piątek, 10 kwietnia 2020

METAL CHURCH - From the vault (2020)

Kiedy Metal Church oznajmił w 2015r że do zespołu wraca Mike Howe to liczyłem, że band będzie przeżywał drugą młodość. Jednak tak nie jest. Cieszy mnie fakt, że Mike wrócił tam gdzie jego miejsce oraz to, że jego forma wokalna jest bardzo dobra. Szkoda tylko, że jego głos jest marnowany, bo nie ma ciekawej oprawy. To był problem na "Damned if you do", który już pokazał, że brakowało ciekawych pomysłów na kompozycje. Album, a raczej kompilacja "From The vault" pogłębia tylko niemoc Metal Church w obecnych czasach.

Album "XI" miał klimat, killery i masę przebojów. Na nowym dziele tego nie znajdziemy. O przepraszam, jest świetny otwieracz w postaci "Dead on the vine". Mocny riff i przybrudzone brzmienie nasuwają na myśl czasy "Hanging in the balance".  Podoba mi się energia, a przede wszystkim stylistyka ocierająca się o power/thrash metal. Na całe wydawnictwo jedna perełka to za mało. Niczym nie wyróżnia się stonowany i zadziorny "For no reason". Broni też się melodyjny "Above the madness", który intryguje swoją dynamiką i przebojowością. No jest jeszcze nowa wersja "Conductor", która jest słabsza niż oryginał. To tyle jeśli chodzi o nowe kawałki. Dalej znajdziemy odrzuty z sesji "Damned if you do". Nie trafia do mnie "Mind thief" ani też "False Flag". Dużo wypełniaczy, którym nie warto poświęcać uwagi.

Rick i Kurdt grają bez polotu, bez jakiegoś pomysłu i w zasadzie przez cały album wieje nudą. Ciężko za coś pochwalić Metal Church na nowym wydawnictwie. Dwa dobre utwory to za mało, żeby mnie porwać. Mam nadzieję, że kiedyś dostanę album pokroju "XI".

Ocena: 4/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza