piątek, 26 czerwca 2026

MASTERPLAN - Metalmorphosis (2026)


 Niemiecki Masterplan tworzył wielkie rzeczy w czasach, gdy za mikrofonem stał Jorn Lande. Każdy z trzech albumów nagranych z jego udziałem można dziś uznać za klasykę gatunku i jednocześnie najlepsze dokonania w historii zespołu. Bardzo cenię również „MK II”, na którym świetnie spisał się Mike DiMeo. Nie mogę jednak przeboleć faktu, że obecnie wokalistą grupy jest Rick Altzi, który zwyczajnie nie pasuje mi do stylistyki Masterplanu. „Novum Initium” miało kilka znakomitych momentów i potrafiło miejscami zabrzmieć jak dawny Masterplan, ale nie brakowało tam również wypełniaczy oraz nietrafionych pomysłów. W mojej opinii pozostaje to najsłabszy album w dyskografii zespołu. Był rok 2013, a dziś – trzynaście lat później – otrzymujemy nowy materiał zatytułowany „Metalmorphosis”. Sam tytuł sugeruje powrót do cięższego grania. Czyżby zespół postanowił wrócić do korzeni? Do melodyjnego, mrocznego i przebojowego power metalu, z którego zasłynął na początku swojej kariery?

Można odnieść wrażenie, że właśnie taki był zamysł. Masterplan chciał nagrać album nawiązujący do dwóch pierwszych płyt. Miało być chwytliwie, melodyjnie, momentami mrocznie, a przy tym nieco progresywnie. Plan był ambitny, jednak nie wszystko wyszło tak dobrze, jak można było oczekiwać. Nie zmienia to faktu, że nadal największym problemem pozostaje dla mnie Rick Altzi. Lubię go w Herman Frank czy Thunderstone, ale tutaj wciąż nie potrafię się do niego przekonać. To bez wątpienia dobry wokalista, jednak nie jest ani Jornem Lande, ani Mike'em DiMeo. Osobiście znacznie chętniej usłyszałbym w tym składzie Ronniego Romero. Mamy jednak to, co mamy, i trzeba oceniać materiał takim, jaki jest.

Cieszy natomiast powrót ciężaru, mroku, bardziej rozbudowanych melodii oraz wyraźnie power metalowego charakteru. Słychać chęć powrotu do korzeni, choć zagrywki Rolanda Grapowa i same pomysły kompozycyjne są dalekie od poziomu, jaki zespół prezentował przed laty. Na pokładzie wciąż znajdują się doświadczeni muzycy, ale nie zawsze przekłada się to na jakość samych utworów. To dobra płyta do posłuchania, jednak nie jest to wydawnictwo, które podbije świat metalu. O tytule albumu roku raczej nie ma mowy.

Na pewno warto pochwalić klimatyczną i przyciągającą wzrok okładkę oraz mocniejsze, dopracowane brzmienie, które doskonale współgra z muzyką Masterplanu. Album otwiera jeden z najdłuższych utworów na płycie – „Chase the Light”. Kompozycja przywołuje skojarzenia z „Crimson Rider” i ogólnie z klimatem dwóch pierwszych albumów. Mocny riff, odpowiednie tempo oraz dobrze współgrające wokale Ricka i Rolanda napawają optymizmem. Nieco zgrzyta tutaj śpiew Grapowa, który nigdy nie był wybitnym wokalistą. Mimo wszystko utwór skutecznie przywołuje ducha dawnych lat i pokazuje, że Masterplan wciąż potrafi grać rasowy power metal. Wpływy czasów Rolanda w Helloween wyraźnie słychać w przebojowym „Electric Nights”, który zachwyca chwytliwą melodią i porywającym refrenem. Całość momentami przypomina „Heroes” z debiutanckiego albumu.

Stonowany i mroczny „Shadow Man” to kolejny mocny punkt programu. Utwór opiera się na ciężkim riffie i ponurej atmosferze, a przy tym brzmi jak stary, dobry Masterplan. Równie dobrze wypada „Bound to Fall”, choć tutaj zaczyna brakować elementu zaskoczenia i świeżości. Słucha się tego przyjemnie, ale niewiele pozostaje w pamięci po zakończeniu utworu.

W „Pain of Yesterday” zespół mocniej skręca w progresywne rejony i momentami przywołuje skojarzenia z „Soulburn”. Orientalne motywy dodają kompozycji charakteru i sprawiają, że wyróżnia się ona na tle reszty materiału. Tytułowy „Metalmorphosis” podtrzymuje ciężkie, power metalowe oblicze albumu. To solidna kompozycja, choć również ona nie zapada w pamięć tak mocno, jak można by oczekiwać.

Jednym z najlepszych momentów płyty jest rozpędzony „Through the Storm”. Tutaj wszystko się zgadza – szybkie tempo, chwytliwa melodia, mocny riff i świetny refren. Na taki Masterplan czekałem. Nawet Rick Altzi wypada tutaj zdecydowanie lepiej niż w pozostałych utworach. „Ghostlight” sprawia natomiast wrażenie nieco nijakiego. Z kolei „The Call” wydaje się zbyt długi, a kolejny wokalny udział Rolanda nie jest szczególnie potrzebny. Mimo to sam utwór zasługuje na wyróżnienie, ponieważ zawiera wiele elementów charakterystycznych dla klasycznego Masterplanu. Szczególnie dobrze wypada podniosły, emocjonalny refren. Na zakończenie otrzymujemy dobrze znany już „Rise Again”. To kolejna udana kompozycja, ale również tutaj pozostaje pewien niedosyt. Jakby zabrakło ostatnich szlifów i odrobiny kompozytorskiego geniuszu.

„Metalmorphosis” nie jest albumem, który odmieni oblicze power metalu. To jednak bardzo solidny powrót zespołu, który przez lata wypracował własną tożsamość. Znajdziemy tu dobre melodie, profesjonalne wykonanie i autentyczną pasję do klasycznego heavy i power metalu. Masterplan udowadnia, że nawet po trzynastoletniej przerwie można wrócić w dobrej formie i nagrać album szanujący własną historię, a jednocześnie niebrzmiący jak odgrzewanie dawnych sukcesów. Cieszy, że zespół ponownie postawił na bardziej agresywne granie i wyraźniej zaakcentował swoje heavy/power metalowe korzenie. Niestety, nadal brakuje wokalisty pokroju Jorna Lande oraz utworów klasy takich jak „Kind Hearted Light”, „Spirit Never Die” czy „Lost and Gone”. Mam jednak nadzieję, że kolejny album ukaże się szybciej i będzie bardziej dopracowany, bardziej przebojowy oraz bogatszy w kompozycje, które na długo pozostaną w pamięci słuchaczy.

Ocena: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz