Nie jest to jednak wielka niespodzianka, ponieważ album w dużej mierze zbiera utwory publikowane przez zespół w ostatnim czasie. To solidna płyta, choć momentami bardziej przypomina materiał z solowej kariery Nilsa Patrika Johanssona niż klasyczny album Lions Share. W porównaniu z wcześniejszymi wydawnictwami czuć pewien niedosyt i rozczarowanie. To już nie ten sam poziom i klasa, co na „Dark Hours”.
Skład zespołu uległ pewnym zmianom. Na szczęście nadal obecny jest wokalista Nils Patrik Johansson, który potrafi budować mroczny klimat i momentami przywodzi na myśl charyzmę oraz styl śpiewania Ronniego Jamesa Dio. Niestety można też odczuć lekki spadek formy. Za gitarę wciąż odpowiada Lars Chriss – jego partie są solidne i profesjonalne, jednak brakuje w nich elementu zaskoczenia. Całości brakuje pomysłowości i takiej dawki przebojowości, jaką znamy z „Dark Hours”. Miejscami słychać raczej inspiracje solową twórczością Nilsa czy klimatem Dio niż charakterystycznym stylem Lions Share. Trochę za mało Lions Share w Lions Share.
Na basie pojawia się Andreas Loos, który wcześniej współpracował z zespołem, lecz tym razem występuje jako muzyk sesyjny. Podobną rolę pełni Nils Fredrik Johansson, syn wokalisty, który odpowiada za partie perkusji. Sam skład nie stanowi jednak problemu – większym mankamentem jest jakość kompozycji i aranżacji. Całość brzmi dobrze i solidnie, ale brakuje błysku geniuszu oraz tej potężnej energii, którą słychać było na „Dark Hours”.
Pewne niedopracowanie można odczuć również w brzmieniu, a sama okładka sprawia wrażenie nieco kiczowatej. Można było przygotować ją zdecydowanie lepiej.
Album otwiera mroczny i agresywny „Pentagram” – udany numer, choć już tutaj można zauważyć lekki spadek formy. Zespół utracił część dawnego blasku i świeżości. O wiele ciekawiej wypada przebojowy „We Are What We Are”, oparty na zadziornym riffie i chwytliwym refrenie. To prawdziwy hit w duchu poprzednich płyt. Fanom Dio z pewnością przypadnie do gustu „We Will Rock” – już sam tytuł sugeruje, czego można się spodziewać. To udany utwór, który stylistycznie mógłby znaleźć się na płytach Astral Doors.
Bardzo dobrze wypada również stonowany, bujający „The Lion’s Trial”, który przenosi słuchacza w klimaty Dio i Black Sabbath. To kolejny mocny punkt albumu. Z kolei ponury i ciężki „Baptized in Blood” jest poprawny, ale nie wzbudza większych emocji – brakuje mu wyrazistości. Znacznie lepiej prezentuje się chwytliwy „Live Forever”, który łatwo wpada w ucho. Do takiego grania Lions Share zdążyli już swoich fanów przyzwyczaić i właśnie takich utworów mogłoby być tutaj więcej.
Bardzo dobrze wypada również energiczny „Chain Child”, utrzymany w klimatach Dio – z ostrym riffem, szybkim tempem i wyraźną pasją. Za takie momenty właśnie kocham Lions Share. Na płycie znajdziemy też przebojowy „Another Desire”, którego klimat przywodzi na myśl ostatnie wydawnictwa zespołu. Refren jest świetnie dopracowany i z pewnością sprawdzi się na koncertach. Gdyby cały album utrzymany był na takim poziomie, trudno byłoby narzekać. Całość zamyka nastrojowy, bardziej rozbudowany i stonowany „Run for Your Life”.
Lions Share niejednokrotnie udowadniali, że potrafią nagrywać wielkie albumy i tworzyć znakomite kompozycje. Dwie poprzednie płyty były prawdziwą ucztą dla fanów heavy i power metalu. Duet Nils / Lars dawał nadzieję, że nowy materiał dorówna tamtemu poziomowi. Nie jest źle – to wciąż bardzo dobry album – jednak wyraźnie słychać spadek formy. W efekcie, mimo solidnego poziomu, pozostaje pewien niedosyt.
Ocena: 8/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz