Dla mnie fiński Dreamtale to przede wszystkim przepiękny głos Erkki Seppänena, który przez lata był znakiem rozpoznawczym tej formacji. Niemal od samego początku istnienia zespołu aż do 2019 roku współtworzył jego wyjątkowy charakter. W tym okresie Dreamtale nagrał wiele znakomitych albumów, jednak później drogi muzyków się rozeszły. W miejsce Erkki zatrudniono doświadczonych wokalistów – Nitte Valo, znaną z Battle Beast, oraz Jarno Vitriego z Mad Hatters Den. To właśnie z nimi nagrano udany album „Everlasting Flame”.
Po czterech latach przerwy zespół powraca z dziewiątym albumem studyjnym zatytułowanym „Aetherbound”. Płyta ukazała się 31 lipca i jest skierowana przede wszystkim do fanów Dreamtale oraz klasycznie brzmiącego europejskiego power metalu.
Album oferuje sporo różnorodności. Energiczne utwory przeplatają się z bardziej nastrojowymi kompozycjami, dzięki czemu całość nie sprawia wrażenia monotonnej. Największym atutem „Aetherbound” jest umiejętność pisania chwytliwych, zapadających w pamięć utworów. Nie znajdziemy tutaj przesadnych popisów technicznych ani prób ścigania się z bardziej progresywnymi zespołami. Zamiast tego Dreamtale stawia na melodyjność, przebojowość i proste, skuteczne rozwiązania, dzięki czemu albumu słucha się z dużą przyjemnością od początku do końca.
Zespół konsekwentnie pozostaje wierny klasycznemu europejskiemu power metalowi i stara się nie zatracić własnej tożsamości. Na płycie dominują melodyjne kompozycje, które przypominają najlepsze momenty w historii Dreamtale. Mimo to brak Erkki Seppänena jest wyraźnie odczuwalny. Co gorsza, zespół miejscami przekracza granicę dobrego smaku, skręcając w stronę komercyjnego brzmienia oraz elementów dance i elektroniki. W ostatecznym rozrachunku pozostaje uczucie niedosytu, a momentami nawet lekkiego zażenowania. To mógł być znacznie ciekawszy i lepiej dopracowany album. Wokalny duet Nitte Valo i Jarno Vitri prezentuje się jednak bardzo dobrze i stanowi największą atrakcję nowego rozdziału w historii Dreamtale.
Na pochwałę zasługuje również szata graficzna, która doskonale oddaje baśniowy klimat i piękno power metalu. Produkcja jest przejrzysta, dynamiczna i odpowiednio wyważona – zarówno gitary, jak i wokale mają dużo przestrzeni. Materiał jest jednak nieco zbyt długi. Trzynaście utworów i ponad pięćdziesiąt minut muzyki w pewnym momencie zaczynają nużyć. Dodatkowo instrumentalne intro „Fairy Dance” jest zdecydowanie za długie.
Dopiero drugi utwór, „No Tomorrow”, przynosi wyraźne nawiązania do najlepszych płyt Dreamtale. To nie tylko szybkie tempo, ale również chwytliwy refren i świetnie rozpisane partie gitarowe. To znakomite otwarcie właściwej części albumu i właśnie w takim stylu powinna brzmieć cała płyta.
Niestety chwilę później zespół gwałtownie odchodzi od klasycznego power metalu. „Battleheart” wprowadza elementy przypominające disco czy techno i jest to zdecydowanie ślepy zaułek oraz jeden z największych błędów albumu. Na szczęście później pojawia się jeszcze kilka udanych kompozycji. „Helpers High” to pogodny, niezwykle melodyjny utwór, który brzmi tak, jakby powstał jeszcze w latach 90. Kolejnym mocnym punktem jest rozpędzony „Tale of Dreams”, najmocniej nawiązujący do klasyki gatunku. Słychać tutaj wyraźne inspiracje Stratovariusem i Sonatą Arcticą. Właśnie w takiej stylistyce Dreamtale wypada najlepiej.
Tym bardziej trudno zrozumieć obecność tak dyskotekowych utworów jak „See You Again”, przez które album wyraźnie traci swój urok. Nieco lepiej prezentuje się lekki i melodyjny „Mirror, Mirror”, choć wszechobecne „la la la” wydaje się całkowicie zbędne. Na płycie nie brakuje podobnych, nietrafionych pomysłów. Nie do końca przekonuje mnie również rozpędzony „Blackwind's Arms”. Jest melodyjnie i przebojowo, ale mimo wszystko pozostaje uczucie niedosytu. Na plus warto natomiast zaliczyć dynamiczny i chwytliwy „Turn the Tide”. Zamykający album „Thunderpath” ponownie skręca jednak w rejony dance, a takiej stylistycznej mieszance zdecydowanie mówię nie. Gitarzyści tym razem jakoś nie pokazali w pełni swojego potencjału. Jakoś tak poszli na łatwiznę.
Dreamtale wciąż gra power metal, ale nie jest to już zespół tej klasy, co przed laty. Coraz częściej stawia na bardziej komercyjne rozwiązania i zupełnie niepotrzebnie flirtuje z elektroniką oraz muzyką taneczną. Takie połączenie z heavy metalem zwyczajnie się tutaj nie sprawdza. „Aetherbound” zawiera kilka naprawdę udanych kompozycji, jednak jako całość pozostawia spory niedosyt. Najbardziej brakuje obecności Erkki Seppänena, który przez lata był motorem napędowym Dreamtale i jego największym znakiem rozpoznawczym. Szkoda, że zespół tym razem nie potrafił pozytywnie zaskoczyć.
Ocena: 5/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz