piątek, 2 października 2015

DENNER / SHERMANN - Satan's Tomb Ep (2015)

Historia zatacza koło. Niegdyś w 1981 r zrodziła się w Danii jedna z największych potęg heavy metalowych, która na zawsze zmieniła scenę heavy metalową. Mowa o kultowym Mercyful Fate. Dzięki tej kapeli świat poznał takich świetnych muzyków jak King Diamond, który do dzisiaj uchodzi za jednego z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych wokalistów heavy metalowych. Mercyful Fate odniósł też wielki sukces dzięki duetowi Denner/ Shermann. Ta para gitarzystów świetnie się rozumiała i potrafiła wygenerować mroczny klimat, połączyć ciężar, toporność, czy dużą dawkę melodyjności. Stali się tak kultowym duetem jak Tipton/ Kk Downing czy Smith/ Murray. Mercyful Fate rozpadł się w latach 80, każdy z muzyków próbował swoich sił w innych kapelach. Potem lata 90 to nowy rozdział Mercyful Fate i wszystko zakończyło się w roku 1999. Świat wciąż czeka z niecierpliwością na reaktywację, na powrót legendy. No może tego jeszcze dożyjemy. W końcu po latach współpracę nawiązali Denner i Shermann, a zaczęło się o wygrywania fragmentów z kultowych dwóch pierwszych albumów Mercyful Fate. Panowie znów poczuli chemię i tak założyli Denner/Shermann w 2014 roku. Do grupy zaprosili Seana Pecka, który potrafi imitować Kinga Diamonda, Snowy Shawa, który działał z Kingiem Diamondem oraz basista Marc Grabowski, który współpracował z Shermannem przy Demonica. Tak zrodził się band, który ma dopisać kolejne rozdziały twórczości Mercyful Fate i w tym roku udało im się wydać mini album „Satan's Tomb”. Czas rozpocząć nowy rozdział i poznać jakby brzmiał Mercyful Fate w naszych czasach.

Cel obrano taki sam. Tematyka o szatanie, okultyzmie czy złu w czystej postaci. Zadbano o brudne, szorstkie, ale mroczne brzmienie, które znakomicie współgra z tematyką jak i ze stylem jaki zespół prezentuje. Można odnieść wrażenie że duch Mercyful Fate jest wszechobecny. Nawiązania do tamtej kapeli są na każdym kroku i zwłaszcza to się rzuca w mrocznej i budzącej grozę okładce narysowaną przez Thomasa Holma. To właśnie on narysował okładki do kultowych albumów Mercyful Fate. O ile zapowiedzi samego albumu były naprawdę obiecujące, to jednak pytanie było czy Sean Peck wpasuje się w klimat i czy będzie pasował do całości. Jednak sprawdza się on tutaj naprawdę dobrze, choć wciąż głowie jest myśl jakby to było z Kingiem na wokalu. Wybrali znanego i doświadczonego wokalistę, który nada całości pazura i agresji, jednocześnie przypomni momentami manierę Kinga. Wybór był oczywisty. Jednak główną atrakcją tej płyty są popisy Dennera i Shermanna, którzy świetnie współgrają ze sobą. Tak jakby czas dla nich się zatrzymał i dopisywali kontynuację „Mellisa” czy „Don't Break the Oath”. Właśnie te dwa albumy wybrzmiewają w solówkach, w konstrukcji utworów, czy też samych motywach. Miało być ciężko, melodyjnie, mrocznie i bardzo metalowo. Udało się to osiągnąć bez większego wysiłku. Potencjał ogromny jest w tej kapeli i mam wrażenie, że nie wszystko jeszcze pokazali. Na pewno jedno jest pewne. Pokazali co to znaczy heavy metal na miarę naszych czasów i młodzi jak i weterani powinni od nich czerpać i brać przykład jak to się robi. Na płycie mamy 4 utwory i każdy to 100% prawdziwego heavy metalu. Fani Mercyful Fate będą w siódmym niebie. Choć i fani Cage, czy Death Dealer nie mają powodów do narzekań. Zaczyna się dość nietypowo, bo melodyjną solówką i takim powiewem epickości rodem z Death Dealer. Jednak tytułowy „Satan's Tomb” to metal najwyższych lotów. Jedna z mocniejszych rzeczy w roku 2015. Jest niezłe tempo, rytmika wyjęta z Judas Priest, a wszystko utrzymane w stylizacji Mercyful Fate. Słychać to przede wszystkim w chwytliwym i okultystycznym refrenie. Tak powinien brzmieć Mercyful fate naszych czasów, choć ciężko sobie wyobrazić tutaj Kinga przy tych ostrych riffach. Niezłą petardą jest „War Witch” i tutaj znów sporo nawiązań do Judas Priest z ery „Painkillera”. Ciekawe wymieszano tutaj stylizację, bo nawet pewne cechy thrash metalu tutaj uświadczymy. Ten utwór to przede wszystkim spora ilość ciekawych i złożonych solówek, który ukazują ile są warci sami gitarzyści. Te ich zagrywki i pojedynki są wzorowe i godne pochwały. Historia ożyła na nowo. Do promocji albumu służył przede wszystkim „New Gods”. Tutaj można doszukać się elementów Mercyful Fate z lat 90, choć i twórczość Kinga Diamonda tutaj wybrzmiewa. Jest to również ostry i pełen energii kawałek, jednak co go wyróżnia na tle innych to specyficzny refren. Tutaj Sean pokazuje swój talent, choć co niektórych może nieco irytować. Jest to jeden tych utworów bardziej rozbudowanych, bo trwa 6 minut. Panowie nie przynudzają i wtrącają sporo ciekawych motywów co daje w efekcie naprawdę mocny kawałek. Jest jeszcze petarda w postaci „Seven Skulls” i wrażenie również pozytywne.


Tak wiem, ciężko zweryfikować band po 4 utworach, ciężko przewidzieć przyszłość i to co jeszcze nas czeka. Jednak wiemy już jedno. Jest zespół, który udźwignie spadek po Mercyful Fate, jest kto zdolny nagrać album na miarę „Dont Break the Oath” i jest w końcu super grupa, która jest wstanie poruszyć nieco rynkiem i tym gatunkiem. Nie mamy może w pełni reaktywacji Mercyful Fate na jaki świat czekał. Jednak historia zatoczyło koło i Shermann i Denner znów tworzą ponadczasowe solówki o których będziemy pamiętać nawet za kilka lat. Dla takich chwil warto żyć. Polecam

Ocena: 8.5/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza