Jednak Anthrax okazał się szybszy w wydaniu nowego albumu niż King Diamond. Przez lata każdy z tych zespołów mówił o pracach nad nowym albumem, ale nie wiele wynikało z tego. Potem doszła pandemia i tak z każdym rokiem przesuwano premierę. Mamy 18 września 2026r. i w końcu po 10 latach anthrax powraca z 13 albumem studyjnym zatytułowanym " Cursum perficio".Anthrax powraca po dokładnie dziesięciu latach od „For All Kings” i trzeba przyznać, że „Cursum Perficio” to bardzo udany powrót. Nie jest to jednak płyta, która próbuje na siłę udowodnić, że zespół nadal potrafi grać tak agresywnie jak w latach 80. czy na dwóch poprzednich albumach. Anthrax wybrał tutaj nieco inną drogę – jest ciężko, momentami bardzo agresywnie, ale całość została bardziej urozmaicona, dojrzalsza i mniej nastawiona na natychmiastowy efekt. Nie jest to najlepszy album w ich karierze, ale wciąż zasługuje na uwagę.
„Cursum Perficio” jest więc płytą, która pokazuje Anthrax z kilku stron. Są klasyczne thrashowe momenty, są ciężkie i bujające riffy, są bardziej melodyjne fragmenty, a nawet próby wejścia w bardziej eksperymentalne rejony. Największą różnicą w stosunku do „Worship Music” i „For All Kings” jest to, że nowy album jest mniej przebojowy i mniej agresywny. Tamte płyty miały więcej numerów, które od razu chciało się puszczać ponownie. Tutaj trzeba dać muzyce trochę więcej czasu.
Nie znaczy to jednak, że Anthrax stracił pazur. Wręcz przeciwnie – po dziesięciu latach dostajemy zespół, który brzmi pewnie i naturalnie. Scott Ian nadal dostarcza charakterystyczne riffy, Charlie Benante pokazuje, dlaczego jest jednym z najważniejszych perkusistów thrash metalu, Frank Bello świetnie napędza całość, a Joey Belladonna brzmi naprawdę bardzo dobrze. Panowie mimo swojego wieku wciąż zachwycają formą, zwłaszcza Belladona, który nic nie stracił na drapieżności i charyzmie. Jest niczym jak wino.
Okładka nie do końca do mnie przemawia, ale wiadomo liczy się przede wszystkim zawartość. Ta jest zróżnicowana i dojrzała. Płyta skierowana jest do fanów dwóch ostatnich płyt i ewentualnie czasów Busha. Kto szuka czegoś na miarę lat 80 poczuje rozczarowanie. Płyta zawiera 11 kompozycji.
Już otwierające „Persistence of Memory” jest czymś więcej niż zwykłym intro. To niespełna półtoraminutowy, klimatyczny instrumental, który buduje napięcie i przygotowuje grunt pod właściwy początek albumu. Słychać tutaj bardziej mroczne i progresywne podejście, co dobrze współgra z tytułem nawiązującym do „Persistence of Time”.
Po nim dostajemy „The Long Goodbye”, czyli pierwszy pełnoprawny utwór. To kompozycja ciężka, oparta bardziej na średnim tempie niż na typowym thrashowym pędzie. Jest sporo charakterystycznych dla Anthrax riffów i mocnej pracy Charliego Benante, ale utwór potrzebuje trochę czasu, żeby w pełni się rozkręcić. To raczej budowanie atmosfery niż natychmiastowy cios. Pod tym względem "for all Kings" miał lepsze otwarcie. Tutaj band balansuje między thrash metalem.i heavy metalem i na próżno szukać tutaj szybkiego agresywnego grania.
Znacznie bardziej klasycznie robi się w „It's For The Kids”. To jeden z tych numerów, przy których od razu wiadomo, że słuchamy Anthrax. Szybkie riffy, rozpędzona perkusja, charakterystyczne gitarowe zagrywki i potężny fragment przeznaczony wręcz do moshowania. Jest tutaj sporo ducha „Among the Living”, ale bez próby kopiowania tamtej epoki. To jeden z najbardziej przebojowych i bezpośrednich momentów albumu. Chciałbym więcej takich kompozycji i takich killerów. Gdyby cały album taki byłby to byłbym szczęśliwy. Nic dziwnego, że utwór promował ten album.
„Everybody's Got A Plan” trochę zwalnia, ale nie traci ciężaru. To bardziej zróżnicowany numer, w którym Anthrax bawi się tempem i przechodzi od melodyjnych fragmentów do znacznie cięższych partii. Szczególnie dobrze wypadają tutaj partie chóralne i charakterystyczny dla zespołu sposób budowania refrenu. Jeden z utworów, do których zdecydowanie chce się wracać.
Prawdziwym eksperymentem jest „The Edge of Perfection”. To prawie siedem minut muzyki i jeden z najbardziej rozbudowanych kawałków na płycie. Początek jest spokojniejszy, po czym utwór przechodzi w znacznie cięższe, momentami wręcz mroczne rejony. Pojawiają się tutaj klimaty, których nie kojarzymy z Anthrax aż tak mocno – szczególnie w bardziej ekstremalnych fragmentach. To ciekawy dowód na to, że po ponad czterech dekadach zespół nadal ma ochotę trochę poeksperymentować. Jak dla mnie to jest najlepszy utwór na płycie. Jest zagrany z polotem i bije z niego świeżość i pomysłowość. Ten utwór po prostu płynie i mógłby trwać w nieskończoność.
„Infectious” opiera się przede wszystkim na ciężkim, mocno bujającym riffie. Nie jest to typowy thrashowy numer pędzący na złamanie karku. Bardziej chodzi tutaj o groove i ciężar. W drugiej części pojawiają się również bardziej melodyjne wokale, które bardzo dobrze kontrastują z ciężkim podkładem. To jeden z tych utworów, które szczególnie dobrze pokazują inne oblicze nowego Anthrax. To dobry utwór, ale jakoś specjalnie nie zapadła w pamięci. Brakuje mi to tej większej dawki agresji.
„NYC 93” to z kolei powrót do bardziej surowego, klasycznego grania. Jest szybciej, bardziej rytmicznie i zdecydowanie bardziej thrashowo. Tytuł od razu przywołuje konkretny okres historii zespołu, ale muzycznie nie jest to zwykła wycieczka w przeszłość. Riffing i sekcja rytmiczna robią tutaj swoje, a utwór należy do tych bardziej bezpośrednich fragmentów płyty. To kolejny agresywniejszy moment na płycie i taki ukłon w stronę bardziej klasycznego anthrax.
Tytułowy „Cursum Perficio” jest jednym z najdłuższych utworów na albumie i zdecydowanie bardziej rozbudowaną kompozycją. Nie jest to jednak kolejny „It's For The Kids”. Anthrax stawia tutaj na ciężar, klimat i stopniowe rozwijanie utworu. Jest kilka bardzo dobrych momentów, szczególnie w środkowej części, choć całość nie wciąga tak szybko jak najlepsze krótsze numery.
Tytułowy „Cursum Perficio” jest jednym z najdłuższych utworów na albumie i zdecydowanie bardziej rozbudowaną kompozycją. Nie jest to jednak kolejny „It's For The Kids”. Anthrax stawia tutaj na ciężar, klimat i stopniowe rozwijanie utworu. To też do dobry utwór, ale też trochę brakuje tutaj dopracowania i jakiegoś powiewu świeżości.
„T.O.M.B.” to jeden z cięższych kawałków na płycie. Mocny bas Franka Bello, tłuste gitary i charakterystyczny groove sprawiają, że utwór ma sporą siłę. Można odnieść wrażenie, że za chwilę całkowicie eksploduje w thrashowym tempie, ale Anthrax często świadomie pozostaje w cięższym, średnim tempie. I właśnie to jest tutaj interesujące.
„Watch It Go” jest jednym z bardziej zadziornych fragmentów albumu. Pojawiają się szybsze partie, agresywniejsze gitary i trochę bardziej chaotyczna konstrukcja. Słychać tutaj wpływy różnych okresów amerykańskiego metalu, ale wszystko zostaje przepuszczone przez charakterystyczny styl Anthrax. Nie jest to jednak najbardziej przebojowy numer na płycie i momentami kompozycja wydaje się trochę zbyt rozciągnięta.
Na koniec dostajemy „My Victory”. Bardzo dobre zakończenie płyty – ciężkie, melodyjne i utrzymane w stylu, który Anthrax rozwijał już na „Worship Music” oraz „For All Kings”. Joey Belladonna dostaje tutaj sporo przestrzeni i jego wokal świetnie pasuje do bardziej podniosłego charakteru utworu. Utwór znów pokazuje agresywne oblicze zespołu i też można zaliczyć do jaśniejszych punktów nowej płyty.
„Cursum Perficio” nie jest lepsze od „Worship Music” ani „For All Kings”, ale też nie musi być. To bardzo dobry, dojrzały i różnorodny album, który po dziesięciu latach oczekiwania pokazuje, że Anthrax nadal ma coś do powiedzenia. Nie każdy numer trafia w dziesiątkę, ale najlepsze momenty – szczególnie „It's For The Kids”, „Everybody's Got A Plan”, „The Edge of Perfection” i „NYC 93” – pokazują, że legenda Wielkiej Czwórki wciąż potrafi nagrać naprawdę porządny metal. Choć po singlach spodziewałem się znacznie ciekawszej i agresywniejszej płyty. Pozostaje uczucie niedosytu niestety.
Ocena : 8/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz