sobota, 7 marca 2026

METAL DE FACTO - Land of the rising sun part 2.(2026)


 


Fiński zespół Metal De Facto w 2024 roku właściwie pozamiatał scenę power metalu za sprawą pierwszej odsłony albumu Land of the Rising Sun. Było tylko kwestią czasu, kiedy grupa powróci z kontynuacją – i ten moment nadszedł 6 marca. Druga część Land of the Rising Sun jest bez wątpienia nieco słabsza od swojego poprzednika, ale wciąż pozostaje bardzo przyjemnym w odbiorze wydawnictwem. Mimo to trudno oprzeć się wrażeniu pewnego niedosytu, ponieważ oczekiwania po znakomitej pierwszej części były naprawdę wysokie.

Oba albumy nagrał ten sam skład Metal De Facto. Za mikrofonem ponownie staje Aitor Arrastia, który imponuje zarówno techniką, jak i charakterystycznym stylem śpiewu. Jego wokal potrafi nadać kompozycjom odpowiedniego rozmachu, klimatu i przebojowości – to bez wątpienia jeden z największych atutów zespołu. Klawiszowiec Benji Connelly odpowiada za budowanie atmosfery i napięcia, natomiast prawdziwa siła grupy tkwi w gitarowym duecie Mikko Salovaara – Esa Orjatsalo. Panowie potrafią zaserwować rasowy power metal na bardzo wysokim poziomie, choć niestety nie zawsze udaje im się utrzymać równą formę – zdarzają się momenty słabsze i nieco mniej dopracowane. Na płycie znajdziemy kilka prawdziwych killerów, ale szkoda, że całość nie jest bardziej wyrównana.

Album otwiera rozbudowany, a zarazem najdłuższy na płycie utwór „Sengakuji Temple”. Nie brakuje w nim patosu, epickiego rozmachu oraz wyraźnych nawiązań do japońskiej estetyki. Wszystko brzmi imponująco, choć momentami można odnieść wrażenie, że forma zaczyna dominować nad treścią. Melodyjny i nieco słodszy „Across the Milky Way” to z kolei bardzo pogodny, chwytliwy power metal – lekko kiczowaty, ale zdecydowanie wpadający w ucho. Następnie otrzymujemy energiczny i przebojowy „Gojira”, który pokazuje, że zespół potrafi stworzyć naprawdę atrakcyjny motyw gitarowy i odwołać się do klasycznego europejskiego power metalu.

Jednym z mocniejszych punktów albumu jest niezwykle chwytliwy „My Plastic Escape”, w którym wyraźnie słychać inspiracje stylistyką zespołów takich jak Helloween czy Trick or Treat. Klimaty kojarzące się z Gamma Ray, Sonata Arctica czy Stratovarius pojawiają się natomiast w zadziornym i dynamicznym „Fury and Beauty” – to naprawdę solidna dawka energii. Podobne emocje wzbudza żywiołowy „Pen Is Mightier Than Sword”, gdzie Metal De Facto ponownie dostarcza radosny, klasycznie brzmiący power metal – prawdziwą petardę.

Słabiej wypadają natomiast ballady, którym wyraźnie brakuje wyrazistości, a także „Wheel of the Rising Sun”, sprawiający wrażenie zbyt cukierkowego i pozbawionego wyraźnego charakteru. Te fragmenty albumu aż proszą się o większe dopracowanie.

Na płycie znajdziemy kilka znakomitych momentów i utworów, które bez wątpienia można nazwać killerami. Problem polega jednak na tym, że materiał nie utrzymuje równego poziomu i obok świetnych kompozycji pojawiają się też słabsze fragmenty. W ogólnym rozrachunku to wciąż dobry i godny uwagi album, choć nie dorównuje klasą pierwszej części. Pozostaje lekki niedosyt i delikatne rozczarowanie – a szkoda, bo potencjał był ogromny.

Ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz