W przypadku Witchburner określenie „powrót po latach” jest trochę mylące. Niemcy z Fuldy nie zniknęli przecież całkowicie ze sceny, ale od „Bloodthirsty Eyes” z 2013 roku minęło już trzynaście lat. W świecie metalu to cała wieczność. Tym bardziej można było się zastanawiać, czy po tak długiej przerwie Witchburner nadal będą potrafili odpalić ten sam wściekły, brudny i bezkompromisowy thrash. „Black Raging Flames” odpowiada na to pytanie bez zbędnego gadania – zdecydowanie tak. Cieszy fakt, że udało się utrzymać poziom z poprzedniego wydawnictwa. Nowe dzieło Niemców zasługuje na uwagi, zwłaszcza jeśli gustuje się w klimatach destruction, kreator czy razor.
Po trzynastu latach Witchburner wracają więc z albumem, który brzmi tak, jakby czas dla nich zatrzymał się gdzieś pomiędzy 1985 a 1987 rokiem. Nie ma plastikowego brzmienia, przesadnej techniki ani niepotrzebnych eksperymentów. Jest za to trzydzieści pięć minut konkretnego, wściekłego i staroszkolnego thrashu. Witchburner to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista Pino Hacker o drapieżnym wokalu. To za jego sprawą czuć thrash metalowy feeling. Sekcja rytmiczna dba o odpowiednią dynamikę, a duet gitarowy tworzony przez Seegel i Frank zabiera nas w klasyczne rejony thrash metalu..to przede wszystkim wycieczka do lat 80.czy 90. Panowie stawia na agresję, bezkompromisowość i klasyczne dźwięki. Nie ma w tym za grosz oryginalności czy powiewu świeżości, ale słucha się z dużą przyjemnością.
Płyta jest krótka i treściwa, bowiem 10 utworów daje nam 35 minut muzyki. Już otwierający „Richtschwert” pokazuje, że Niemcy nie zamierzali nagle zostać zespołem bardziej nowoczesnym, melodyjnym czy wyszukanym. Tutaj od pierwszych sekund liczą się przede wszystkim riffy, szybkość i agresja. Jest w tym sporo ducha niemieckiego thrashu z połowy lat 80., ale Witchburner nie próbują udawać drugiego Kreatora czy Sodom. Biorą klasyczne elementy i przepuszczają je przez własną, mocno undergroundową estetykę. Bardzo mocny start.
„Pestilent Disciple” jest cięższy i bardziej złowrogi. Gitary pracują tutaj momentami jak rozpędzona piła mechaniczna, a charakterystyczny wokal Pino Heckera idealnie pasuje do tej muzyki. Do tego sam utwór jest bardzo przebojowy i niezwykle melodyjny.
„By Chains Severed”, znany już wcześniej jako singiel, to jeden z najbardziej bezpośrednich ciosów na albumie. Szybki, agresywny i pozbawiony jakichkolwiek ozdobników. Nie ma tutaj potrzeby budowania wielkich aranżacji – wystarczy kilka mocnych riffów, rozpędzona sekcja rytmiczna i charakterystyczny krzyk. Witchburner pokazują, że potrafią stworzyć utwór, który w pełni oddaje piękno thrash metal. Klasa sama w sobie.
„Siege Of Terror” idzie jeszcze mocniej w stronę klasycznego teutońskiego thrashu. Jest surowo, złowrogo i bezkompromisowo. Właśnie takie kompozycje najlepiej pokazują, dlaczego Witchburner od ponad trzech dekad trzymają się swojej stylistyki. Nie interesują ich modne rozwiązania ani próby przypodobania się szerokiej publiczności.
Tytułowy „Black Raging Flames” należy do najbardziej reprezentatywnych kawałków całego albumu. Jest w nim wszystko, czego można oczekiwać po Witchburner: szybkie riffy, agresywny wokal, ponury klimat i ta charakterystyczna, lekko brudna produkcja. Nie jest to metal wypolerowany do granic możliwości. I bardzo dobrze, bo właśnie dzięki temu płyta zachowuje undergroundowy charakter.
„Witchburner Pt. III” jest kolejnym ukłonem w stronę historii zespołu. Niemcy wracają tutaj do jednego ze swoich charakterystycznych motywów, kontynuując serię rozpoczętą wiele lat temu. To nie jest jednak odgrzewanie starego pomysłu, lecz raczej sympatyczne przypomnienie, skąd Witchburner się wywodzą.
„By Moonlight We Strike” dorzuca kolejną porcję agresywnego thrashu, a „Throne” pokazuje, że zespół potrafi również zwolnić i zbudować cięższy klimat. Dzięki takim zmianom tempa album nie zamienia się w jeden długi, jednostajny wyścig. To zresztą jedna z jego mocniejszych stron – Witchburner wiedzą, kiedy przycisnąć gaz do dechy, a kiedy pozwolić riffom zabrzmieć ciężej.
„Too Fast For Hell” to cover Vectom i wybór bardzo dobrze pasujący do całej filozofii płyty. Niemcy nie próbują zmienić tego numeru w coś swojego na siłę. Po prostu grają go z odpowiednią dawką energii i szacunku do klasycznego speed metalu. Bardzo dobrze zagrany cover, który wpasowuje się w stylistykę zespołu.
Na koniec dostajemy „One Million Beers”, czyli kawałek zdecydowanie mniej ponury od reszty materiału i jednocześnie sympatyczne nawiązanie do wcześniejszej twórczości zespołu. Witchburner pokazują tutaj swoją bardziej imprezową stronę, ale muzycznie nadal pozostają wierni speed/thrashowej formule. To taki hołd dla dokonań Tankard.
Black Raging Flames” to płyta dla tych, którzy nadal uważają, że thrash powinien być szybki, agresywny, trochę brudny i przede wszystkim szczery. Witchburner niczego tutaj nie udają. Po prostu wracają do walki i od pierwszego riffu pokazują, że trzynaście lat przerwy nie ugasiło ich ognia. Płyta godna uwagi, choć nie ma tutaj za grosz oryginalności.
Ocena : 7.5/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz