaicone partie gitarowe i przebojowość. Dzięki niemu dużo dobrego dzieje się na płycie i nie brakuje tutaj hitów. To przekłada się na zawartość albumu i jego poziom.

Od początku słychać, że nie jest to zespół nastawiony wyłącznie na brutalność. „In The Storm” przynosi mocne riffy, growling i konkretną dawkę agresji, ale obok tego pojawiają się melodie oraz partie gitarowe, które nadają utworowi większej przestrzeni. Momentami można tutaj wyczuć ducha szwedzkiego melodyjnego death metalu, ale Carbonic Fields nie próbuje być kopią In Flames czy Dark Tranquillity. Francuzi dodają do tego własne, bardziej progresywne i symfoniczne rozwiązania.

Bardzo dobrze wypada „Porcelain Face”, gdzie zespół pokazuje, że potrafi zwolnić i zbudować odpowiedni klimat. To właśnie takie kompozycje sprawiają, że „Spiritus Mentis” nie męczy po kilku utworach. Mamy zmianę tempa, ciężar, melodie i momenty, w których muzyka staje się bardziej przestrzenna.

Devil(s)wing” zaskakuje formą i takim bardziej komercyjnym charakterem. To śliczny kawałek o nieco folkowym zabarwieniu. Z kolei „Go(d)escent” pokazuje, że Carbonic Fields coraz lepiej radzi sobie z łączeniem ciężaru z atmosferą.

Jednym z ciekawszych punktów płyty jest „Pentacrual”. To numer mocny, mroczny i niepokojący, ale jednocześnie zachwyca pozytywną energią. Za bardzo zespół kombinuje natomiast w „Let Us Prey” i chyba chciał tutaj za dużo zaprezentować. Wdziera się chaos i próba kombinowania na siłę.

Próbują zaskoczyć w bardziej komercyjnym „Ghost Still Follow” czy rozpędzonym i agresywnym „False Messiah”. W efekcie dostajemy zróżnicowany i solidny materiał.

Francuzi nie są jeszcze wielką nazwą, ale po takim albumie zdecydowanie warto zapamiętać Carbonic Fields. „Spiritus Mentis” pokazuje zespół, który ma pomysł na siebie i przede wszystkim nie boi się rozwijać swojego stylu. Dla fanów melodyjnego death metalu z progresywnym i symfonicznym zacięciem jest to naprawdę solidna pozycja.

Ocena: 7/10


piątek, 11 września 2026

TYGERS OF PAN TANG - Electrifyed (2026)


 Tygers Of Pan Tang to jedna z tych nazw, których chyba żadnemu fanowi klasycznego heavy metalu przedstawiać nie trzeba. W latach 80. byli ważną częścią NWOBHM i właśnie wtedy wydali swoje najlepsze płyty. Potem była cisza, aż w 1999 r. wrócili na nowo, szukając swojej tożsamości i własnego charakteru. Ostatnie płyty brytyjskiego Tygers Of Pan Tang pokazały, że zespół umiejętnie balansuje między hard rockiem a klasycznym heavy metalem. Takie płyty jak „Ritual” dowodzą, że ten zespół stać jeszcze na wartościowy i godny uwagi album.

Teraz, po trzech latach, przyszedł czas na 14. album studyjny zatytułowany „Electrifyed”, który ukazał się 11 września nakładem Mighty Music. Nie jest to może drugi „Ritual” ani coś na miarę płyt z lat 80., ale to całkiem solidny album od weteranów NWOBHM.
Nie ma tutaj przesadnego kombinowania ani próby przypodobania się współczesnym trendom. Jest riff, solówka, mocny wokal i rytmika, która od razu przypomina, dlaczego brytyjski heavy metal z przełomu lat 70. i 80. miał w sobie tyle charakteru. Tygers Of Pan Tang nie udają młodego zespołu. Grają tak, jak chcą, i właśnie dzięki temu „Electrifyed” ma swój urok. Grają swoje i pod tym względem nie kombinują.

Dużo frajdy daje słuchanie gitar. Robb Weir nadal wie, jak zbudować riff, który nie potrzebuje żadnych ozdobników, żeby dobrze zabrzmieć. Nowy gitarzysta John Footitt również wnosi sporo do tego materiału i momentami właśnie gitarowa współpraca jest jednym z jego najmocniejszych punktów. Nie chodzi tutaj o wyścig, kto zagra szybciej i bardziej technicznie. Najważniejsze są melodie i feeling.

Jack Meille także dobrze pasuje do tego zestawu. Jego wokal nie próbuje być kopią dawnych frontmanów Tygers Of Pan Tang i bardzo dobrze. Dzięki temu współczesne oblicze zespołu nie brzmi jak rekonstrukcja sprzed czterdziestu lat. To nadal Tygers, ale z własnym charakterem.

Band zadbał o bardziej hardrockowe brzmienie i miłą dla oka okładkę. Materiał zawiera 10 premierowych utworów i daje nam 46 minut muzyki. Na pierwszy ogień idzie klimatyczny i przebojowy „Rise Up”. Band potrafi umiejętnie wymieszać patenty heavy metalowe z hard rockiem. O wiele ciekawszy jest bardziej rozpędzony „Forevermore”. W końcu coś więcej się dzieje i band pokazuje, że potrafi zagrać z werwą i polotem. Do ideału jednak daleko. Podobnie ma się sprawa zadziornego „The Powers That Be”. To akurat jeden z ciekawszych utworów, w którym band pokazuje pazur i próbuje nawiązać do lat 80. Coś z Dokken czy Saxon można wyłapać w „Electrifyed”, a utwór opiera się na mocniejszym riffie. Szkoda tylko, że band nie próbuje nas zaskoczyć i trochę bardziej pokombinować ze stylem. Grają bezpiecznie i trzymają się jasno określonych ram.
Na pewno na wyróżnienie zasługuje marszowy i bardziej epicki „The Nail”. Zabrakło trochę dopracowania, by powstał z tego utwór perfekcyjny. Pewne echa Judas Priest można wyłapać w prostym i zadziornym „Dark Skies”. Podobne emocje wywołuje zamykający album „Revenge Is Sweet”. Dobry utwór, ale też nic ponadto.

Tygers Of Pan Tang wydał kolejny album i nie jest to żadna świętość dla fanów NWOBHM i klasycznego heavy metalu. To kolejny solidny materiał w ich dorobku, ale nie jest to album, który powala na kolana. Zabrakło hitów i riffów, które zostałyby na dłużej ze słuchaczem. Ten zespół stać na więcej, więc czuję duże rozczarowanie.

Ocena: 6/10

czwartek, 10 września 2026

CIRITH UNGOL - All the Shadows (2026)


 Wielu fanów przez wiele lat marzyło o powrocie kultowego Cirith Ungol, który w okresie 1971–1992 błyszczał i wydał swoje największe klasyki, które przeszły do historii. Ten dzień nadszedł w końcu w 2015 roku, kiedy band powrócił do świata żywych. Pisze dalszy ciąg swojej historii i najlepsze jest to, że wciąż ma coś do powiedzenia, a przy tym utrzymał swój styl i jakość. Już 30 października band powróci z siódmym albumem studyjnym zatytułowanym „All the Shadows” i to znów nie lada gratka dla fanów muzyki Cirith Ungol.

Cirith Ungol od początku swojej działalności podążało własną drogą. Nie interesowało ich kopiowanie najbardziej popularnych odmian heavy metalu, lecz budowanie charakterystycznego, posępnego klimatu opartego na ciężkich riffach, epickich melodiach, doomowym ciężarze i niezwykle charakterystycznym wokalu Tima Bakera. To właśnie ten specyficzny miks sprawił, że grupa z czasem stała się jednym z najbardziej kultowych przedstawicieli amerykańskiego epic heavy metalu. Cieszy fakt, że nowy album brzmi jak typowy album Cirith Ungol i wciąż czuć na nim klimat lat 80.

Największą siłą zespołu pozostaje jednak jego autentyczność. W czasach, kiedy wiele klasycznych formacji próbuje unowocześniać swoje brzmienie, Cirith Ungol nie musi tego robić. Ich muzyka nigdy nie była nastawiona na pogoń za trendami. To metal dla ludzi, którzy cenią sobie klimat, charakter i prawdziwe riffy, a nie produkcyjną sterylność.

Dużą rolę odgrywa również brzmienie gitar. Jest ciężkie, momentami wręcz przytłaczające, ale jednocześnie pozostawia miejsce na melodie. To właśnie ten balans pomiędzy doomowym ciężarem a epickim heavy metalem stanowi znak rozpoznawczy zespołu. Nie jest to muzyka łatwa ani szczególnie przebojowa. Wymaga od słuchacza odpowiedniego nastroju i kilku przesłuchań. Sekcja rytmiczna wciąż buduje odpowiedni klimat, a wokal Tima Bakera nadaje całości drapieżności. To właśnie on jest jednym ze znaków rozpoznawczych Cirith Ungol.

Dobrze spisuje się też gitarzysta Armand Anthony, który działa w zespole od 2024 roku. Znamy go bardzo dobrze z Night Demon, czyli połowa składu Cirith Ungol to muzycy tego zespołu. Najważniejsze, że Armand Anthony sprawdza się w nowej roli i potrafi budować odpowiedni klimat oraz mrok.

Okładka jest typowa dla tego zespołu i miło widzieć, że cały czas trzymają się swojego stylu. Nawet brzmienie jest charakterystyczne dla zespołu. Nie zatracili swojego charakteru i wciąż są sobą. Płyta zawiera osiem kompozycji.

Na dzień dobry wita nas energiczny i zadziorny „All the Shadows”. Pomysłowy riff, klimat lat 80. i nic więcej do szczęścia nie trzeba. Cirith Ungol w najlepszej okazałości. Dalej robi się ciekawie i mrocznie. Wkracza bowiem marszowy i bardziej epicki „This Mortal Stein”. Pięknie band balansuje między doom metalem a heavy metalem.

Band pokazuje też pazur w zadziornym „Turning Blind”, który czerpie z klasyki i nawet NWOBHM. Można doszukać się tutaj również elementów Black Sabbath. Klasa sama w sobie i Cirith Ungol pokazuje swoją wielkość.

Można dać się porwać mrocznemu klimatowi w melancholijnym „Shadow Reflection”. Niby nic odkrywczego tutaj nie ma, ale te klasyczne zagrywki i mroczny klimat robią robotę. Band wciąż brzmi tak, jakby zatrzymał się w latach 80.

W podobnej tonacji mamy bardziej energiczny i drapieżny „Empty Tomb”. W takim wydaniu band wypada znakomicie i tylko pokazuje, że wciąż ma wiele do zaoferowania. Kto lubi mrok, stonowane tempo i emocje, ten musi posłuchać pomysłowego „On Broken Wings”. Za to właśnie kocham ten band.

Echa brytyjskiego heavy metalu, w tym Iron Maiden i NWOBHM, usłyszymy w przebojowym „Hollow Nimbus”. Całość wieńczy ponury, ocierający się o doom metal „Venus in Thirds”, który zabiera nas w podróż w głąb ciemności i mroku. To świat, w którym żyje Cirith Ungol. Jest w tym magia i coś wyjątkowego.

Lata lecą, zmieniają się trendy, pojawiają się nowe zespoły, rośnie konkurencja, ale w przypadku Cirith Ungol czas jakby się zatrzymał. Ten band dalej jest sobą, tworzy swoją charakterystyczną, pełną mroku i tajemnicy muzykę, która wciąga i wciąż dostarcza sporo emocji. Żyją latami 80., nie zmieniają się i robią swoje. Ta szczerość i autentyczność jest godna podziwu. Każdy fan zespołu musi mieć ten album w swojej kolekcji. Warto czekać na premierę 30 października.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 7 września 2026

ACCEPT - Teutonic titans 1976-2026 (2026)


 

Pięćdziesiąt lat na scenie to wynik, którym może pochwalić się naprawdę niewielu wykonawców. Accept nie zamierza jednak świętować tak imponującego jubileuszu zwykłą składanką największych hitów. Niemieccy giganci heavy metalu przygotowali coś znacznie bardziej efektownego. „Teutonic Titans 1976–2026” to 19 klasycznych kompozycji zespołu nagranych ponownie, ale tym razem w towarzystwie całej armii znakomitych gości. Kocham Accept i jest to jeden z moich ulubionych zespołów, dlatego nie mogłem odpuścić sobie tej składanki. Niby z jednej strony ciekawy pomysł, ale może byłoby lepiej, gdyby całościowo śpiewał tylko Mark Tornillo? Szkoda też, że pominięto wiele płyt z dyskografii Accept, a szkoda, skoro mówimy o świętowaniu 50 lat działalności zespołu.

Lista zaproszonych muzyków robi ogromne wrażenie. Rob Halford, Phil Anselmo, Kirk Hammett, Billy Sheehan, Mikkey Dee, Tobias Forge, Hansi Kürsch, Chuck Billy, Gary Holt, Sebastian Bach, John Bush, K.K. Downing czy Chris Jericho – to tylko część nazwisk, które pojawiają się na tej wyjątkowej jubileuszowej produkcji. Można było obawiać się, że tak duża liczba gwiazd doprowadzi do chaosu i sprawi, że album będzie bardziej paradą znanych nazwisk niż muzyczną całością. Na szczęście Accept zachowuje kontrolę nad tym przedsięwzięciem.

Największą zaletą albumu jest jednak to, że mimo ogromnej liczby gości nadal brzmi jak Accept. Fundament pozostaje ten sam: charakterystyczne riffy Wolfa Hoffmanna, mocna sekcja rytmiczna, ciężar i prostota kompozycji. Produkcja jest zdecydowanie bardziej współczesna niż w oryginalnych nagraniach, dzięki czemu stare kompozycje otrzymują potężne, nowoczesne brzmienie. Nie wszystkim może odpowiadać tak mocne odświeżenie klasyków, bo oryginalne wersje mają oczywiście swój niepowtarzalny charakter. Też wolę zapuścić kultowe klasyki, ale nowa składanka Accept to dobra rozrywka i na pewno ciekawostka dla fanów.

Już otwierający „Fast As A Shark” pokazuje, że będzie konkretnie. Phil Anselmo przejmuje mikrofon, Kirk Hammett dorzuca swoje gitarowe akcenty, a Billy Sheehan i Mikkey Dee zapewniają potężną sekcję rytmiczną. Klasyczny numer Accept zyskuje jeszcze więcej agresji i energii, choć jego charakter pozostaje nienaruszony. Nie powiem, podoba mi się ta wersja klasycznego killera Accept.

Jeszcze większym wydarzeniem jest „Balls To The Wall”. Usłyszeć Roba Halforda wykonującego jeden z największych hymnów Accept to po prostu metalowa uczta. Do tego dochodzą Matthias Jabs ze Scorpions, Rex Brown i Jason Bowld. To właśnie takie momenty sprawiają, że „Teutonic Titans” ma sens – nie chodzi wyłącznie o ponowne nagranie znanych utworów, ale o pokazanie, jak ogromny wpływ Accept wywarł na kolejne pokolenia muzyków. Duet Mark Tornillo / Rob Halford wgniata w fotel.

Świetnie wypada również „Metal Heart” z Dino Jelusickiem oraz „Losers And Winners”, gdzie Mark Tornillo dzieli wokal z Hansim Kürschem. Ten drugi utwór jest zresztą jednym z najbardziej interesujących momentów całego albumu. Kürsch doskonale odnajduje się w charakterystycznym, niemieckim heavy metalowym klimacie Accept i dodaje kompozycji własnej osobowości.

Nie brakuje oczywiście innych mocnych punktów. „Aiming High” z Chuckiem Billym i Garym Holtem, „Up To The Limit” z Johnem Bushem i Alexem Skolnickiem, „London Leatherboys” z Sebastianem Bachem czy „Restless And Wild” z Chrisem Jericho i K.K. Downingiem pokazują, jak szeroki jest wachlarz zaproszonych artystów. Szczególnie finałowy „Restless And Wild” ma odpowiednią moc i świetnie zamyka tę jubileuszową podróż. Każdy znajdzie coś dla siebie i miło jest posłuchać nieco odświeżonych wersji z ciekawymi gośćmi. Szkoda, że pominięto płyty z Tornillo oraz lata 90. z Udo na wokalu. Wszystkiego nie można mieć.

Pięćdziesiąt lat historii, 19 klasyków i cała plejada znakomitych gości. Accept udowadnia, że nawet po pięciu dekadach potrafi przypomnieć, dlaczego jest jednym z fundamentów europejskiego heavy metalu. Nie jest to album, który zastąpi „Restless and Wild”, „Balls to the Wall” czy „Metal Heart”. I dobrze – nie musi. Ma przede wszystkim sprawić, że ponownie sięgniemy po te klasyczne nagrania.

„Teutonic Titans 1976–2026” to głośny, efektowny i pełen metalowej energii hołd dla pięciu dekad Accept. Dla wieloletnich fanów będzie ciekawostką i okazją do porównywania nowych wersji z oryginałami, a dla młodszych słuchaczy może być świetnym przewodnikiem po złotej erze zespołu. Dla mnie to rozrywka i możliwość zaspokojenia ciekawości, jak sprawdzają się inne głosy w muzyce Accept. Trzeba przyznać, że Mark Tornillo okazał się najlepszym strzałem.


Ocena : 8/10

niedziela, 6 września 2026

AIRBOURNE - Airbourne (2026)


 

Jednym z tych zespołów, które próbują oddać hołd AC/DC, a zarazem rozwijać ich dziedzictwo, jest bez wątpienia australijski Airbourne. Zaczynali w 2003 roku i już w 2007 roku wydali świetnie przyjęty debiut „Runnin’ Wild”. Świetnie wspominam jeszcze „Black Dog Barking”, który dla mnie jest jednym z ich najlepszych albumów. W sumie, kiedy spojrzymy na dyskografię tej formacji, to nigdy nie zawiedli i zawsze nagrywają bardzo dobry materiał, będący mieszanką hard rocka i heavy metalu w klimatach starych płyt AC/DC z Bonem Scottem na wokalu. Robią to z gracją, poszanowaniem tamtych płyt i dają też sporo od siebie. Naprawdę robią to w wielkim stylu.

Teraz, po siedmiu latach, powracają z szóstym albumem studyjnym zatytułowanym po prostu „Airbourne”. Płyta miała premierę 28 sierpnia i oczywiście jest to znów typowy album Airbourne, który zasługuje na uwagę.

Nie ma tutaj miejsca na ballady, zbędne eksperymenty czy próby przypodobania się współczesnym trendom. Jest za to dwanaście numerów, które pachną benzyną, piwem, rozgrzanymi wzmacniaczami i klubową sceną. Airbourne gra dokładnie tak, jakby czas zatrzymał się gdzieś pomiędzy klasycznym hard rockiem a złotą erą australijskiego rock’n’rolla. Największą zaletą „Airbourne” jest jednak to, że ten zespół nadal wie, kim jest. Nie próbuje nagle grać nowoczesnego metalu, nie dodaje elektroniki, nie sili się na progresywne rozwiązania. Airbourne bierze klasyczny hard rock, dokręca gałkę głośności i jedzie dalej.

Band czerpie garściami z dokonań AC/DC i nie kryje się z tym. Tutaj nie ma niespodzianek, bo w sumie tego od nich oczekują fani. Zespół zadbał o mocne brzmienie i hard rockowy pazur. Okładka też pasuje do zespołu i zachęca, by sięgnąć po nowe dzieło Airbourne.

Nowy album to dwanaście kompozycji i każdy znajdzie coś dla siebie. Podobnie jak AC/DC niegdyś, Airbourne też zamieścił na płycie utwór związany ze świętami Bożego Narodzenia. Ciekawy zabieg, a sam utwór nie jest taki zły. Warto dać szansę „Christmas Bonus”.

Z kolei otwierający „Gutsy” jest jak kopniak w drzwi. Brudne gitary, charakterystyczny, zachrypnięty wokal Joela O’Keeffe’a i refren, który aż prosi się o chóralne śpiewanie podczas koncertu. To kwintesencja Airbourne – zero kalkulacji, maksimum energii. Tak, wokal O’Keeffe’a w dalszym ciągu jest znakiem rozpoznawczym zespołu i przesądza o jego potędze. Nie można też pominąć ciężkiej pracy gitarzystów, bo duet O’Keeffe/Tyrrell bazuje na klasycznych patentach, hard rockowej energii i elementach AC/DC. Nie ma w tym za grosz oryginalności, ale w niczym to nie przeszkadza.

Jeszcze ciekawiej robi się przy „Alive After Death (Last Plane Out)”. To jeden z bardziej emocjonalnych momentów albumu, choć oczywiście wciąż ubrany w potężny hardrockowy riff. To kolejny wyrazisty kawałek z pomysłowym motywem przewodnim.

Prawdziwym kandydatem na wielki koncertowy hit jest „Here She Comes”. To właśnie tutaj słychać większy rozmach produkcyjny. Nie jest przypadkiem, że przy utworze pracowali Mutt Lange i Bryan Adams. Kompozycja ma ogromny refren, świetnie budowane napięcie i ten rodzaj melodii, który można sobie wyobrazić na wielkiej festiwalowej scenie. Airbourne brzmi tutaj nieco bardziej stadionowo, ale nie traci swojej charakterystycznej drapieżności. Słychać bardziej komercyjne oblicze zespołu. W takim wydaniu też brzmią ciekawie. Utwór mógłby trafić do stacji radiowej.

Kid In A Candy Store” wraca do bardziej bezpośredniego, rock’n’rollowego oblicza zespołu. Jest brudno, szybko i z charakterystycznym dla Airbourne poczuciem humoru. Podobnie działa „Sky High”, gdzie Australijczycy po raz kolejny pokazują, że rock’n’roll w ich wykonaniu nie musi być śmiertelnie poważny. To kawałki mocno zakorzenione w AC/DC, a mimo to brzmią świeżo i potrafią bujać.

Na uwagę zasługuje również „Who Put The Rhythm In You?”, który dzięki udziałowi Bryana Adamsa i pracy Mutt Lange ma nieco bardziej klasyczny, przebojowy charakter. Odnoszę wrażenie, że te momenty, kiedy band zbacza w bardziej komercyjne rejony, są najsłabszym elementem płyty.

Świetnie wypada także „Last Man Standing” – prosty, bojowy i pełen energii numer, który doskonale pasuje do filozofii zespołu.

Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest „Bogotá”. Mocne gitary, mocne brzmienie i trochę przypominają się czasy „Ballbreaker”. Mamy jeszcze pełen energii killer w postaci „Hell’s Got No Vacancy” i tutaj mamy wszystko to, co kochamy w muzyce Airbourne i AC/DC. Szkoda, że cała płyta nie ma takiej mocy.

A później przychodzi „Send Me To Rock ’N’ Roll Heaven” – finał, który ma szczególne znaczenie. To hołd dla rockowych legend, między innymi Lemmy’ego, Johna Bonhama, Bona Scotta i Little Richarda. Trudno o lepsze podsumowanie albumu zespołu, który przez całą swoją karierę czerpał inspirację z tych właśnie postaci.

Jeżeli ktoś oczekiwał od Airbourne drugiego „Runnin’ Wild”, może poczuć niedosyt. Jeżeli jednak chcecie po prostu 47 minut konkretnego, głośnego hard rocka z charakterem, „Airbourne” jest jednym z tych albumów, które robią dokładnie to, co powinny. Airbourne nadal nie bierze jeńców. I bardzo dobrze.


Ocena : 8.5/10

sobota, 5 września 2026

PYROCLAST - Fractured state (2026)


 Nazwa Pyroclast nie jest jeszcze powszechnie znana fanom heavy i power metalu, ale już nazwa Tantrum z pewnością coś im mówi. W latach 2014–2025 działał taki brytyjski band, który w 2025 roku wydał nowy album, ale już pod nazwą Pyroclast. Debiutancki album Pyroclast przeszedł właściwie bez większego echa, jednak drugi krążek, zatytułowany „Fractured State”, który ukazał się 4 września, pokazuje, że ten zespół stać na znacznie więcej i nie można go od razu skreślać. Band tym razem pozytywnie zaskakuje, prezentując materiał zdecydowanie godny uwagi.

Na uwagę zasługuje nieco futurystyczna i klimatyczna okładka oraz mocne, wyraziste brzmienie, które dobrze współgra z zawartością albumu. Pyroclast nie próbuje tutaj zostać drugim Iron Maiden, Judas Priest czy Helloween, choć oczywiście można znaleźć pewne punkty wspólne z tradycyjnym heavy i power metalem. Zamiast tego Szkoci sięgają po sprawdzone elementy, dodają do nich odrobinę progresji i agresji, współczesnego ciężaru oraz własnych pomysłów. Największą siłą zespołu pozostają gitary, mocny wokal i umiejętność pisania refrenów, które łatwo zapadają w pamięć. Mark Reid spisuje się bardzo dobrze jako wokalista, a jego doświadczenie i charakterystyczny styl śpiewania odgrywają ważną rolę w muzyce Pyroclast.

„Fractured State” to przede wszystkim zgrane i przemyślane partie gitarowe w wykonaniu duetu Fitzsimmons/Horne. Muzycy stawiają na urozmaicenie, klasyczne rozwiązania, a przede wszystkim melodyjność i przebojowość. Dzięki temu płyta jest łatwa w odbiorze, a jednocześnie dostarcza sporo frajdy.

Album trwa 44 minuty i znajdziemy na nim osiem kompozycji. Już otwierający „Pyroclast” pokazuje, z czym będziemy mieli do czynienia. Najpierw pojawia się odpowiednio budowane napięcie, a później wchodzą potężne gitary, mocna sekcja rytmiczna i wokal Marka Reida. To numer, który ma wszystko, czego można oczekiwać od współczesnego heavy metalu – energię, melodię, chwytliwy refren i gitarowe pojedynki. Co za mocne wejście! Band potrafi umiejętnie balansować między agresją a melodyjnością, łącząc świat chwytliwych melodii z przebojowością. Znakomicie potwierdza to „Slaughterhouse”.

Pewne echa Dio znajdziemy w mrocznym i stonowanym „Break the Tide”, który jest jednym z najlepszych utworów na płycie. Dużo charakteru ma „Prisoner Game”, w którym świetnie wypada duet gitar Baz Fitzsimmonsa i Chrisa Horne'a. Harmonizowane partie gitarowe są jednym z fundamentów brzmienia zespołu i mocno zakorzeniają Pyroclast w tradycji brytyjskiego heavy metalu. Nie brakuje tutaj również elementów power metalu. To naprawdę mocny kawałek.

Mamy też nieco bardziej hardrockowy „Brought by Flame” i jest to zarazem słabszy moment albumu. Pewne elementy Iron Maiden odnajdziemy natomiast w „Beneath the Beyond”, który dobrze wpisuje się w charakter całego materiału.

Na finał otrzymujemy ponad dziewięciominutowy „Erebus and Terror”. To odważne zakończenie i jednocześnie utwór, w którym Pyroclast pokazuje swoje bardziej epickie oblicze. Kompozycja nie jest jedynie sztucznie wydłużonym kawałkiem – pojawiają się zmiany tempa, różne nastroje oraz bardziej rozbudowane partie instrumentalne. Dzięki temu finał nie nuży i stanowi efektowne zwieńczenie całej płyty.

Pyroclast udowadnia, że klasyczny metal nadal może brzmieć świeżo, jeśli za muzyką stoją dobre kompozycje i autentyczna pasja. „Fractured State” nie robi rewolucji, ale zdecydowanie rozpala ogień. Do ideału trochę brakuje, jednak mimo kilku słabszych momentów płyta potrafi zrobić wrażenie i pokazuje, że Pyroclast ma jeszcze sporo do powiedzenia.

Ocena: 8/10

piątek, 4 września 2026

MAD MAX - Stories Of destiny (2026)

45 lat na scenie zobowiązuje. Mad Max to przecież zespół, który swoją historię rozpoczął jeszcze w 1981 roku i przez kolejne dekady zdążył wypracować własne miejsce na mapie europejskiego hard rocka i melodyjnego heavy metalu. „Stories Of Destiny” miało być więc nie tylko kolejnym albumem, ale również swoistym podsumowaniem dotychczasowej drogi i spojrzeniem w przyszłość. Płyta miała swoją premierę 4 września i niestety, w moim odczuciu, ta historia tym razem nie brzmi szczególnie przekonująco.
Okładka od razu przyciąga uwagę i sugeruje, że szykuje się nam soczysty heavy metal utrzymany w klimacie lat 80. Niestety, zawartość albumu nie do końca koresponduje z tym, co obiecuje szata graficzna. Doświadczony niemiecki zespół tym razem wyraźnie rozczarowuje.

W latach 80. Mad Max potrafił nagrywać ciekawe i godne uwagi albumy, dlatego tym bardziej szkoda, że „Stories Of Destiny” nie dorównuje najlepszym momentom w dorobku formacji. Największym problemem jest tutaj przewidywalność. Mad Max porusza się po dobrze znanych ścieżkach hard rocka i AOR-u, ale zamiast wykorzystać wieloletnie doświadczenie do stworzenia materiału z charakterem, często otrzymujemy kompozycje brzmiące jak powrót do sprawdzonych patentów.

Melodie są bezpieczne, riffy niespecjalnie zaskakują, a kolejne utwory nie zawsze mają wystarczającą siłę, aby utrzymać uwagę słuchacza. Szkoda, że zespół tak mocno oddalił się od klasycznego heavy metalu i coraz wyraźniej podąża w stronę hard rocka oraz AOR-u. Owszem, zdarzają się przebłyski dawnej formy, jednak cały album został w dużej mierze obdarty z emocji i metalowej mocy. Dominuje lekkość, melodyjność i komercyjny sznyt, podczas gdy brakuje ciężaru oraz charakterystycznego pazura.

Dużym znakiem zapytania pozostaje również nowy wokalista. Alan Clark to nowy nabytek w szeregach Mad Max. Bez wątpienia posiada rockową barwę i warsztat odpowiedni do tego typu muzyki, ale jego głos nie do końca przekonuje mnie w repertuarze zespołu. Trudno również uniknąć porównań z poprzednimi wokalistami. Brakuje mu jeszcze tego charakterystycznego pierwiastka, który nadałby nowej odsłonie Mad Max własną tożsamość.

Na plus zdecydowanie należy zapisać produkcję. Brzmienie jest przejrzyste, odpowiednio osadzone w stylistyce albumu, a gitary mają właściwą moc. Wszystko zostało wykonane profesjonalnie. Problem tkwi jednak nie w realizacji, lecz przede wszystkim w samych kompozycjach. Jest melodyjnie, gitarowo i momentami bardzo klasycznie, ale kiedy próbujemy znaleźć utwory, które naprawdę zostają w głowie, zaczynają się schody.
I właśnie tutaj pojawia się najważniejsze pytanie: gdzie są emocje? Gdzie jest heavy metalowa moc? Gdzie są przeboje?

Silver”, „Weapons Of Love” czy „Keep You Alive” pokazują, że zespół nadal potrafi stworzyć klasyczny hardrockowy numer. Nie są to jednak kompozycje, które potrafią porwać od pierwszych sekund. Jest poprawnie, momentami nawet całkiem przyjemnie, ale zdecydowanie brakuje większego ognia. Całość jest zbyt spokojna i zbyt mocno zakorzeniona w rockowej formule.

Nieco ostrzej zespół prezentuje się w „Piece Of Candy”, ale ten numer brzmi momentami trochę komicznie i jakby został nagrany na siłę. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie pierwotna wersja utworu, która pojawiła się na pierwszej EP-ce zespołu.
Znacznie lepiej wypada „Till The End Of Time”. Tutaj balansowanie pomiędzy heavy metalem a hard rockiem wychodzi zespołowi zdecydowanie na dobre. Słychać pewne echa Dio czy Dokken, co działa na korzyść kompozycji i nadaje jej bardziej klasyczny charakter. To jeden z tych momentów, w których Mad Max pokazuje, że nadal potrafi stworzyć coś interesującego.

Lekki i przyjemny dla ucha jest hardrockowy „Bullet”. To niezły, melodyjny numer, ale ponownie — daleko mu do ideału. Dobrze buja również nieco mroczniejszy „She Was Mine”, choć tutaj również pozostajemy w ramach hardrockowej stylistyki. W tym przypadku klimat lat 80. i pewna szczerość w podejściu do kompozycji zdecydowanie działają na plus.

Niestety, takich momentów jest tutaj zdecydowanie za mało. „Stories Of Destiny” nie jest albumem tragicznym ani całkowicie nieudanym. To po prostu przeciętna płyta doświadczonego zespołu, który tym razem nie wykorzystał drzemiącego w nim potencjału. Fani klasycznego hard rocka z pewnością znajdą tutaj kilka ciekawych fragmentów, ale jeśli ktoś oczekuje od Mad Max kolejnego mocnego punktu w dyskografii, może poczuć spory niedosyt. Tym bardziej szkoda, bo okładka jest naprawdę piękna i buduje oczekiwania wobec zawartości. Niestety, muzyka nie dorównuje jej poziomem i nie oddaje w pełni klimatu, który sugeruje szata graficzna. Po 45 latach działalności można oczekiwać czegoś więcej.

Ocena : 4/10

PIRATE QUEEN - Travelling around the World (2026)


 

Uwielbiam tematykę piratów, ukrytych skarbów, morskich przygód i dalekich wypraw, dlatego nie mogłem sobie odpuścić nowej płyty Pirate Queen. To stosunkowo młoda, międzynarodowa formacja, która powstała w 2023 roku. Już sam koncept zespołu przyciąga uwagę – muzyka obraca się wokół pirackiej tematyki, a skład tworzy pięć kobiet. Panie wracają z drugim albumem zatytułowanym „Travelling Around the World”, który ukazał się 4 września.

Trudno jednak mówić o Pirate Queen wyłącznie w kategoriach muzyki metalowej. To przede wszystkim swoisty girl band nastawiony na rozrywkę, chwytliwe melodie i potencjalne radiowe hity. Jeśli ktoś nie ma nic przeciwko komercyjnej formule łączącej folk, melodyjny heavy metal, power metal i pop, może śmiało wyruszyć w morską podróż z Pirate Queen.

Niestety, już sama okładka nie przypadła mi do gustu. Wygląda bardzo sztucznie, niemal jak grafika wyjęta z gry komputerowej, a przy tym jest przesadnie dziecinna. Taki stylistyczny kierunek zupełnie do mnie nie przemawia. Również produkcja pozostawia sporo do życzenia – brzmienie jest dość płaskie, ugrzecznione i pozbawione odpowiedniej głębi.

W zespole pojawiła się nowa wokalistka, Sara Mateo Vidana, która dysponuje wyraźnie popowym głosem. Sam wokal nie jest zły, ale w tej formule nie do końca przekonuje i momentami wydaje się zbyt delikatny. Da się tego słuchać, a niektóre fragmenty potrafią dostarczyć rozrywki, jednak cały czas towarzyszy mi wrażenie, że metalu jest tutaj zdecydowanie za mało. Znacznie więcej znajdziemy komercyjnego charakteru, prostych melodii i przebojowości.

A szkoda, bo ten album mógł być znacznie ciekawszy. Wystarczyłoby postawić na mocniejszy wokal, bardziej zdecydowane riffy i ostrzejsze partie gitarowe. Nowa basistka Ariel Coral Shin również dobrze odnajduje się w stylistyce zespołu, ale jej obecność nie zmienia zasadniczo charakteru muzyki.

Jako lekka, niezobowiązująca rozrywka „Travelling Around the World” sprawdza się całkiem nieźle. Jeśli jednak szukamy agresji, heavy metalowego pazura, gitarowej drapieżności i mocnego uderzenia, będziemy musieli poszukać gdzie indziej. Pirate Queen stawia przede wszystkim na łatwo przyswajalne melodie, przebojowość i radiową formę.

Podobnie jak debiut, nowy album jest krótki i zwarty. Płytę otwiera krótkie intro, które wprowadza nas w piracki klimat. Następnie otrzymujemy „Sailing Around the World”, który od razu pokazuje, z czym mamy do czynienia. To lekki, przyjemny i melodyjny numer, ale ponownie brakuje tutaj heavy metalowego pazura oraz odpowiedniej mocy. To przede wszystkim muzyka nastawiona na zabawę i dostarczenie słuchaczowi kilku przyjemnych chwil – i właściwie nic ponadto.

Zespół próbuje przyspieszyć i wejść na power metalowe tory w „Captain William Kidd”. Niestety, nawet tutaj Pirate Queen pozostaje wierne swojej formule, stawiając przede wszystkim na lekkość, przebojowość i chwytliwość. Tempo jest odpowiednie, ale trudno doszukać się w tym wszystkim heavy metalowej drapieżności czy autentycznej energii.

Pewne przebłyski pojawiają się w rozpędzonym „Her Majesty Captain Destiny Grierflord”. To zdecydowanie ciekawszy fragment albumu, w którym można pochwalić zespół za pomysł na melodię i aranżację. Nadal jednak dominuje tutaj nastawienie na rozrywkę, słodycz i przystępność, a nie na metalowy charakter.

Lyxion” próbuje z kolei nawiązywać do twórczości zespołów takich jak Visions of Atlantis czy Amaranthe. Utwór doskonale wpisuje się w komercyjną stronę Pirate Queen i ponownie pokazuje, że panie bardziej interesuje przebojowa forma niż metalowa bezkompromisowość.

Również duet gitarowy Fata Morgana / Grierflord nie przynosi większego zaskoczenia. Zabrakło mi tutaj mocnych riffów, bardziej pomysłowych partii gitarowych i przede wszystkim charakteru. Gitary pełnią raczej funkcję podporządkowaną całej kompozycji niż stanowią jej napęd.

Całość wieńczy „On the Sea”, który chyba najlepiej pokazuje, dokąd zmierza Pirate Queen. To muzyka mocno nastawiona na chwytliwość i radiową przystępność, momentami zdecydowanie bliższa popowej stylistyce niż klasycznemu heavy metalowi.

„Travelling Around the World” wzbudza we mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony album jest lekki, melodyjny i momentami naprawdę przyjemny w odbiorze. Z drugiej – trudno pozbyć się wrażenia, że zmarnowano tutaj spory potencjał. Piracka tematyka daje przecież ogromne możliwości, a można było zbudować na niej znacznie bardziej charakterystyczny i metalowy materiał.

Panie z Pirate Queen próbują grać metal, ale w wielu momentach brzmi to mało przekonująco. Brakuje autentyczności, ciężaru, emocji i przede wszystkim tego charakterystycznego heavy metalowego pazura. Zamiast tego dominuje komercja, słodycz i bezpieczna przebojowość. To muzyka stworzona przede wszystkim dla rozrywki, a nie po to, by poruszyć słuchacza czy zostawić po sobie mocniejsze wrażenie.

Ostatecznie jest to płyta z kategorii „posłuchać i zapomnieć”. Nie jest tragiczna, nie męczy i potrafi dostarczyć kilku przyjemnych momentów, ale zdecydowanie nie wykorzystuje swojego potencjału. Przy tak ciekawym koncepcie można było oczekiwać czegoś znacznie bardziej wyrazistego.

Ocena: 4/10

czwartek, 3 września 2026

BLIZZARD HUNTER - The pact (2026)


 

Jednym z dobrze znanych zespołów heavy metalowych z Peru jest formacja Blizzard Hunter, która jest na scenie od 20 lat. Mimo długiego stażu na koncie mają zaledwie trzy albumy studyjne. Najnowsza płyta, zatytułowana „The Pact”, ukazała się 21 sierpnia. Peruwiański zespół od lat konsekwentnie buduje swoją pozycję, czerpiąc garściami z klasycznego heavy i speed metalu. „The Pact” to kolejny rozdział tej historii – trzynaście utworów, w których królują ostre riffy, melodyjne solówki, charakterystyczny wokal i energia, której zdecydowanie nie brakuje. Tym razem Blizzard Hunter brzmi wyjątkowo pewnie i pokazuje, że południowoamerykańska scena metalowa wciąż ma sporo do powiedzenia. Do tej pory band nie wydał słabego albumu i czas sprawdzić, czy udało się utrzymać wysoki poziom poprzednich płyt.

„The Pact” jest płytą dla tych, którzy w heavy metalu szukają przede wszystkim emocji, gitar, melodii i energii. Blizzard Hunter nie próbuje być zespołem laboratoryjnym, analizującym każdy riff pod kątem nowatorstwa. Oni po prostu grają metal z przekonaniem. I robią to na tyle dobrze, że po zakończeniu albumu zdecydowanie chce się nacisnąć „play” jeszcze raz. W ich muzyce słychać wpływy Iron Maiden, Judas Priest, Enforcer czy Running Wild.

Od ostatniej płyty skład zespołu przeszedł pewne roszady. Tony Rojas de la Chyba wrócił w 2023 roku do roli gitarzysty. Razem z Lucho Sanchezem znów tworzą zgrany duet i starają się wrócić do jakości z debiutu. Słychać świetną formę i dobre zgranie między muzykami. Nie brakuje pomysłowych riffów, chwytliwych melodii czy wciągających motywów. Nie ma miejsca na nudę.

Alejandro Rojas objął funkcję perkusisty, a wokalista Sebastian Palma dodatkowo przejął obowiązki basisty. Każdy z muzyków sporo wnosi do muzyki Blizzard Hunter i band po prostu błyszczy. Ten album zawiera wszystko to, co jest ważne w klasycznym heavy/speed metalu. Ostre riffy, urozmaicenie tempa, klasyczne dźwięki, no i ta dawka przebojowości.

Na uwagę zasługuje również produkcja. Nie jest przesadnie sterylna ani wypolerowana do granic możliwości. Instrumenty pozostają czytelne, ale zachowują odpowiednią metalową surowość. Sama okładka też bardzo dobrze pasuje do całości.

Zawartość płyty to 13 utworów. Znajdziemy tutaj dwa utwory z minialbumu „Legacy of Survival”. Trzeba przyznać, że zarówno „New Age”, jak i „Stayin' Alive” to kwintesencja stylu zespołu i świetna mieszanka heavy i speed metalu. Oj, czuć klimat lat 80.

Płytę otwiera klimatyczne intro, które wprowadza odpowiedni klimat i buduje napięcie. „Nebulaforged” podkręca tempo i pokazuje bardziej speedmetalowe oblicze zespołu. Perkusja napędza kompozycję, gitary tną powietrze ostrymi riffami, a Sebastian „Dragón” Palma prowadzi wszystko charakterystycznym, wysokim i zdecydowanym wokalem. Jego głos jest jednym z najważniejszych elementów brzmienia Blizzard Hunter – ma w sobie zarówno klasyczny metalowy patos, jak i pewną surowość, która pasuje do południowoamerykańskiego charakteru zespołu. Rasowy killer, który pokazuje wszystkie atuty Blizzard Hunter.

Tytułowy „The Pact” należy do najbardziej reprezentacyjnych momentów albumu. To utwór, w którym Blizzard Hunter najlepiej pokazuje swoją umiejętność łączenia szybkości z melodyjnością. Zamiast bezmyślnego pędzenia mamy tutaj dobrze rozłożone akcenty, gitarowe harmonie i refren, który aż prosi się o wspólne śpiewanie podczas koncertu. Ten przebojowy charakter płyty imponuje i dostarcza sporo frajdy.

Bardzo dobrze wypada również „Forever The Road” – bardziej melodyjny, ale nadal utrzymany w metalowym galopie. Z kolei „Fueled By Rage” przynosi większą dawkę klasycznego heavy metalu w klimatach Saxon czy Judas Priest.

Jednym z ciekawszych punktów jest „Blessings From Hell”, gdzie Blizzard Hunter pokazuje, że potrafi budować klimat nie tylko za pomocą tempa. Gitary mają odpowiednią ciężkość, wokal jest bardziej dramatyczny, a całość otrzymuje niemal epicki charakter. To właśnie takie momenty sprawiają, że „The Pact” nie jest jedynie kolekcją szybkich heavy/speedmetalowych numerów. To jeden z najlepszych momentów na płycie. Prawdziwa dewastacja i pokaz mocy.

Potem dostajemy „Blasting Out”, czyli kawałek stworzony wręcz do grania na żywo. To przede wszystkim świetny hołd dla lat 80. Mamy jeszcze rozpędzony i bardziej speedmetalowy „Steel Youth” i w takim wydaniu band wypada znakomicie. Pewne echa hard rocka mamy w „V.O.L.T.” i to znów świetnie wyważony kawałek.

Zamykający album „Peruvian Attack” jest znakomitym podsumowaniem całej płyty. Ten ostatni numer szczególnie mocno podkreśla pochodzenie zespołu i jego przywiązanie do tradycyjnego, bojowego heavy metalu. Słychać w nim ducha starego Running Wild, co mnie bardzo cieszy. Rasowy killer, który na długo zapada w pamięci.

Nowy album Blizzard Hunter to metal bez zbędnych ozdobników, ale za to z charakterem. „The Pact” ma w sobie ten rodzaj energii, który przypomina, dlaczego człowiek w ogóle zaczął słuchać heavy metalu. Gdy pojawiają się pierwsze gitary, wiadomo, że przez następne kilkadziesiąt minut będzie szybko, głośno i melodyjnie. Nagrali świetny album, który powinien znaleźć się na półce każdego maniaka.

Ocena: 9/10


wtorek, 1 września 2026

GENERATION STEEL - Steelmachine (2026)


 

Przychodzi czasem taki moment w życiu zespołu, kiedy trzeba podjąć trudne decyzje i zdecydować się na personalne zmiany. Odpowiednio dobrany skład potrafi nie tylko tchnąć w formację nową energię, ale również pozwolić jej dopracować własny styl i wejść na wyższy poziom. W przypadku niemieckiego Generation Steel zmiany okazały się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Zespół istnieje od 2019 roku, a dziś, po przebudowie składu, brzmi zdecydowanie dojrzalej, mocniej i bardziej przekonująco. Ze starego składu pozostał gitarzysta Jack the Riffer, ale zaprosił do współpracy doświadczonych muzyków, którzy wnieśli do zespołu sporo świeżości.

Nowy skład, nowa jakość, nowa energia i wreszcie nowy album – „Steelmachine”, który ukaże się 16 października nakładem Fireflash Records. Generation Steel wraca po trzech latach z materiałem, który śmiało można uznać za najlepszy w dotychczasowej karierze zespołu.

Największe zmiany zaszły oczywiście w składzie. Do formacji dołączył przede wszystkim utalentowany i dobrze rozpoznawalny Mike Stark, który swoim charakterystycznym głosem daje się poznać między innymi w Stormburner czy Feanor. Jego wokal idealnie pasuje do niemieckiego heavy/power metalu, a stylistyczne skojarzenia z Paragon, Iron Savior, Accept czy Grave Digger pojawiają się niemal od pierwszych minut albumu.
Razem ze Starkiem z Feanor przybył również muzyk doskonale znany fanom Running Wild – Thilo Hermann. Miło ponownie zobaczyć go w akcji, a jego gra na gitarze jest jednym z mocniejszych punktów całego materiału. Sama obecność takiego nazwiska w składzie Generation Steel stanowi już sporą atrakcję i dodatkową zachętę, by sięgnąć po ten album. Na perkusji zasiadł Marc Laukel, natomiast za bas odpowiada Fabian Waterman.

Dużym krokiem naprzód okazało się także zaangażowanie Pieta Sielcka. Muzyk zadbał o brzmienie albumu, dołożył swoje wokalne partie i pojawił się również gościnnie w jednym z utworów. To w dużej mierze dzięki jego pracy w brzmieniu Generation Steel pojawiają się tak wyraźne skojarzenia z Iron Savior czy Paragon. Produkcja jest mocna, klarowna i odpowiednio surowa, dzięki czemu gitary mają sporo miejsca, a całość brzmi naprawdę rasowo.

Szkoda jedynie, że okładka nie dorównuje muzycznej zawartości. Ma wyraźnie wyczuwalny posmak grafiki generowanej przez AI i jest chyba najsłabszym elementem całego wydawnictwa. Na szczęście szybko przestaje mieć to znaczenie, bo muzyka wynagradza tę niedoskonałość z nawiązką. Już po kilku utworach słychać wyraźną różnicę w jakości. Zespół jest bardziej zwarty, pewniejszy siebie i zdecydowanie bardziej drapieżny. Kompozycje są przemyślane, aranżacje dopracowane, a muzycy doskonale czują wspólny kierunek.

Nowy album zawiera dziewięć kompozycji, które dają łącznie około 41 minut muzyki. Na pierwszy ogień trafia tytułowy „Steelmachine” i już pierwsze sekundy pokazują, z czym mamy do czynienia. Utwór natychmiast przywołuje skojarzenia z Paragon, Iron Savior czy Grave Digger. To potężna dawka energii, mocnych riffów i klasycznego niemieckiego heavy/power metalu. Jest konkretnie, dynamicznie i bez zbędnego kombinowania. Tak właśnie powinien brzmieć ten gatunek w niemieckim wydaniu. Apetyt na dalszą część albumu zostaje rozbudzony natychmiast. Dalej otrzymujemy singlowy „Wings of Fire” i ponownie trafiamy na dobrze znane terytorium. Nieco bardziej stonowane tempo, masywne brzmienie i ostre partie gitarowe tworzą kompozycję, która mocno czerpie z klasyki niemieckiego heavy metalu spod znaku Accept czy Grave Digger. Utwór ma w sobie więcej bojowego charakteru i epickiego zacięcia, a przy tym nie traci przebojowości. To kolejny mocny punkt płyty. Trzecim singlem jest „Witches Cross” – i tutaj mamy kolejny potencjalny hicior. Zachwyca energia, ostry niczym brzytwa riff oraz chwytliwość, która sprawia, że refren szybko zostaje w głowie. Warto pamiętać, że Thilo Hermann odegrał sporą rolę w komponowaniu materiału i w tym przypadku jest to doskonale słyszalne. Refren ma pewne cechy charakterystyczne dla Running Wild, ale nie jest to bezmyślne kopiowanie. To raczej umiejętne przemycenie klasycznych patentów do stylistyki Generation Steel. Prawdziwa perełka i kolejny dowód na to, w jak świetnej formie znajduje się dziś ten zespół. Single mamy już odhaczone, więc czas sprawdzić, co kryje się na pozostałej części albumu.

Zaczynamy od brutalnego „The Priest”, który mocno nawiązuje do Iron Savior oraz Paragon. Utwór jest krótki, ale niezwykle intensywny. W kilka minut sieje spustoszenie i pokazuje, jak efektownie Generation Steel potrafi połączyć klasyczny heavy metal z power metalową dynamiką. Jest tu wszystko, czego fan gatunku może oczekiwać: mocny riff, energia i odpowiednia dawka ciężaru. Po takim numerze chce się jeszcze więcej.
Nieco zwalniamy przy „I Am the Storm”. To bardziej stonowana, klasycznie heavy metalowa kompozycja, w której można złapać oddech i delektować się nieco bardziej przystępnym obliczem zespołu. Generation Steel pokazuje tutaj, że potrafi również operować prostszymi, bardziej komercyjnymi rozwiązaniami, nie tracąc przy tym swojej tożsamości. Niemcy zdecydowanie najlepiej wypadają jednak wtedy, gdy przyspieszają i dorzucają mocny, konkretny riff. Świetnym przykładem jest dynamiczny „Fields of Pain”. To prawdziwa uczta dla fanów klasycznego heavy/power metalu. Aż miło słuchać, jak bardzo zespół rozwinął się przez ostatnie lata. Jest w tym numerze energia, pewność siebie i przede wszystkim ogromna frajda z grania.

Piet Sielck zaznacza swoją obecność w topornym i drapieżnym „Rise Up”. Już od pierwszych sekund słychać tutaj wpływy Judas Priest oraz Iron Savior. Ciężkie riffy, charakterystyczna motoryka i odpowiednio podkręcona agresja tworzą jeden z bardziej wyrazistych momentów albumu. To kolejny atut tej kompozycji. „New Frontiers” również nie pozwala zwolnić tempa. To mocny, pełen drapieżności numer, w którym gitary brzmią dokładnie tak, jak powinny. Generation Steel ponownie zbliża się tutaj do stylistyki Paragon i Iron Savior, ale robi to z własną energią i odpowiednią dawką melodii. Kompozycja jest konkretna, nośna i doskonale sprawdza się jako kolejny element tej metalowej układanki.

Finał albumu stanowi ośmiominutowy „Island of Tragedy”. I właśnie tutaj pojawia się moje największe zastrzeżenie. Nie jestem przekonany, czy utwór potrzebował aż takiej długości. Przy najbardziej rozbudowanej kompozycji na płycie oczekiwałem większego napięcia, kilku zwrotów akcji i elementu zaskoczenia. Tymczasem numer, choć dobry i solidnie wykonany, nie robi takiego wrażenia jak wcześniejsze killery. Brakuje mi tutaj poczucia wielkiego finału i kulminacji całej płyty. To zdecydowanie nie jest zły utwór, ale na tle reszty materiału wypada nieco mniej efektownie.

Co za zmiana! Co za rozwój! Kto by pomyślał, że zespół, który jeszcze niedawno można było zaliczać do drugiej ligi niemieckiego heavy metalu, zrobi taki krok naprzód i zacznie dobijać się do ścisłej czołówki? Generation Steel przebudował skład, zaprosił do współpracy Pieta Sielcka, zadbał o odpowiednią produkcję i przede wszystkim dopracował same kompozycje.

„Steelmachine” pokazuje zespół bardziej dojrzały, zgrany i zdecydowanie bardziej drapieżny. Niemcy nie próbują wymyślać heavy metalu na nowo. Zamiast tego sięgają po sprawdzone rozwiązania i umiejętnie łączą wpływy Paragon, Iron Savior, Accept, Grave Digger czy Judas Priest. Dzięki temu powstał album pełen mocnych riffów, chwytliwych refrenów i rasowego, niemieckiego metalowego charakteru.
Thilo Hermann ponownie pozytywnie zaskakuje. Najpierw pokazał się z dobrej strony w Feanor, a teraz robi to samo w Generation Steel. W połączeniu z wokalem Mike’a Starka tworzy bardzo interesujący duet, który nadaje zespołowi dodatkowego charakteru.
Generation Steel zrobił ogromny krok naprzód. Zespół awansował do wyższej ligi i stworzył materiał, który może zainteresować nie tylko dotychczasowych fanów, ale również słuchaczy wychowanych na klasykach niemieckiego heavy/power metalu. „Steelmachine” to dowód na to, że odpowiednie zmiany personalne potrafią całkowicie odmienić oblicze zespołu.

Brawo, panowie! I brawo Generation Steel. Więcej takich płyt poproszę!

Ocena: 9,5/10

TRIOSPHERE - Ocens above, stars below (2026)


 Dwanaście lat. Tyle czasu minęło od ostatniego studyjnego albumu norweskiego Triosphere. W świecie muzyki metalowej to niemal wieczność. Przez ten czas zdążyły zmienić się mody, zespoły, składy i całe pokolenia słuchaczy. Można więc było zastanawiać się, czy Triosphere w ogóle jeszcze wróci, a jeśli tak, to czy będzie miał coś ciekawego do powiedzenia. Na szczęście „Oceans Above, Stars Below” bardzo szybko rozwiewa wszelkie wątpliwości. Płyta ukazała się 28 sierpnia nakładem Frontiers Records i jest to pozycja skierowana do fanów power metalu, choć nie brakuje tutaj również elementów progresywnego metalu, hard rocka i klasycznego heavy metalu. Jeśli ktoś nie ma wygórowanych oczekiwań, śmiało może sięgnąć po nowe dzieło Norwegów.
Co ważne, „Oceans Above, Stars Below” nie próbuje na siłę udowadniać, że Triosphere po dwunastu latach musi nagrać coś przełomowego. Zespół postawił przede wszystkim na swoją tożsamość. Można nawet powiedzieć, że niektóre utwory są bardziej zwarte i bezpośrednie niż na poprzednich płytach. Jest mniej ciągłego epatowania progresywnymi rozwiązaniami, a więcej melodii, chwytliwych refrenów i kompozycji, które stosunkowo szybko trafiają do słuchacza.

Triosphere to przede wszystkim utalentowana Ida Haukland, która dysponuje wyrazistą barwą głosu i potrafi nadać kompozycjom odpowiednią przebojowość. Nieco gorzej wypada natomiast duet gitarowy Byberg/Bergessen. Panowie grają momentami całkiem solidnie, ale nie potrafią specjalnie zaskoczyć ani stworzyć gitarowego killera, który na dłużej pozostałby w pamięci. Wydaje się, że są dość oszczędni w swoich partiach gitarowych. Płyty słucha się przyjemnie, ale brakuje tutaj efektu „wow”. Na pewno zespół zadbał o mocne, wyraziste brzmienie oraz klimatyczną okładkę. Jednak w sferze kompozycji pozostaje pewien niedosyt.

Album otwiera klimatyczne intro w postaci „Premonition”, w którym nie brakuje podniosłości i epickiego charakteru. Pozytywnie zaskakuje pełen energii i agresji „Of Tyrants”, który dobitnie ukazuje power metalowe oblicze zespołu. To jeden z najciekawszych utworów na płycie, pokazujący drzemiący w tej kapeli potencjał. Dobrze wypada również melodyjny i przebojowy „Oceans Above, Stars Below”, który nieco przypomina twórczość White Skull. Mocny riff i pewność siebie sprawiają, że utwór potrafi skutecznie poruszyć słuchacza. Podobne emocje wzbudza łatwo wpadający w ucho „Monsters Ball”, gdzie ponownie postawiono na szybkość, dynamikę i przebojowość. W takim wydaniu band wypada naprawdę przekonująco. Pewne echa progresywnego metalu pojawiają się w „Through the Phantom Wall”. To dobry utwór, ale czegoś tutaj zabrakło, aby powstał rasowy killer. Lekki i melodyjny „Shorelines” również ma w sobie sporo uroku i mimo bardziej komercyjnego charakteru potrafi szybko zapaść w pamięć. „Lightning in a Bottle” to z kolei przyjazny dla ucha, melodyjny heavy metal. Dobrze się tego słucha, choć utwór nie wzbudza większych emocji. Zadziorny „Embers” podtrzymuje ten charakter płyty, natomiast „Cadence of Chaos” również nie rozrywa na strzępy — to po prostu solidny kawałek, który spełnia swoje zadanie, ale nie wykracza znacząco poza ten poziom.

„Oceans Above, Stars Below” to bardzo udany powrót zespołu, który nigdy nie należał do najbardziej oczywistych przedstawicieli europejskiego power/prog metalu. Norwegowie stworzyli płytę pełną solidnych melodii, zadziornych riffów i dobrze zaaranżowanych kompozycji. Nie jest to album, który wywraca gatunek do góry nogami, ale z pewnością został dobrze zagrany i wyprodukowany. Zabrakło jednak kilku naprawdę mocnych momentów, większej dawki świeżości oraz odrobiny pewności siebie, aby stworzyć materiał z absolutnie górnej półki.

Ocena: 6/10

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

DRAGONLAND - Prophecies (2026)

 


23 października ukaże się siódmy studyjny album szwedzkiego Dragonland zatytułowany „Prophecies”. Band działa od 1999 roku i od początku konsekwentnie trzyma się symfonicznego power metalu, poruszając się w klimatach Rhapsody, Twilight Force, Sonaty Arctica czy Stratovariusa. Nowy album niczego w tej kwestii nie zmienia, bowiem zespół nadal wiernie pozostaje przy swoim stylu. Szkoda tylko, że tym razem nie zadbał równie mocno o jakość materiału. To bez wątpienia melodyjny i pełen klasycznych power metalowych patentów album, ale same kompozycje są dalekie od ideału.

Nie chodzi przy tym o brak energii czy słodkich, przyjemnych dla ucha melodii. Problem tkwi w samym materiale, który tym razem jest po prostu mało atrakcyjny. Słucha się tego bez większego bólu, ale niewiele pozostaje w pamięci i trudno mówić o emocjach, jakie powinny towarzyszyć muzyce tego typu. Brakuje dopracowania, elementu zaskoczenia oraz hitów, które napędzałyby cały album. Dragonland to doświadczona kapela, ale po tym materiale jakoś trudno to dostrzec. Zdarzają się momenty, w których zwyczajnie wieje nudą. Również okładka tym razem nie zachwyca — wygląda trochę jak grafika przeznaczona do gry komputerowej. Także ten aspekt mógł zostać znacznie lepiej dopracowany. Dragonland stać na więcej. Momentami można odnieść wrażenie, że zespół chciał po prostu szybko nagrać nowy materiał, ale zabrakło mu większego pomysłu na całość.

Największym problemem płyty jest właśnie brak świeżości i emocji. Mam wrażenie, że zespół korzysta ze sprawdzonych patentów, ale robi to trochę zbyt zachowawczo. Słychać, że wszystko jest dopracowane, produkcja stoi na wysokim poziomie, a muzycy prezentują swoje umiejętności bez najmniejszych problemów. Tylko że sama technika i monumentalne brzmienie nie wystarczą, aby stworzyć naprawdę porywający album. Tym razem zabrakło mi tego charakterystycznego „czegoś”, co sprawiało, że najlepsze płyty Dragonland chciało się włączać ponownie.

Na plus należy zaliczyć to, że Dragonland nadal pozostaje w świecie fantasy, który od lat stanowi ważny element jego muzycznej tożsamości. Mocnym atutem wciąż pozostaje również głos Jonasa Heidgerta, który potrafi śpiewać w wysokich rejestrach i robi to z odpowiednią pasją. Jego wokal idealnie pasuje do świata power metalu i fantasy. Rozczarowuje natomiast to, co prezentuje gitarzysta Jesse Lindskog. Jego gra jest zachowawcza i niczym szczególnym nie przykuwa uwagi. Brakuje ciekawszych pomysłów na melodie, zagrywki czy bardziej charakterystyczne partie. Całość sprawia wrażenie niedopracowanej.

Miłym zaskoczeniem jest otwierający „The Prophecies Unfolds”, który potrafi postawić na szybkość i przebojowy charakter. Tutaj pojawia się jakiś pomysł i odpowiednie wykonanie, a sam utwór rzeczywiście potrafi zapaść w pamięć. Niestety, sporo jest tutaj kompozycji pokroju „Rolling Waves”, czyli czegoś na kształt miałkiego, popowego rocka, który niczym szczególnym nie zachwyca. Kto kocha szybki, słodki power metal w klimacie Power Quest, Sonaty Arctica czy Stratovariusa, ten szybko przekona się do „Survival of Mankind”. To uroczy i melodyjny kawałek, który dobrze oddaje piękno europejskiego power metalu. Nieco podniosłe i przebojowe „Dragonland” również prezentuje się całkiem dobrze. Nie jest to może perfekcja, ale utwór potrafi się obronić.

Niestety, kiepsko wypada „Light of the Sunset”, który niewiele wnosi do całości. To zbyt popowy i komercyjny utwór, wyraźnie odstający od tego, czego można oczekiwać po Dragonland. Wiarę w ten album przywraca „Glory and Gold”, który ponownie przemyca więcej power metalowych patentów. Niestety, również tutaj pojawiają się jedynie przebłyski, a całości daleko do perfekcji. Na dłuższą metę męczy także mało wyrazisty i nieco zbyt łagodny wokal Jonasa. Podobne emocje wzbudza rozpędzony „A Distant Memory”, który próbuje na siłę nawiązywać do wczesnego Helloween. Zbliżoną formułę otrzymujemy w „The Call of the Wild”. Niby wszystko się zgadza, ale jakość nie do końca mnie przekonuje. Jest w tym sporo kiczu i niewiele wyrazu. Takiego power metalu na rynku jest przecież mnóstwo.

Nowy album Dragonland zawodzi niemal na każdej płaszczyźnie. Nie ma tu odpowiedniej agresji ani przebojowości, brakuje też klimatu, a momentami można odnieść wrażenie, że sami muzycy grają bez większego przekonania. Dragonland to doświadczona kapela, ale na tym materiale zupełnie tego nie słychać. Niestety, często wieje nudą, a przede wszystkim zabrakło świeżych pomysłów. „Prophecies” miało być kolejnym rozdziałem w historii zespołu, tymczasem otrzymaliśmy album, który trudno uznać za satysfakcjonujący powrót. Jedno z największych rozczarowań 2026 roku.


Ocena : 4.5/10

sobota, 29 sierpnia 2026

KAMELOT - Dark Asylum (2026)


 

Dla wielu fanów power metalu Kamelot to przede wszystkim okres Roy Khana. Nie trudno się z tym nie zgodzić, bowiem w tym okresie band nagrał swoje najlepsze płyty. W roku 2012 do zespołu dołączył równie charyzmatyczny i uzdolniony Tommy Karevik. Od tego momentu Kamelot stawia bardziej na ładunek emocjonalny i bardziej stonowane dźwięki. Jednym to się będzie podobać, a innym nie. Ostatni albumów postaci " the awekening" skradł moje serce i z wypiekami na twarzy wypatrywałem dnia 28 sierpnia, czyli dnia premiery "dark asylum". Udało się stworzyć kolejny wielki album, który działa na zmysły i jest portalem do świata magii, fantasy i pięknych dźwięków. To kolejny wielki album wielkiego Kamelot.

Już sam tytuł płyty doskonale oddaje jej charakter. Kamelot zabiera nas do mrocznego, niemal gotyckiego świata RavenHill Asylum, gdzie granica pomiędzy szaleństwem, rzeczywistością, pamięcią i poszukiwaniem własnej tożsamości zaczyna się zacierać. Nie jest to jednak tylko kolejny koncept ubrany w efektowną grafikę. Cała muzyka została podporządkowana temu klimatowi i dzięki temu „Dark Asylum” brzmi jak spójna, przemyślana opowieść. Miłym dodatkiem jest klimatyczna i przykuwająca uwagę szata graficzna. Band zadbał też o soczyste i pełne mocy brzmienie, które nadaje charakteru  całości. 

Największą siłą albumu jest atmosfera. Kamelot zawsze potrafił połączyć power metalową melodykę z symfonicznym rozmachem i teatralnością, ale tutaj ten element został jeszcze mocniej wyeksponowany. Orkiestracje, chóry, klawisze i gitarowe partie tworzą ogromną, filmową przestrzeń, ale co najważniejsze – nie przykrywają kompozycji. Trzeba pochwalić sam zespół, który rośnie na nowo w siłę. Wokalista Tommy Karevik wciąż potrafi czarować i nadawać kompozycjom emocjonalnego ładunku. Oj potrafi czarować głosem. Świetnie uzupełniają się klawiszowiec Palotai i gitarzysta Youngblood. Stawiają na podniosłość, emocje i piękne melodie i motywy. Szybkość i agresję schodzą tutaj na dalszy plan. Po raz kolejny tych dwóch muzyków tworzy świat pełen magii i niesamowitego klimatu. Brawo!

 Zawartość to 15 utworów i 51 minut muzyki. To prawdziwa przygoda. których wiadomo już, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Monumentalny numer, kapitalna melodia, świetna praca gitar i znakomity Tommy Karevik, który potrafi zarówno subtelnie budować napięcie, jak i chwilę później wznieść się wysoko nad całą orkiestrację. Gościnny udział Ignacii Fernández dodatkowo wzbogaca ten utwór o eteryczny, niemal baśniowy klimat.. Co za piękne otwarcie płyty i chce się jeszcze więcej i więcej. Tytułowy „Dark Asylum” jest jeszcze bardziej niepokojący. To utwór, który zamiast od razu atakować słuchacza, stopniowo wciąga go w swoją mroczną historię. Jest teatralnie, majestatycznie i momentami wręcz filmowo. Kamelot pokazuje tutaj, że symfoniczny metal nie musi oznaczać nieustannego bombardowania orkiestrą – równie ważne są przestrzeń, napięcie i odpowiednie dawkowanie emocji. Orkiestrowe elementy wciągają i potrafi zauroczyć swoim stylem i jakością. Jest tutaj dużo power metalowego ładunku. To oczywiście kolejny killer na płycie i nawet nutka klimatów Avantasia jest w tym wszystkim.Świetnie wypada również „Sanctuary”, w którym głosy Clémentine Delauney i Ignacii Fernández idealnie uzupełniają Karevika. To jeden z tych utworów, które pokazują, jak ogromne możliwości daje Kamelot, kiedy klasyczne metalowe fundamenty spotykają się z teatralnym, niemal operowym podejściem do muzyki. Oj dużo dobrego się tutaj dzieje i to kolejny mocny punkt nowej płyty Kamelot. Nie mogło oczywiście zabraknąć niespodzianek. „One Last Masquerade” z udziałem Tobiasa Sammeta brzmi jak spotkanie dwóch światów, które od dawna powinny się ze sobą spotkać. Sammet nie pojawia się tutaj wyłącznie jako ozdobnik – jego charakterystyczny głos idealnie pasuje do teatralnego klimatu kompozycji. Tommy wystąpił w Avantasia, to teraz czas na rewanż i występ Tobiasa w Kamelot. Co ciekawe sam utwór mógłby śmiało trafić na album Avantasia. Utwór petarda i od razu kradnie serce. 

Bardzo podoba mi się również „Ivy, My Dear”, który pokazuje bardziej melancholijną stronę zespołu. To właśnie takie momenty sprawiają, że „Dark Asylum” nie jest wyłącznie płytą złożoną z efektownych, stadionowych hymnów. Są tutaj emocje, zaduma, niepokój i chwile wyciszenia. Band pokazuje pazur w zadziornym " Godlike alchemy" który pokazuje na co stać band

Druga połowa albumu również nie rozczarowuje. „The Sleeping Mind (Orphic Paradigm)”, „Kaleidoscope” czy „Enigma (Think of Me)” utrzymują bardzo wysoki poziom, a „Cassandra’s Disease” pokazuje, że Kamelot potrafi również przyspieszyć i nadać całości nieco bardziej zdecydowanego, metalowego charakteru.Z kolei „Beneath the Moon (Tunglið)” wprowadza kolejną porcję niezwykłego klimatu dzięki wielogłosowym partiom wokalnym. Na zakończenie otrzymujemy „The Puppet King” oraz „Sanctum Requiem”. I jest to finał idealnie pasujący do całej historii – zamiast zwyczajnie zakończyć płytę, Kamelot zostawia słuchacza jeszcze na chwilę w murach RavenHill.

Czy „Dark Asylum” jest płytą idealną? Moim zdaniem – w tym przypadku można sobie pozwolić na takie stwierdzenie. To album, który ma klimat, świetne melodie, znakomity wokal, potężne brzmienie i przede wszystkim własną tożsamość. Kamelot nie próbuje tutaj na siłę odmładzać swojego stylu ani ścigać się z młodszymi zespołami. Zamiast tego wykorzystuje wszystkie swoje najmocniejsze strony i tworzy muzykę niezwykle dojrzałą, ale jednocześnie pełną energii.

„Dark Asylum” to Kamelot w najlepszym wydaniu – mroczny, melodyjny, symfoniczny, teatralny i pełen emocji. To jedna z tych płyt, które najlepiej słuchać od początku do końca, najlepiej wieczorem, przy odpowiednim klimacie, bo wtedy jej magia działa najmocniej. Kamelot jest naprawdę w świetnej formie. Jedna z najlepszych płyt roku 2026.


Ocena : 10/10

FLOTSAM AND JETSAM - Rats in the temple (2026)


 Nadszedł w końcu dzień premiery nowego albumu dobrze znanego Flotsam and jetsam. To jedna z tych formacji, które nigdy nie doczekały się takiego uznania, na jakie bez wątpienia zasługują. Amerykanie od blisko czterech dekad konsekwentnie robią swoje, a ich debiutancki „Doomsday for the Deceiver” z 1986 roku oraz „No Place for Disgrace” z 1988 roku należą do najważniejszych płyt amerykańskiego thrash metalu. Co ciekawe, zespół po latach przeżywa coś w rodzaju drugiej młodości. „The End of Chaos”, „Blood in the Water” czy „I Am the Weapon” pokazały, że Flotsam and Jetsam wciąż potrafi nagrywać muzykę na bardzo wysokim poziomie. To znakomity dowód na to, że stać ich na znakomite płyty, które nie są gorsze od klasyki ten formacji. Teraz, zaledwie dwa lata po ostatnim albumie, Amerykanie powracają z szesnastym krążkiem zatytułowanym „Rats in the Temple”. Czuć lekki spadek formy, ale to wciąż granie na wysokim poziomie. 

"Rats in the Temple” jest albumem zdecydowanie thrashowym, ale Amerykanie nigdy nie byli zespołem, który zamykał się w jednej szufladzie. Obok szybkich, bezkompromisowych riffów znajdziemy tutaj bardziej melodyjne fragmenty, mocne refreny i charakterystyczne dla zespołu gitarowe harmonie. Dzięki temu płyta nie jest monotonna, mimo że jej fundament pozostaje bardzo mocny i agresywny. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie zapominają o przebojowości i melodyjności. To sprawia, że płyta jest łatwa w odbiorze i potrafi zapaść w pamięci. Band znów zadbał o mocne i soczyste brzmienie, które dodaje drapieżności całości. Szata graficzna też robi wrażenie, chociaż ma cechy kiczu. 

Od pierwszych sekund wiadomo, że nie będzie tutaj żadnego odcinania kuponów od przeszłości. „Harvesting the Hate” rozpoczyna album z ogromną energią, a charakterystyczny wokal Erica „A.K.” Knutsona od razu przypomina, dlaczego przez tyle lat był jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów amerykańskiego thrashu. Gitary Michaela Gilberta i Steve'a Conleya brzmią ciężko i agresywnie, ale nie brakuje tutaj również melodii, która od dawna jest jednym z najważniejszych elementów stylu Flotsam and Jetsam. To bardzo udany utwór, który wpada w ucho i nic dziwnego, że zespół wybrał go do promowania albumu. Nieco inaczej prezentuje się „Damnation”, który pokazuje bardziej klasyczne oblicze zespołu. „Absolution” ponownie przyspiesza i jest jednym z tych kawałków, przy których trudno spokojnie usiedzieć. Bardzo dobrze wypada również „Blame the Knife”, gdzie agresja przeplata się z melodyjnymi partiami gitar. Bardzo udany start płyty, aczkolwiek band nie rzucił mnie na kolana tak jak choćby w przypadku "blood in water". Band potrafi zagrać bardziej technicznie i nowocześnie i tytułowy utwór świetnie to odzwierciedla.Jednym z ciekawszych momentów jest „the edge od nowhere". Numer rozpoczyna się orientalnym motywem budując napięcie, po czym nagle eksploduje szybkim thrashowym atakiem. To bardzo dobry przykład tego, jak Flotsam and Jetsam potrafi wykorzystać klasyczne elementy gatunku, a jednocześnie zrobić z nich coś własnego. Nie jest to bezmyślne kopiowanie tego, co zespół robił w latach 80."Last Rites” również należy do mocniejszych punktów albumu. Jest szybko, ciężko i bardzo konkretnie, a przy tym nie brakuje melodii. Właśnie ta umiejętność połączenia agresywnego thrashu z melodyką od zawsze wyróżniała Flotsam and Jetsam na tle wielu innych zespołów. Podobnie jest w „A Taste for War” czy „Anthem for the Broken”, gdzie zespół pokazuje nieco bardziej rozbudowane i emocjonalne oblicze. Mamy jeszcze melodyjny i bardziej przebojowy "her blood your pain" w którym nie brakuje power metalowego charakteru. Całość wieńczy "not going down that way". Który przemyca trochę heavy metalowej stylistyki.

Flotsam and Jetsam po raz kolejny udowadnia, że wiek nie musi oznaczać muzycznej stagnacji. „Rats in the Temple” to kawał solidnego, agresywnego i melodyjnego thrash metalu. Jeżeli ktoś obawiał się, że po „I Am the Weapon” Amerykanie obniżą loty, może być spokojny. Jest moc, są świetne gitary, jest charakterystyczny wokal A.K. i przede wszystkim jest sporo naprawdę dobrych numerów. Troszkę do perfekcji zabrakło, może niektóre utwory wymagały by lekkiej poprawy, ale całościowo album robi wrażenie. Można brać w ciemno, bo flatsam amd jetsam od ładny paru lat jest naprawdę w świetnej formie.


Ocena :  9/10

piątek, 28 sierpnia 2026

EXUMER - Death mask messiah (2026)


 Exumer to jedna z tych formacji, które choć nigdy nie osiągnęły statusu największych gwiazd niemieckiego thrash metalu, od lat cieszą się ogromnym szacunkiem wśród fanów gatunku. Debiutancki „Possessed by Fire” z 1986 roku i wydany rok później „Rising from the Sea” na stałe zapisały się w historii europejskiego thrashu. Po reaktywacji w 2008 roku zespół nie próżnował i dostarczył kilka naprawdę solidnych płyt, które pokazują że band jest w formie i przeżywa drugą młodość. Po siedmiu latach od „Hostile Defiance” Exumer powraca z nowym albumem zatytułowanym „Death Mask Messiah”. Płyta ukazała się 28 sierpnia nakładem metal Blade records.  Dla fanów gatunku i zespołu jest to bez wątpienia pozycja obowiązkowa.

„Death Mask Messiah” to przede wszystkim bardzo dobrze napisany, agresywny thrash metal. Gitary Ray'a Mensha i Marca Bräutigama dostarczają mnóstwo charakterystycznych, szybkich riffów, a sekcja rytmiczna z nowymi muzykami – perkusistą Jerome'em Reilem i basistą Alexem Vossem – sprawia, że całość brzmi wyjątkowo dynamicznie. To pierwszy album Exumer z tym duetem i zdecydowanie można powiedzieć, że młodsza krew dobrze wpłynęła na energię zespołu.

Już pierwsze dźwięki utworu tytułowego nie pozostawiają większych wątpliwości, w którą stronę tym razem poszła niemiecka formacja. Jest szybko, agresywnie i bez zbędnego kombinowania. Exumer postawił na bardziej bezpośrednie i surowe oblicze, wyraźnie nawiązujące do klasycznego thrashu z lat 80., ale jednocześnie brzmienie jest zdecydowanie współczesne. I chyba właśnie to połączenie jest największą zaletą tego albumu. Nie mamy tutaj próby udawania, że czas zatrzymał się czterdzieści lat temu, ale też nie ma mowy o przesadnym unowocześnianiu muzyki. Trzeba pochwalić band za miłą dla oka okładkę i mroczne brzmienie. 

Najmocniejsze momenty? Tytułowy „Death Mask Messiah” od razu rzuca słuchacza na głęboką wodę, ale później wcale nie jest gorzej. „Blinding Skies” ma świetny, klasycznie thrashowy charakter,. Mocny początek płyty i od razu zabiera nas do prawdziwego niemieckiego thrash metalu w klimatach kreator czy sodom.„Sin Bleeder” pędzi do przodu bez chwili wytchnienia, a „Eradication” pokazuje, że Exumer nadal potrafi stworzyć naprawdę kąśliwy i zapadający w pamięć riff. Bardzo dobrze wypada również „Allocated Savagery”, jeden z najbardziej agresywnych numerów na płycie. Prawdziwa perełka i kwintesencja thrash metalu. 

Nieco więcej przestrzeni dostajemy w „Serpent”, który pokazuje drapieżność i szybkie tempo. Z kolei „Fratricide” oraz „Scorcher” ponownie przyspieszają tempo i przypominają, że Exumer najlepiej czuje się wtedy, kiedy riffy tną jak brzytwa, a perkusja nie daje słuchaczowi zbyt wiele czasu na odpoczynek. Thrash metalowe petardy w najlepszym wydaniu. Całość zamyka cover Nasty Savage i efekt końcowy jest zadowalający.

Największą zaletą albumu jest jego konsekwencja. Nie ma tutaj niepotrzebnych eksperymentów ani prób przypodobania się komuś, kto od Exumer oczekuje czegoś innego niż porządnego thrash metalu.„Death Mask Messiah” jest zdecydowanie krokiem w stronę większej agresji i bezpośredniości. Exumer powrócił po długiej przerwie i zrobił dokładnie to, co powinien – nagrał mocny thrashowy album bez oglądania się na trendy.


Ocena : 8/10

środa, 26 sierpnia 2026

WITCHFORCE - Witchforce (2026)


 

 Fanów heavy metalu, gdzie punktem wyjściowym jest kobiecy wokal, nie brakuje. Na szczęście coraz więcej pojawia się takich kapel, a amerykański Witchforce to świetny tego przykład. To młoda formacja, której początki sięgają 2024 roku. 21 sierpnia ukazał się jej debiutancki album, zatytułowany po prostu „Witchforce”. To pozycja skierowana do fanów heavy metalu i hard rocka z lat 80. W ich muzyce usłyszymy wpływy Doro i Warlock, a także trochę Dokken czy W.A.S.P. Jeśli ktoś nie ma wygórowanych oczekiwań i kocha proste motywy, szybko przekona się do tej kapeli.

Od pierwszych dźwięków słychać, że muzycy nie zamierzają kombinować. Jest mocny, klasyczny riff, solidna sekcja rytmiczna i przede wszystkim wokal Cassie Nadeau, który okazuje się jednym z największych atutów całego materiału. Jej głos jest chropowaty, drapieżny i pełen charakteru, ale jednocześnie potrafi być melodyjny. Dzięki temu Witchforce nie brzmi jak kolejna bezbarwna kapela próbująca odtworzyć klimat sprzed czterdziestu lat. Zespół korzysta z klasycznych patentów, ale nadaje im własną energię.

Album otwiera „Save Our Souls” – mocny i bardzo bezpośredni numer, w którym pojawiają się także bardziej buntownicze i społeczne akcenty. Dalej mamy „Witchcraft”, czyli kawałek bardziej melodyjny, ale nadal oparty na ciężkich gitarach i klasycznym heavy metalowym feelingu. To właśnie takie utwory pokazują, że Witchforce potrafi połączyć prostotę kompozycji z chwytliwością.

Never Say Die” jest z kolei jednym z tych numerów, które aż proszą się o wspólne śpiewanie podczas koncertu. To bardziej lekki, rockowy kawałek, który można by puścić w radiu. Echa Judas Priest czy Warlock można wyłapać w zadziornym „Into The Woods”. Czuć tu klimat lat 80., a zespół pokazuje swoje atuty.

Jednym z najmocniejszych momentów na płycie jest bez wątpienia „Heroes and Fools”. Jest w końcu mocniejszy riff, ciekawsze partie gitarowe i nutka agresji. Szybsze tempo również robi tutaj robotę. Tak powinna brzmieć cała płyta. Nie brakuje również ostrzejszych momentów. „Kicked Out Of Hell” to zdecydowanie bardziej bezpośredni i agresywny numer, który świetnie pokazuje zamiłowanie zespołu do amerykańskiego metalu lat 80. Z kolei „The Hunter” to kolejny lekki i przebojowy utwór na płycie. Oba kawałki dobrze pokazują, że Witchforce chce grać muzykę przede wszystkim energetyczną i koncertową.

Końcówka płyty to hardrockowy i trochę mało wyrazisty „Call of the Wild” oraz oldschoolowy i mocny „True Believer”, który brzmi jak mieszanka W.A.S.P., Judas Priest i Accept. To świetne zwieńczenie całości.

„Witchforce” nie jest płytą, która próbuje wymyślić heavy metal na nowo. I bardzo dobrze. To album dla tych, którzy nadal czerpią przyjemność z klasycznych riffów, mocnych refrenów i oldschoolowej atmosfery. Słychać tutaj fascynację metalem lat 80., ale również współczesną energię, dzięki której całość nie sprawia wrażenia muzycznej rekonstrukcji muzealnego eksponatu. Do ideału daleka droga, ale jest w tym szczerość i potencjał na coś więcej. Band jest zgrany i gra swoje, nie patrząc na trendy.

Największym atutem Witchforce jest bez wątpienia Cassie Nadeau, ale nie można zapominać o gitarowym duecie Tommy Von Voigt – Steve Woodzell. To właśnie riffy i solówki budują fundament tej muzyki, a sekcja rytmiczna Dana Martineza i Sala Chi zapewnia całości odpowiednią siłę napędową.

Debiut Witchforce może nie zaskoczyć słuchacza poszukującego eksperymentów, ale jeśli ktoś tęskni za klasycznym, melodyjnym i jednocześnie drapieżnym heavy metalem, powinien dać tej płycie szansę. To solidny, pełen energii debiut zespołu, który najwyraźniej dobrze wie, w jakim kierunku chce podążać. „Witchforce” nie udaje czegoś, czym nie jest – to szczery hołd dla tradycyjnego metalu, podany w nowoczesnej formie i z wokalistką posiadającą własny charakter. Jak popracują nad przebojowością i mocniejszymi riffami to przysporzą sobie więcej fanów.

Ocena: 7/10