Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Glam Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Glam Metal. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 lutego 2026

BLACK RAIN - Orphans of the light (2026)


 

Czas leci nieubłaganie – kto by pomyślał, że francuski BlackRain jest już obecny na scenie heavy metalowej od 25 lat. Zespół ma na swoim koncie osiem albumów, a najnowszy, zatytułowany Orphans of the Light, ukazał się 27 lutego. Każdy, kto ceni muzykę w stylu Twisted Sister, Mötley Crüe, Skid Row czy Toxicrose, z pewnością szybko polubi to, co grupa prezentuje na swoim najnowszym wydawnictwie. To płyta, która bez wątpienia zasługuje na uwagę i potrafi dostarczyć sporo muzycznej frajdy.

To pierwszy album nagrany z nowym gitarzystą, Jeremym G., który dobrze odnalazł się w stylistyce zespołu, wnosząc jednocześnie powiew świeżości. Nie brakuje tu soczystych riffów, chwytliwych solówek oraz melodii, które łatwo zapadają w pamięć. Materiał jest zróżnicowany i pełen hardrockowej energii. Choć album skrywa kilka potencjalnych hitów, nie obyło się niestety bez słabszych momentów, przez co całość sprawia wrażenie nieco nierównej. Nie zmienia to jednak faktu, że krążek robi bardzo dobre wrażenie. Sekcja rytmiczna brzmi spójnie i dynamicznie, a lider grupy, Swan, doskonale odnajduje się w tej stylistyce. Jego charakterystyczna barwa głosu i sceniczna charyzma odgrywają kluczową rolę w budowaniu tożsamości zespołu. Na uwagę zasługuje także dopracowana, komiksowa okładka oraz soczyste, wyraziste brzmienie, które dodaje całości mocy.

Minusem może być długość materiału – czternaście utworów to nieco za dużo, zwłaszcza że zdarzają się kompozycje słabsze. Album otwiera lekki, rockowy „Dreams”, w którym zespół wyraźnie stawia na przebojowość i przyjazne dla ucha gitarowe motywy. W zadziornym i chwytliwym „Come On” można wychwycić echa Skid Row – szczególnie w refrenie, który świetnie buja, mimo delikatnie komercyjnego wydźwięku. Grupa zyskuje najwięcej, gdy skręca w stronę melodyjnego heavy metalu, czego najlepszym przykładem jest utwór tytułowy – rasowy hicior ukazujący pełnię potencjału formacji.

Do słabszych punktów należy bardziej balladowy i komercyjny „If This Is Love”. Z kolei mocnymi fragmentami płyty są energetyczny „Disagree” oraz drapieżny „Crack the Sky”, w którym pobrzmiewają inspiracje AC/DC czy Dokken. Uwagę przyciąga również przebojowy, hardrockowy „Chasing a Feeling”.

Album zawiera kilka naprawdę udanych kompozycji i potrafi zapewnić solidną dawkę rozrywki. Jest tu pozytywna energia, gitarowe szaleństwo i wyraźny potencjał. Szkoda jedynie, że materiał nie jest bardziej wyrównany – zespół stać na więcej, a nie wszystkie możliwości zostały w pełni wykorzystane.

Ocena: 6,5/10

piątek, 13 września 2019

BLACKRAIN - Dying Breed (2019)

Czasami warto zrobić sobie przerwę od power metalu czy heavy metalu i posłuchać trochę hard rocka z elementami glam metalu. W tym roku nowy album wydała francuska formacja BlackRain i to dobra okazja by dać się porwać hard rockowemu szaleństwu. "Dying Breed" to już szósty album tej francuskiej formacji, która działa od 2006 r. Zespół dalej gra swoje i stroni od nie potrzebnych udziwnień, dlatego też dobrze się wie co dostaniemy sięgając po "Dying Breed".

Dobrze prezentuje się taka oldschoolowa okładka, która ma nieco zaczerpnięty motyw z okładki Slayer. Thrash metalu tutaj nie uświadczymy, ale dobrze zagrany hard rock jak najbardziej. Band napędza wokalista i gitarzysta Swan, a także drugi gitarzysta Max 2. Panowie stawiają na proste, chwytliwe melodie i to właśnie ta lekkość i dobra zabawa odgrywają tutaj kluczową rolę. Płytę słucha się lekko i przyjemnie, tak więc jest to dobra muzyka, która sprawdzi się w każdej sytuacji. Band zadbał o mocne i dobrze wyważone brzmienie, który podkreśla wysoki poziom wydawnictwa.

Dużo tu hitów, które umilają nam odsłuch całości. Na start mamy tytułowy "Dying Breed", który ma w sobie też heavy metalowy pazur. Gdzieś tam słychać coś z Dokken czy Motley Crue. Mocny kawałek. Płytę promował oldchoolowy "Hellfire", który swoim riffem przypomina Judas Priest z lat 80. Jestem jak najbardziej na tak, a wokal Swana jest po prostu wyśmienity. Ma w sobie to coś, że na długo zapada w pamięci. Przebojowy "Blast me up" to troszkę ukłon w stronę Airbourne czy nawet Ac/Dc. Dużo pozytywnej energii mamy w rozpędzonym "Nobody can change" i to co panowie tutaj wyprawiają jest po prostu urocze. Sam refren potrafi rozgrzać do czerwoności. Znakomicie się tego słucha i chce się więcej. Od połowy band stawia już nieco bardziej komercyjne rozwiązania i taki "Like Me" mógłby śmiało trafić do stacji radiowej. Co ciekawe sam główny motyw mocno nawiązuje do twórczości Lenny Kravitza. Tak samo ma się sprawa rockowego "Rock Radio" i tutaj band zbliża się do stylu Bon Jovi. Warto wyróżnić jeszcze tutaj nieco stonowany i pomysłowy "Jenny Jan".

Raz lepiej, raz gorzej, ale do przodu. To idealne motto, które napędza ten album. Album jest przebojowy i bardzo rockowy. Nie brakuje komercyjnych akcentów czy też nutki heavy metalu, ale jako całość krążek się broni, a co ważne może się podobać. "Dying Breed" zasługuje na uwagę fanów takiego grania!

Ocena: 6.5/10

sobota, 24 grudnia 2016

TOXIC ROSE - Total Tranquility (2016)

Kiedy 4 lata temu odkryłem dzięki uprzejmości wytwórni Icy Warriors Records szwedzki band o nazwie Toxic Rose, to już wiedziałem że będę śledził ich poczynania. W tamtym okresie epka „Toxicrose” idealnie trafiała w mój gust, jednocześnie dostarczając nowych przeżyć. Pierwszy raz usłyszałem, żeby ktoś mieszał glam metal z power metal i to z jakim skutkiem. Gdzieś w tym wszystkim poczułem świeżość i niezwykłą pomysłowość na to co tak dobrze jest mi znane. Niby Toxic Rose debiutował, niby przygodę z muzyką dopiero zaczynał to już można było dostrzec, że są uzdolnieni i wiedzą jak grać. Pierwsze skojarzenia były z Sinbreed, Skull Fist czy właśnie Bloodbound. Zespół świetnie bawił się motywami, potrafił urozmaicać kompozycje i tworzyć zapadające w pamięci przeboje. Tak było 4 lata temu i od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Ich debiutancki album zatytułowany „Total Tranquility” to tylko potwierdza, jednocześnie stawia szwedów bardzo wysoko jeśli chodzi o debiuty roku 2016.

Kluczową rolę w tym zespole odgrywa bez wątpienia świetny i utalentowany wokalista Andy Lipstixx, który manierą przypomina mi Urbana Breeda. To właśnie dzięki niemu Toxic Rose ma tak wiele wspólnego z Bloodbound. Spora też w tym zasługa Toma Wouda, który wygrywa ostre, melodyjne riffy osadzone w nieco mroczniejszym klimacie. Oprócz zadziorności, słychać w tych gitarowych partiach lekkość, pomysłowość i chwytliwe melodie. To wszystko składa się w spójną całość. Zespół funkcjonuje 6 lat i stworzył własny styl, gdzie heavy/power metal spotyka glam metal. Owy glam przejawia się w brzmieniu, w konstrukcji utworów, a także w niektórych aranżacjach. Dzięki temu nie da się ich pomylić z innym zespołem, a sam album zyskał poprzez to tylko na przebojowości. Te cechy uwypukla świetny otwieracz „World of Confussion”, który idealnie otwiera album. Pokazuje potencjał grupy, a także pokazuje ich talent do tworzenia chwytliwych melodii i podniosłych refrenów. Niby przypomina nam takie zespoły jak Sinbreed czy Bloodbound, a z drugiej strony nas zaskakuje. Toxic Rose dobrze wykorzystuje partie klawiszowe, dobrze wykorzystuje proste i nieco słodsze melodie co potwierdza melodyjny „The Silent end of Me” czy power metalowy „Killing the Romance”. Kolejnym wielkim hitem na płycie jest nieco nowoczesny „Sinner” który potrafi oczarować wciągającą melodią. Prawdziwa magia. Zaskakuje również marszowy i bardziej epicki „We own the Night”, który przemyca cechy Manowar. Ten kawałek musi się podobać maniakom true heavy metalu. Z kolei energiczny i nieco słodszy „Reckless Society” mógłby zdobić jakiś album Stratovarius. Tutaj zespół tak naprawdę pokazuje pazur i swoje power metalowe oblicze. Nutka hard rocku w „Clarity” dodaje szaleństwa i prawdziwej jazdy bez trzymanki. Nie mogło się obyć też bez ballady i tutaj Toxic Rose wykracza poza ramy i tworzy prawdziwą perełkę. „Because of You” ma w sobie coś co potrafi wzruszyć i złapać za serce. Utwór jest piękny w tej prostej formie. Dawno nie słyszałem tak dobrze skonstruowanej ballady i to tylko potwierdza jakość Toxic Rose. Kiedy trzeba to potrafią grać ostro i niezwykle nowocześnie i tego dowodem jest złowieszczy „We all fall Down”. Całość zamyka nieco dłuższy „Total Tranquility”, który jest już bardziej progresywny i bardziej pokręcony.

Mieliśmy wiele debiutów w tym roku, ale Toxic Rose swoim albumem pozamiatał konkurencję. Pokazali świeże spojrzenie na heavy/power metal. Można jednak grać szybko, agresywnie, melodyjnie, a w dodatku w klimatach glam metalu. Mieszanka wybuchowa i trzeba przyznać, że ich debiut jest perfekcyjny. Nie ma żadnych zarzutów w kierunku Toxic Rose. Czekam na więcej takich albumów w ich wykonaniu. Gorąco polecam !

Ocena: 10/10

czwartek, 18 sierpnia 2016

RECKLESS LOVE - Invader (2016)

Jakoś nigdy nie natknąłem się na fiński glam metal z domieszką hard rocka w wykonaniu Reckless Love. Troszkę odstraszał image sceniczny i bardziej młodzieżowy charakter tego zespołu. Teraz nadarzyła się okazja by to zmienić. „Invader” to ich czwarty album. Trzeba mieć na uwadze, że zespół jest doświadczony i wie jak zainteresować potencjalnego słuchacza. Zaczynali w 2001 r jako cover band Guns Roses i w sumie po dzień dzisiejszy został im coś z stylu Guns Roses. W swojej muzyce potrafią wtrącić elementy wyjęte z twórczości Def Leppard , Bonfire czy Aerosmith. Do tego nutka szaleństwa i młodzieńczy zapał. W swojej kategorii są znani, a sukces zawdzięczają swoim prostym i zapadającym w głowie hitom. Nowy album jest równie udany co poprzednie i potwierdza fakt, że zespół jest utalentowany i stać ich na wiele. Trzonem Reckless Love jest charyzmatyczny i żywiołowy wokalista Oli Hermann oraz gitarzysta Pepe. Razem tworzą zgrany duet. Oli stara się śpiewać czysto i na swój sposób, co dodaje całości uroku. „Invader” to przede wszystkim kopalnia hitów i dobrze zagranych solówek. Jest w tym nutka komercyjności, ale jakoś to nie wpływa na jakość muzyki zawartej na płycie. Już sam otwieracz „We are the weekend” dobrze nastraja i pokazuje, że zespół potrafi tworzyć hity. Ostrzejszy „Hands” wyróżnia się mocniejszy riffem i ciekawszymi zagrywkami Pepe'a. Ten element też błyszczy w szybszym „Bullettime”, który należy zaliczyć do mocniejszych momentów na krążku. Komercji i popowych melodii nie brakuje co odzwierciedla lekki „Scandinavian Girls”. Nieco słodki w swojej formule, ale przebojowości nie można mu odmówić. Dalej mamy żywiołowy „Pretty Boy Swagger”, który przypomina stare hity Def leppard. Klasyczne rozwiązania skrzyżowano z młodzieńczym zapałem i polotem. Taka mieszanka dobrze wypada co potwierdzają „Rock it” czy rytmiczny „Dynamite”. Każdy z tych utworów to kwintesencja stylu Reckless Love, a nowy album w postaci „invader” to jeden z ich najciekawszych albumów. Jeśli ktoś lubi glam metal, hard rock i pop ten odnajdzie się w świecie fińskiej formacji Reckless Love.

Ocena: 8/10

sobota, 10 sierpnia 2013

KRANK - Hideous (1986)

Sporym zainteresowaniem w latach 80 cieszył się glam, który przejawiał się w rockowej muzyce, ale także w heavy metalowej. Właśnie w tej drugiej formie najbardziej do mnie przemawiał ten gatunek. Wszyscy ci którzy lubią odpalić płyty Twisted Sister, Motley Crue, Skid Row z elementami Def Leppard czy Wasp śmiało mogą czytać dalszą część recenzji. W przypadku heavy metalu z elementami glamu i hard rocka wartym uwagi jest zespół Krank, który w 1982 na ziemi amerykańskiej. Kapela póki co istnieje i ma na swoim koncie 3 albumy. Jeśli chodzi o okres lat 80 to w tym dziale mamy „Hideous” z 1986 roku. Jest to wydawnictwo oddające to co najlepsze w tym gatunku.

Odpowiedni ubiór sceniczny muzyków, typowa okładka z muzykami na tapecie, odpowiedni nastrój i klimat, to tylko część cech, które tutaj zostały w pełni spełnione. Jednak co zachwyca w tej płycie to nie tyle aspekt glam metalu, co bardziej heavy metalowe zatarcie. Przejawia się ono w wokalu Franka Tysona, który przypomina nieco manierę Johna Busha z Armored Saint. Mocny i ostry wokal to nie jedyna cecha, która przybliża nas do heavy metalowego raju. Soczysta, pełna werwy sekcja rytmiczna jest tutaj odpowiedzialna za dynamikę i nadawanie tempa całości. Możecie być pewni, że nie uświadczycie rutyny. Wszelkie wątpliwości rozwieje bez wątpienia zawartość, która dostarcza emocji i to takich o których nie da się zapomnieć. Zaczyna się z grubej rury bo od szybkiego „Power”. Zespół podkreśla zamiłowanie do glam metalu w „Evil” ,a także hard rockowe zapędy w „Nasty Habbits”. Gitarzysta Mike Force wygrywa sporo atrakcyjnych melodii, które potrafią rozgrzać do czerwoności i co najlepsze zapadają w pamięci. Przykład? „Rock The House” czy „Dont fuck With Me” znakomicie to odzwierciedlają . Jeśli miałbym wskazać najlepszy utwór z całej płyty byłby to „Hideous” który zachwyca swoją dynamiczną formułą i chwytliwym refrenem. Całe reszta również robi pozytywne wrażenie.

Energia, przebojowość i zadziorne riffy zawarte w jednym krążku to oferta, którą nie można przegapić. Niektóre płyty w kategorii glam są bez wyrazu, bez pomysłu, jednak Krank i ich debiutancki album to zupełnie inna bajka. To trzeba posłuchać, żeby pojąć istotę tej płyty. Dzieje się sporo, nie ma nudy ani wypełniaczy. Płyta nie tylko dla fanów Motley Crue czy Twisted Sister.

Ocena: 8.5/10

czwartek, 1 sierpnia 2013

WHITE TIGER - White Tiger (1986)

Każdy z fanów glam metalu czy hard rocka powinien znać zespół Kiss. Jednak czy każdy z tych fanów musi znać zespół White Tiger? No cóż teoretycznie tak, lecz w praktyce zawsze bywa z tym różnie. Kapela ta należy do grona mniej znanych formacji reprezentujących amerykański glam metal lat 80. Powiązania z Kiss są w tym przypadku nie tylko w zakresie samej stylistyki. Nawet w składzie znajdziemy pewną wspólną cechę. Jest nią gitarzysta Mark St John, który występował w Kiss. Założona w połowie lat 80 amerykańska kapela wydała jedynie debiutancki album o nazwie „White Tiger”, który nie odniósł komercyjnego sukcesu, ani zrobił takiej furory jak Kiss. Na czym polegał problem?

Przede wszystkim brak wyrazistych hitów, które by porwały słuchacza. Choć muzycy grać potrafili, to jednak nie byli obdarowani talentem do tworzenia przebojów godnych zapamiętania. Najprościej pisząc na debiutanckim albumie nie usłyszymy muzyki na wysokim poziomie, ani też nie usłyszymy sporej ilości przebojów. Jednak nie można też zakwalifikować muzykę tej kapeli do grona gniotów i płyt godnych skarcenia. White Tiger to kapela, która grać potrafiła i to słychać. Mark St John wygrywa partie może i bez większych emocji i pomysłowości, ale na solidnym poziomie. Złego słowa nie można napisać o pozostałych muzykach. Słabym ogniwem jest niskich lotów brzmienie, które tłumi dźwięki i umniejsza jakości kompozycjom. Na co warto zwrócić uwagę? Z pewnością na lekki „White Hot Desire”, rytmiczny „Stand & Deliver” czy „Runaway”, w których nie brakuje też patentów wyjętych z twórczości Def Leppard. Reszta utworów nie wzbudza większego zainteresowania.

Można potrafić grać, można mieć doświadczenie, jednak czasami to nie wystarczy by nagrać album godny uwagi. Taki album, który przetrwa próbę czasu i zapadnie w pamięci. Nie często się zdarza, że płyta z lat 80 nie porywa swoją konstrukcją i poziomem, ale się zdarza. Przykładem tego jest jedyny album formacji White Tiger.

Ocena: 4/10

czwartek, 26 kwietnia 2012

DAGGER - Not Afraid Of The Night (1985)


Fani glam metalu z lat 80 gdzie słychać wpływy KEEL, MOTLEY CRUE, czy też DOKKEN śmiało mogą zainteresować się kanadyjskim DAGGER, który został założony w 1982 roku. Warto zwrócić uwagę, że kapela początkowo występowała pod nazwą HELL'S DAGGER. Dopiero w 1985 r zmienili nazwę na DAGGER i w tym samym roku ich kompozycja znalazła się na składance „Moose Melten Metal”. Rok 1985 to również rok wydania ich jedynego debiutanckiego albumu, który nosi tytuł „Not Afraid Of The Night”. Zespół w swojej muzyce dużo przemyca hard rocka i właściwie można wyczuć dominację tego pod gatunku, gdzie heavy metal raczej jest tutaj w mniejszości. Ale jest ta zadziorność, jest ta surowość która da się połączyć z heavy metalem. Jednak lekkość, konstrukcja, wydźwięk , a także przebojowość ma sporo wspólnego z hard rockiem. Choć nie jest to granie na wysokim poziomie, choć czasami ociera się muzyka na tym albumie o kicz, to jednak trzeba przyznać, że słucha się nadzwyczaj dobrze i sporo w tym zasługa lekkości i chwytliwemu wydźwięku całego materiału.

Cały materiał charakteryzuje się równością i lekkością. Zespół odkrywa niemal wszystkie karty już przy otwieraczu „Do It Again” który ukazuje wiele, jak choćby przywiązanie zespołu do lekkości i przebojowości. Zrezygnowano z jakiś ostrych partii gitarowych i w tym aspekcie raczej jest łagodnie. Jest nacisk na chwytliwe melodie i prosty refren, który porwie tłumy. Wszystko pięknie, ale wykonanie i pomysłowość szybko nas sprowadzają na ziemie, wskazując że jest to raczej przeciętne lub co najwyżej dobre. „Not Afraid of the Night” to kontynuacja tego stylu z otwieracza, aczkolwiek riff bardziej do mnie trafia, bardziej przemyślany i jest na pewno bardziej zadziorny, również i refren bardziej zapadający w pamięci, szkoda że nie włożono w to wi9ęcej energii i szaleństwa. „It's Alright” to jeszcze ciekawsza kompozycja i na pewno swoje zrobiła lekkość, przebojowość i urozmaicenie kompozycji klawiszami. Jedna z ciekawszych kompozycji na albumie. No i w końcu jakiś taki ambitny refren, który porywa swoją lekkością i rytmicznością. Również pojawiają się szybsze, bardziej rock'n rolowe kawałki jak choćby „Give 'em What They Want” i to również dobry przykład tego że płytę się miło słucha bez większego zażenowania. W takiej konwencji utrzymany jest też kolejny killer na albumie, czyli „Hungry For Power” który oprócz rock'n rolla przemyca nieco speed metalu. Więcej heavy metalu i tego mocnego kopa słychać w zadziornym „Raise the Titanic”, nieco true metalowy „Warland ” . Z kolei taki rockowy „Once Again We're Rocking” przy ozdobiony jest miłą solówką, które i tak nie ratuję tego średniego kawałka. Jedynym wolnym kawałkiem, który pretenduje do miana ballady jest „As the Heart Falls Down” i muszę przyznać bardzo emocjonalny utwór, który potrafi wzruszyć.

Nie jestem fanem glam metalu, ale to co gra ten zespół, to co zaprezentowali na tym jedynym albumie podoba mi się. Jest i różnorodność, równy poziom kompozycji, są solidne aranżację i dobrze prezentujący się muzycy. Można ponarzekać na wtórność i zbyt małej dawki energii i ostrości, ale liczne melodie i chwytliwe linie wokalne nadrabiają tą stratę czyniąc ten krążek dobrym wydawnictwem, przy którym miło się spędza czas. Po wydaniu tego albumu zespół się rozwiązał, najwidoczniej ich muzyka nie do wszystkich trafiła.

Ocena: 7/10