Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Preludio Ancestral. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Preludio Ancestral. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 sierpnia 2026

PRELUDIO ANCESTRAL - Guardians od Twilight (2026)


 

Argentyński Preludio Ancestral działa już od ponad dwóch dekad, ale mimo tak długiego stażu pozostaje nazwą znaną głównie bardziej zagorzałym fanom power metalu. „Guardians of Twilight” to już szósty pełnowymiarowy album zespołu i jednocześnie kolejny dowód na to, że Ameryka Południowa wciąż ma sporo do zaoferowania miłośnikom epickiego, melodyjnego grania. Tym razem Leonardo Gatti i jego ekipa zabierają nas w świat fantasy, smoków, bohaterów oraz odwiecznej walki dobra ze złem. Brzmi znajomo? Oczywiście. W power metalu nie zawsze jednak chodzi o odkrywanie nowych lądów. Płyta ukazała się 14 kwietnia i jest to pozycja skierowana przede wszystkim do maniaków klasycznego power metalu.

Nie dajcie się przestraszyć okładce rodem z generatora AI ani nieco przesłodzonemu brzmieniu. Na szczęście zawartość płyty potrafi oddać piękno power metalu. Znajdziemy tutaj podniosły klimat, epickość, rozmach i całkiem sporo urozmaicenia. Problem pojawia się jednak gdzie indziej. „Guardians of Twilight” jest albumem bardzo równym, ale momentami aż nazbyt zachowawczym. Przy dwunastu utworach i ponad pięćdziesięciu minutach muzyki można odnieść wrażenie, że niektóre kompozycje pełnią jedynie funkcję wypełniaczy. Zespół zna wszystkie zasady rządzące power metalem i wykorzystuje je niemal wzorcowo, ale właśnie dlatego czasami brakuje tutaj elementu zaskoczenia. Nie ma zbyt wielu momentów, przy których człowiek zatrzymuje płytę i myśli: „wow, tego się nie spodziewałem”.

Co więcej, chwilami można odnieść wrażenie, że obcujemy z czymś wygenerowanym przez AI. Czuć pewną sztuczność, brak naturalnego pierwiastka i emocjonalnego pazura. Kolejnym mankamentem jest niedostatek drapieżności oraz wyrazistych, zapadających w pamięć hitów. Owszem, można tego słuchać i całkiem dobrze się bawić, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że materiał szybko ulatuje z pamięci. To album przyjemny w odbiorze, lecz pozbawiony tego charakterystycznego impulsu, który sprawia, że chce się do niego wracać.

Nie zmienia to jednak faktu, że muzycy wykonali swoją pracę bardzo solidnie. Partie wokalne tworzone przez Harwooda i Mavericka Turnera są pomysłowe i dobrze współgrają z epickim charakterem materiału. To zdecydowanie jeden z mocniejszych atutów tego wydawnictwa. Partie gitarowe w wykonaniu Hattiego i Kilbergary mają odpowiednią dawkę melodii oraz szybkości, a orkiestracje nie próbują całkowicie przykryć metalowego fundamentu. Produkcja jest nowoczesna, przejrzysta i pozwala wychwycić poszczególne elementy aranżacji. Wszystko to zdałoby egzamin, gdyby również warstwa kompozytorska była dopracowana w najmniejszych szczegółach. Tutaj pozostaje jednak spory niedosyt.

Od pierwszych sekund „Blades of the Burning Sky” wiadomo, z czym mamy do czynienia. Szybkie riffy, galopująca sekcja rytmiczna, podniosłe melodie i mocny, męski wokal od razu przywołują skojarzenia z Helloween, Primal Fear czy Stratovarius. Nieco później robi się jeszcze bardziej epicko, a „Riders of the Crimson Storm” pokazuje, że Argentyńczycy doskonale czują klasyczny power metalowy schemat. Jest energia, chwytliwy refren i gitarowe popisy, których w takim graniu przecież zabraknąć nie może.

Jednym z mocniejszych punktów albumu jest „Flame of the Eternal Dragon”. Już sam tytuł właściwie zdradza, czego można się spodziewać – smok, fantasy i power metal w jednym. Duży plus należy się również za wyraźne nawiązania do Helloween. Bardzo dobrze wypada „The Storm of a Thousand Wings”, gdzie klawisze i orkiestracje tworzą bardziej monumentalne tło dla gitarowych riffów. Z kolei „The Sorceress of My Heart” pokazuje nieco spokojniejsze, bardziej hardrockowe oblicze zespołu i stanowi przyjemne urozmaicenie całości.

Druga połowa albumu również ma swoje mocniejsze momenty. „Rise of the Golden Flame” to kolejny udany numer, w którym nie brakuje charakterystycznego power metalowego rozpędu oraz efektownych solówek. „Vengeance of the Dragonheart” i „Crown of the Rising Sun” podążają podobnym tropem – szybkie tempo, podniosłe refreny i sporo gitarowej pracy. Na uwagę zasługuje również „Forged in the Skyfire”, należący do najbardziej heavy metalowych fragmentów całego wydawnictwa.

Nie jest to może tegoroczny power metalowy album, który bezdyskusyjnie wygrywa wszystko, ale z pewnością można dać mu szansę. Szczególnie jeśli wciąż bliskie są wam klimaty Helloween, Stratovarius, Rhapsody of Fire czy bardziej melodyjnego Primal Fear. Problem w tym, że przy całej poprawności zabrakło tutaj kilku elementów, które mogłyby wynieść ten materiał na wyższy poziom. Brakuje przede wszystkim naprawdę zapamiętywalnych kompozycji, większej dawki agresji, naturalności i emocji. Jest za to momentami zbyt dużo cukierkowości oraz pewnej syntetyczności.

Niby mamy do czynienia z dziełem prawdziwych muzyków, którzy posiadają doświadczenie, warsztat i pomysł na własny styl, a mimo wszystko chwilami trudno oprzeć się wrażeniu, że słuchamy tworu pozbawionego ludzkiego pierwiastka. Fundament jest solidny, wykonanie stoi na przyzwoitym poziomie, ale zabrakło odpowiedniego wykończenia i kompozytorskiego błysku. „Guardians of Twilight” to album, który można włączyć bez obaw, ale znacznie trudniej znaleźć powód, by po jego zakończeniu natychmiast nacisnąć przycisk „play” po raz kolejny.

Ocena: 5/10