wtorek, 22 września 2026

WOLFSHEAD - Wolfshead (2026)


 Są takie debiuty, przy których od pierwszych sekund wiadomo, że ich twórcy nie zamierzają oglądać się na aktualne trendy. Wolfshead z Nowej Zelandii należy właśnie do tego grona. Ich pierwszy pełnowymiarowy album „Wolfshead” to ukłon w stronę klasycznego heavy metalu, hard rocka i epickiego grania, w którym liczą się przede wszystkim gitary, mocne riffy, melodie i odpowiednia dawka surowości. Band jest daleki odbicia heavy metalowej sceny, ale umiejętnie łączą klimat lat 70 i 80. W ich muzyce słychać elementy nwobhm, doom metalu czy klasycznego heavy metalu. To jest coś co przyciąga uwagę. Premiera płyty odbędzie się 23 października. 

Zwłaszcza na zmysły działa klimatyczna i przepiękna okładka. Właśnie szata graficzna to jeden z mocniejszych punktów płyty. Największym problemem „Wolfshead” pozostaje produkcja. Jest ona bardzo surowa, momentami wręcz garażowa, przez co przy bardziej intensywnych fragmentach traci się trochę czytelność instrumentów. Dla jednych będzie to atut, a dla drugich spora wada. Siła tego zespołu jest Baylis/Santi, którzy wygrywają całkiem miłe dla ucha solówki czy partie gitarowe. Jest oldscholowy feeling, tylko trochę brakuje w tym pewności siebie czy agresji. Przez to płyta traci na atrakcyjności. Wokal Aarona Baylisa  też nie powala na kolana i brakuje mu techniki. Siła tego albumu tkwi w klimacie lat 70 i 80. 

Już „Tyranny & The Hunter” pokazuje, że nie będzie to sterylnie wypolerowana produkcja. Utwór jest pełen zmian tempa, gitarowych harmonii i klasycznych metalowych patentów, choć momentami sprawia wrażenie nieco poszatkowanego. Dużo bardziej konkretnie wypada „Ashen Fawn”, który przyspiesza i pokazuje Wolfshead od bardziej tradycyjnej, heavy-metalowej strony. Jest tutaj ten charakterystyczny duch lat 80., ale bez próby stworzenia kolejnej kopii jednego konkretnego zespołu. Słychać wpływy doom metalu i nwobhm. 

Wreathed in Fire” idzie w bardziej rozbudowanym kierunku. Jest więcej progresywnych elementów, zmian i instrumentalnego kombinowania, a pod koniec muzycy wyraźnie pokazują, że technicznie mają sporo do powiedzenia. Z kolei „Dust and Smoke” zaczyna się spokojniej, niemal balladowo, aby później przeobrazić się w całkiem konkretny, napędzany gitarami heavy metal. Band dobrze sobie radzi, tylko szkoda że doskwiera niedopracowanie kompozycji.  Jednym z ciekawszych momentów jest „Cold Wings of Steel”, gdzie bardzo dobrze słychać zamiłowanie zespołu do klasycznych metalowych harmonii. To właśnie takie fragmenty sprawiają, że debiut nie brzmi jak przypadkowa próba odtworzenia starego heavy metalu, lecz jak materiał ludzi, którzy naprawdę dobrze czują tę stylistykę. Dynamika i szybkość robi robotę. Wokal nie do końca zgrywa się z warstwą instrumentalną. Niby jest potencjał, ale nie wykorzystany. 

Tytułowy „Wolfshead” to natomiast jeden z najbardziej klasycznych numerów na płycie. Słychać tutaj wyraźne fascynacje Iron Maiden z ich wczesnego okresu, szczególnie w sposobie prowadzenia gitar i budowania melodii. Nie jest to jednak bezmyślne kopiowanie, ponieważ Wolfshead dokłada do tego własną, bardziej surową energię. To jeden z moich ulubionych momentów na płycie. Przypomina mi się debiut iron maiden.Na zakończenie dostajemy ponad ośmiominutowy „Pervade the Pyres”. To najbardziej rozbudowana kompozycja na albumie, pełna zmian i kolejnych muzycznych zwrotów.

To album dla tych, którzy zamiast kolejnej plastikowej produkcji wolą prawdziwy underground, stare szkoły heavy metalu i granie z sercem. Wolfshead ma jeszcze sporo do poprawienia, przede wszystkim w kwestii brzmienia i kompozycyjnej dyscypliny, ale potencjału zdecydowanie tutaj nie brakuje.


Ocena: 7/10

1 komentarz:

  1. ,,Storm of Beasts,, - MOTORHEAD ? Wrócił ? tylko ten jeden kawałek słyszałem, riff jakby znajomy, od DePress zajumali z ,,Moja piosnka,, z ,,GROMY i PYŁKI ?,, . Ten od 2.50, podobny, ale niemożliwe, żeby go znali...

    OdpowiedzUsuń