niedziela, 4 października 2015

MAD DRAGZTER - Master of Space and Time (2015)

Kiedy wiele scen metalowych przeżywa rozkwit i dostarcza ostatnio sporo fajnych kapel, tak na Brazylijskim terenie cisza i właściwie ciężko o jakiś udany album z tamtego rejonu. Wiarę w tą scenę przywrócił mi ostatnio Mad Dragzter. Kapela istnieje w sumie od 1998, a pod tą nazwą działają od 2002 r. Jeśli chodzi o gatunek speed/thrash metal to mają naprawdę wiele do powiedzenia. Choć ostatni ich album ukazał się 9 lat temu, to jednak na przestrzeni tych lat zespół nie stracił na swojej agresji i wciąż grać potrafią i to na wysokim poziomie. Tak 9 lat przyszło czekać na 3 album w karierze brazylijskiej formacji, ale z pewnością „Master of Space and Time” to jest dzieło kompletne i pokazuje że zespół powraca i to silniejszy niż kiedykolwiek.

Mimo upływu czasu nie uległo zmianie to co zespół gra ani to, że motorem napędowym kapeli jest Tiago Torres. Znakomicie odnajduje się w pełnieniu funkcji gitarzysty i wokalisty. Jeśli chodzi o wokal to przywołuje na myśl Annihilator, Megadeth,czy Metalikę. To akurat dobrze świadczy o Tiago, że mimo braku technicznego wyszkolenia odnajduje się w thrash metalowej formule. Lepiej już prezentują się jego zagrywki gitarowe z Gabrielem. Tutaj jest naprawdę ostro i panowie nie oszczędzają się. Jest szybkość, jest technika, jest agresja i w dodatku wszystko zagrane z pomysłem i zachowaniem melodyjności. To przedkłada się na jakość a sam materiał naprawdę sprawia że czas szybko płynie i słuchacz może czerpać niezłą frajdę z muzyki Brazylijczyków. Jednym minusem jest ponad godziny materiał, który został rozłożony na 15 kawałków. Trochę to dużo jak na thrash metalowy album i nie ma tutaj też większego urozmaicenia na czym cierpi płyta. Co ciekawe udało się uratować całość przed monotonią i rutyną. Zaczyna się od mocnego uderzenia i słychać, że „Almighty” ma w sobie to coś. Prosty, pełen energii kawałek, który ukazuje to co najlepsze w gatunku thrash metal. Dalej mamy bardziej techniczny „Valley of Dry Bones” który zabiera nas w rejony Testament, OverKill czy Annihilator. Zespół potrafi nie tylko odnaleźć się w agresywnych i szybkich kompozycjach co pokazują w toporniejszym „5708”. Na płycie nie brakuje stricte technicznych kawałków typu „Megiddo” czy ostrzejszy „King of Kings”. Tiago dwoi się i troi co by muzyka była pełna werwy i niezwykle melodyjna. W końcu tylko tak można trafić do potencjalnego słuchacza. Takin „Army of truth” czy „One nation of church” idealnie oddają tą cechę. Najlepiej jednak zespół wypada w rasowych petardach, które mają być typową prezentacją mocy i tego na co stać band. Właśnie taki killery jak „Wrath of God” są największą atrakcją na płycie i to one przesądzają o poziomie tej płyty.

Werdykt jest jeden. Bardzo solidny thrash metalowy krążek, który zabiera nas do lat 90 do świata wykreowanego przez Annihilator czy Megadeth. Brazylijska formacja może nieco przedobrzyła z liczbą kompozycji, ale świetna okładka, mocne brzmienie i kilka ostrych kawałków rekompensują to. Płyta warta grzechu, zwłaszcza jeśli siedzimy w thrash metalu i to nie od dziś.

Ocena: 7.5/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza