Już za samą okładkę należą się brawa . Jest mrok, klimat i znakomicie oddaje epicki charakter zawartości. Thy Legacy nie ukrywa swoich inspiracji. Mamy tutaj klasyczny heavy metal, epic metal oraz wpływy amerykańskiego power metalu. Słychać fascynację takimi zespołami jak Omen, Manowar, Wrathblade czy Eternal Champion, ale Grecy nie próbują kopiować jednego konkretnego wykonawcy. Zamiast tego biorą z tych źródeł to, co najlepsze: ciężkie riffy, podniosłe melodie gitarowe, wojenny klimat i mocne, łatwo wpadające w pamięć partie wokalne. Thy Legacy to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista Retaliator, który buduje napięcie i potrafi nadać epickiego rozmachu. To mocny atut tej kapeli. Dobrze wypada duet gitarowy, który tworzą Guillotine i Retaliator. Panowie nie kombinują i stawiają na klasyczne rozwiązania. Riffy mocno nawiązują do lat 80 i ta szczerość to jest spory atut Thy Legacy.
Już otwierający „Heavy Metal Rising” pokazuje, z czym będziemy mieli do czynienia. To ponad pięć minut klasycznego, epickiego heavy metalu, w którym liczy się przede wszystkim gitarowy riff i odpowiednia atmosfera. Nie ma tutaj nowoczesnych udziwnień ani próby pokazania, jak wiele można zrobić z produkcją. Jest za to surowość i bezpośredniość, która dobrze pasuje do tego typu muzyki. Band już na dzień dobry pozytywnie zaskakuje.
Tytułowy „The Call” jest krótkim, niespełna dwuminutowym utworem, który pełni raczej funkcję przerywnika niż pełnoprawnego numeru. Znacznie więcej dzieje się w „Metal Legion”. To jeden z najbardziej dynamicznych kawałków na płycie i jednocześnie jeden z tych, które najlepiej pokazują potencjał Thy Legacy. Szybki rytm, mocne gitary i energia przywodząca na myśl klasyczny amerykański heavy metal. Tutaj naprawdę można poczuć ducha lat 80. W takim wydaniu band brzmi bardzo korzystnie.
Holy Storm” ponownie pokazuje bardziej epickie oblicze zespołu. Jest ciężar, są melodyjne gitary i charakterystyczny podniosły klimat. Nie jest to muzyka dla osób szukających progresywnych eksperymentów czy skomplikowanych struktur. Thy Legacy stawia na sprawdzone rozwiązania i robi to z dużym przekonaniem. „Chasing Glory” również trzyma poziom, a przy okazji pokazuje, że zespół potrafi napisać numer, który nie opiera się wyłącznie na szybkości. To tylko pokazuje, że band potrafi urozmaicić swój materiał.
Ciekawie wypada „The Amulet”, który jest kolejnym krótkim utworem, tym razem trwającym niespełna dwie minuty. Więcej miejsca otrzymujemy natomiast w „Seven Witches”. To jeden z bardziej charakterystycznych fragmentów płyty, gdzie epic metalowy klimat spotyka się z klasycznym heavy. Jest tutaj odpowiednia dawka tajemniczości, ale przede wszystkim mocne gitarowe granie.
Całość zamyka najdłuższy na płycie „The Road To Helheim”, trwający ponad sześć i pół minuty. To właśnie tutaj Thy Legacy może pozwolić sobie na szersze rozwinięcie swoich pomysłów. Jest bardziej monumentalnie, a kompozycja ma w sobie coś z finału klasycznej epickiej metalowej opowieści. To dobry sposób na zakończenie albumu i jeden z jego mocniejszych punktów.
„The Call” nie jest albumem, który zmieni oblicze epic heavy metalu. Nie jest też jeszcze materiałem na poziomie najlepszych płyt Omen czy klasyków Manowar. Jest za to bardzo przyjemnym debiutem pokazującym, że Thy Legacy ma pomysł na siebie i przede wszystkim rozumie, dlaczego klasyczny heavy metal wciąż działa. Jest w tym sporo pasji, energii i autentycznego zamiłowania do starej szkoły.
Jeżeli ktoś lubi klasyczny heavy metal, epic metal i amerykański power metal, zdecydowanie powinien dać tej płycie szansę. Nie jest to granie odkrywcze, ale jest szczere, dobrze wykonane i przede wszystkim pozbawione zbędnego kombinowania. Jak na debiut – naprawdę solidna rzecz. Teraz pozostaje tylko czekać, czy na kolejnym albumie Thy Legacy rozwinie skrzydła i pokaże jeszcze więcej własnego charakteru. Płyta godna uwagi.
Ocena : 8/10
